XV
George i Elizabeth bardzo chętnie przyjęli zaproszenie do domu pułkownika O'Neilla, zwłaszcza, kiedy dowiedzieli się o rozterkach siostrzenicy odnośnie plotek i o rozwiązaniu zaproponowanym przez Jacka. Z humorem przyjęli na siebie role przyzwoitek, do grona których niedługo potem dołączyła Kate z dziećmi. Jej mąż pozostał w Vorash, by dopilnować porządku w posiadłości, podejrzewał bowiem, że jeden z jego zarządców podkrada zapasy paszy dla zwierząt, sprzedając je okolicznym chłopom i wykorzystał zaproszenie szwagra, by bez ryzyka dla ukochanych, zorganizować małą zasadzkę na złodzieja. Jeśli miał go postawić przed sądem, musiał go złapać na gorącym uczynku. I choć nie bez żalu pożegnał bliskich, to wiedział, że tak będzie najlepiej.
- Dołączę do was po wszystkim, najdroższa.- zapewnił, żegnając czule żonę, zanim wsiadła do powozu, co zresztą uczynił dwa tygodnie później.
Pani Dixon, choć bez wątpienia tęskniła za mężem, była jednocześnie zachwycona wizytą u brata. Nie tylko z entuzjazmem czuwała nad „cnotą" Samanthy, ale też bardzo zaprzyjaźniła się z wujostwem przyszłej bratowej. Państwo Hammond byli szczerzy, otwarci, weseli, a sam generał, wespół z Jonathanem, dosłownie uwielbiał bawić się z chłopcami. Doszło nawet do tego, że George i Jack podzielili malców na dwie grupy i zorganizowali w domu małą kampanię wojenną, ku uciesze chłopców i utrapieniu pań (potyczkę sędziował Dave). Harmider był bowiem ogromny i nawet świętego doprowadziłby do migreny. To, dlatego Kate zaproponowała, by na czas „wojny" wszystkie trzy wybrały się na zakupy do miasta.
- Odpoczniemy sobie, a przy okazji kupimy coś ładnego. W końcu, porządnych fatałaszków nigdy dosyć, czyż nie?- zachichotała wesoło.
- Święte słowa.- zgodziła się pani Hammond.- Zwłaszcza nasza Sammie potrzebuje kilku rzeczy, teraz gdy brat twój ubiega się o jej rękę. Przy boku takiego mężczyzny powinna się godnie prezentować!
- Ależ, ciociu…- wymamrotała blondynka.- To niepotrzebny i zbędny wydatek. Mam wszystko, czego mi trzeba.- próbowała przekonywać.
- Nonsens, Samantho!- wtrąciła Kathlenn.- Kobieta nigdy nie ma zbyt wielu sukni!- rzuciła żartobliwie.- Poza tym, czas płynie szybko. Lada moment może nadejść list od twego ojca z błogosławieństwem dla was. Musisz być gotowa na to, że Jack będzie dążyć do szybkiego ślubu. W takim wypadku potrzebujesz kilku części garderoby, których nie zawiera twa ślubna wyprawa. Czy się mylę, pani generałowo?- zwróciła się do najstarszej z nich.
- Kate, moja droga, mów mi, proszę, Elizabeth. Generałowa brzmi tak pompatycznie!- odparła żona George'a.- I rzeczywiście, muszę się z tobą zgodzić, choć nie jest tak, że wyprawa Sammie nie jest różnorodna…- dodała.- Nie należy do zupełnie małych. Większość ocaliliśmy przed wierzycielami. Obawiam się jednak, że chociaż suknie są na czasie, to część jej bielizny wyszła już z mody. Bezsprzecznie potrzebujemy nowych peniuarów, halek, a także więcej pończoszek. Nie od rzeczy byłby też nowy kapelusik, czy dwa…- wyliczała.
- I trzewiki!- powiedziała skwapliwie pani Dixon.- Koniecznie musimy odwiedzić szewca, by zamówić wygodne trzewiki. Dwie pary. Jedna na przyjęcie zaręczynowe, druga zaś na weselne. Te muszą być szczególnie eleganckie i wygodne, więc zaproponowałabym atłas i białą skórę. Znam jednego szewca niedaleko rynku, który jest doskonałym rzemieślnikiem. W jego pantofelkach przetańczyłam niejedną noc!- uśmiechała się szeroko.
- W takim razie, załatwione!- przytaknęła Elizabeth, zanim Samantha zdążyła otworzyć buzię i się wykręcić.- Musimy tylko uprzedzić naszych panów, że wychodzimy. Nie ma sensu, by, gdy już skończą bitwę, zaczęli się zastanawiać, gdzie przepadłyśmy.
- Zwłaszcza Jack!- zachichotała Kate.- Jest wobec Samanthy bardzo opiekuńczy!
- Dziwię się, że Sammie nie urwała mu za to głowy, bo zwykle jest bardzo niezależna, ale wygląda na to, że w tym przypadku jego nadopiekuńczość wcale jej nie przeszkadza!- generałowa mrugnęła porozumiewawczo do Kathlenn.
- Ach ta młoda miłość!- zachichotała pani Dixon.
- Przepraszam bardzo…- wtrąciła się panna Carter.- Byłabym wdzięczna, gdybyście nie mówiły o mnie, jak gdyby mnie tutaj nie było.- rzuciła z lekkim napomnieniem.
- Wybacz, Sam…- odparła Kate i brew blondynki powędrowała wysoko.
- Sam? Hmmmm… Nieco męskie, ale podoba mi się. Krótkie i rzeczowe. Nikt wcześniej tak się do mnie nie zwracał.- stwierdziła po chwili Samantha.
- I zapewne nie będzie.- powiedziała Kate.- Rzeczywiście brzmi to dość męsko i założę się, że nasz Johnny nie dopuści, by ktoś tak nazywał jego wybrankę. Dla niego jesteś kwintesencją kobiecości, przyjaciółko.- dodała, wywołując zawstydzenie przyszłej bratowej.
- Ale to taki praktyczny skrót!- naciskała Samantha.
- Możliwe, lecz spróbuj go skłonić, by go używał, a zobaczysz jego reakcję!- usłyszała od pułkownikowej.
- Nie odmówiłby mi, gdybym go o to poprosiła.- Samantha stwierdziła pewnym siebie tonem.
- Zatem zawrzyjmy mały zakład…- zaproponowała psotnie Kate.
- Zakład? A o co?- zainteresowała się Samantha.
- Jeśli ci się uda, Elizabeth i ja odpuścimy ci kupno jednego kapelusza. Wiemy, jak praktyczna i oszczędna jesteś!- mrugnęła zaczepnie i pani Hammond się roześmiała.
- Nie ma nic złego w rozsądnym gospodarowaniu pieniędzmi. Nigdy nie wiadomo, czy fortuna się nie odwróci.- broniła się Samantha, po czym dodała:- A jeśli przegram?- spytała powoli. Sama nie wiedziała, czy chce się tego dowiedzieć…
- To proste!- odparła szybko jej przyszła szwagierka.- Kupisz trzy!
- I nowy gorsecik!- dorzuciła generałowa, mrugając do swej nowej przyjaciółki.
- I nowy gorsecik.- potwierdziła Kate.
- Rozumiem, że nie mam wyjścia?- westchnęła dziewczyna.
- Kochanie…- odezwała się znowu pani Hammond.- Przecież sama powiedziałaś, że Jack nie odmówi ci niczego. Zaczynasz w to wątpić?- rzuciła to drobne wyzwanie siostrzenicy, która nagle się wyprostowała i stanowczo odparła:
- Ani trochę!
- Więc nam to udowodnij.- powiedziała Elizabeth.
- Z przyjemnością!- odpowiedziała hardo dziewczyna i odwróciwszy się na pięcie, zdecydowanie pomaszerowała do bawialni, gdzie urzędowali panowie. Gdyby wiedziała, jaką klęskę poniesie, nie byłaby taka pewna siebie!
Jakkolwiek w normalnych okolicznościach jej ukochany nie odmówiłby jej niczego, to tym razem z żalem to uczynił. Jak przewidziała Kate, nie mógł pozwolić, by ktoś zredukował jej anielskie imię do zwykłego „Sam", które pasowało do ogrodnika lub woźnicy, nie zaś do prześlicznej, pełnej gracji i w ogóle wybitnie kobiecej panny, której uroda biła na głowę krasę Wenus z Milo!
- Jeśli tak bardzo podoba ci się to imię, najdroższa, nadamy je naszemu synowi, jeśli takim obdarzy nas Bóg, lecz w mych oczach na zawsze pozostaniesz Samanthą.- stwierdził z czułością.- Moją najdroższą i najpiękniejszą Samanthą.- dodał, zmiękczając jej kolana swym głębokim i pełnym uczucia spojrzeniem.
Krótko mówiąc, w tej „bitwie" panna Carter poległa, lecz w gruncie rzeczy nie była aż tak mocno rozczarowana. Miło było bowiem wiedzieć, że Jack uważał ją za ideał niewieściego piękna, nawet, jeśli jeździła konno lepiej niż niejeden mężczyzna i potrafiła strzelać! Tak to jednak bywa, gdy wychowuje cię tylko ojciec…
W każdym razie, czułość wybranka osłodziła jej gorycz porażki, chociaż wizja wydawania tak wielu pieniędzy w najmniejszym stopniu nie wzbudzała jej entuzjazmu. Nie musiała się jednak o to martwić, bo jak tylko pułkownik dowiedział się o zakupach, dyskretnie wręczył siostrze suto wypełnioną sakiewkę, surowo przykazując, by nie szczędziła wydatków na jego przyszłą żonę.
- Wiesz, czego będzie potrzebować, Kate. Dopilnuj, by miała wszystko, co się może przydać, nawet, jeśli miałabyś zamawiać za jej plecami.- pouczył.- Samantha jest skromna, czasem aż nazbyt oszczędna, co częściowo mnie nie dziwi, zważywszy na los jej rodzinnego majątku. Teraz jednak ja się nią opiekuję i nie chcę, by zbywało jej na czymkolwiek. Ona zasługuje, by nosić to, co najlepsze.- dorzucił miękko.
- Kochany braciszku!- wyszczerzyła się pani Dixon.- Jesteś księciem wśród znanych mi mężczyzn. Nigdy nie znałam takiego, z moim mężem włącznie, który z taką ochotą wydawałby pieniądze na swoją panią. Dave jest hojny, ale nie do tego stopnia!- mrugnęła wesoło.
- Jak wspomniałem, Samantha jest tego warta, Kate. Jest dla mnie cenniejsza niż wszystkie pieniądze świata.- powiedział, z afektem spoglądając na żegnającą dzieci ukochaną.
- A pamiętasz, jak mi powiedziałeś, że nie pokochasz nigdy więcej?- spytała z humorem jego siostra.- Kto by pomyślał, że tak szybko zmienisz zdanie!
- Wtedy jeszcze jej nie znałem i nie miałem pojęcia, że Bóg sprowadzi do mnie kobietę, której nie będę potrafił się oprzeć, bo jest wszystkim, o czym zawsze marzyłem.- odpowiedział czule.
- Zasłużyłeś na to, Jack. Po tym, co przeszedłeś, zasłużyłeś na taką miłość…- szepnęła Kate, lekko ściskając jego dłoń.- Nie zmarnuj tej szansy. Walcz o was nawet z całym światem.
- Jeśli będę musiał, tak właśnie uczynię.- zapewnił i niedługo potem na osobności pożegnał swą wybrankę.
- Wrócimy przed kolacją, najdroższy.- powiedziała, kiedy ucałował jej obie dłonie.
- Zatem będę niecierpliwie czekał.- odparł.- Baw się dobrze, Samantho i pamiętaj, że moje serce jest przy tobie.
- A moje, przy tobie, Jack.- usłyszał w zamian i rozejrzawszy się szybko oraz stwierdziwszy, że są sami, wziął ją w ramiona, a pocałunek, który jej ofiarował, na długo pozostawił Samanthę w stanie błogiego rozkojarzenia. Nie trzeba chyba mówić, że jej towarzyszki wykorzystały tę chwilę jej „niepoczytalności", skutkiem czego panna Carter wróciła do domu znacznie bardziej obkupiona, niż to zakładała.
Mówią jednak, że każdy sposób dobry, by osiągnąć cel, czyż nie?
-xox-
Na wieści od generała Cartera czekali ponad miesiąc, ponieważ jego oddziały były w ciągłym ruchu. W każdym razie, pod koniec lutego nareszcie nadszedł list, w którym Jacob informował ich o swojej decyzji…
„… Długo zastanawiałem się, co Panu odpowiedzieć, pułkowniku…"- pisał generał.-„Mimo zasłyszanych opinii, jak każdy zatroskany o jedynaczkę ojciec, miałem swoje wątpliwości, zwłaszcza, że Samantha dla Pana pracuje. Tym nie mniej, po otrzymaniu bardzo pochlebnego listu na Pański temat, napisanego przez wuja oraz ciotkę mojej Sammie, zdecydowałem się udzielić Panu pozwolenia na zaręczyny z jedyną córką.
Jej szczęście jest moim jedynym celem, a George i Elizabeth zapewniają, że nigdy wcześniej tak nie promieniała, jak w chwilach, gdy jesteście razem. Wygląda więc na to, że znalazła to, czego zawsze dla niej pragnąłem.
Nie znam jeszcze Pana osobiście, pułkowniku O'Neill, więc muszę uwierzyć na słowo, gdy zapewnia mnie Pan o swym oddaniu mej córce. Ta wiara skłania mnie do powierzenia Panu mojego najcenniejszego skarbu. Ostrzegam jednak, że jeśli ją Pan w jakikolwiek sposób skrzywdzi, nie będzie na Ziemi takiego miejsca, gdzie ukryje się Pan przed moim gniewem.
Jednakże, jeżeli wypełni Pan swoje przyrzeczenie i będzie ją szanował, jak na to zasłużyła oraz kochał tak mocno, jak ja niegdyś kochałem jej matkę, z radością uznam w Panu syna i powitam w rodzinie."- czytał powoli Jack.
„…Do kraju wracam w drugiej połowie marca i byłbym wdzięczny, gdybyście oboje zaczekali z zaręczynami do tej chwili. Chciałbym bowiem być przy Sammie w tym tak ważnym dla niej dniu.
Jeśli Bóg da, chciałbym również poprowadzić ją do ołtarza w dniu Waszego ślubu. Przysiągłem to jej matce i sobie.
Jak wspomniałem wcześniej, oddaję Panu światło mego życia, pułkowniku i modlę się, aby Wasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe oraz trwało wiele długich lat.
Niecierpliwie czekam na spotkanie z Wami dwojgiem i chłopcem, który wkrótce zostanie moim wnukiem. Mam nadzieję, że Charlie zaakceptuje mnie, jako swego dziadka, a ze swej strony zapewniam, że będę go kochał na równi z innymi dziećmi, którymi Was jeszcze Opaczność obdarzy.
Tymczasem błogosławię Panu i Samanthcie, z wytęsknieniem oczekując na moment, gdy uczynię to osobiście, nie zaś za pomocą pióra oraz kartki papieru.
Tuszę, że zastanę Was w dobrym zdrowiu i tak oddanych sobie, jak kiedyś moja piękna żona i ja.
Z serca pozdrawiam.
Jacob Carter"- dokończył wreszcie O'Neill i poczuł jak z serca spadł mu potężny ciężar.
Pomimo wszystkich zapewnień o szczęśliwym rozwiązaniu tej sytuacji, był bardzo niepewny finału, ponieważ żaden dobry ojciec nie zwykł powierzać jedynego dziecka człowiekowi, którego nie spotkał nigdy twarzą w twarz. Wyglądało na to, że jego szczęście uratowali państwo Hammond, którym do końca życia miał być wdzięczny za wsparcie.
Skoro jednak ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, mógł rozpocząć przygotowania do zaręczyn z ukochaną, która właśnie ocierała łzy wzruszenia po wysłuchaniu zawartości listu od ojca. Sama otrzymała podobny, lecz znacznie bardziej czuły i pobawiony gróźb, jak w przypadku biednego Jacka. Jacob zapewniał w nim o swoim ojcowskim uczuciu, o dumie z córki i radości z jej szczęścia. Żartował również, że choć uczyniła go dziadkiem nieco szybciej, niż przypuszczał, cieszy się z przyszłego wnuka, jakby Charlie istotnie był z jego krwi.
- Zatem nic już nie stoi nam na przeszkodzie, najdroższa.- uśmiechając się, powiedział pułkownik i klęknął przed swoją wybranką.- Jak prosi twój ojciec, z oficjalnymi zaręczynami zaczekamy do jego powrotu, pozwól jednak, bym ofiarował ci coś, co zawsze przypomni ci o moim uczuciu do ciebie, zanim będzie mi dane wsunąć na twój palec pierścionek oraz obrączkę.- dodał, wyjmując z kieszeni fraka delikatny, złoty naszyjnik z szafirowym wisiorkiem.
- Jest przepiękny!- zachwyciła się dziewczyna.
- Przypomina mi twoje oczy, Samantho. Ma tę samą głębię i ten sam blask. Przyjmij go ode mnie na znak mego oddania.
- Z dumą i radością, Jonathanie.- odparła poruszona gestem i pozwoliła, by założył go jej na szyję.
- Jack…- poprawił miękko i nie mógł się powstrzymać, by jej nie pocałować.
Zapewne nikogo nie zdziwi, że nie tylko nie oponowała, lecz odpowiedziała nader chętnie na tę pieszczotę. Ten sposób na okazywanie uczuć stawał się dla niej coraz bardziej naturalny, choć, jak dotąd, pozostawał on ich głęboko skrywanym (przynajmniej tak im się wydawało) sekretem. Prawda była taka, że kiedy ich usta się spotykały, ślepli na wszystko inne prócz siebie nawzajem i nawet nie zauważali, że takie czułe momenty między nimi kilka razy miały już swoich świadków. Nikt jednak nie ośmielił się im przerywać z szacunku dla ich pięknej miłości i ich samych.
Tak czy owak, tamtego dnia machina ruszyła i rozpoczęły się wielkie przygotowania do najbardziej wyczekiwanego od lat rodzinnego święta.
Jack i Samantha ustalili, że zaręczyny odbędą się jeszcze w mieście, ale ślub już w Błękitnym Zamku, który był na tyle potężny, aby pomieścić zaproszoną na uroczystość rodzinę.
Miesiąc miodowy młodzi małżonkowie mieli spędzić w stolicy kraju, skąd pochodziła oblubienica. Jack naciskał na to, ponieważ uważał, że jej dawnym znajomym należy się drobna nauczka za to, jak ją potraktowali.
- Nikt więcej, już nigdy nie będzie patrzył na ciebie z politowaniem, najdroższa. Pokaż im, że swoją siłą i determinacją wracasz na salony wspanialsza, i bardziej promienna niż kiedykolwiek. Niech widzą, ile stracili, odwracając się do ciebie plecami!- stwierdził.
Z natury nie był mściwy, ale ci ludzie dosłownie prosili się o małą lekcję pokory za to, jak potraktowali tę niezwykłą istotę, która zawładnęła jego sercem.
- Zgoda, lecz pod warunkiem, że Charlie pojedzie z nami. Chcę, by zobaczył mój stary dom, a poza tym, chciałabym przedstawić go mamie.- powiedziała blondynka, w głowie notując sobie, by odwiedzić grób rodzicielki.- Wiem, że pokochałaby go z całej duszy.
- Wszystko, czego zechcesz, Samantho. Mam jednak nadzieję, że kilka dni spędzimy tylko sam na sam…- szepnął jej na ucho sprawiając, że zaczerwieniła się po czubek głowy.
- Mój ojciec zapewne mógłby zająć się nim przez dzień lub dwa…- odparła powoli.
- Tydzień, najdroższa.- przekonywał.- Kocham mojego syna, ale będziemy świeżo po ślubie. Chciałbym się tobą nacieszyć, zanim Charlie znów skupi na sobie całą twą uwagę.
- Zobaczę, co się da zrobić, Jack.- obiecała drżącym głosem, podświadomie myśląc o tych przyszłych, intymnych chwilach.
- O nic innego nie proszę…
TBC
A/N: A więc tatuś przemówił. Niech więc się zaczną wielkie przygotowania!
