A/N: A oto balu ciąg dalszy… ;-)


IX

Okazało się, że istotnie były na tym przyjęciu osoby, które nader nieżyczliwym okiem spoglądały na „tę guwernantkę". Było to głównie kilka kobiet, niemal zielonych z zazdrości nie tylko dlatego, że panna Carter wzbudzała spore zainteresowanie wśród obecnych mężczyzn, ale przede wszystkim dlatego, że najbardziej pożądany wdowiec w okolicy- majętny i przystojny wdowiec, należałoby zauważyć- zdawał się być nią bardzo zajęty. Pułkownik wielką atencją otaczał swoją dzisiejszą partnerkę, najwyraźniej za nic mając fakt, że ta osóbka była jego pracownicą. Co gorsza, owa panna wydawała się być mocno zaprzyjaźniona z generałostwem Jumper, a zwłaszcza z honorowymi gośćmi wieczoru- generałem Hammondem i jego żoną, bardzo wpływowymi personami nie tylko w wojsku, ale też wyższych sferach kilku wielkich miast.

Skąd to wiedziała miejscowa śmietanka? No cóż, opłaca się mieć znajomości tu i tam. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą. Zastanawiające jednak było, jakim cudem zwykła guwernantka miała takie koneksje? Niejakim więc szokiem dla niektórych tutaj było, gdy między zebranych przeciekło nieco informacji o pannie Carter, a szczególnie taki drobny szczegół, jakim było jej pochodzenie…

- A więc nie jest zwykłą nauczycielką.- nieco kwaśno stwierdziła jedna z tutejszych, nadal niezamężnych i liczących na dobrą partię panien, panna Kerry Johnson.

- Na to wygląda.- z rozczarowaniem przytaknęła Laira Garren, wdowa mniej więcej w wieku pułkownika, która od dawna miała na niego oko.- Nie rozumiem jednak, dlaczego zdecydowała się pracować. Przecież to takie poniżające!- dodała z odrazą.- Kobieta powinna prowadzić dom, dbać o męża i rodzić dzieci, a nie zarabiać pieniądze. Od tego są mężczyźni!

- Może to jedna z tych tak zwanych „wyzwolonych"?- rzuciła z obrzydzeniem kolejna z kobiet, Kynthia Pelops.

- „Wyzwolonych"?- spytała Laira.- A z czegóż tu się wyzwalać? Od wieków istnieje ustalony porządek rzeczy, który się sprawdza. Po co chcieć się uniezależniać, skoro to niesie za sobą same problemy?

- Może jest ambitna?- zauważyła Kerry.

- I cóż jej po ambicji? Tak męża nie znajdzie.- naciskała pani Garren.

- Droga pani…- odezwała się Kynthia.- …jeśli pani dotąd nie zauważyła, to radzę się lepiej przyjrzeć. Jakiekolwiek są motywy tej panny, ma już ona całkowitą uwagę pułkownika O'Neilla, który resztę z nas traktuje niemal jak powietrze. Już samo to powinno dać pani do myślenia.

- Obawiam się, że Kynthia ma rację.- westchnęła Kerry.- Wszyscy wiedzą, że pułkownik nie przepada za przyjęciami i przychodzi właściwie z musu. Tymczasem dziś nie tylko nie uciekł najszybciej jak się dało, ale na dodatek świetnie bawi się z panną Carter i kilkoma innymi osobami, praktycznie ignorując całą resztę.- powiedziała.- Przy kolacji siedział u jej boku i prowadził ożywioną konwersację, choć zwykle bywa milczący, a wręcz czasem mrukliwy. Dziś się uśmiechał, a nawet śmiał!- przypomniała ze zdumieniem.- Od czasu, gdy zaczęły się tańce, również nie spuszcza tej panny z oczu, nawet jeśli ona tańczy z kimś innym, co zdarza się dziś nader często, muszę zauważyć. Obawiam się, że ta osóbka ma w sobie coś, co przyciąga naszego pułkownika, którego nie zraża nawet jej hańbiąca decyzja o podjęciu pracy. Co gorsza, on sam jej ją dał!- prawie wykrzyknęła zgorszona.- Śmiem więc twierdzić, że nawet jeśli jeszcze czegoś między nimi nie ma, w co zaczynam powątpiewać sądząc po spojrzeniach jakimi pułkownik ją obrzuca, to wkrótce będzie. Jak się okazuje, pochodzenie nie jest tutaj przeszkodą. Nie byłoby mezaliansu, bo to szlachcianka, a najwyraźniej cała reszta pułkownika nie obchodzi.- dokończyła swoją przemowę.

Nie można się było z tym nie zgodzić, szczególnie, że jakby na dowód tych słów Jack O'Neill właśnie poprosił pannę Carter do kolejnego tańca.

To dopiero wywołało zdumienie! Było ogólnie wiadomym, że pułkownik nie tańczy. Nigdy! Coś więc było na rzeczy…

W świetle tak przytłaczających wskazówek, wszystkie rozmówczynie westchnęły w duszy z rozczarowania. Każda z nich, z różnych powodów, od dłuższego czasu planowała zdobycie tego dżentelmena. Jedne chciały jego pieniędzy, inne miłości, a dla jeszcze innych był po prostu kolejnym kaprysem, który, tak się dobrze składało, był bogaty i atrakcyjny. Wyglądało jednak na to, że wszystkie obejdą się smakiem, ponieważ to ta guwernantka, może nietypowa, ale jednak, zrobiła coś, co im się nie udało, choć bardzo się starały- zdobyła względy owej niezdobytej dotąd fortecy.

Sama Samantha, choć boleśnie świadoma rzucanych przez nie gromów, starała się je zignorować i korzystać z faktu, że dla ludzi, których opinię ceniła sobie najbardziej, nie była niewygodną.

Pułkownik, jego najbliżsi przyjaciele, generałostwo Jumper i Hammond traktowali ją ciepło, i przyjaźnie, a tym samym sprawili, że dobrze się bawiła na tym przyjęciu. Nie brakowało jej też partnerów do tańca (niektórzy byli nader natrętni i tych potem starała się unikać), lecz największą niespodzianką i przyjemnością dla niej był moment, gdy to jej chlebodawca skłonił się przed nią lekko, wyciągając ku niej swą dużą, niezwykle męską dłoń i nieśmiało prosząc do walca.

Był to taniec przez niektórych nadal uważany za nieco niemoralny z racji bliższego kontaktu partnerów, ale mimo to podbijający królewskie dwory, a co za tym idzie i resztę wyższych sfer. W jej opinii nie było w nim jednak nic gorszącego, bo chociaż tańczący istotnie byli w większej bliskości, niż na przykład w kotylionie, to przecież między nimi istniała wolna przestrzeń. Z radosnym uśmiechem podała mu więc swoją, otuloną w jedwabną rękawiczkę dłoń (nawet przez ten cienki materiał poczuła przyjemny dreszcz wzdłuż pleców, gdy jego palce oplotły się wokół jej szczupłych palców) i pozwoliła mu się poprowadzić na środek sali. Tam dygnęła pięknie w odpowiedzi na jego szarmancki ukłon i niedługo potem wirowała już w ramionach uśmiechniętego ciepło pułkownika.

- No i wyszło na moje.- powiedział wesoło, gdy z racji kolejnej figury zbliżyli się nieco bardziej w tańcu.

- Sir?- spytała nieco zdezorientowana, a jego oczy zalśniły psotnie.

- Czyż nie zapewniałem, nim wyszliśmy z domu, że będzie pani ozdobą tego przyjęcia?- mrugnął nieco szelmowsko.- Miałem rację. Większość mężczyzn tutaj niemal biła się o jeden taniec z panią i już zwątpiłem, czy i ja będę miał tę przyjemność.- dodał, a jej policzki się zaróżowiły.

- Nie wiedziałam, że jest pan jasnowidzem, panie pułkowniku.- próbowała zażartować, by odwrócić jego uwagę od jej zakłopotania.

- Nie trzeba jasnowidza, by stwierdzić to z całą pewnością, panno Carter.- odparł.- Bez wątpienia żadna z tutejszych panien, z całym szacunkiem dla nich wszystkich, nie dorównuje pani urodą i gracją.- odważył się powiedzieć.

- Obawiam się, że byłoby im przykro to usłyszeć, sir i nie wiem, czy w istocie zasługuję na ten komplement. Tym nie mniej, dziękuję, panie pułkowniku.- odpowiedziała coraz bardziej onieśmielona jego spojrzeniem i słowami.- Co do tańca, nie sądziłam, że pan go pragnie, sir. Mój karnecik nie jest na tyle pełny, by nie znalazło się tam dla pana miejsce.- wyznała czerwona niczym piwonia.

- Oboje wiemy, że to nieprawda, panno Carter .- usłyszała w zamian.- Jak powiedziałem, taniec z panią jest marzeniem każdego mężczyzny w tej sali i przypadkiem wiem, że w pani karneciku brakuje już wolnych stron. Tym bardziej cieszę się, że zaszczyciła mnie pani tym walcem.- dodał miękko.

- Nie, panie pułkowniku…- zaprzeczyła.- Przyjemność i zaszczyt leżą po mojej stronie. – dodała.- Dzisiejszego wieczora sprawił pan, że znów poczułam się, jakbym tutaj należała, do tej towarzyskiej śmietanki, a nie czułam tego od dawna. Na dodatek, pańscy przyjaciele zrobili to samo, a te nieliczne wyjątki nie robią większych problemów, poza rzucaniem mi spojrzeń mówiących: „Co tu, do licha, robi zwykła guwernantka?!".

Roześmiał się cicho. Po prostu nie mógł inaczej, gdy usłyszał to stwierdzenie. Jej maniery i język były na co dzień nienaganne, kiedy więc mówiła coś takiego, po raz kolejny udowadniała mu, jak różni się od pewnych ludzi, jak ich przewyższa, ponieważ nie uważa się za kogoś lepszego z racji swojego urodzenia. Poza tym, uwielbiał to ukryte w niej poczucie humoru, tak bliskie jego własnemu. Nie znał drugiej kobiety, która rozumiałaby jego żarty, a jednocześnie potrafiła odpłacać się takimi samymi, nie zatracając przy tym nic ze swego wdzięku, czaru i obycia. Co by nie robiła, pozostawała sobą i to mu się bardzo w niej podobało.

Jack sam nie zauważył, kiedy jego starannie opracowany plan nieangażowania się runął, niczym domek z kart. Tak bardzo próbował zignorować uczucia, które w nim budziła, myśli o niej, że nawet nie zauważył, kiedy rzeczone uczucia wkradły się, a potem na dobre zagościły w jego sercu, kiedy myśli o niej zostały jego stałymi towarzyszkami.

Nie chciał się w niej zakochać, a jednak tak się stało.

Podbiła go swoją urodą, odwagą, charakterem, ba, nawet mądrością i nawet, jeśli nadal targały nim obawy, nadal bał się zranienia, to prawda była taka, że z każdym dniem bardziej się w niej zatracał. Nie pomagał też fakt, że najwyraźniej jego syn również za nią szalał i to z wzajemnością, sądząc po śmiechu, który nie raz słyszał w bawialni i szerokich uśmiechach na twarzy obojga, gdy obserwował ich bawiących się razem. Jak na wprawnego żołnierza i obserwatora przystało, był znawcą ludzkich charakterów oraz odruchów i wiedział, że światła w jej oczach, gdy patrzyła na Charlie'ego, nie można udawać. Powinna być tylko jego nauczycielką, mentorką i opiekunką, a jednak stała się czymś więcej. Pokochała go. Jack nie mógł, i prawdę mówiąc, już nie chciał tego ignorować.

A teraz, gdy była tak blisko… Jej zapach, barwa skóry, błękit oczu i złoto włosów były wprost upajające. W jego ramionach była lekka jak piórko, z wdziękiem wirując do taktów muzyki i jeśli miałby być ze sobą szczery, najchętniej nigdy by jej z nich nie wypuszczał.

- Powiedziałem to już raz, ale znów powtórzę…- stwierdził.- Wieloma określeniami można by panią opisać, ale „zwykła" z pewnością do nich nie należy, panno Carter. „Niezwykła" za to pasowałoby tutaj doskonale.- dodał i z przyjemnością patrzył, jak szkarłat na jej policzkach przybiera na sile.

Jak to jest, że była tak nieustraszona, tak odważna, a jednocześnie do tego stopnia wstydliwa? Była pełna sprzeczności i bardzo przez to pociągająca…

- Jest pan zbyt uprzejmy, sir.- odparła skromnie.- Nie ma we mnie nic niezwykłego. Jestem po prostu dziewczyną, która robi, co musi w tej sytuacji i bardzo stara się nie zatracić siebie.

- Och, to pani nie grozi!- zapewnił szybko.

- Skąd ta pewność, panie pułkowniku?- zapytała.- Przecież znamy się od niedawna.

Coś mignęło w jego oczach, lecz znikło równie szybko, co się pojawiło, a sam pułkownik odpowiedział:

- Czasem wystarczy chwila, by poznać kogoś na wskroś, a czasem bywa tak, że zna się kogoś całe życie, a potem okazuje się, że wszystko, co wiedziało się o tym kimś, to zwyczajna ułuda. Wierzę, że mam do czynienia z tym pierwszym wypadkiem. Chcę w to wierzyć…- dodał cicho i zanim spytała, co miał na myśli, walc dobiegł końca, a w kolejce do niej znów pojawiło się kilku chętnych tancerzy.

Pułkownik tylko się uśmiechnął, skłonił i pozwolił, by porwał ją kolejny partner, bo przecież nie była jego własnością. Samantha była wolna i mogła tańczyć z kim chciała, nawet jeśli pragnął, by tańczyła tylko z nim.

Tego wieczora nie poprosił jej już więcej, lecz kiedy zmęczona nareszcie przycupnęła na jednym z krzeseł, zapewnił jej swoje towarzystwo, a także przekąski oraz dbał, by jej szklaneczka nigdy zbyt długo nie była pusta. Zabawiał ją rozmową i dyskretnie wspierał, gdy odmawiała swym wielbicielom kolejnych tańców.

O północy generał Jumper istotnie zorganizował kulig z pochodniami, zapraszając do swych sań swoich honorowych gości oraz pannę Carter.

Pułkownik, jakkolwiek chętny jej towarzyszyć, musiał się jednak zabrać z sędzią i doktorem oraz ich żonami. Tym nie mniej jednak, dobrze się bawił, pędząc wśród rozgwieżdżonej nocy i żartując z przyjaciółmi, a kiedy wszyscy wrócili do domu generała na szklaneczkę rozgrzewającego grogu przed rozejściem się do własnych siedzib, znów stanął u boku panny Samanthy i nie opuścił go aż do końca.

Wrócili do swego domu grubo po pierwszej, uśmiechnięci, zadowoleni, choć nieco zmęczeni. Jak to mieli od niedawna w zwyczaju, wypili jeszcze po kieliszku wina w bibliotece (tak na sen) i dopiero wtedy rozeszli się do swoich pokoi.

- Dobrej nocy, panno Carter.- powiedział, gdy się żegnali na górze.- Proszę dobrze wypocząć, bo Charlie zapewne obudzi się rano i znów będzie domagał się całej pani uwagi.

- To kochane dziecko, ale ma pan rację, sir. W istocie jestem zmęczona, lecz jest to dobre zmęczenie.- potwierdziła z uśmiechem.- Dziękuję za ten wieczór, panie pułkowniku…- dodała.- Żałuję jednak, że tańczyliśmy tak mało.- dodała psotnie.- W porównaniu do niektórych moich partnerów, jest pan doskonałym tancerzem.

- Tylko w porównaniu do niektórych?- spytał psotnie, unosząc zabawnie brew.

Zarumieniła się i odpowiedziała:

- Czy naprawdę muszę odpowiadać na to pytanie?

- Byłoby miło!- wyszczerzył się pułkownik, a ona zachichotała.

- Dobrej nocy, sir.- szepnęła.

- Dobrej nocy…- odparł równie cicho, a kiedy zniknęła za drzwiami swej alkowy, dodał:- Samantho…

Długo nie mógł zasnąć. Wciąż myślał o niej i o tym, jak dobrze było trzymać ją w objęciach. Zastanawiał się, jak postąpić. Czy znajdzie w sobie odwagę, by po raz kolejny otworzyć przed kimś duszę, narażając się tym samym na ryzyko tego samego bólu, jaki zadała mu Sara? Z drugiej strony, przecież nie chodziło o jakiegoś tam „kogoś". Tutaj chodziło o kobietę, która na nowo sprawiła, że zapragnął kochać i być kochanym. Ta niezwykła istota bez większego trudu znalazła sobie ścieżkę do jego serca, chociaż robił wszystko, by się przed nią ochronić, z unikaniem jej na czele.

Nie pomogło.

Chciał, czy nie, zdobyła go, nawet, jeśli zrobiła to zupełnie niechcący. Niekoniecznie przecież panna Carter musi podzielać jego sentyment. Być może po prostu jest tak, że jest mu wdzięczna za szansę, że go szanuje. Czy w jej oczach mógłby być kimś więcej niż przyjacielem i pracodawcą? Dzieliła ich różnica wieku, której był świadomy i choć nie uważał się jeszcze za starca, ona mogła pragnąć kogoś młodszego, nie obciążonego przeszłością, na dodatek taką, jak ta jego. Owszem, kochała jego dziecko i co do tego nie miał wątpliwości, lecz niekoniecznie musiała pokochać jego samego.

Poza tym, nadal pozostawały jego lęki. Były absurdalne, wiedział o tym, ponieważ wiedział, że Samantha przypominała Sarę tylko z wyglądu. Już udowodniła, że ma inny charakter od jego zmarłej, niewiernej żony. Była szlachetna i uczciwa, a także bardzo wrażliwa na cierpienie innych, gdy Sara zawsze wydawała się być skupiona bardziej na sobie i swoich potrzebach, o czym boleśnie przekonał się, kiedy go porzuciła. Serce mówiło mu, że panna Carter nigdy by tego nie zrobiła, lecz rozum wciąż podsuwał mu wspomnienia tamtego strasznego dnia, gdy jego rodzina się rozpadła.

- Co robić?- szeptał w przestrzeń, lecz nie otrzymał odpowiedzi…

TBC