XIV
- A więc, czemu zawdzięczam to zaproszenie, pułkowniku?- zapytał generał Hammond, gdy już wygodnie rozsiedli się w fotelach, a obsługa podała im wyborne Porto, po czym szybko się oddaliła.
Mężczyzna, nieco zdenerwowany z racji swej „misji", zaproponował starszemu oficerowi cygaro, lecz kiedy ten odmówił, odparł wreszcie:
- Jack. Proszę mi mówić Jack, sir.- zaproponował raz jeszcze.- W końcu nie jesteśmy na służbie, sir.- przypomniał.
- Zgoda, Jack.- przystał na to George, uśmiechając się lekko. Choć znał młodszego kolegę krótko, już zdążył go polubić za szczerość i otwartość. Poza tym, podobało mu się, z jakim szacunkiem O'Neill traktuje jego chrześniaczkę i generalnie wszystkich wokół. Generał cenił takich ludzi.- Skoro tak, powinienem zrewanżować się tym samym. Będzie mi miło, jeśli ty również będziesz mi mówił po imieniu.
- Ależ, sir! Nie mogę!- zaprotestował pułkownik.- Jakby nie patrzeć, jest pan wyższy rangą.- tłumaczył.
- Tylko na służbie, jak zauważyłeś, Jack.- powiedział Hammond.- To spotkanie nie jest służbowe. Po prostu dwaj przyjaciele piją razem wino, czyż nie tak?
- Przyjaciele? Byłbym zaszczycony, sir.- wymamrotał młodszy oficer.
- A więc, mów mi George.- nalegał tęższy i prawie łysy mężczyzna.
- George…- wreszcie zgodził się Jack.
- Doskonale!- ucieszył się Hammond.- Zatem, Jack, nadal nie odpowiedziałeś. Skąd ta nieoczekiwana przyjemność?- zapytał raz jeszcze.- Nie widzieliśmy się przecież od przyjęcia u Jumperów…
- To prawda.- przytaknął O'Neill.- Wraz z synem i panną Carter, wizytowałem siostrę oraz jej męża i dzieci. Wróciliśmy zaledwie wczoraj.- odpowiedział powoli.- Zaprosiłem cię tutaj… George, ponieważ jest coś o czym powinienem z tobą pomówić. Dotyczy to panny Carter…- dodał.
- Sammie?- zdziwił się generał.- Czy coś się jej stało?- dorzucił z zaniepokojeniem.
- Bynajmniej, sir.- zaprzeczył zaraz pułkownik.- Jest zdrowa i cała.
- A więc, nie rozumiem. Do czego zmierzasz, Jack?- spytał zdezorientowany.
- George, sir…- po głębokim wdechu odparł Jonathan.- Poprosiłem o to spotkanie, bo czuję się w obowiązku poinformować pana, jako wuja i pod nieobecność ojca, opiekuna panny Carter, że darzę jego podopieczną głębokim i szczerym uczuciem, i pragnę ubiegać się o jej rękę. Samantha zdobyła moje serce, choć myślałem, że nigdy już go nikomu nie oddam…- mówił, zanim stracił całą odwagę.- Oczarowała mnie nie tylko swą urodą, wrażliwością i intelektem, ale również odwagą. Jest niepowtarzalna i cenniejsza dla mnie nad wszystkie klejnoty świata. Z pańskim pozwoleniem i w czasie oczekiwania na decyzję generała Cartera, do którego już napisałem stosowny list, chciałbym oficjalnie adorować Samanthę.- dokończył z namaszczeniem, mentalnie obgryzając paznokcie. Od dawna nie był tak niespokojny o odpowiedź…
Hammond był początkowo zaskoczony tym wyznaniem, jednak z biegiem czasu przypomniał sobie słowa żony, które skierowała do niego po balu (a które wtenczas potraktował dość lekko) i jej komentarz na temat pułkownika O'Neilla zaczynał mieć sens.
- Rozumiem…- zaczął powoli, spokojnie. W sumie, powinien być mniej opanowany i znacznie bardziej defensywnie nastawiony, a jednak z jakiegoś powodu Jack, jako potencjalny adorator jego chrześniaczki, nie wydawał mu się zagrożeniem. Nie tak, jak jeden z jej byłych absztyfikantów, Jonas Hanson, którego George od początku nie lubił.- Przyznam, że mimo wszystko mnie zaskoczyłeś, Jack.- dodał.- Pomimo całej atencji, jaką obdarzałeś moją siostrzenicę, nie dostrzegłem w tym żadnych oznak głębszego zainteresowania z twojej strony i to stawia pod znakiem zapytania moje umiejętności obserwacyjne, zwłaszcza, że moja małżonka była bardziej spostrzegawcza…- rzucił z nutką humoru, którą O'Neill wziął za dobrą wróżbę.- Tym nie mniej, rozumiesz, że w tej sytuacji muszę zapytać o kilka rzeczy?
- Odpowiem na każde pytanie!- zapewnił szybko młodszy z mężczyzn.
- Więc, do rzeczy…- skinął głową generał.- Po pierwsze… Rozumiem, że twoje intencje względem Samanthy są honorowe i godne oficera oraz dżentelmena?
- Całkowicie, sir!- potwierdził z mocą pułkownik.- Moim celem jest małżeństwo i uszczęśliwienie panny Carter, albowiem jak już wspomniałem, moje uczucie do niej nie jest kaprysem, lecz szczerą i głęboką miłością. Nigdy nie potraktowałbym jej, ani żadnej innej kobiety lekko. Nie tak mnie wychowano, a poza tym żywię do Samanthy ogromny szacunek należny nie tylko jej urodzeniu, ale też statusowi damy.
- Cieszy mnie, że to mówisz, Jack.- powiedział George Hammond, gdy usłyszał te słowa.- Już wcześniej zasięgnąłem opinii na twój temat, gdy szukaliśmy dla Sammie posady i raduję się, że potwierdziły się one co do joty. Wielu bowiem oficerów, ku mej największej rozterce, hańbi swój mundur niegodnym zachowaniem i chyba obaj jesteśmy tego świadomi…
- W istocie, sir, lecz ja zawsze miałem w poszanowaniu nie tylko moją pozycję oficera, ale i innych ludzi. Wartości takie jak odwaga, honor i szacunek, są mi niezmiernie bliskie.- odpowiedział.
- Wierzę i dlatego byłbym skłonny wyrazić zgodę na te konkury, pod warunkiem jednak, że Samantha byłaby im przychylna.- stwierdził generał.- Sam rozumiesz, Jack, że to przede wszystkim powinna być jej decyzja. Nie mogę jej zmusić do niczego, a już na pewno nie do zamążpójścia, nawet jeśli uważam, że byłbyś dobrym konkurentem. Dla jej ojca i dla mnie, szczęście Sammie jest priorytetem…
- Jak i dla mnie.- powiedział już spokojniejszy O'Neill. Ulgą było dla niego, że pierwszy z opiekunów nie był mu przeciwnym. To zawsze dobry początek.- Jak powiedziałem, Samantha jest mi droższa niż życie i nie prosiłbym o pozwolenie, gdybym nie upewnił się, że jest mi wzajemną. Nie postawiłbym jej w tak kłopotliwym położeniu.- mówił.- Kiedy gościliśmy u mej siostry, zebrałem się nareszcie na odwagę i postanowiłem wyznać jej swe uczucie, albowiem nie potrafiłem już dłużej z nim walczyć, ani milczeć…
- Walczyć? Dlaczego? Czyż moja chrześniaczka nie jest warta afektu?- George uniósł brew.
- Przeciwnie, sir!- zaprzeczył gorąco Jack.- Jest go ze wszech miar warta, lecz me pierwsze małżeństwo skończyło się tragicznie i pozostawiło mi po sobie ból oraz obawy. Stąd moje zachowanie.- wyjaśnił.- Tym nie mniej, urok Samanthy, jej wrażliwość, dobro i heroizm, poruszyły mnie do głębi, budząc dawno zapomniane uczucia, i wbrew wcześniejszemu postanowieniu, znowu pokochałem. Nie miałem tylko odwagi, by stawić czoła tej miłości. Z czasem jednak rozwinęła się ona tak bardzo, że nie potrafiłem dłużej się opierać i otworzyłem przed Samanthą swe serce. Ku mej radości, przyjęła je i w zamian zaofiarowała własne. Od tej chwili myślę tylko o tym, by ją poślubić.- przyznał nieco zarumieniony.
- Nawet, jeśli nie ma prawie żadnego posagu?- spytał George.- Zapewne świadom jesteś sytuacji i jej położenia, Jack.- zauważył generał.
- Jej posag nie miał i nie ma dla mnie znaczenia, sir…- nadal zwracał się do swego rozmówcy oficjalnie, bo i ta konwersacja była nader poważną.- Wiem, co się stało z majątkiem Samanthy oraz jej ojca i boleję nad ich stratą, bowiem nikt nie zasługuje na podobne fatum. Tym nie mniej, choć zapewne nie powinienem…- dodał z wahaniem.-…czasem dziękuję losowi za ten nieszczęśliwy zbieg wypadków, ponieważ sprowadził on Samanthę do mojego domu. Gdyby nie utraciła rodzinnej fortuny i nie zdecydowałaby się na poszukiwanie pracy, zapewne nigdy byśmy się nie spotkali, ponieważ nigdy nie byłem w jej rodzinnych stronach, ani też nie poznałem jej ojca. Choć to może zakrawa na ironię, nieszczęście generała Cartera, przyniosło szczęście mnie i bynajmniej nie mówię o pieniądzach. Nawet, gdyby Samantha nie miała grosza przy duszy, ani żadnej wyprawy ślubnej, to i cóż z tego? Jestem człowiekiem dość majętnym i mogę jej zapewnić dostanie życie. Przy mnie nie zbraknie jej niczego.- zapewnił pułkownik.
- To szlachetne z twej strony, Jack i rzeczywiście nieco ironiczne, skoro już o tym wspominasz…- przytaknął Hammond.- Pozostaje jednak jeszcze kwestia twojego syna.- dodał.- Jak Charlie postrzega tę sytuację?- spytał.- Czy jest świadomy twych intencji względem Sammie?
- Tak, sir. Świadomy i bardzo szczęśliwy.- potwierdził z uśmiechem O'Neill.- Kocha Samanthę nie mniej ode mnie, choć naturalnie w iście synowski sposób!- mrugnął wesoło Jonathan.- Już widzi w niej matkę, a nawet sam poprosił, by nią została. Nie byłem, co prawda, obecny podczas ich pierwszego spotkania, ale Janet, nasza ochmistrzyni, powiedziała, że mój syn prawie od razu przylgnął do Samanthy i jak zapewne dostrzegł pan podczas wizyty u nas, generale, jest jej bardzo oddany, co ona zresztą odwzajemnia z jednakową mocą. Oboje są całym moim światem i pragnę, byśmy razem spędzili resztę życia, jako rodzina.
- Przyznam, że jak dotąd podobają mi się twoje odpowiedzi, synu.- uśmiechnął się Hammond.- Mam jeszcze tylko jedno pytanie…- dorzucił.
- Słucham.- odparł Jack.- Czegokolwiek dotyczy, odpowiem absolutnie szczerze. Zrobię wszystko, co w mej mocy, by zezwolił mi pan ubiegać się o swą chrześniaczkę, sir.- dorzucił z zapałem.
Powiedzieć: „nie mam nic do ukrycia", byłoby tutaj przesadą, bo sekretów mu nie brakowało, ale dla ukochanej, był gotów ujawnić obu generałom tajemnice swego życia. Samantha była tego warta…
- W takim razie, powiedz mi, co zrobisz, gdy już ogłosicie publicznie swe zamiary? Chyba wiesz, że znajdą się ludzie, którzy niezbyt przychylnie będą spoglądać na ten związek? Dla wielu Samantha to nadal tylko guwernantka, nawet jeśli z koneksjami…- przypomniał.
- Nie obchodzi mnie opinia innych, ale jeśli ktokolwiek, w czymkolwiek jej uchybi, odpowie przede mną. Nikomu nie pozwolę jej skrzywdzić i własną krwią będę bronił jej honoru, nawet, jeśli ucierpią na tym moje stosunki z sąsiadami. Jak powiedziałem, uczucie Samanthy jest dla mnie cenniejsze niż wszystko inne!- stwierdził stanowczo.
- Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak cieszyć się waszym szczęściem. Napiszę też do Jacoba i szepnę za tobą dobre słówko. Miejmy nadzieję, że i on da wam swe błogosławieństwo.- powiedział zadowolony Hammond.- Ufam, że będziesz cenił skarb, jaki ci powierzam, Jack…- dodał.
- Dziękuję, sir. Brak mi słów, by wyrazić mą wdzięczność. Zapewniam, że nie zawiodę zaufania, jakim mnie pan obdarzył, generale!- odparł.
- Liczę na to, synu!- mrugnął George i uniósł swój kielich.- Za ciebie i Samanthę. Za wasze szczęście!- powiedział, po czym dorzucił:- Skoro poważną część tej konwersacji mamy za sobą, to czy możesz nareszcie znów nazywać mnie po imieniu? Poczuję się dzięki temu nieco młodziej!- zażartował.
- Oczywiście, sir… Eeee… George.- przytaknął Jack i obaj spełnili toast.
Reszta rozmowy była przyjacielską pogawędką, podczas której panowie poznawali się lepiej, wymieniali poglądy i anegdoty oraz wojenne doświadczenia. Naturalnie, imię ukochanej pułkownika było częste na ich ustach, lecz teraz, gdy Jonathan otrzymał stosowną zgodę, już się nie denerwował i swobodnie mówił o swoich planach na przyszłość.
Dość powiedzieć, że im dłużej generał Hammond z nim rozmawiał, tym bardziej go lubił i szanował, a nawet podziwiał za odważne zapatrywania.
- Tak…- pomyślał dużo później.- Jack z pewnością jest dobrym materiałem na męża dla Sammie. W końcu, nie tylko nie zraził go fakt, że jej posag jest skromny, ale też, że zdecydowała się pracować na swe utrzymanie. Widać, że ma on otwarty umysł i jest bezinteresowny. Co jednak ważniejsze, kocha ją, a Sammie najwyraźniej kocha jego. Skoro tak, reszta się ułoży.- doszedł do wniosku.
-xox-
Mniej więcej w tym samym czasie, co rozmowa obu dżentelmenów, w domu rodziny O'Neill trwała podobna konwersacja pomiędzy Samanthą, a jej ciotką…
- Wiedziałam!- cicho zawołała zachwycona Elizabeth Hammond, gdy chrześniaczka nieśmiało poinformowała ją o swym niespodziewanym szczęściu.- Czułam, że nie jesteś mu obojętna już pierwszego dnia, gdy cię odwiedziliśmy, moja droga!- rzuciła.- Sposób, w jaki do ciebie mówił, w jaki patrzył na ciebie, moje dziecko… A na balu u generała Jumpera dosłownie nie spuszczał z ciebie wzroku, Sammie. Kiedy tańczyliście walca, świat wokół was zniknął i muszę powiedzieć, że to było piękne…- westchnęła, jak na romantyczkę przystało.
- Było takie, ciociu…- przyznała zarumieniona Samantha, gładząc delikatnie włoski drzemiącego na jej kolanach Charlie'ego, który od ogłoszenia nowin rzadko opuszczał jej bok w obawie, by przyszła mama gdzieś mu się nie zapodziała. Wszyscy mieszkańcy domu i sama generałowa uznali, że to słodkie!
- Jest doskonałym tancerzem…- zauważyła Elizabeth.-… choć tańczył bardzo mało. W zasadzie, nie przypominam sobie, by tańczył z kimkolwiek, poza tobą, moja droga!- mrugnęła psotnie, a Samantha się spłoniła.- Wspaniały mężczyzna…- kontynuowała generałowa.- Szarmancki, przystojny, o doskonałych manierach i z ewidentnie dobrym sercem. Na dodatek, świata poza tobą nie widzi!- wyliczała niestrudzenie.- Gdyby twoja matka, a moja świętej pamięci cioteczna siostra żyła nadal, z pewnością zgodziłaby się, że to dla ciebie idealna partia, kochanie. Nie od rzeczy jest również, że wygląda mi na doskonałego ojca. Wasze dzieci będą miały wspaniałe dzieciństwo!- dokończyła, do reszty zawstydzając siostrzenicę, która, co prawda, brała pod rozwagę fakt, że zapewne po ślubie zostanie matką nie tylko Charlie'ego, lecz również innych aniołków, jednak nie ośmielała się myśleć głębiej o sposobie, w jaki się to stanie. Dobrze wychowane panienki nie zadawały nikomu pytań odnośnie intymnej strony pożycia małżeńskiego i szczerze mówiąc, tylko niektóre z nich były przez matki uświadamiane tuż przed nocą poślubną. Rozmowy na temat prokreacji po prostu nie uchodziły…
- I ja tak myślę.- przytaknęła onieśmielona dziewczyna.- Pułkownik, Jack, bardzo kocha synka. Poświęca mu dużo czasu i w przeciwieństwie do znanych mi mężczyzn, nigdy nie odmawia zabawy. Prawdę mówiąc, czasem się zastanawiam, kto tutaj jest większym dzieckiem, on czy Charlie.- dodała z rozczuleniem, przypominając sobie niektóre harce obu O'Neillów.
- Wszakże, nie zawsze jest dziecinnym?- spytała Elizabeth.- Wydał mi się niezwykle roztropnym młodym człowiekiem.
- I jest taki, ciociu, choć gdyby usłyszał, że nazywasz go młodym, zapewne by zaprotestował.- odparła dziewczyna.- Jonathan wiele przeszedł i obawiam się, że to wpłynęło negatywnie na jego opinię o sobie. Twierdzi, że jest już stary, a nawet uważa się za wiarusa.- stwierdziła czule Samantha.- Nie pomaga również fakt, że dzieli nas spora różnica wieku, która mi osobiście absolutnie i nigdy nie przeszkadzała, a która jego przygnębia.- powiedziała.
- Ależ, to nonsens!- zaprotestowała pani Hammond.- Twój wybranek jest w doskonałej formie! Trzyma się prosto, jest wspaniale zbudowany, co pewnie zauważyłaś…- zachichotała przekornie generałowa, raz jeszcze przywołując na policzki Samanthy krwiste rumieńce.- …a te urocze, srebrne kosmyki na jego głowie, tylko dodają mu szyku. Sprawiają, że wygląda niezwykle dystyngowanie.- usłyszała z jej ust blondynka.- Nie martw się, moja droga. Po ślubie, kiedy przyjdą kolejne dzieci i będzie upajał się waszym szczęściem, zapomni o tych absurdalnych wymysłach. Nawet nie zauważy, gdy znów poczuje się młody!- roześmiała się lekko Elizabeth.
- Mam nadzieję, ciociu. Mam taką nadzieję…- westchnęła blondynka, lecz zanim dodała coś jeszcze, do bawialni weszła Janet z tacą zapełnioną po brzegi. Z wielką wprawą na małym stoliku do herbaty ustawiła dymiący imbryk, filiżanki oraz paterę swych słynnych już ciasteczek i zapytawszy, czy panie nie potrzebują czegoś jeszcze, oddaliła się zaraz, jak tylko zaprzeczyły z wdzięcznością.
Jej wypieki istotnie okazały się „niebem w gębie", jak określił to Jack i generałowa poprzysięgła sobie, że zanim wróci do domu, poprosi panią Jackson o recepturę.
- Moja Mary nieźle piecze…- stwierdziła, wspominając swą kucharkę.-… lecz ta kobieta ma dar!- pochwaliła.- Wyborne ciasteczka! Powinniście je podać na zaręczynowym przyjęciu i uczcie weselnej.- poradziła siostrzenicy.
- Zapomina ciocia, że zanim do tego dojdzie, papa musi dać nam swoje błogosławieństwo.- odpowiedziała Samantha.- Jackowi bardzo zależy na jego aprobacie. Obawiam się, że gdyby ojciec odmówił mu mej ręki, byłby gotów się wycofać, choć złamałoby mu to serce. Jest niezwykle honorowy, a na dodatek szanuje wolę innych, zwłaszcza starszych stopniem oficerów. Nie zawsze się z nimi zgadza, lecz zawsze wykonuje rozkazy, jak na dobrego żołnierza przystało.- przyznała z obawą.
- Och! Nie martwiłabym się o zgodę twego ojca, moja droga!- odezwała się Elizabeth.- Jacob cię kocha i przede wszystkim ma na względzie twoje szczęście. Nie sądzę, by sprzeciwiał się temu związkowi, zwłaszcza, gdy się z nim rozmówię. Ceni moje zdanie i wie, że nigdy nie poparłabym kogoś, kto byłby dla ciebie nieodpowiedni. Jeszcze dziś, wraz z twym wujem, napiszemy do niego list i zapewniam, że znajdą się w nim same pochwały z mojej strony.- powiedziała zdecydowanie żona George'a.
- Pytanie, czy i wujek będzie równie pozytywnie nastawiony…- wymruczała Samantha.- Jack właśnie z nim rozmawia.
- Nie obawiaj się, dziecko.- uspokoiła ją starsza z kobiet.- Twój chrzestny zna się na ludziach. Już wcześniej polubił twojego pułkownika i ręczę, że was wesprze, chyba, że znajdzie w nim coś, co mu się nie spodoba. Wątpię jednak, by tak się stało. Starannie bowiem rozpytał się o Jacka, gdy szukał dla ciebie posady. Nigdy nie wysłałby cię tutaj, gdyby okazało się, że to człowiek niegodny zaufania. Jeśli dodatkowo twój wybranek powie mu to, co ty powiedziałaś mnie, wuj stanie za wami murem. Wszystkim nam zawsze i przede wszystkim chodziło o twoje szczęście, kochanie, a widać, że przy nim promieniejesz.- uśmiechnęła się.
- Istotnie, jestem bardzo szczęśliwa, ciociu.- przyznała Samantha.- Jack jest wyrozumiały, czuły, łagodny. Umie mnie rozśmieszać i słuchać. Nie zawsze się ze mną zgadza, ale ma otwarty umysł i jest gotów do kompromisów. Nigdy nie pozwala, byśmy rozstawali się w gniewie…- mówiła o zaletach ukochanego.- Jest bardzo bystry, choć często ukrywa intelekt za maską ignoranta. Ma dobre, szczere serce i nie uprzedza się do ludzi, zanim ich dobrze nie pozna. Traktuje każdego z respektem i sprawiedliwie, a gdyby mógł, nosiłby mnie zapewne na rękach. To prawdziwy dżentelmen i czuję się zaszczycona, że obdarzył mnie swoim uczuciem. Pan Bóg nie mógł mi zesłać cudowniejszego mężczyzny…- dodała z rozmarzeniem, a jej oczy zalśniły jak gwiazdy.
- Zatem rzeczywiście dobrze trafiłaś, Sammie. Lepszego męża ze świecą szukać!- odparła Elizabeth.
- Na razie nie jest nawet narzeczonym…- jęknęła z rozczarowaniem jej siostrzenica.
- To tylko kwestia czasu, moje dziecko. Tylko kwestia czasu!- powtórzyła zdecydowanie generałowa i Samantha w duchu pomodliła się, by ciotka miała rację.
Bardzo chciała zostać panią O'Neill…
TBC
A/N: Pierwsze rozmowy z opiekunami już zaliczone. Pytanie, czy z Jacobem pójdzie równie łatwo! ;-)
