A/N: Dzięki, dziewczyny! Bardzo się staram!
VIII
W wieczór balu u generała Jumpera i jego szanownej małżonki, Samanthę zżerały nerwy. Od momentu bankructwa rodziny, unikała podobnych rozrywek, czemu zresztą nie należało się dziwić, ponieważ tylko w oczach nielicznych ich uczestników nie widziała pogardliwych, a co gorsza, pseudo- litościwych spojrzeń. Dopiero utrata majątku uświadomiła dziewczynie, jak w istocie dwulicowy jest świat wyższych sfer. Dopóki ma się pieniądze, wszyscy patrzą na ciebie z uśmiechem, kadzą ci i dogadzają. Kiedy je stracisz, natychmiast odwracają się do ciebie plecami, udając, że cię nie znają. Tak właśnie uczyniła większość z jej tak zwanych przyjaciół i dlatego właśnie Samantha zaprzestała chodzenia na bale, nawet jeśli wuj George, z dobrego serca i przywiązania do niej, nalegał. Mierziła ją ich obłuda…
Dziś po raz pierwszy do miesięcy przyjęła zaproszenie i tylko dlatego, że gospodarzem był dobry znajomy oraz brat broni jej ojca. Czuła jednak uścisk w żołądku, bo chociaż jej suknia nadal była na czasie, to dodatki pozostały skromne. Sprzedała większość swojej biżuterii, by wspomóc rodzinną kasę, pozostawiając sobie tylko co cenniejsze pamiątki po matce- nie tyle kosztowne, co wiążące się z jej najpiękniejszymi wspomnieniami, nawet, jeśli było ich niewiele.
Poprzedniego wieczora podczas kąpieli Samantha umyła włosy, a Cassandra z wprawą nakręciła je na papiloty. Wystarczyło więc tylko ufryzować złote loki podług obowiązującej mody, przyozdobić spinką lub dwiema (nadal posiadała takie z malutkimi diamencikami na końcu, nadające włosom dodatkowego blasku) i skupić się na całej reszcie.
Przez cały ten czas, gdy Cassie jej pomagała, rudowłosa dziewczynka nie szczędziła przy tym ochów i achów wychwalających urodę „panienki", w którą wpatrzona była jak w obrazek, lecz chociaż jej opinia była ważna, to panna Carter zastanawiała się, czy goście generała będą ją podzielać, a co ważniejsze, czy jej wygląd zyska aprobatę w oczach pułkownika, który uczynił jej wielki zaszczyt i zaoferował swoją eskortę. Za nic w świecie na chciałaby przynieść mu wstydu!
-xox-
Jack siedział jak na szpilkach. Sam nie wiedział, co go podkusiło, by poprosić pannę Carter na swoją partnerkę, a już na pewno nie zastanawiał się, co ludzie powiedzą.
Nie, żeby kiedykolwiek przejmował się opiniami tych bufonów! Jego największą w tej chwili troską było, jak to wszystko wpłynie na jego uroczą guwernantkę.
Jakkolwiek miasto było spore, to i tak wszyscy się tutaj znali, a wieści przewijały się tu lotem błyskawicy. Było powszechnie wiadomym, że nowa twarz o blond włosach pracuje dla pułkownika, i że opiekuje się jego synem. Martwił się, że wspólne przybycie stanie się przyczyną niekorzystnych dla panny Carter plotek. Nie było przecież powszechnym, by pracodawca zabierał na bale swoje podwładne…
Z drugiej strony, był mężczyzną wolnym, wdowcem (jedynym w okolicy, należy dodać) w kwiecie wieku, a że guwernantka jego syna przypadkiem okazała się być piękną, młodą kobietą, również stanu wolnego i na dodatek równą mu urodzeniem, to i cóż? Byłoby idiotyzmem przybywać oddzielnymi powozami dlatego tylko, że płacił jej za zajmowanie się jego jedynakiem! Jakby nie patrzeć, zaprosił ją sam gospodarz wieczoru, zamierzając najwyraźniej otoczyć opieką. To już dawało jej pewne przywileje. Niech mówią, co chcą! Panna Samantha miała prawo wejść tam z podniesioną głową, a on był zaszczycony, że może służyć jej ramieniem.
Kiedy zeszła, otoczyło go znajome uczucie całkowitego oczarowania. Widywał już wiele pięknych kobiet i pozostawał przy tym całkowicie niewzruszony. W urodzie panny Carter było jednak coś, co bez trudu ową niewzruszoność przepędzało. W jej towarzystwie po prostu nie potrafił pozostawać obojętny. Była piękna, czarująca, wdzięczna, z natury skromna, chociaż z jej błękitnych oczu biła inteligencja. Na dodatek, miała grację i poczucie humoru, którego powinny jej pozazdrościć te wszystkie napuszone damy, które zanudzały każdego na śmierć, bo w imię etykiety połknęły kawał kija i na wszystkich patrzyły z góry. Przy nich „panna Sammie", jak nazywał ją Charlie, była powiewem świeżego powietrza, morską bryzą, którą się zachwycał, a przede wszystkim dowodem na to, że można posiadać nienaganne maniery, a jednocześnie być normalnym człowiekiem.
Jak on, nie oceniała nikogo z góry. Dla każdego miała ciepły uśmiech i słowo. Przejmowała się losem innych, jak swoim własnym, a dla rodziny i bliskich była gotowa na wszystko, o czym już zdążył się przekonać. Podziwiał ją za to. Podziwiał również jej obszerną wiedzę (nieoficjalnie, rzecz jasna, bo oficjalnie nie przepadał za „naukowcami"), zapał, zainteresowania (zadziwiająco zgodne z jego własnymi), a przede wszystkim fakt, że w jej słowniku nie było słowa „niemożliwe". Cokolwiek przedsięwzięła, zabierała się do tego z pasją i determinacją, i parła do przodu, póki nie osiągnęła celu. Niektórzy mogliby to nazwać ambicją, lecz nie on. Jack rozumiał, dlaczego to robiła. Świat potraktował ją niesprawiedliwie, więc postanowiła mu udowodnić, że to jej nie złamie, że Samantha jest ponad to, że jest silna.
Nie znał drugiej takiej kobiety…
Widać, zauważyła jego zauroczone spojrzenie, bo jej porcelanowe policzki pokryły się cudnym rumieńcem onieśmielenia.
Jej długie włosy, teraz fantazyjnie upięte, lśniły w blasku świec niczym posypane diamentami. Suknia, jasnokremowa (chyba, bo nie za bardzo znał się na tych wszystkich odcieniach), uszyta z tafty i koronki, doskonale podkreślała jej naturalną urodę, kształty i wdzięk, falując lekko z każdym krokiem. Białe, atłasowe rękawiczki nadawały jej elegancji, jednocześnie dyskretnie chroniąc przed chłodem, a całości dopełniały proste, diamentowe kolczyki i dopasowana do nich brosza, zdobiąca jej dekolt.
Na przegubie lewej ręki miała małą torebeczkę, w której bez wątpienia trzymała swe kobiece drobiazgi, a w prawej dzierżyła płaszcz, który niedawno kupiła i którego jeszcze na niej nie widział.
- Czy mogę?- zapytał szarmancko, wskazując wierzchnie okrycie.
Uśmiechnęła się nieśmiało i skinąwszy głową, podała mu rzeczoną część garderoby, o której z zadowoleniem zauważył, że uszyta była nie tylko z najlepszej owczej wełny, ale na dodatek podszyta ciepłym, miękkim w dotyku lisim futrem. Kaptur zapewniał dodatkową ochronę na wietrzne dni i Jack był bardzo kontent z jej wyboru, ponieważ ślepiec by zauważył, że w poprzednim płaszczu panna Samantha zwyczajnie marzła.
- Dziękuję, sir.- odparła cicho, gdy pomógł jej go założyć.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Carter.- odparł, jak na dżentelmena przystało, po czym dorzucił:- Chciałbym dodać, iż wygląda dziś pani wyjątkowo uroczo. Piękna suknia. Pasuje do pani…- komplementował.
Wiedziała, że mówił szczerze. Zresztą, pułkownik O'Neill nie zwykł stwierdzać nieprawdy. Był otwarty i zawsze mówił to, co myśli, nawet, jeśli ktoś nie zgadzał się z jego opinią. Rzadko spotykało się takich ludzi.
- Cieszy mnie również…- kontynuował.- …że nareszcie kupiła pani nowy płaszcz. Poprzedni był zdecydowanie za cienki na tutejsze zimy i choć niewątpliwie ładny, to w tym względzie prawie całkowicie niepraktyczny. Ten jest elegancki, solidnie uszyty i na pewno będzie lepiej panią chronił.
- I ja tak myślę, sir.- przytaknęła.- Jest w istocie o wiele cieplejszy. Ma nawet mufkę do kompletu.- dodała, kiedy wyszczerzona Cassie zbiegła za nią ze schodów, niosąc zapomniany fragment zestawu.
- Proszę, panienko! Leżała na łóżku!- powiedziała podekscytowana, oczyma wyobraźni już widząc tych wszystkich pięknych i eleganckich ludzi, tańczących do słodkiej muzyki, i swego pana, proszącego do tańca pannę Sammie.- Ach! Jakby to było romantycznie!- westchnęła w duszy.
- Dziękuję, Cassie!- uśmiechnęła się z wdzięcznością blondynka.- W całym tym zdenerwowaniu o niej zapomniałam.- wyznała.
- A czym tu się denerwować, panno Carter?- spytał Jack.- Jeśli o mnie chodzi, będzie pani ozdobą tego wieczoru.- powiedział stanowczo.- Założę się, że generałowie Jumper i Hammond się ze mną zgodzą.
- Raz jeszcze dziękuję, panie pułkowniku…- znów zarumieniła się dziewczyna.- Nie ich opinii się jednak obawiam, lecz całej reszty. Być może niektórym nie spodoba się fakt, że pośród nich bawi się zwykła guwernantka.- przyznała z oporami.
- Panno Carter…- odparł z lekką dezaprobatą.- Można opisać panią wieloma określeniami, ale „zwykła" z pewnością do nich nie należy.- stwierdził.- Poza tym, uczciwa praca nie jest ujmą na honorze, a powodem do dumy, zwłaszcza jeśli wykonuje ją osoba, która z racji swego pochodzenia wykonywać jej nie powinna, a robi to z własnej woli i z wielkim poświęceniem. Bóg mi świadkiem…:- dorzucił jeszcze:- Wielu paniom, że o panach nie wspomnę, z tak zwanej wyższej sfery, przydałoby się jakieś sensowne zajęcie. Być może wtedy dostrzegliby coś więcej, niż czubek własnego nosa.
- Jestem wdzięczna za te miłe słowa, panie pułkowniku, lecz błagam, nich ich pan nie powtarza w towarzystwie. Wybuchłby skandal!- odparła rozbawiona ową szczerością guwernantka.
- I tak mają mnie już za „ekscentryka"…- powiedział z ironią.- Jeden skandal więcej nie robi różnicy!- mrugnął psotnie i córka Jacoba tym razem naprawdę się roześmiała.
Kto jak kto, ale ten mężczyzna zawsze umiał ją rozbawić.
- Jest pani gotowa, panno Carter?- spytał, podając jej swoje ramię.- Podobno ma być kulig o północy!- poinformował ją z uśmiechem.
- Nie zwlekajmy zatem.- odpowiedziała, przyjmując gest.- Zresztą, byłoby nieuprzejmym wobec gospodarzy się spóźnić.
- Ja to nazywam „dobrym wejściem".- rzucił psotnie, a gdy lekko zachichotała, dodał z udawaną naganą:- Proszę nie chichotać, panno Carter!
Zamiast ją powstrzymać, sprawił, że zachichotała jeszcze wyraźniej i choć wysoko uniesiona brew miała wyrażać dezaprobatę, jego ciemne oczy się śmiały.
- Cel osiągnięty…- przyszło mu na myśl.- Przynajmniej już się nie denerwuje.
-xox-
Jak nakazuje zwyczaj, po zdjęciu płaszczy i oddaniu ich służbie na przechowanie, pierwsze kroki skierowali do gospodarzy wieczoru oraz ich gości honorowych- generała i generałowej Hammond, która z promiennym uśmiechem przedstawiła oboje Jumperom. Wkrótce dumny Jack wprowadził Samanthę na salę balową i natychmiast skierował się ku swoim przyjaciołom, zebranym w głębi pokoju, by przedstawić ojcu O'Leary i sędziemu swoją towarzyszkę, no i oczywiście zamienić słówko lub dwa z doktorem Sylerem. Dość powiedzieć, że panna została przez tę klikę entuzjastycznie przyjęta. Niedługo później, do grupy dołączyły żona sędziego Davisa, Anna i Emma, małżonka doktora Sylera, i konwersacja między nimi trwała aż do gongu obwieszczającego kolację.
A potem były tańce…
TBC
