A/N: No i zbliżamy się do tej czarownej chwili, tylko czy w istocie będzie ona tak magiczna? Przekonajmy się! ;-)
XII
Dixonowie byli z siebie niezwykle zadowoleni po owych rozmowach z zakochanymi. Widać było, że Jack i Samantha byli jakby bardziej świadomi siebie nawzajem, bardziej na siebie wyczuleni. Ich reakcje na bliskość były czasem słodkie i nierzadko zabawne dla obu małżonków, zwłaszcza nieco niezręczne, a można by nawet rzec- fajtłapowate próby pomocy ze strony Jonathana, który jakimś cudem zdołał nawet oblać ukochaną winem, jakie Kate serwowała do posiłku. Dość powiedzieć, że przepraszał uniżenie, czerwieniąc się nie mniej od homara i żałując swej nieporadności.
Sama Samantha przyjęła to z właściwą sobie wyrozumiałością, nieśmiałym uśmiechem i rumieńcem na policzkach, zwłaszcza, że widziała, jak przykro było pułkownikowi z powodu zabrudzenia sukni. Poza tym, pochlebiało jej, że potrafiła wprawić jego zazwyczaj spokojne i silne dłonie w drżenie- bezpośrednią przyczynę tej małej katastrofy.
- Każę ją wyczyścić, panno Carter, a jeśli plama nie zejdzie, kupię pani nową suknię!- powiedział zdecydowanie, gdy po raz kolejny zapewniła, że to nic takiego. Nie pomogły przekonywania, więc tylko przeprosiła biesiadników i dygnąwszy z gracją, pośpieszyła do swej alkowy, aby się przebrać i oddać rzeczoną część garderoby do prania.
Jak nietrudno się domyślić, po jej wyjściu biedny Jack był niepocieszony swoją wpadką i poczuł się po prostu śmiesznie, przekonany, że taki właśnie jest w jej oczach- nieporadny i śmieszny.
- Też mi admirator!- skrytykował się w myślach.- Jeszcze kilka takich sytuacji, a odrzuci cię zanim jeszcze otworzysz usta! Weź się w garść, bo panna Carter potrzebuje mężczyzny, a nie ciamajdy!
Naturalnie, pojęcia nie miał, że ukochana żadną miarą nie podzielała jego samokrytycyzmu. Znała go już od jakiegoś czasu i wiedziała, że normalnie był bardziej opanowany i skupiony. Jego oczywista teraz atencja wzbudzała w niej jednak nader ciepłe uczucia, a lekka niezdarność była słodką odmianą w porównaniu z kilkoma złotoustymi, lecz pustymi absztyfikantami, którzy zalecali się do niej niczym tokujące cietrzewie, gdy jeszcze była bogata. Wskazywała bowiem na człowieka skromnego, nieśmiałego i szczerego w uczuciach, który czynem nadrabia (lub próbuje nadrabiać) brak wyznań. Jeśli nawet dotąd mogła powątpiewać w „zauroczenie" pułkownika, to od tej chwili zaczęła do siebie dopuszczać myśl, że być może w istocie jest mu bliską, że jej własne uczucie nie jest nieodwzajemnione.
Radowała ją ta myśl. Radowała niezmiernie!
Z pomocą pokojówki, szybko zasznurowała kolejną, tym razem błękitną sukienkę, która podkreślała kolor jej oczu i upewniwszy się, że wygląda ładnie, zeszła znów do jadalni, gdzie niecierpliwie oczekiwano na jej powrót.
Kate zachichotała w duszy na widok miny brata, który wybitnie rozmarzonym spojrzeniem obrzucił ich jasnowłosą przyjaciółkę, a przyłapany na tym spojrzeniu, odkaszlnął z zakłopotaniem, po czym prędko wstał, by pomóc pannie Carter ponownie zasiąść przy stole.
Tym razem, ku jego uciesze oraz uldze, obyło się bez incydentów, a Samantha podziękowała mu miękkim spojrzeniem i dobrym słowem.
- Panno Sammie! A na deser będzie ciasto dyniowe!- zawołał z entuzjazmem Charlie, z uwielbieniem zerkając na opiekunkę i już w gotowości trzymając widelczyk.
- A my lubimy ciasto dyniowe, czyż nie?- mrugnęła do niego porozumiewawczo i malec przytaknął twierdząco wespół z kuzynami, rozbawiając dorosłych uczestników posiłku.
Reszta obiadu przebiegła już spokojnie, po czym dzieciom pozwolono odejść od stołu i wrócić do zabawy. Dorośli tymczasem przenieśli się do salonu, gdzie Kate zaproponowała grę w karty.
Była to równa potyczka, podczas której okazało się, że panna Carter potrafi całkiem nieźle blefować i posiada przy tym strategiczne wyczucie. Niektóre jej zagrania wywołały niekłamany podziw u obu oficerów, którzy żartowali, że blondynka byłaby lepszym generałem niż niejeden mężczyzna.
- Och! Zapewne to po prostu wpływ mojego ojca.- odparła skromnie po usłyszeniu komplementu.- Trudno się czegoś nie nauczyć, gdy ma się tak dobrego oficera w domu. Ojciec lubi podyskutować o logice i strategii, a że nie ma syna, padło na mnie!- dodała wesoło.
- W takim razie, nie chciałbym stawać w bitwie naprzeciwko żadnego z was.- stwierdził Dave Dixon.- Zwycięstwo nie byłoby łatwe!
- O ile w ogóle pan by wygrał, sir.- zażartowała Samantha i mąż Kate się wyszczerzył:
- Touché, panno Carter!- zawołał z uznaniem.
- Dobrze powiedziane, przyjaciółko!- roześmiała się pułkownikowa.- Nareszcie ktoś, kto potrafi ograniczyć ich żołnierskie ego!
- Hej! Moje ego nie jest przesadnie wielkie!- zaprotestował Jack, który dotąd z fascynacją przyglądał się pojedynkowi między swą wybranką, a szwagrem. Sam przegrał wszystkie rozdania, bo był „nieco" rozkojarzony. Nietrudno się domyślić, z jakiego powodu…
- Skoro tak mówisz, mój drogi bracie…- mrugnęła pani Dixon, tym razem wywołując chichot u Samanthy.
- Panno Carter?- pułkownik O'Neill zwrócił się do blondynki.
- Tak, sir?- odparła niewinnie, choć wiedziała, co zaraz usłyszy.
- Co mówiłem o chichotaniu?- spytał z wysoko uniesioną brwią.
- Żadnego chichotania, panie pułkowniku.- odpowiedziała tym samym, niewinnym tonem.
- A więc?- naciskał.
Zanim któreś z Dixonów zdążyło go zbesztać za te pytania, Samantha się roześmiała, a Jack razem z nią. Najwyraźniej ci dwoje stworzyli sobie prywatny żarcik, który dowodził, jak dobrze się rozumieją.
- Ach! Jacy oni słodcy!- Kate szepnęła do męża i brunet nie mógł zaprzeczyć. Rzeczywiście stanowili zgrany duet.
Później Samantha usiadła do fortepianu, a Jack stanął u jej boku, by przewracać dla niej kolejne strony zapisów nutowych. Taki przynajmniej był jego oficjalny powód. Po cichu zaś zachwycał się nie tylko grą ukochanej (czystą i bezbłędną), lecz również aromatem jej włosów i perfum, które tego dnia nosiła. Za każdym razem, gdy się pochylał, aby przewrócić kartkę, wprost upajał się jej unikatowym zapachem, tak świeżym i niewinnym, jak ona sama. Z radością też zauważył, że być może rzeczywiście nie był jej obojętny. Świadczył o tym chociażby uroczy rumieniec na jej policzkach, dodający jeszcze więcej blasku jej cerze.
- Jest nią kompletnie oczarowany, nie sądzisz, najdroższy?- zapytała szeptem Kate, zerkając między małżonkiem, a parą przy instrumencie.
- W samej rzeczy, moja droga.- przytaknął.- Wygląda również na to, że panna Carter podziela to oczarowanie. Czy widzisz, jak się czerwieni? Jak jej oczy lśnią, gdy Jack jest blisko?
- Jest mu wzajemna, to oczywiste.- potwierdziła pułkownikowa.- Byłaby dla niego doskonałą żoną i matką dla Charlie'ego.- dodała.- Przyznaję, że kiedy pierwszy raz wspomniał mi o zatrudnieniu guwernantki, miałam wątpliwości i obawy. Na szczęście okazało się, że Samantha to nie tylko panna z klasą, lecz przede wszystkim, czarująca i dobra dziewczyna, która ma nie tylko dobry wpływ na Jonathana, ale też na mego bratanka. Chyba nie przesadzę, gdy powiem, że jej pojawienie się w Błękitnym Zamku zmieniło ich życie na lepsze. Jeśli wejdzie do rodziny…
- Kiedy wejdzie.- poprawił ją Dave.
- Kiedy wejdzie…- sprostowała Kathlenn.- …powitam ją w klanie jak siostrę, której nigdy nie miałam. Bez wątpienia będzie reprezentować Blue Caisleán znacznie lepiej, niż jej poprzedniczka, świeć Panie nad jej duszą. Bóg wie, że Sara była zbyt skupiona na sobie i swoich potrzebach, by być dobrą żoną i matką, co zresztą udowodniła swą haniebną ucieczką.- dorzuciła.
- Drogo za to zapłaciła.- szepnął pułkownik Dixon.- Na szczęście dla Jacka, to już koniec.
- Ja bym raczej powiedziała, że nowy początek!- mrugnęła Kate.- Dobrze pamiętam, gdy przyjechał tu powiedzieć mi o śmierci Sary i jak kategorycznie upierał się, że nie pokocha już nigdy więcej. Jak widać, niektóre przysięgi są niezwykle trudne do utrzymania, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi ktoś taki, jak Samantha. Nawet taki uparciuch jak mój brat się jej nie oparł, lecz w tym przypadku bardzo mnie to cieszy. Jack znów przypomina mi tego pogodnego mężczyznę, którym był w szczęśliwych momentach swego małżeństwa. Znów żyje pełną piersią i to zasługa naszej młodej przyjaciółki.
- Istotnie. Dokonała niemożliwego.- zgodził się Dave.- Ja również z chęcią ujrzę ją w rodzinie…
Dobrze, że ta konwersacja właśnie dobiegła końca, bo w tym momencie utwór się zakończył i należało nagrodzić jego wykonawczynię brawami, które zapoczątkował jej wielbiciel. Kate i Dave szybko dołączyli do aplauzu, a panna Carter, ze skromnym uśmiechem na ustach, podziękowała i znów dygnęła wdzięcznie. Odchodząc od fortepianu, nie zauważyła jednak zapodzianej przez jedno z dzieci zabawki i potknąwszy się o drewnianego żołnierzyka, omal nie uparła. Tylko szybka reakcja Jacka, który pochwycił ją w swoje ramiona, zapobiegła nieszczęściu. Dziewczyna, czując jego bliskość, raz jeszcze spłonęła rumieńcem i zatonęła w ciepłym spojrzeniu jego ciemnych oczu, po raz kolejny tracąc kontakt z rzeczywistością.
W jego objęciach czuła się tak bezpiecznie i komfortowo, a całe jej ciało przeszło rozkoszne drżenie. Gdy pomagał jej odzyskać równowagę i trzymał tak delikatnie, lecz zarazem stanowczo, czuła motylki w brzuchu. Na dodatek, pachniał tak męsko…
- Chyba zapomnieli, że nie są tu sami!- zachichotał cichutko Dave.- Może rzeczywiście powinniśmy wyjść i dać im trochę czasu sam na sam?- zaproponował psotnie.
- Najdroższy, czyżby spodobała ci się rola Kupidyna?- zażartowała jego żona.- Przecież to ty wcześniej radziłeś mi roztropność.- przypomniała.
- Bo wcześniej nie miałem wystarczająco dowodów, że między nimi istotnie coś jest.- bronił się.- Teraz, gdy uczucie jest wiadome, nie ma powodu, by ich nieco nie zachęcić!- mrugnął znacząco.
- Czy powiedziałam, jak bardzo uwielbiam twój psotny charakter, mężulku?- wyszczerzyła się Kathlenn i cmoknąwszy go szybko w policzek, dyskretnie wyprowadziła z salonu, dając bratu i jego ukochanej szansę na intymne tête à tête.
- Oby tylko skorzystali z okazji!- pomyśleli Dixonowie w drodze do bawialni dzieci.
-xox-
Tymczasem w salonie romans powoli rozkwitał…
- Panno Carter, Samantho… Ja…- zająknął się pułkownik O'Neill, gdy ich spojrzenia się splotły.
- Tak?- zapytała cicho, nieśmiało, po raz pierwszy nie dodając na końcu jego tytułu. Ośmieliła się na to, ponieważ zwrócił się do niej po imieniu, nie zaś, jak zwykle to czynił, nazwiskiem.
- Nie, nic…- wymamrotał w przypływie tchórzostwa i już miał puścić zawiedzioną dziewczynę, gdy przypomniał sobie rozmowę ze szwagrem. Nowa fala determinacji ogarnęła jego umysł i postanowił się jej poddać…- A jednak… Co mam do stracenia?- powiedział raczej sam do siebie i raz jeszcze spojrzał na wybrankę serca.- Zapewne zrozumiała już pani, że mówca ze mnie kiepski, a jeszcze gorszy wielbiciel, skoro jedno pani spojrzenie sprawia, że głupieję. Prawda jest jednak taka, że oczarowałaś mnie Samantho już w chwili, gdy ujrzałem cię po raz pierwszy. Walczyłem z uczuciami, jakie we mnie obudziłaś i to wcale nie dlatego, że nie byłaś, nie jesteś ich godna, bo o godniejszą kobietę byłoby trudno, lecz ze strachu.- wyznał.
- Ze strachu?- zdumiała się.- Czy sprawy serca w istocie tak pana przerażają, pułkowniku?- dodała zdezorientowana. Choć bardzo chciała, nie rozumiała, do czego zmierzał.
- To nie sprawy serca budzą moje lęki, Samantho, choć mówienie o nich nie jest dla mnie łatwe…- przyznał cicho.- To zdrada mnie przeraża i ból, jaki za sobą niesie.- dodał wreszcie, a ona w zdziwieniu zrobiła wielkie oczy.
- Zdrada? Nie rozumiem.- odparła pełna konfuzji.
- Pozwól więc, że opowiem ci pewną historię. Wtedy zrozumiesz i zdecydujesz, czy dasz szansę temu samotnemu żołnierzowi, który przez miłość do ojczyzny, do armii, utracił miłość żony…- powiedział i poprowadziwszy ją ku kanapie, pomógł jej usiąść i rozpoczął opowieść swego życia.
Szok i niedowierzanie malowały się na jej pięknej twarzy z każdym kolejnym słowem. Przeświadczona, że owdowiał w wyniku nieszczęśliwego wypadku lub choroby żony, była wstrząśnięta do głębi uczynkiem Sary O'Neill (Jak można tak zhańbić swoje nazwisko, kochającego męża? Jak można porzucić dziecko?!) i sposobem, w jaki oficer zatuszował ten skandal. Nie potępiała go jednak za to, bowiem nie zrobił tego dla siebie, lecz dla dobra syna, którego z takim poświęceniem sam wychował. Mogła sobie tylko wyobrazić ogrom bólu, jaki odczuwał po tej zdradzie, współczuć mu i podziwiać za to, że odważył się jej o tym opowiedzieć.
-… Szukałem jej przez trzy lata, Samantho…- mówił dalej.- W czasie, gdy przybyłaś do dworu, podążałem najnowszym tropem błagając Boga, by ta męka wreszcie się zakończyła. Chciałem tylko odzyskać wolność, której Sara mi odmówiła wraz z ucieczką. Nie miałem pojęcia, że odnajdę ją na łożu śmierci.
- Co było dalej?- zachęciła łagodnie, ze współczuciem dotykając jego dłoni, gdy zmęczony tym wszystkim, przycupnął obok niej.
Pochwycił się tego czułego gestu, niczym tonący brzytwy, czerpiąc odwagę i siłę z jej dotyku.
- Tamtego dnia wyznała mi nazwisko swego uwodziciela oraz straszną tajemnicę.- odpowiedział powoli.
- Tajemnicę?- spytała zaintrygowana, ale widząc jego wahanie, dodała:- Proszę nie mówić, jeśli pan nie chce. Zrozumiem, jeśli to zbyt bolesne, albo objęte obietnicą dyskrecji.
- Chcę! Muszę to z siebie wreszcie wyrzucić.- powiedział niemal desperacko.- Nawet Kate nie wie. Jedynymi świadkami tego sekretu byli Daniel i kobieta, u której znalazłem żonę. Nie chcę, nie mogę mieć przed tobą tajemnic, jeśli pragnę twej wzajemności.- dodał.
- A pragniesz?- szepnęła zarumieniona, podczas gdy jej serce zabiło mocniej.
- Bardziej, niż czegokolwiek innego.- odparł, patrząc na nią z już nieskrywanym uczuciem.
- Zatem nie bój się prawdy, bo ona wyzwala.- powiedziała łagodnie.- Przez szczerość z pewnością nie pomyślę o tobie źle, zwłaszcza, że jesteś ofiarą tej sytuacji, Jack...- dorzuciła, sama nie zdając sobie sprawy, kiedy zaczęła nazywać go po imieniu.
On zauważył, ale nic nie wspomniał w obawie, by nie przestała. Tak słodko brzmiało w jej ustach. Mówił więc dalej…
- Nim wiarołomny kochanek ją porzucił, poczęli dziecko…- powiedział z bólem i dziewczyna aż krzyknęła z szoku po usłyszeniu tego wyznania.
- Dziecko? Co się z nim stało?- dopytywała się natychmiast blondynka.
- Nigdy się nie urodziło.- odparł pułkownik.- Ten łajdak, z którym uciekła, zabrał ją do szemranej akuszerki, jak tylko stało się oczywistym, że Sara oczekuje.
- Z-zabili dziecko?- poruszona Samantha szepnęła przez łzy.- I ona na to pozwoliła? Przecież to dar od Boga! Część niej samej? Jak tak można?- załkała.
- Powiedziała, że zrobiła to w obawie przed utratą jego uczucia.- odpowiedział wzruszony jej reakcją. Znów mu przypomniała, jaka jest wrażliwa i dobra.- Paradoksalnie, to był początek końca, zwłaszcza, że sprawy się skomplikowały. Po utracie dziecka, Sara była bardzo osłabiona, jej zdrowie ucierpiało i potrzebowała opieki. Wtedy jej uwodziciel odkrył się zupełnie i porzucił bez grosza przy duszy, chorą, załamaną, i biedną. Sprzedała wszystko, co miała, by się utrzymać, ale na niedługo to starczyło i ostatecznie kątem zamieszkała u pewnej kobiety, która trudniła się prostytucją. Nietrudno się domyśleć, jak płaciła za pobyt…- powiedział zdruzgotany, a Samantha bez problemu zrozumiała aluzję i zakryła dłonią usta, by stłumić kolejny krzyk.- Jej… profesja, jak zapewne przypuszczasz, sprowadziła na nią kolejne choroby i w konsekwencji śmierć. Umierała, kiedy ją znalazłem w tym domu, nędznym i brudnym. Odchodząc, prosiła o wybaczenie i dałem jej je, lecz wspomnienie tej zdrady cierniem utkwiło w mym boku i przysiągłem sobie wtedy, że nigdy więcej nie oddam serca kobiecie. Nie przypuszczałem jeszcze wtedy, że ty to zmienisz. Wróciłem do domu z mocnym postanowieniem, które spełzło jednak na niczym wobec twojej odwagi, piękna i uroku. Choć nie chciałem, raz jeszcze pokochałem. Nie miałem jednak odwagi, by to wyznać i prosić o wzajemność. Dziś nadal przychodzi mi to z trudem, ale nie mogę dalej milczeć. Muszę wiedzieć, czy mogłabyś… Zrozumiem, oczywiście, jeśli po tym, co tu usłyszałaś, mnie nie zechcesz. Historia Sary pokazuje, jak kiepskim byłem mężem, że poszukała uczucia gdzie indziej…- dorzucił, lecz zanim skończył, położyła mu palec na usta, skutecznie go uciszając.
- Dość! Nie mów nic więcej!- zażądała dziewczyna.- Jak możesz się obwiniać za jej wybory, Jack? Gdyby była dobrą żoną, nigdy nie spojrzałaby na innego mężczyznę, nigdy nie opuściłaby ciebie, ani waszego dziecka! Mało tego… Gdyby była dobrą kobietą i matką, za żadne skarby nie zabiłaby drugiego, którego oczekiwała! To prawda, że wyraziła skruchę, lecz nie ty powinieneś nosić to brzemię. Nie miała prawa cię nim obarczać! Jako żona żołnierza, powinna wiedzieć, że czasem po prostu musi czekać na powrót męża, który walczy za ojczyznę, za rodzinę. Nie chciała tego. Była egoistką, która zamiast wsparcia i miłości, przyniosła wam ból. Skrzywdziła dwie osoby, dla których powinna zrobić wszystko, które powinny być dla niej wszystkim. Nie usprawiedliwiaj jej samolubstwa swoją nieobecnością, czy brakiem krasomówczych umiejętności. To nie słowa świadczą o uczuciu, ale czyny!- stwierdziła stanowczo.- Kiedy patrzę na ciebie i Charlie'ego, widzę wspaniałego człowieka i oddanego ojca. Widzę szlachetnego, uczciwego i skromnego mężczyznę, który nie ocenia nikogo z góry, nie dyskryminuję za brak wykształcenia, czy biedę, lecz traktuje uczciwie i z szacunkiem, na jaki zasługuje każda ludzka istota. Czuję się zaszczycona, że taki człowiek spojrzał w moją stronę, że obdarzył mnie uczuciem, gdy moi tak zwani przyjaciele odwrócili się ode mnie plecami. Właśnie o takim mężczyźnie marzy każda porządna kobieta, o takim zawsze ja marzyłam…- szepnęła nieco onieśmielona.
- A więc?- zapytał niepewnie, lecz z iskierka nadziei w oczach.
- Moje serce należy do pana, sir, jeśli naprawdę go pragniesz…- odparła cicho, a szczęśliwy Jack padł przed nią na kolana.
- Z całej duszy! Na zawsze. Zawsze…- odpowiedział, chwytając jej dłonie we własne i całując z namaszczeniem.
Gdy dotknęła jedną z nich jego policzka, tak delikatnie i czule, wiedziony odwagą powoli pochylił się w jej stronę, dając jej czas, by się wycofała, jeśli nie chce jego pocałunku.
Nie zrobiła tego. Przeciwnie, wyszła mu naprzeciw i ich wargi nareszcie się spotkały. Potem słowa stały się zbędne.
Zajęci sobą, nie zauważyli nawet, że zaciekawieni Dixonowie przyszli sprawdzić powód ich długiej, skądinąd, nieobecności i nie widzieli szerokich uśmiechów na ich twarzach. Wyznali sobie uczucia i od tej chwili nie liczyło się nic więcej…
TBC
A/N: I jak?
