A/N: Ciekawe, co dalej? Cóż, najprościej o tym przeczytać! ;-)
VII
- Panienko! Panienko!
- Szzz, Cassie!- natychmiast uciszyła dziewczynkę Samantha, gdy rudowłosa pokojówka wpadła do pokoju Charlie'ego, który właśnie zasnął.- Inaczej obudzisz chłopca.- pouczyła cicho.
- Przepraszam, panienko, ale pani Janet kazała powiedzieć, że ma panienka gości.- powiedziała.
- Gości? Tutaj?- zdumiała się panna Carter.- Czy pani Jackson sprecyzowała, kto to i czy pułkownik wie?- zapytała.
- Pana nie ma w domu, panienko.- poinformowała ją zaraz Cassandra.- Wyszedł, ale na pewno się nie pogniewa!- zapewniła gorąco.- Pan zawsze pozwalał nam przyjmować gości. Nie, żeby ktoś mnie odwiedzał, ale czasem przyjeżdżają krewni pani Janet i pan pułkownik nigdy się o to nie gniewał…
- No dobrze, lecz nadal nie wiem, kto przyszedł.- westchnęła blondynka.
- Ani ja!- wyszczerzyła się dziewczynka.- Ale goście, to zawsze miła niespodzianka, prawda?- rzuciła z optymizmem.
- Obawiam się, Cassie, że nie zawsze, lecz nie zakładajmy z góry najgorszego. Może rzeczywiście dziś będzie to istotnie miła wizyta.- odparła Samantha, odkładając książkę, którą przed chwilą zaczęła czytać i przygładziła fałdy sukni. Poszczypała też nieco policzki, chcąc nadać twarzy odrobinę zdrowych rumieńców.- Jak moje włosy?- spytała. Nie była próżna, ale z uwagi na swe stanowisko w tym domu musiała się należycie prezentować, zwłaszcza, iż nie wiedziała, z kim ma do czynienia.
- Jak zawsze śliczne, panienko!- odpowiedziała urzeczona dziewczynka, która była w tym okresie swego życia, gdy z całej mocy nie znosi się swego wyglądu. Jej rude włosy były jej przekleństwem, choć nie zawsze tak myślała. Wystarczył raz, by pewien młokos nazwał ją wiewiórką, a uznała je za swój osobisty koszmar i nie pomogły tu tłumaczenia, że z czasem te czerwonawe sploty staną się cudownie kasztanowe, a chłopiec po prostu był złośliwy. Od tamtej pory Cassandra marzyła, by mieć włosy koloru złota, dokładnie takie, jakie posiadała panna Samantha i tylko brak możliwości sprawił, że swoich nie przefarbowała…
- Skoro tak, zejdę na dół i zobaczę, kim jest ów tajemniczy gość.- uśmiechnęła się panna Carter i pozostawiwszy pupila pod czujnym okiem dziewczynki, wyszła z pokoju.
Zeszła spokojnym, opanowanym krokiem i w holu spotkała Janet, która skierowała ją do salonu. Gdy przestąpiła próg, stanęła jak wryta, a po chwili szeroki uśmiech rozpromienił całą jej twarz.
- Wujek George! Ciocia Elizabeth!- zawołała uszczęśliwiona, ujrzawszy generała Hammonda i jego małżonkę. Niemal natychmiast rzuciła się w ich objęcia i pozwoliła się wyściskać.
- Sammie, moje dziecko! Jak dobrze cię znowu widzieć!- powiedziała generałowa, raz jeszcze przytulając chrześniaczkę.
- I ja się cieszę.- przyznała szczerze.- Nie spodziewałam się tutaj wujostwa.- dodała.
- Chcieliśmy ci zrobić niespodziankę, dziecko.- odezwał się łysawy oficer, który był jej niczym drugi ojciec.- Między innymi dlatego nie napisałem ci, że przybędziemy.
- Ale kiedy i gdzie się zatrzymaliście?- zapytała guwernantka.
- Przyjechaliśmy wczoraj na zaproszenie starego przyjaciela, z którym twój ojciec i ja służyliśmy dawno temu. Zatrzymaliśmy się w jego domu.- powiedział Hammond.
- Przyjaciela? Nie wiedziałam, że papa miał znajomych w okolicy.- zdumiała się panna Carter.
- Bo do niedawna nie miał.- sprostował George.- Generał Jumper dopiero jakiś czas temu wszedł w posiadania tutejszych włości i przeniósł się wraz z rodziną, by lepiej przyjrzeć się nowej inwestycji. Jeśli o mnie chodzi, czas nie mógł być korzystniejszy, skoro i ty tutaj jesteś, moja droga.- dodał.
- W istocie…- przytaknęła jego żona.- Martwiliśmy się o ciebie, skarbie. Ten absurdalny pomysł z posadą, wzbudzał we mnie wiele wątpliwości, ale wygląda na to, że dobrze tutaj sobie radzisz, Sammie. Wyglądasz pięknie, kochanie.- mrugnęła.
- Dziękuję, ciociu, lecz to chyba przesadny komplement.- odparła skromnie dziewczyna.- Tym nie mniej, jak pisałam w liście, rzeczywiście jestem bardzo zadowolona. Pułkownik wszystkich swoich podwładnych traktuje uczciwie i z szacunkiem, a także płaci godziwie. To przyjemność pracować dla takiego człowieka, zwłaszcza, iż to dżentelmen. Mam tutaj wszelkie wygody, a syn pułkownika, to bystry i słodki chłopczyk, o nienagannych jak na pięciolatka manierach. Bóg jeden wie, że czasem zastanawiam się, czy nie jest doroślejszy od ojca, szczególnie w chwilach, kiedy patrzę, jak razem się bawią. Pułkownik bywa wtedy bowiem bardziej dziecinny, niż jego pierworodny.- stwierdziła pobłażliwie, a w jej oczach pojawiło się ciepłe światełko, które natychmiast wzbudziło czujność Elizabeth.
Jak większość kobiet, generałowa Hammond miała intuicję, zwłaszcza tę w sferze sercowej i zastanawiała się, czy za tym wszystkim nie kryje się coś więcej. Znała Samanthę od dziecka. Była jej matczyną figurą, odkąd zmarła żona Jacoba i jej macierzyński instynkt mówił jej, że blondynka żywi do swego pracodawcy znacznie więcej, niż tylko szacunek oraz wdzięczność.
Czyżby nareszcie stało się to, czego od lat oczekiwała? Czy Samantha wreszcie oddała komuś swe serce, a jeśli tak, to czy jest ono bezpieczne? Na razie, mogła tylko mieć taką nadzieję…
-… W każdym razie, cieszę się niezmiernie z tej wizyty.- ciągnęła dalej ich ulubienica.- Brakowało mi was!
- A nam ciebie, dziecko.- uśmiechnął się generał.- Poza tym, obiecałem Jacob'owi przed wyjazdem, że upewnię się, co u ciebie i napiszę mu o tym w liście, a sama wiesz, że nie zwykłem łamać słowa.
- Wiem, wuju i jestem wdzięczna za troskę. Już pisałam do ojca, a on do mnie, ale kolejne dobre wieści z pewnością go zadowolą.- powiedziała.
- I my tak sądzimy. Nie jest to jednak jedyny powód naszych u ciebie odwiedzin.- wtrąciła się Elizabeth.
- A cóż jeszcze się za nimi kryje?- zapytała zdziwiona dziewczyna.
- Twoja garderoba, kochanie.- uśmiechnęła się generałowa.- Wiem, że upierałaś się, by co lepsze suknie pozostawić u nas, ale doszłam do wniosku, że tak być nie może. Musisz mieć ze sobą coś na specjalne okazje i nie ma mowy, by to wszystko zjadały mole, kiedy już na pierwszy rzut oka widać, że będziesz potrzebować co najmniej jednej eleganckiej kreacji!- powiedziała zdecydowanym tonem.
- Ależ, ciociu! Ja nie bywam w towarzystwie, więc po co mi eleganckie suknie?!- zaprotestowała dziewczyna.
- Nie bywałaś, kochanie.- poprawiła ją delikatnie kobieta.- Dotąd mieszkałaś znacznie na uboczu, lecz to się zmieniło. Teraz rezydujesz w mieście, między ludźmi, a na dodatek generałowa Jumper oczekuje cię na swoim gwiazdkowym balu.- dodała.- Sama więc widzisz, że miałam rację, przywożąc tutaj twój kufer, który, tak na marginesie, służba zabrała już na górę.
- Kufer? Bal gwiazdkowy?- Samantha zrobiła wielkie oczy.- Kto zaprasza na bale guwernantki?- spytała cicho.- A może generałowa nie zna mojej sytuacji?
- Przeciwnie, moja droga. Jest jej bardzo świadoma.- zaprzeczył Hammond.- Frank i Emilia bardzo ci współczują, i uważają, że byłoby dla ciebie korzystne, byś powróciła do kręgu. Postawili sobie na cel, że dopóki tutaj jesteś, będą twoimi protektorami i dopilnują, byś bywała w towarzystwie. Kto wie? Może wśród tutejszych notabli zjawi się ktoś, komu nie będzie przeszkadzać twój obecny status i wyjdziesz bogato za mąż?- dodał niepomny faktu, iż serce jego chrześniaczki już nie było wolne.
Samantha jęknęła.
- Dziękuję za troskę, lecz to nie będzie konieczne.- odparła uprzejmie, lecz stanowczo.- Nie szukam męża, wuju, a już na pewno nie zamierzam wychodzić za mąż dla majątku, jeśli to właśnie sugerują Jumper'owie.
- Ależ, nie, skarbie!- zaprzeczyła zaraz Elizabeth.- Może się jednak zdarzyć, że pokochasz majętnego człowieka i to z wzajemnością, i może się to zdarzyć właśnie, gdy będziesz bywać w towarzystwie. To miał na myśli wujek George. Przecież dobrze wiemy, że twój honor nie pozwoliłby ci na nic niemoralnego!- dokończyła z przekonaniem.
- Przepraszam.- powiedziała dziewczyna.- Wiem, że wujek chce dla mnie jak najlepiej i wierzę, że generał Jumper oraz jego żona również mają na względzie mą przyszłość. Jak jednak wspomniałam, nie przypuszczam, by to było dobre rozwiązanie. Poza tym, pułkownik O'Neill może się sprzeciwić moim wyjściom. Pracuję dla niego. Opiekuję się jego synem…- przypomniała.
- Nie jesteś wszakże jego własnością. Chyba masz czas na wychodne?- spytała pani Hammond.
- Owszem, ciociu, lecz nie sądzisz, aby było niewłaściwym uczęszczać na bale, na które z pewnością będzie zapraszany mój chlebodawca? Nie chciałabym go stawiać w niezręcznej sytuacji. Bardzo szanuję pułkownika…- rzuciła blondynka.
- A ja szanuję panią, panno Carter.- usłyszała za plecami ten specyficzny głos i natychmiast oblała się krwistym rumieńcem.
- Sir!- zawołała, natychmiast wstając, gdy pan tego domu wszedł do salonu, wcześniej przez nikogo nie zauważony.
- Proszę nie wstawać, panno Carter.- powiedział uspokajająco, podchodząc bliżej.- Przepraszam również, że ośmielam się przerywać to spotkanie…- dodał.-… lecz słysząc ostatnie stwierdzenie aż w holu, nie mogłem nie zareagować. Madame, sir… Pułkownik Jonathan O'Neill…- przedstawił się z szarmanckim ukłonem.
- Proszę pozwolić mi zaprezentować, sir.- wtrąciła się nieśmiało Samantha.- Generał George Hammond i jego małżonka, Elizabeth. Moi wujowie i opiekunowie na czas nieobecności ojca.- powiedziała, wskazując na parę.
- Niezmiernie mi miło poznać państwa i powitać w moim domu. Wiele o panu słyszałem, panie generale.- odparł Jack.
- A ja o panu, pułkowniku.- uśmiechnął się ten, gdy już młodszy oficer ucałował dłoń starszej z kobiet, oczarowując ją jednocześnie uśmiechem.
Teraz pani Hammond już rozumiała, skąd ów rumieniec na policzkach Sammie. Pułkownik był imponującym przykładem męskiej urody…
- Liczę, że nie uwierzył pan we wszystko, sir.- zażartował O'Neill.- Ludzie lubią przesadzać.
- Och zapewniam, że słyszałem tylko same dobre opinie, pułkowniku. Gdyby było inaczej, nie powierzyłbym panu opieki nad córką najlepszego przyjaciela, szczególnie, że Samantha również dla mnie jest jak córka.- odparł generał Hammond.
- Zapewniam, sir, że zrobię, co w mojej mocy, by nie zawieść tego zaufania.- powiedział zaraz Jack.- Jak wspomniałem, bardzo szanuję pannę Carter i wbrew temu, co może o mnie myśleć, nie zamierzam uniemożliwiać jej wyjść, a już na pewno nie przeszkadzałaby mi jej obecność na przyjęciach. Przeciwnie, może byłyby przez to mniej nudne!- dorzucił z humorem i George się roześmiał.
- Widzę, że nie przepada pan za życiem towarzyskim, pułkowniku.- zachichotała Elizabeth.
- Winny, madame.- przyznał bez skrępowania.- Jestem żołnierzem i nie bardzo pociągają mnie podobne…ummm… spotkania.- dodał.- Gdy nie służę ojczyźnie, znacznie bardziej wolę spokój domowego ogniska, lecz niestety czasem muszę zadośćuczynić swojej pozycji i pojawić się wśród ludzi.
- Doskonale to rozumiem, pułkowniku.- przytaknął generał.- I ja nie przepadam za przyjęciami, ale czasami nie ma innego wyjścia, zwłaszcza, gdy jest się generałem. Nie mogę lekceważyć polityki…
- Ja również nie jestem jej wielbicielem, sir.- przyznał otwarcie Jack.- Dlatego wolę pozostawić ją generałom!- mrugnął szelmowsko raz jeszcze rozbawiając obie panie, na czele Elizabeth, która uznała go za bardzo uroczego mężczyznę.
Hammond się roześmiał:
- Czasem brakuje mi tych dni, gdy i ja, jako zwykły żołnierz, mogłem sobie na to pozwolić.- odparł.- Proszę się cieszyć tym przywilejem, pułkowniku. Nigdy nie wiadomo, gdy zostanie panu po nim tylko wspomnienie!- mrugnął wesoło.
- Mnie to nie grozi, sir!- wyszczerzył się O'Neill.- Nikt będący przy zdrowych zmysłach, nie uczyniłby mnie generałem, a za mało jest pułkowników, aby mnie zdegradować!
Ten komentarz również nie przeszedł bez echa i minął moment, zanim towarzystwo przestało się śmiać, i ochłonęło nieco. Gdy to się stało, Jack dodał:
- Jak widzę, panna Carter jeszcze nie zaproponowała poczęstunku…- tu Samantha zaczerwieniła się słodko zakłopotana, bo istotnie z tego wszystkiego po prostu zapomniała.- Czy uczynią mi więc państwo ten zaszczyt i zasiądą z nami do skromnego podwieczorku? Jedliśmy już niestety obiad…- wyznał z żalem.
- Z przyjemnością, pułkowniku…- zaczęła Elizabeth.
- Jack. Przyjaciele mówią mi Jack.- sprostował szybko, próbując nieco przełamać sztywne zasady etykiety. Chciał, by w jego obecności goście czuli się swobodnie.
- … ale tylko jeśli rzeczywiście nie przeszkadzamy. W końcu, zjawiliśmy się w pańskim, w twoim domu bez zapowiedzi.- zauważyła.
- Madame… Przyjaciele panny Carter i jej rodzina, są tutaj zawsze mile widziani.- poinformował ją poważnym tonem.- Mam wobec niej dług, którego w żaden sposób spłacić mi niepodobna i choć w ten skromny sposób pragnę się zrewanżować za ocalenie syna, choć to zwykła błahostka w porównaniu z bohaterstwem panny Carter. Czy wiedzą państwo, że uratowała mi jedyne dziecko, skacząc za mym jedynakiem do stawu?- spytał.- To cud, że oboje żyją! Jeśli podjęcie jej gości sprawi jej przyjemność, to z serca zapraszam!- dodał emocjonalnie.
Hammondowie potwierdzili, że istotnie wiadome im były te informacje i zgodzili się z pułkownikiem, że chociaż akcja była ryzykowna, to również wielce chwalebna. Koniec końców, onieśmielona komplementami Samantha raz jeszcze przybrała barwę piwonii i odparła skromnie, że zrobiłaby to raz jeszcze, gdyby zaszła potrzeba, bo to z jej winy doszło do wypadku.
Oczywiście Jack się sprzeciwił i polemika między dwojgiem trwałaby zapewne chwilę, gdyby Janet nie obwieściła podania podwieczorku, a w saloniku nie pojawił się przebudzony przed chwilą Charlie. Pułkownik szybko przedstawił synka gościom i niedługo potem cała piątka ruszyła do jadalni. O'Neill eskortował generałową, George- chrześniaczkę, a Charlie grzecznie szedł za nimi, prowadzony za rączkę przez ochmistrzynię.
Podwieczorek okazał się smaczny, rozmowa przy stole interesująca, a czasem nawet zabawna, zaś sam bohater niedawnych tarapatów, mały Charles, znalazł sobie drogę do serc kolejnych przyjaciół. Chłopczyka bowiem nie sposób było nie polubić, zwłaszcza, że oficjalnie uwielbiał swą guwernantkę.
Kiedy więc wieczorem generał i jego żona opuszczali dom pułkownika O'Neilla, byli w doskonałych nastrojach i spokojni o ulubienicę. Najwyraźniej miała tutaj wygodne i przyjemne życie (nawet, jeśli pracowała), a jej chlebodawca był dobrym, wartościowym człowiekiem, ze wspaniałym poczuciem humoru i kręgosłupem moralnym.
Jeśli Elizabeth miałaby być ze sobą szczera, widziałaby w Jacku idealną partię dla Samanthy, lecz obserwując tych dwoje wiedziała, iż nie będzie to łatwa sprawa. Och, przyciąganie między nimi istniało! Co do tego nie miała wątpliwości. Tyle tylko, że oboje byli zbyt uparci, by coś z tym zrobić…
- Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że to się zmieni.- pomyślała.- Mogliby się wzajemnie bardzo uszczęśliwić!
- Dobry człowiek z tego pułkownika, nie sądzisz, najdroższa?- spytał ją mąż, gdy wracali do domu generała Jumpera. Naprawdę polubił młodszego oficera, bo choć czasem nieco niepokorny, Jack O'Neill wiedział, co jest słuszne i nie wahał się o tym mówić. Szczerość zaś, George zawsze miał w wysokim poważaniu.
- Nie mogę się z tobą nie zgodzić, mężu.- odparła.- Jacob będzie zadowolony, że nasza Sammy tak dobrze trafiła.- dodała dwuznacznie, lecz aluzja umknęła generałowi. Nie zdziwiło jej to jednak zbytnio. Mężczyźni rzadko bywali bystrzy na to, co dla kobiet było oczywiste i może kiedyś jej małżonek nareszcie domyśli się, dlaczego Samantha tak stanowczo odmówiła poszukania sobie majętnego męża. Najwyraźniej już takiego znalazła, chociaż niekoniecznie musiała być tego świadoma.
- Czas pokaże.- mruknęła do siebie Elizabeth.- Czas pokaże…
TBC
