A/N: Drogie panie… Gotowe na więcej?Zatem do dzieła! ;-)


VI

W ciągu następnych kilku dni, życie w Błękitnym Zamku powoli powróciło do normy. Samantha znów spędzała większość swojego czasu w towarzystwie Charlie'ego, z rzadka tylko i głównie przy posiłkach spotykając pułkownika, który jednak zawsze był dla niej niezwykle uprzejmy. Zawsze bowiem z żywym zaciekawieniem słuchał raportów o postępach i planach syna, i nigdy przy tym nie zapomniał spytać o jej własne samopoczucie. Owa atencja niezwykle pochlebiała guwernantce, choć ona sama robiła wszystko, by nie doszukiwać się w niej niczego, poza naturalną wdzięcznością i uprzejmym zainteresowaniem. Gdyby sobie na to pozwoliła, obudziłaby w sobie nadzieje, jakich w obecnej sytuacji budzić nie powinna i nie mogła. Poza tym, pułkownik na pewno nie widział w niej nikogo poza swoją pracownicą…

-xox-

Jackowi nie było łatwo. Zdawał sobie sprawę, że bliskość panny Carter nie pozostawała bez wpływu na jego osobę. Było w niej coś, co go do niej przyciągało, ale przejścia z Sarą pozostawiły w nim rany, jakie jeszcze dobrze się nie zabliźniły i… obawy. Pułkownik bał się po prostu, że sytuacja może się powtórzyć, zwłaszcza, że pod pewnymi fizjonomicznymi względami panna Samantha Carter przypominała mu zmarłą żonę. Obie były blondynkami, obie miały jasne oczy i były wysokie, choć kształty Sary były nieco mniej krągłe, nawet mimo tego, iż urodziła dziecko. Cóż więc z tego, że bez dwóch zdań obie panie różniły się krańcowo charakterami, skoro owo fizyczne podobieństwo podsycało niepokoje O'Neilla? Głównie z tego powodu Jack starał się być zawsze jak najbardziej zajęty, by nie myśleć o kobiecie, która tak go fascynowała. Nawet Daniel zauważył, że pułkownik z zadziwiającym wprost zapałem skupiał się ostatnio na sprawach posiadłości (Nie, żeby było w tym coś złego! Najwyższy czas, jeśli ktoś by go zapytał!), ślęcząc nie raz do późna nad księgami, czy regularnie objeżdżając swe włości. Doszło nawet do tego (i w tym momencie sekretarz zaczął się martwić), że dziedzic osobiście nadzorował zbiory ostatnich w tym roku plonów, czego nie robił nigdy wcześniej, powierzając to zadanie zarządcom i Jacksonowi.

- Myślę, że pułkownik O'Neill ma jakiś problem…- wyznał pewnej nocy swojej żonie zafrasowany sekretarz.- Coś go gnębi, ale gdy pytam, jak i czy mogę pomóc, natychmiast mnie zbywa, albo kieruje rozmowę na inne tematy.

Janet tylko się uśmiechnęła. I ona zauważyła nietypowe dla swego pracodawcy zachowanie, lecz w przeciwieństwie do Daniela, miała już swoje podejrzenia co do przyczyn. Zawsze była spostrzegawcza i nie zajęło jej dużo czasu, aby zrozumieć, że nowa lokatorka Zamku przyciągnęła uwagę jego właściciela. Co by przecież nie mówić, była nie tylko piękna, miła, mądra, ale czynem dowiodła również swojej odwagi i to odwagi znacznej! Nie dziwota więc, iż osoba jej pokroju wzbudziła zainteresowanie tak szlachetnego oficera. Pani Jackson była również świadoma, że tak dogłębnie zraniony mężczyzna z pewnością szybko nie dopuści do siebie kolejnej kobiety, nie zaufa łatwo płci, która go zdradziła w najgorszy sposób. Skojarzywszy więc ze sobą oba te fakty, bez większego trudu zrozumiała, skąd owo nagłe zapracowanie. Pułkownik, choć żadną miarą nie tchórz, uciekał przed pewnym zagrożeniem i na pewno nie był to typowy wróg. Jack O'Neill uciekał przed miłością, która powoli zaczęła budzić się w jego sercu, przed uczuciem, którego przecież postanowił się raz na zawsze wyrzec. Janet miała jednak nadzieję, że nadejdzie taka chwila, iż oficer zrozumie, jak bardzo bezcelowy jest ów „strategiczny odwrót". Nie od dziś wiadomo, że przed prawdziwym uczuciem nie schowasz się nigdzie, a im dłużej ochmistrzyni znała obiekt rozterki swego pracodawcy, tym bardziej była przekonana, że panna Carter nigdy nie zraniłaby pułkownika w taki sposób, ponieważ miała coś, czego brakowało zmarłej pani Sarze- honor. Gdyby ktoś ją zapytał, Janet bez wahania stwierdziłaby, że panna Samantha byłaby idealną żoną dla jej pana i matką dla panicza, ale tymczasem postanowiła zachować te opinie dla siebie, i zobaczyć, co będzie dalej.

- Mój drogi…- odparła.- Jeśli chcesz znać moje zdanie, nie naciskaj. Jeżeli pułkownik istotnie ma kłopot, we właściwym czasie sam poprosi o radę lub znajdzie sposób, by rozwiązać go bez niczyjej pomocy. Jeśli zaczniesz się wtrącać, tylko go zdenerwujesz, a tego mu teraz nie potrzeba. Daj mu trochę czasu, a jestem pewna, że wszystko się jakoś ułoży.- powiedziała spokojnie, a mąż spojrzał na nią podejrzliwie.

- Ty coś wiesz, prawda, Janet?- zapytał.

- Nie wiem, o czym mówisz, najdroższy!- odparła szybko i zanim Daniel zaczął głębiej drążyć, zamknęła mu usta pocałunkiem. Nie zamierzała mu wyjawiać swoich podejrzeń, bo zapewne jak każdy inny mężczyzna, uznałby je za absurdalne, a Janet ufała swojej kobiecej intuicji. Zdusiła więc tę rozmowę w zarodku, zanim przerodziła się w zbędną polemikę, na którą nie miała w tej chwili ochoty. Wolała skupić się na przyjemniejszej części bycia małżonką, zwłaszcza małżonką Daniela…

-xox-

Samantha Carter również nie miała lekko. Choć wychowanek zapewniał jej zajęć co nie miara i lubiła z nim być, to zdarzały jej się chwile zamyślenia, momenty, gdy jej wzrok mimowolnie kierował się na skrzydło domu, w którym znajdowała się sypialnia pułkownika, albo na portret w galerii. Wtedy myśli, których zwykle unikała, powracały ze zdwojoną siłą.

Nie mogła zaprzeczyć, że był pociągającym mężczyzną i to bynajmniej nie tylko fizycznie, choć na jego widok drżały jej dłonie i kolana, a żar ogarniał ciało. Pułkownik O'Neill miał piękną duszę, lecz z jakiegoś powodu zwykł umniejszać jej wartość, swoją wartość. Był też w nim jakiś mrok, smutek, którego nie rozumiała, i który sprawiał, że czasami niemal desperacko pragnęła wziąć go za rękę i błagać, by się jej zwierzył, i pozwolił sobie pomóc, oddalić tę tajemniczą troskę. Wiedziała, że nie powinna tak myśleć. To nie było jej miejsce, ale nie potrafiła przestać. Pułkownik najzupełniej nieświadomie budził w niej pragnienia, o jakich dotąd nie myślała. Owszem, gdy jeszcze była bogata, miała wielu konkurentów, ale o żadnym nie myślała poważnie. Nie była na to gotowa. Tymczasem jedyny mężczyzna, który to zmienił, był dla niej nieosiągalny. Nie była naiwna na tyle, by nie wiedzieć, że w ciągu tego krótkiego czasu, gdy się znali, obdarzyła go uczuciem znacznie silniejszym niż podziw i wdzięczność. Po raz pierwszy pokochała i to najwyraźniej beznadziejnie.

Te ulotne chwile, które spędzali razem, miały słodko- gorzki smak, a jednak nie zamieniłaby ich na nic innego. Tygodnie mijały, przemieniając się w miesiące, a uczucia w niej rosły równie silnie, co beznadzieja.

Dwa dni wcześniej pułkownik O'Neill poinformował wszystkich, że na czas zimy rodzina przenosi się do miasta. Błękitny Zamek miał zostać zamknięty aż do wiosny, ponieważ nie było sensu ogrzewać go tylko dla tych kliku rezydentów, jacy go zajmowali. Jakby przecież nie patrzeć, trzy czwarte służby dochodziło do pracy, a na stałe mieszkali tutaj tylko pułkownik z synem, Jacksonowie, Cassandra no i oczywiście panna Carter. Najlepiej więc było przeprowadzić się do mniejszego domu, również będącego częścią dziedzictwa O'Neillów, a przed śmiercią zajmowanego przez starego pana. Poza tym, było stamtąd bliżej do kościoła i lekarza, co przy tutejszych, niezmiernie mroźnych i ciężkich zimach, było czynnikiem znaczącym.

Niewątpliwym minusem tego rozwiązania był fakt, że przy takiej bliskości sąsiadów, pułkownik z pewnością mógł się spodziewać gości, którzy rzadko zapuszczali się do odosobnionego Błękitnego Zamku. Tutaj, we dworze, mógł żyć jak chciał, swobodnie i bez większych konwenansów. W mieście, jego pozycja wymagała pewnych sztywnych zachowań, za którymi zwyczajnie nie przepadał, nie mówiąc już o konieczności noszenia znacznie bardziej krepującej garderoby. Dla człowieka, który na co dzień preferował wygodę i skromność, te wszystkie szyfony i inne koronki, były po prostu karą…

Tak czy owak, pod czujnym okiem ochmistrzyni, pakowanie poszło sprawnie i bez problemu. Służba szybko poradziła też sobie z okrywaniem mebli oraz zabezpieczaniem okien i obejścia. Było postanowione, że część pracowników, głównie kobiet, na okres zimy tylko z rzadka będzie zaglądać do dworu, by sprawdzić, czy wszystko w porządku, a na stałe będą tutaj tylko stajenni i zarządca, ponieważ ktoś musiał doglądać żywego inwentarza.

Dzień przed wyjazdem Samantha otrzymała list od ojca i drugi, od generała Hammonda. Oba bardzo ją ucieszyły, zwłaszcza, że doszły niemal w ostatniej chwili.

Jacob donosił w swoim liście, że czuje się dobrze, ma dużo obowiązków, ale tęskni za córką i cieszy się, że jedynaczka jest zadowolona z posady. Powiadomił ją też, że osobiście miał okazję poznać jednego z byłych podkomendnych jej pracodawcy, który o pułkowniku wyrażał się w samych superlatywach, więc zanim jeszcze do generała dotarł list córki, ów był już nieco spokojniejszy o jej los. Wieści od niej do reszty ukoiły jego nerwy.

Jeśli Jacob miał swoje podejrzenia co do podziwu, z jakim jego jedynaczka pisze o O'Neillu, w swym naprędce skreślonym liście nie dał nic po sobie poznać. Znał swoją córkę. Znał jej charakter. Wiedział, że jest rozsądna i nie zrobi nic, by zaszkodzić swej reputacji. I chociaż osobiście nie poznał obiektu owej niewinnej adoracji, był skłonny zaufać pułkownikowi, iż ów również jej nie wykorzysta. Nie było to łatwe, bo w oczach generała córka na zawsze miała pozostać jego małą dziewczynką (w końcu był jej ojcem!), ale tak musiało być. Zresztą, co innego mógł zrobić poza prośbą do George'a, by ten od czasu do czasu spotkał się z Sammie i upewnił co do jej dobrego samopoczucia?

Jak się potem okazało, jego przyjaciel rzeczywiście wypełnił tę przysługę co do joty…

Na listy od ojca i wuja Samantha odpowiedziała dopiero po przeprowadzce, informując obu o zmianie adresu. Generałowi Hammondowi specjalnie przydała się ta informacja, ponieważ otrzymał zaproszenie od jednego ze swoich bliskich kolegów, generała Jumpera, do spędzenia kilku tygodni w jego posiadłości, która ku radości oficera ulokowana była właśnie w mieście, w którym aktualnie zamieszkała jego chrześniaczka. Dzięki temu mógł na własne oczy zobaczyć, co się z nią dzieje, a przy okazji dostarczyć jej suknie, które zostawiła w jego domu, na co nalegała jego małżonka twierdząc, że nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą.

-xox-

Przenosiny spowodowały pewną znaczącą zmianę w siedlisku O'Neillów. Nowa siedziba była znacznie mniejsza od Błękitnego Zamku (co nie znaczy, że mniej komfortowa), a co za tym idzie, zarówno Samanth'cie jak i Jackowi coraz trudniej było unikać sytuacji sam na sam. Na dodatek, pułkownik pewnej nocy odkrył, że guwernantka dzieli jego pasję do gwiazd i choć zupełnie tego nie planował, coraz częściej siadywał z nią w bibliotece i przy kieliszku wina rozmawiał o wspólnym hobby. Z biegiem czasu ich konwersacje zaczęły wybiegać poza ów temat i para dzieliła się swoimi zapatrywaniami w wielu różnych kwestiach, by zrozumieć, jak często się ze sobą zgadza.

To nie tak, że mieli identyczne poglądy na wszystko. W wielu przypadkach było wprost przeciwnie, ale oboje szczerze i otwarcie bronili swoich racji, upewniając się przy tym, że nigdy nie rozstawali się w gniewie.

Między nimi rzeczywiście narodziła się szczera przyjaźń, chociaż w głębi duszy Samantha i Jack wiedzieli, że kryje się za nią coś znacznie większego, głębszego.

Pułkownik już nie zaprzeczał przed sobą, że darzy uczuciem piękną pannę Carter, choć nadal nie miał odwagi nic z tym zrobić, a sama dziewczyna pogodziła się z faktem, iż zakochała się bez nadziei na wzajemność.

Z tej zmiany niewątpliwie skorzystał mały Charlie, który coraz więcej czasu spędzał z obojgiem dorosłych. Jego ojciec, choć wcześniej również poświęcał mu wiele uwagi, teraz jeszcze częściej przyłączał się do wspólnej zabawy, a czasami nawet przychodził do biblioteki podczas lekcji i słuchał, jak malec czytał, czy też liczył, zawsze nagradzając jego wysiłek pochwałą, czy drobnym prezentem w postaci ciastka albo cukierka. I o ile prezenty były miłym dodatkiem, to największą nagrodą dla malucha była właśnie obecność papy, którego uwielbiał. Coraz mocniej też przywiązywał się do „panny Sammie", przy której odnalazł ciepło i kolejne źródło rodzicielskiego uczucia. Prawda, że guwernantka nie była jego mamą. Rozumiał to. Nie postrzegał jej jednak tylko jako swej nauczycielki i opiekunki. Mógł jej powiedzieć wszystko, a ona zawsze go wysłuchała, doradziła i przytuliła kiedy trzeba. Była jego przyjaciółką, ale w swoim małym serduszku pragnął, by była też mamą, której tak mu brakowało. Nie miał nawet dwóch lat, gdy jego własna matka poszła do Nieba i chociaż początkowo nie robiło mu to różnicy, to z czasem zrozumiał, że dzieci zazwyczaj mają dwoje rodziców: mamę i tatę, a nie tylko tego ostatniego, i zaczął tęsknić właśnie za obecnością tej pierwszej. W Samanth'cie znalazł namiastkę matki, tę cząstkę, której tak szukał. Miał nadzieję, że jego ojciec zauważy, jak wspaniała jest panna Sammie, a gdy to się stanie, może naprawdę będzie miał znowu mamę? Bardzo tego chciał.

Co do Samanthy, w pełni podzielała ona sentyment chłopczyka, ponieważ przywiązała się do niego szybciej, niż myślała, a na dodatek ten aniołek budził w niej instynkty, których do niedawna była nieświadoma- instynkty macierzyńskie.

Och, będąc jeszcze w wieku Cassie (albo nieco starszą), czasem wyobrażała sobie, że spotyka wspaniałego mężczyznę, zakochuje się w nim z wzajemnością, poślubia go i zakłada rodzinę, ale myślała o tej ostatniej, jako o naturalnym następstwie małżeństwa, czymś przez co MUSI przejść każda kobieta, a nie czymś, co bardzo pragnie mieć. Charlie sprawił, że chciała zostać mamą, jego mamą i serce jej krwawiło na myśl, że tak się nie stanie. Los odebrał jej tę szansę, wyrzucając ją poza elitę towarzyską. Gdyby spotkała pułkownika zanim jej rodzina straciła fortunę, być może mogłaby go sobą zainteresować i ten słodki malec rzeczywiście mógłby stać się jej dzieckiem. Przeznaczenie jednak chciało inaczej i nic nie mogła na to poradzić. Postanowiła jednak, że mimo wszystko da temu aniołkowi tyle miłości, ile tylko może, jak długo to tylko będzie możliwe. Nie miała złudzeń, że pozostanie przy nim wiecznie. Być może pułkownik znów się ożeni i guwernantka nie będzie mu już potrzebna, a nawet jeśli nie, Charlie w końcu dorośnie i jej obecność stanie się zbędna. W obu przypadkach Samantha chciała, by chłopiec czule ją zapamiętał, jak ona zawsze będzie pamiętać o nim i jego ojcu.

-xox-

Czas pokazał, że decyzja pułkownika o przenosinach była celną, bowiem zima tego roku okazała się bardzo ciężka. Mrozy były silne, a i śniegu nie brakowało, lecz o ile dla dorosłych był to problem, dzieci były wniebowzięte.

Opatulone od stóp do głów w ciepłe ubranka, często spotykały się w miejscowym parku, by wspólnie się bawić lepiąc bałwanki, urządzając śnieżne pojedynki, czy ślizgając się po zamarzniętym na kość stawie.

Charlie również nie siedział w domu. Był aktywnym, żywiołowym dzieckiem, które na dodatek uwielbiało zabawy na świeżym powietrzu i chociaż Samantha czasami naprawdę wolałaby zostać w ciepłych czterech ścianach, ciesząc się ciepłem kominka, to jedno spojrzenie tych wielkich oczu i była niczym wosk w jego rękach. Nie potrafiła mu niczego odmówić! Z tego też powodu, czy chciała, czy nie, często towarzyszyła mu na spacerach w parku, ciągnąc go na małych saneczkach, które ojciec kazał dla niego wykonać. Charlie kochał te przejażdżki, a czasem nawet zabierał swego misia i sam go woził, z dumą prowadząc drewniany wehikuł.

Na tydzień przed Gwiazdką, panna Carter zabrała go na zakupy do miejscowego sklepu, ponieważ już zdążył zużyć kilka par ciepłych rękawiczek i zgubić dwie czapeczki (o szalikach nie wspominając!). Poza tym, należało udać się do szewca, bo ślizganie bez łyżew, w stopniu znacznym uszkodziło buciki młodego O'Neilla. Może dlatego przy okazji pułkownik postanowił zamówić dla synka parę ostrzy, a że sam również takowe posiadał (lubił jeździć na łyżwach), doszedł do wniosku, że nadszedł czas, by i on czegoś nauczył jedynaka. Jak tylko rzemieślnik wykona dla chłopczyka komplet, ojciec nauczy go z niego korzystać.

Skoro więc już robiła zakupy, Samantha zdecydowała się wydać trochę pieniędzy na siebie, ponieważ jej płaszcz słabo chronił ją przed tak dojmującym zimnem, co zauważył nawet jej chlebodawca, sugerując nowy, cieplejszy, odpowiedniejszy na tutejsze warunki. Chciał nawet za niego zapłacić, lecz dziewczyna uprzejmie odmówiła, przypominając, że jej pensja w zupełności pozwala jej zrobić to samej.

- Proszę wybaczyć, jeśli się narzucałem, panno Carter. Nie było to moją intencją.- powiedział niepewnie.

- Nic się nie stało, sir.- zapewniła.- Płaci mi pan jednak wystarczająco.- przypomniała delikatnie.- Nie musi pan dodatkowo dbać o moją garderobę, choć jestem wdzięczna za pamięć.- dodała łagodnie.

Machnął tylko ręką i uśmiechnął się nieco skrępowanie.

- Skoro pani się upiera, panno Carter, nie nalegam.- rzucił.- Gdyby jednak zaszła potrzeba, proszę mówić bez wahania!- dodał zdecydowanie, a ona skinęła twierdząco głową i posłała mu ciepły, pełen wdzięczności uśmiech.

Tak więc, na tym stanęło. Wraz z nowymi bucikami Charlie'ego, czapeczkami i szalikiem, niosła teraz, owinięte szczelnie w papier, swoje nowe, wierzchnie okrycie, planując ubrać je po raz pierwszy na świąteczne nabożeństwo. Miała nadzieję, choć próbowała sama przed sobą zaprzeczać, że spodoba się ono pułkownikowi. Czego nie wiedziała, to że w jego oczach we wszystkim jej było do twarzy.

Nie zamierzał jednak mówić tego głośno…

TBC