XIII
Tamta rozmowa zmieniła wszystko między panem Błękitnego Zamku, a guwernantką jego syna, która dla obu stała się kimś znacznie więcej.
Mały Charlie, jak na spostrzegawcze dziecko przystało, bez trudu zauważył zmianę w stosunkach między ojcem, a ukochaną nauczycielką, nawet, jeśli jego papa starał się w dyskretny sposób okazywać afekt wybrance swego serca. Nie zdołał jednak ukryć pełnych uczucia spojrzeń, czy powstrzymać się przed dotykiem, albo pocałunkiem w dłoń. Te drobne na pozór gesty, dały maluchowi upragnioną nadzieję na to, że panna Sammie jednak zostanie jego mamą.
Sam pułkownik chodził ostatnio z głową w chmurach i szerokim uśmiechem na twarzy, a kilka razy nawet słyszano, jak podśpiewywał!
Ten ostatni fakt niezwykle ubawił jego siostrę i szwagra, o dzieciach nie wspominając…
Samantha w pełni podzielała jego euforię, a w chwilach, gdy byli sami, nieśmiało, lecz nie bez namiętności oddawała pocałunki ukochanego. Najbardziej jednak lubiła momenty, gdy po prostu ją przytulał. Nie musieli wtedy nic mówić, choć Jack nierzadko szeptał jej do ucha komplementy, czy zapewniał o swym oddaniu i trzeba przyznać, że za każdym razem szło mu to z większą łatwością niż niegdyś. Wszystko dlatego, że nadal pamiętał słowa Sary…
- Zbyt rzadko byłeś obok. Od dawna nie mówiłeś, że kochasz. Dlatego odeszłam…
Postanowił więc, że po raz dugi do tego nie dopuści i nie zamierzał. Poza tym, przy Samanth'cie czuł się swobodniej, naturalniej, skutkiem czego i słowa płynęły swobodnie. Nietrudno było wyznawać uczucia tak niezwykłej i wrażliwej dziewczynie, która nigdy nie potraktowałaby owych wyznań lekko. Uszczęśliwiała go i Bóg mu świadkiem, on pragnął uszczęśliwić ją. Był zwarty i gotowy…
-xox-
Korzystając z okazji, że mróz nieco odpuścił, Jack postanowił, że chociaż rodzina doskonale bawiła się w Vorash, czas wracać do miasta. Miał tam sprawy do załatwienia, zwłaszcza jedną, z pewnym utalentowanym rzemieślnikiem. Tak więc obecni i przyszli O'Neillowie raz jeszcze spakowali bagaże, i po ciepłym pożegnaniu z Dixonami ruszyli w drogę powrotną. Tym razem, kiedy Charlie przysnął, uśpiony bujającym się powozem, jego ojciec przygarnął do siebie oboje- syna i ukochaną, która trzymała go na kolanach. Czule objęci, przejechali w ten sposób całkiem sporą odległość, rozdzielając się dopiero podczas pierwszego postoju w gospodzie, gdzie odpoczęli i posilili się.
Resztę drogi spędzili, próbując wszelkimi siłami zabawić znudzonego jazdą Charlie'ego, co nie było łatwe w tak ciasnej przestrzeni. Chłopczyk nigdy nie potrafił długo usiedzieć w jednym miejscu (zupełnie jak ojciec!), lecz Samantha miała już na to kilka wypróbowanych sposobów, które raz jeszcze potwierdziły przypuszczenia Jacka co do tego, że byłaby wspaniałą matką. Nawet Janet nie potrafiła skłonić jego syna do spokojniejszego zachowania, więc kiedy pułkownik patrzył, jak jego pierworodny z uśmiechem na ustach słucha „panny Sammie", nie mógł wyjść z podziwu.
- To niewiarygodne, że taka kobieta wybrała mnie!- zdumiewał się w duszy.
Gdy zdecydował się prosić ją o wzajemność, nie wiedział, że już ją posiada, że Samantha w pełni odwzajemnia jego uczucie. Nie miał pojęcia, co w nim widziała, bo przecież w gruncie rzeczy był przeciętnym człowiekiem, ale nie zamierzał narzekać! W porównaniu do większości znanych mu kobiet, była aniołem wcielonym i skoro oddała mu swoje serce, przyjmując w zamian jego własne, planował zatrzymać je na wieczność.
Dziś już wiedział, że poślubiając Sarę popełnił błąd. Był samotnym żołnierzem i desperacko pragnął stabilizacji, własnej rodziny, w której to on byłby głową, nie zaś jego ojciec, który był dość apodyktyczny. Wybrał więc najładniejszą pannę w okolicy, jaka wydała mu się dostatecznie uczciwą, miłą i czarującą, i wmówił sobie, że ją pokochał. Poślubił ją po krótkich zaręczynach i zadowolony z siebie, powrócił do żołnierskich obowiązków. Był przeświadczony, że jego szczęścia nic nie zdoła zniszczyć.
Jakże się mylił…
Wszystko wydawało się dobrze, dopóki nie urodził się ich syn. Mimo że Jack starał się spędzać więcej czasu z rodziną, nadal podlegał rozkazom i często wyjeżdżał. Z tego, co powiedziała mu Janet, Sara nigdy przesadnie nie interesowała się dzieckiem. Owszem, karmiła Charlie'ego, kiedy trzeba i wzięła go na ręce, gdy mieli gości, ale resztę robiła za nią niańka, ponieważ pani O'Neill skupiła się na swych obowiązkach towarzyskich. Chodziła na bale i przyjęcia, zostawiając syna z opiekunką i właśnie na jednym z nich poznała swego późniejszego kochanka, z którym w tajemnicy dzieliła łoże przez kilka dobrych miesięcy. Kiedy Jack wrócił do domu po kolejnej militarnej wyprawie (jego ojciec już wtedy nie żył i Jack odziedziczył majątek), zastał tam tylko syna i krótki list od wiarołomnej żony, w którym informowała go, że obdarzyła uczuciem kogoś innego, że odchodzi, zostawiając mu dziecko i że nie wróci nigdy więcej.
Pomijając szok i ból, pułkownik poczuł, jak ogarnia go gniew. Tej nocy upił się na umór w swojej bibliotece, a rankiem wezwał do siebie trzech ludzi, których pomocy potrzebował, a co ważniejsze, którym ufał. Nie mógł dopuścić do skandalu. Jego syn nie mógł wiedzieć, jak mało znaczył dla matki i jaką kobietą się ona okazała. Mimo protestów księdza, sędziego i doktora, zdołał ich przekonać do swego planu i dwa dni później po okolicy rozeszła się wieść, że Sara ciężko zapadła na zdrowiu i nie przyjmuje gości. Po tygodniu zaś, ogłoszono jej zejście z tego świata na skutek słabego serca (ironia, czyż nie?). Pułkownika uznano za wdowca i na tym pozornie zakończyła się ta sprawa.
Pozornie…
Wezwana do Błękitnego Zamku pani Dixon zasugerowała, że tak czy inaczej, należy Sarę odnaleźć i zmusić do podpisania papierów rozwodowych oraz formalnego zrzeczenia się dziecka. Jack nie miał ochoty spotkać się z tą, która tak go zdradziła, lecz innego wyjścia nie było. Musiał też ją przekonać, by nigdy więcej nie wracała w te okolice, bo dla wszystkich wokół uchodzi za martwą. Nie miał pojęcia, że na ten moment będzie czekał przez trzy długie lata. Ona i jej kochanek dobrze się zaszyli, a z czasem dowiedział się, co dalej się z nią działo i jak to się skończyło.
Dziś znów był wolny, a u jego boku stanęła ta WŁAŚCIWA kobieta, kobieta, na którą powinien był wtedy zaczekać. I choć nie zamieniłby synka na nic innego, pragnął, by to Samantha wydała go na świat. Skoro jednak nie mógł tego zmienić, mógł się postarać choć w części naprawić ten błąd i przez ślub uczynić ją matką Charlie'ego, czego bez wątpienia pragnął jego malec i, jak się ostatnio dowiedział, ona sama…
Do dworu wrócili akurat w momencie, gdy znów załamała się pogoda i rozszalała się śnieżyca. Kiedy dojechali, byli zmęczeni i zmarznięci, ale zadowoleni, że przez większość czasu aura dopisała.
Naturalnie, jako że kolację zjedli w przydrożnej gospodzie, Charlie prawie natychmiast został odesłany do łóżka, bo było już dość późno i zasnął snem sprawiedliwego, jak tylko otrzymał od ojca oraz swej ulubienicy uścisk oraz pocałunek na dobranoc. Potem, ku zdziwieniu Jacksonów (jak najbardziej pozytywnemu zdziwieniu, dodajmy), pułkownik odprowadził ukochaną do drzwi jej alkowy.
- Śpij dobrze, najdroższa Samantho.- powiedział miękko, całując czule jej dłoń.- Spotkamy się jutro.
- I tobie życzę miłych snów, Jonathanie.- odparła zarumieniona.
- Jack.- poprawił ją delikatnie.- Będą takie, kiedy wreszcie się położę. Mam coś jeszcze do zrobienia, ale jak tylko to załatwię, udam się na spoczynek.- powiedział.- Śnij o mnie, Samantho, bo Bóg wie, że ja będę śnił o tobie.- dodał i pochyliwszy głowę, złożył na jej ustach delikatny pocałunek, świadkiem którego przypadkowo stał się Daniel.
Najprościej powiedzieć, że szczęka sekretarza dotknęła podłogi, a oczy stały się wielkie jak spodki na ów widok.
- No, to teraz już wiem, co gnębiło pułkownika!- wyszczerzył się w duszy.- Moja Janet znów miała rację. Wystarczyło poczekać i sprawa sama się wyjaśniła. Dobrze! Pan Jack zasługuje na szczęście, a panna Carter jest tą, która z pewnością mu je da, sądząc po tym, co właśnie ujrzałem. Muszę powiedzieć żonie!- pomyślał i czym prędzej się wycofał, by nie przeszkadzać zakochanym.
Tymczasem para z oporami przerwała pieszczotę i wkrótce potem panna Carter zniknęła za drzwiami swej sypialni, promiennie się uśmiechając. Szybko rozsznurowała gorset sukni, zamieniając swój strój na nocną koszulę i po obowiązkowych ablucjach oraz modlitwie, udała się do przyjemnie ciepłego łóżka, aby wypocząć po podróży. Zasypiała z uśmiechem na ustach…
Jack skierował się do gabinetu. To prawda, że dochodziła jedenasta, ale sprawa nie cierpiała zwłoki. Miał dwa listy do napisania. W pierwszym zamierzał poinformować ojca ukochanej o swych względem niej zamiarach i prosić o pozwolenie na poślubienie jej. W drugim, adresowanym do generała Hammonda, nadal goszczącego u Jumperów, zapraszał go na kieliszek Porto do klubu oficerskiego, by i z nim, jako tymczasowym opiekunem wybranki, rozmówić się w tej samej sprawie. To prawda, że miał już wzajemność Samanthy, lecz jako oficer i dżentelmen, czuł się w obowiązku uprzedzić obu jej protektorów o zmianie, jaka nastąpiła w stosunkach między nim, a śliczną panną. Tego wymagał jego honor i szacunek, jakim ją darzył…
W każdym razie, kiedy już zaadresował oba listy, zostawił je na stosie poczty pilnej, którą Daniel każdego ranka zajmował się w pierwszej kolejności. Wiedział, że jego młody przyjaciel wyśle je pierwszym gońcem, więc już spokojny i zadowolony z siebie, zabrał kandelabr i podążył do swojego pokoju. Tam odświeżył się w misce wody, przebrał i podziękowawszy Stwórcy za swoje szczęście, również się położył. Minęła jednak chwila, zanim sen wziął go w posiadanie, bowiem niełatwo było zasnąć, gdy rozpierała go taka radość. Tym nie mniej, po północy się udało i Jack z lubością śnił o swej ukochanej Samanth'cie.
Pierwsza odpowiedź nadeszła już wczesnym popołudniem następnego dnia, kiedy rodzina zasiadała do lunchu i Jack wyszczerzył się ukontentowany.
- Doskonale!- mruknął pod nosem, zwracając tym uwagę panny Carter.
- Dobre wieści?- spytała z uśmiechem.
- Trudno o lepsze, najdroższa.- odparł, całując jej dłoń.- Poprosiłem generała Hammonda o spotkanie przy kieliszku wina i właśnie poinformował mnie, że będzie w klubie oficerskim około czwartej. Zamierzam powiedzieć mu o nas, jako twemu wujowi i opiekunowi, skoro ojciec twój jest tymczasowo nieobecny.- dodał i dziewczyna się zarumieniła.
Cóż mogła na to odpowiedzieć? Ta rozmowa była pierwszym krokiem do oficjalnego ogłoszenia ich miłości, i zapewne pierwszym na drodze do zaręczyn. Wiedziała, że skończą przed ołtarzem, ponieważ Jack nie był mężczyzną, który zwodziłby kobietę, której nie zamierza poślubić. Już jej wyznał, jaka jest dla niego cenna, i jak jest przez niego kochana, a jego kolejne posunięcia tylko utwierdzały ją w przekonaniu, że we właściwym czasie Samantha Carter stanie się panią O'Neill.
- Dziękuję, Jack.- odpowiedziała miękko.- Doceniam fakt, że chcesz rozmówić się z wujem George'em.
- Jesteś tego warta, Samantho, nawet, jeśli generał rzuci w mym kierunku parę zwyczajowych gróźb!- mrugnął wesoło i blondynka zachichotała.
- Tego możesz być pewien, kochany.- usłyszał w zamian.- Wujek George jest równie opiekuńczy wobec mnie, co mój własny ojciec, zwłaszcza, że jego córka zmarła młodo na tyfus i zostali mu sami żonaci synowie.- dodała.
- Najdroższa…- rzucił.- Zapewniam cię, że gdybym miał córkę taką jak ty, również byłbym nadopiekuńczy, o czym zapewne przekonasz się, jeśli kiedyś Pan obdarzy nas takową.- powiedział nieco ciszej, by syn nie usłyszał.
Samantha nabrała barwy piwonii i szepnęła w odpowiedzi:
- Mam nadzieję, że nie do przesady, inaczej zostanie starą panną.
- Poczekamy, zobaczymy!- skwitował i znów ucałował koniuszki jej palców.- Tak sobie myślę…- dorzucił.
- O czym?- spytała.
- Może w czasie, gdy ja udam się w kilku sprawach do miasta, a potem na spotkanie z generałem, zaprosisz do siebie ciotkę?- zaproponował.- Zapewne pani generałowa chętnie dowie się, co się dzieje, zanim jeszcze wróci jej mąż. Mogłybyście wypić razem herbatkę, czy coś? Ciasteczka Janet to istne niebo w gębie!- zachwalał orzechowe cudeńka przepisu ochmistrzyni, które piekła na specjalne okazje, i którą wyraźnie ucieszył komplement.
- To dobry pomysł.- uznała Samantha.- Nie pomyślałam o tym. Dziękuję.
- Za co?- zdziwił się.- To logiczne posunięcie. Poza tym, powinnaś powoli wprawiać się w obowiązki pani tego domu, a zapraszanie gości jest jednym z nich.
No dobrze… bardziej zawstydzić jej już nie mógł, lecz była wdzięczna, że nie mówił tego żartobliwym tonem, ale głosem człowieka zdecydowanego ją poślubić. Jej rumieńce nasiliły się więc dwukrotnie, szczególnie, kiedy Cassie, która usłyszała ostatnie zdanie, zapiszczała dziko z radości, nim pani Jackson zdążyła zakryć jej usta.
- Będzie ślub?! Panienka będzie piękną panną młodą!- zawołała podekscytowana pokojówka, a Jack się roześmiał na widok jej miny.
- Owszem, Cassie. Będzie ślub, a Samantha rzeczywiście będzie piękną panną młodą. Zanim jednak do tego dojdzie, powinny zostać ogłoszone zaręczyny, nie uważasz?- zapytał ciepło.
- Och, panie pułkowniku!- westchnęła dziewczynka.- Oby tylko szybko! Panicz potrzebuje mamy, a my nowej pani!- paplała niestrudzenie.
- Cassandra!- zaprotestowała Janet.- Co ty wygadujesz? Tak nie można zwracać się do pracodawcy. Na miłość boską, powściągnij wreszcie swój nieokrzesany język, albo przez ciebie osiwieję!- dodała zażenowana zachowaniem podopiecznej.
- Nic się nie stało, Janet.- odezwała się z nieśmiałym uśmiechem panna Carter.- Cieszę się, że ludzie, których lubię i szanuję, aprobują ten związek. Obawiam się, że nie wszyscy będą tak zadowoleni jak Cassie.- dokończyła na wspomnienie balu u Jumperów i jego nieco mniej przyjacielskich uczestniczek.
- Samantha, najdroższa…- powiedział szybko jej wybranek.- Proszę, byś nie brała do siebie komentarzy ludzi, którzy nic o tobie nie wiedzą. Nie robimy niczego złego. Jesteśmy równi stanem, więc nie ma mowy o mezaliansie. Poza tym, skoro mnie nie obchodzą ich opinie, ciebie też nie powinny.- rzucił, ściskając lekko jej dłoń.
- Być może, lecz nie zmienia to faktu, że jestem guwernantką Charlie'ego, pracownicą. Plotki…- odpowiedziała, lecz jej przerwał:
- Zawsze były i będą. Tak to już jest. Jeśli jednak cię martwią, to proszę, zwalniam cię z posady!- stwierdził z humorem.
- Zwalniasz?- jęknęła.- Ale wtedy muszę poszukać innego domu! Nie wypada, bym tutaj pozostała. Co ludzie powiedzą?- spytała zmartwiona.
- Nic, jeśli sprowadzę tu Kate i jej rodzinę, a jeszcze lepiej, generałostwo Hammond. Będziemy mieli dwie szanowane przyzwoitki, jeśli tak przejmujesz się etykietą.- mrugnął.
- Będziesz moją mamą, panno Sammie?- wtrącił się wreszcie Charlie, który dotąd zawzięcie konsumował posiłek, tylko okazjonalnie przysłuchując się rozmowie, bo akurat obmyślał nową zabawę. Kiedy jednak Cassie wspomniała o ślubie, bardziej zainteresował się konwersacją i we właściwym czasie do niej dołączył.- I będziesz przy mnie już zawsze?- naciskał, wywołując wzruszenie opiekunki.
- Jeśli tylko tego chcesz, skarbie.- odparła.- Jeśli chcesz, będę twoją mamą i będę zawsze przy tobie.- potwierdziła.
Zamiast słów, czynem potwierdził, jak się cieszy i z szerokim uśmiechem na brudnych od jedzenia ustach, zerwał się na obie nogi, wskoczył jej na kolana i uścisnął z całych sił, kończąc prezentację swych uczuć efektownym (i mokrym) całusem w policzek. Nawet, gdyby wykrzyczał: „Tak!", nie mógłby być bardziej dosłowny…
Jack był wniebowzięty zachowaniem syna, choć zasadniczo nie było dla niego niespodzianką. Przecież od dawna widział jego przywiązanie do Samanthy. Miło było jednak patrzeć na tę scenę i widzieć, że również ona podzielała te uczucia. Poza tym, jego syn skutecznie odgonił z głowy blondynki wszelkie problematyczne myśli, zastępując je tymi przyjemnymi i optymistycznymi. Trudno o lepszą dywersję!
- Zatem postanowione.- stwierdził.- Do czasu przybycia twego ojca, zaprosimy tutaj wujostwo. W sumie, Kate też się zmieści…- doszedł do wniosku.- Lubi cię, a poza tym dobrze jej zrobi jakiś czas w mieście. Wiesz, jak kocha zakupy!- mrugnął szelmowsko, przywołując na jej twarzy wdzięczny, promienny uśmiech.
- Dziękuję, sir.- odpowiedziała instynktownie (czasem jeszcze jej się zdarzało), ale on szybko ją poprawił.
- Żadne takie!- zawołał, unosząc znacząco rękę.- Już nie jestem twoim pracodawcą, a poza tym, w zasadzie jesteśmy zaręczeni, więc przyzwyczaj się do nazywania mnie po imieniu.
- Jack…- szepnęła miękko, a on się wyszczerzył idiotycznie.
- Znacznie lepiej!- powiedział, po czym zwrócił się do Janet.- Tuszę*, że poinformujesz resztę służby o nowym statusie panny Carter w tym domu?- spytał.- Ma być traktowana z należytym szacunkiem, jako moja przyszła żona.- nakazał łagodnie, ale stanowczo.- Nie życzę sobie żadnych plotek i uwag pod jej adresem.
- Osobiście tego dopilnuję, sir.- zapewniła szybko.- Mogą państwo być spokojni. Ze swojej i męża strony pragnę też dodać swe najszczersze gratulacje. Miałam nadzieję, że państwo odnajdą razem szczęście.
- Dziękuję, Janet, w imieniu swoim i Samanthy.- odparł.- Dobrze wiedzieć, że mamy tak oddanych przyjaciół.
- To nic takiego, sir.- powiedziała.- My tylko odpłacamy się za przyjaźń, którą pan nas obdarzył. To honor i przyjemność być jej posiadaczem, tak jak przyjemnością jest praca tutaj. Niewielu pracodawców szanuje swoich ludzi tak jak pan, sir i wszyscy jesteśmy wdzięczni za ten przywilej. Na kiedy mamy zacząć przygotowania do balu zaręczynowego?- upewniła się jeszcze.
- Dam ci znać, jak tylko otrzymam wieści od generała Cartera i rozmówię się z tymczasowym opiekunem Samanthy. Miejmy nadzieję, że będzie to szybko.- rzucił nieco niecierpliwie, z uczuciem spoglądając na zarumienioną ukochaną. Ta zaś tylko przytaknęła z gracją i pani Jackson wycofała się z jadalni, zabierając ze sobą Cassie. Miała kilka rzeczy do zrobienia…
Skoro posiłek i tak już miał się ku końcowi, pułkownik, jego wybranka i syn przenieśli się do bawialni, gdzie spędzili razem kolejną godzinę. Potem Jack pożegnał czule oboje i pognał do jubilera, u którego chciał zamówić zaręczynowy pierścionek. Rodzinny klejnot O'Neillów przepadł wraz z ucieczką Sary, a poza tym, źle mu się kojarzył, więc oficer zdecydował się na nowy, unikalny jak jego narzeczona. Gdy już to miał z głowy, spokojnie udał się do klubu, gdzie oczekiwał na Georga Hammonda.
- Raz kozie śmierć!- pomyślał, gdy generał wszedł do sali. Wstał, przywitał się jak należało, zaproponował kieliszek, a potem przeszedł do rzeczy…
TBC
A/N: * Tuszę- przestarzale: Mam nadzieję (obsolete: I hope that...)
