A/N: Dziś bliskie spotkanie III stopnia z ojcem panny młodej, a w dodatku poznamy resztę rodziny! ;-)
XVI
Jacob Carter był pod wrażeniem. Wyglądało na to, że jego przyszły zięć istotnie reprezentuje sobą wszystko to, co mówili o nim przyjaciele, podkomendni, no i oczywiście Hammondowie.
Nadal był nieco sceptyczny, gdy po krótkim przystanku w swoim domu ruszył dalej, aby wreszcie po długiej rozłące spotkać się z córką i poznać jej narzeczonego. Kiedy jednak po raz pierwszy uścisnął rękę Jacka O'Neilla i spojrzał w jego oczy, napotkał szczere, i otwarte spojrzenie pułkownika, pełne niewątpliwego respektu dla wyższego stopniem oficera oraz potencjalnego teścia, a co ważniejsze- uczucia dla Samanthy. Teraz już nie miał wątpliwości, co do intencji młodszego mężczyzny. Zresztą, wystarczyło zerknąć na twarz jego córki, by wiedzieć, że Elizabeth nie przesadzała w pochwałach. Sammie rzeczywiście wyglądała kwitnąco, a wokół niej snuła się niezaprzeczalna aura dziewczyny szczęśliwie zakochanej.
Charlie okazał się żywym srebrem, choć początkowo był nieco nieśmiały i chował się za spódnicą przyszłej mamy. Szybko jednak przekonał się do Jacoba, któremu dumnie obwieścił, że panna Sammie będzie jego mamą i bardzo ją kocha (nie trzeba mówić, jak wzruszył się generał), po czym zapytał, czy to oznacza, że Jake (bo tak zwracali się do niego przyjaciele) będzie jego dziadkiem.
- Bo ja nie mam dziadka…- dodał smutno, świadomy, że rodzice jego rodziców odeszli z tego świata.
- Zatem ja nim będę, jeśli tego chcesz, Charlie.- zaproponował Jacob.- Nie wyobrażam sobie większej przyjemności.- dodał.
- Naprawdę?- rozpromienił się malec.- Będę miał dziadka?
- Już go masz, chłopcze.- uśmiechnął się miękko Jake, a jego zazwyczaj poważna twarz nabrała łagodniejszych rysów i co za tym idzie, przystępniejszego wyglądu. Czego się nie spodziewał, to że chłopczyk podziękuje mu jednym ze swoich entuzjastycznych uścisków, więc kiedy to zrobił, Jacob musiał dobrze zacisnąć powieki, by powstrzymać cisnące się doń łzy wzruszenia. Przecież Carterowie nie płaczą, nawet ze szczęścia…
To nic, że Charlie nie był naturalnym synem Samanthy. Odnalazł drogę do serca oficera i tylko to się liczyło. Poza tym, mówią, że nie jest ważne, kto urodził. Ważne, kto wychował, a Sammie już wychowywała go na dobre, wrażliwe i kochające dziecko. Czegóż więcej chcieć od wnuka?
Tak więc, na tym stanęło. Charlie zyskał dziadka, a Jacob- wnuka i obaj byli zadowoleni.
- Jak idą przygotowania do zaręczyn?- spytał generał, kiedy tamtego wieczora dorośli siedzieli w salonie po kolacji, umilając sobie czas różnorodnymi rozrywkami, zanim udadzą się na spoczynek.
- W zasadzie wszystko gotowe.- odparła Samantha, która siedziała u boku ukochanego.- Czekaliśmy tylko na twoje przybycie, papo.- dodała.
- A więc nie ma sensu dalej zwlekać.- uśmiechnął się Jake.- Roześlijcie zaproszenia i obwieśćmy światu wasze szczęście, choć z tego, co słyszałem na ulicach, jest już o tym dosyć głośno!- rzucił z humorem.
- Obawiam się, że to wina naszego doktora jego uroczej żony…- powiedział z zażenowaniem Jack.- Tak bardzo oburzyła ich pewna rozmowa, której przypadkowo byli świadkami, że nie potrafili się powstrzymać i ujawnili nasze plany szybciej niż zakładaliśmy. Potem zaprzeczenia stały się już nieistotne…
- Rozumiem, że owa rozmowa dotyczyła mojej córki?- wydedukował generał. Nie byłby to pierwszy raz, odkąd Carterowie stracili majątek.
- Obawiam się, że tak.- przyznał zirytowany pułkownik O'Neill.- Wstyd przyznać, lecz nie wszyscy w tym mieście zdają się pamiętać fakt, iż Samantha jest szlachetnie urodzona, że jest córką oficera i dżentelmena. Nadal widzą w niej guwernantkę mego syna, mimo że ją zwolniłem.- powiedział.
- Słucham? Wypowiedział jej pan posadę, pułkowniku? Dlaczego?- spytał zdumiony Jacob.
- Owszem.- przytaknął bez skrępowania młodszy mężczyzna.- Zrobiłem to, ponieważ Samantha martwiła się, co ludzie powiedzą na nasz związek. Jak się okazało, ostatecznie i tak było to bez znaczenia dla niektórych indywiduów. Niezależnie od tego, czy Samantha pracuje dla mnie, czy też nie, im nie robi to różnicy…
- Nie rozumiem.- przyznał Carter.
- To proste, panie generale.- wtrąciła się Kate.- Mowa tu o niechęci odrzuconych przez mego brata kobiet. Jack uchodzi tu za najbardziej rozchwytywaną partię i wiele pań w towarzystwie miało nadzieję pozyskać jego względy praktycznie od momentu, gdy owdowiał. On jednak nigdy nie adorował żadnej z nich i nie czynił im złudnych nadzieli, co ich zresztą w najmniejszym stopniu nie zrażało. Kiedy więc pojawiła się u nas pańska córka i tak szybko zdobyła jego serce, zyskała przy tym kilka „oponentek", że tak się wyrażę!- zachichotała, a Jack się zaczerwienił. Myśl, że był obiektem pożądania innych kobiet, prócz ukochanej, wprawiała go w zażenowanie.
- Och!- skwitował tylko Jacob i spojrzał na przyszłego zięcia z humorem. Ten tylko zakrył twarz rękoma, bo już sam nie wiedział, gdzie ma oczy podziać. Teść nie był jedynym, który patrzył na niego z rozbawieniem.
- Proszę, możemy pomówić o czymś innym?- spytał prawie błagalnie.
- Skoro nalegasz, synu.- odpowiedział wesoło Jake.- Pomówmy zatem o posagu Sammie.- zaproponował.- Wiesz zapewne, że nieszczęśliwy traf nieco uszczuplił jej wiano?- zwrócił się do zięcia, a ów przytaknął.
- Owszem, jednak nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, sir. Pokochałem Samanthę dla niej samej, nie zaś dla jej pieniędzy. Zresztą, tych mam pod dostatkiem i mogę jej zapewnić dostatnie oraz wygodne życie.- odpowiedział, a oczy jego wybranki zalśniły szczęściem, o rumieńcu na policzkach nie wspominając...
- Cieszy mnie twe wyznanie. Dowodzi szczerych uczuć względem mej córki.- kontynuował Jacob.- Nie myśl jednak, że Sammie zupełnie nic nie ma. Poza sukniami, bielizną, obrusami oraz zastawą stołową jej matki, która znajduje się w moim domu, Samantha otrzyma jeszcze rodzinne klejnoty, a właściwie to, co z nich pozostało oraz dziesięć tysięcy w gotówce.- poinformował zebranych.
- Dziesięć tysięcy? Ależ papo, to cię zrujnuje!- zaprotestował dziewczyna.- Nie zgadzam się!
- Ani ja, panie generale.- przyłączył się do niej narzeczony.- Wiem, jak wielkie straty pan poniósł i nie pozwolę, by jeszcze bardziej naruszał pan swoje aktywa. Jak powiedziałem, zapewnię Samanthcie wszystko, czego będzie potrzebować, bez konieczności naruszania pańskiego uszczuplonego majątku, sir.
Kiedy Jake próbował coś powiedzieć, Jack stanowczo ciągnął dalej:
- Rozumiem, że to dla pana kwestia honoru, panie generale, lecz to naprawdę niepotrzebne. Musi pan przecież pomyśleć także o sobie, sir.
- Jack… Mogę ci mówić Jack?- upewnił się Jake, jak tylko dali mu dojść do słowa.
- Naturalnie, sir. To będzie dla mnie honor i przyjemność.- zgodził się natychmiast O'Neill.
- A więc, Jack…- mówił dalej generał Carter.- To szlachetne z twej strony, że tak uważasz, ale gdybyście pozwolili mi dokończyć to, co mam wam do powiedzenia, protesty wasze okazałyby się zbędne.- uśmiechnął się tajemniczo.
- Do czego zmierzasz, ojcze?- zapytała zdezorientowana blondynka.
- Wiele się zmieniło od mego wyjazdu, moje dziecko…- odpowiedział powoli.- Podczas misji, poznałem pewnego człowieka, któremu uratowałem życie w dżungli. Z wdzięczności opowiedział mi o kopalni diamentów, którą odkrył w czasie swej wędrówki i w zamian za niewielki wkład finansowy, który pokrył mój miesięczny żołd, zaproponował mi lukratywną spółkę, która już zaczęła przynosić zyski. Fortuna raz jeszcze odwróciła swe karty, córeczko. W tempie, w którym teraz zarabiam, wkrótce odzyskam co najmniej połowę utraconych pieniędzy.
- Nie mogę w to uwierzyć…- wyszeptała zdumiona Samantha (zresztą, nie ona jedna była w szoku).
- Ani my, lecz cieszymy się twoim szczęściem, przyjacielu!- odezwał się po chwili George Hammond i jako pierwszy pogratulował krewniakowi odmiany losu. Za nim podążyli kolejni uczestnicy tej konwersacji, a Kate zawołała przekornie:
- To się będzie działo, jak wieści dotrą do towarzystwa! Chciałabym zobaczyć minę twoich byłych przyjaciółek, które tak haniebnie potraktowały cię po utracie fortuny, Samantho! Zzielenieją z zazdrości!
- Cóż, przynajmniej się okazało, kto naprawdę był nam przychylny.- odpowiedziała dziewczyna, gdy już nieco otrząsnęła się z zaskoczenia.- Jesteś jednak pewien, papo, że stać nas na tak wielki wydatek? Przecież sam mówiłeś, że to młoda inwestycja. Co, jeśli złoża okażą się mniejsze, niż zakładaliście i szybko się wyczerpią?- spytała z obawą.- Czy nie powinieneś w pierwszym rzędzie zabezpieczyć swej starości, ojcze?- dopytywała się z troską.
- Tym się nie kłopocz, moje dziecko.- zapewnił.- To bezpieczna inwestycja i uwierz, kiedy powiem, że nie tylko twój posag, ale też moja starość są dobrze zabezpieczone. Na dowód tego, mam dla ciebie mały prezent z okazji twoich zaręczyn…- dodał.- Zaczekaj chwileczkę.- poprosił, po czym szybko udał się do swojej sypialni, by przynieść podarek schowany dotąd w torbie podróżnej. Kiedy schodził z powrotem na dół, uśmiechał się szeroko.
- O mój Boże! Przecież to tiara ślubna mamy! Myślałam, że ją zlicytowano!- zawołała Samantha, gdy Jacob ofiarował jej gustowne, wykładane aksamitem pudełko.
Była to najcenniejsza część klejnotów zmarłej Adelajdy Carter, którą utracili na rzecz wierzycieli. Zrobiona z platyny na kształt splecionych gałązek, inkrustowana była sowicie małymi brylantami i szafirami, tworzącymi w kilku miejscach małe kwiatki, a w centralnej części ozdobiona jednym dużym, niezwykle kunsztownym. W dodatku, można było łatwo doczepić do niej welon i równie zręcznie go zdjąć. Była po prostu arcydziełem sztuki jubilerskiej.
- Bo tak właśnie było, Sammie.- przytaknął jej ojciec.- Odkupiłem ją jednak, jak tylko wróciłem do kraju. Wymieniłem też centralny brylant na błękitny, pochodzący z mojej kopalni, byś pamiętała, że od teraz tiara reprezentuje nie tylko przeszłość, ale też przyszłość, córeczko. Uczynisz mi wielką radość, jeśli założysz ją w dniu swoich zaślubin. Twoja matka również by tego chciała.- powiedział miękko i poruszona dziewczyna ze łzami w oczach uścisnęła go z całą mocą, na jaką było ją stać.
- To będzie dla mnie zaszczyt i przyjemność, papo!- zapewniła gorąco, a wszyscy wokół ze wzruszeniem patrzyli na tę scenę.
Gdy Jacob nareszcie wypuścił córkę z objęć, uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Wierzycie teraz, że dziesięć tysięcy posagu to tylko niewielki dla mnie wydatek i szybko mi się zwróci?- zachichotał.
- I bez niego poślubiłbym Samanthę…- odezwał się Jack.- Cieszę się jednak, że szczęście raz jeszcze powróciło do pana, sir.- dodał.- Dzięki zaś tiarze pańskiej małżonki, Samantha będzie miała poczucie, że w dniu naszego ślubu jej matka jest blisko. Może nie ciałem, lecz duszą…- stwierdził miękko.
- W to nie wątpię.- odpowiedział Jacob.- Adelajda bardzo kochała Sammie i wiem, że czuwa nad nią z góry. Być może to właśnie ona sprowadziła ją do tego domu i do ciebie, Jack.- uśmiechnął się generał.
- Jeśli tak, będę jej zawsze za to wdzięczny, ponieważ podarowała mi coś cenniejszego niż wszystkie klejnoty tego świata. Podarowała mi miłość Samanthy i jej serce.- stwierdził z czułością i niemal nabożnie ucałował obie jej dłonie.
Generał był szczęśliwy. Nie tylko los znów mu sprzyjał, lecz jego jedyne dziecko, córka, dla której poświęcił wszystko, znalazła dobrego człowieka, który pokochał ją nie dla jej majątku, ale dla serca, odwagi, wrażliwości, rozumu i urody. Jack szanował ją i wielbił. To było oczywiste. Żaden ojciec nie mógłby pragnąć więcej dla jedynaczki. Na dodatek, z dumą mógł teraz wydać ją za mąż tak, jak na to zasługiwała i to właśnie zamierzał zrobić!
Zaproszenia na zaręczynowy bal rozesłano więc już następnego dnia, do wszystkich znaczniejszych rodzin w mieście. Nie pominięto oczywiście najbliższych przyjaciół pułkownika oraz kuzynów Samanthy, do których specjalnie wysłano umyślnych gońców, mieszkali oni bowiem z różnych częściach kraju. Gościom dano tydzień na przybycie, zwłaszcza, że zima skończyła swoje rządy, a wiosna przejmowała jej berło. Śnieg już praktycznie stopniał i w promieniach coraz cieplejszego słońca zaczęły się budzić do życia pierwsze kwiaty. Drogi, choć miejscami nieco błotniste, były jednak przejezdne, co powinno dać synom Hammondów i ich rodzinom czas na dotarcie na miejsce.
Przyjechali na dzień przed przyjęciem, lecz z braku miejsca w domu Jacka (od dawna nie było tam tak ciasno!), zatrzymali się w najlepszej gospodzie, jaką dysponowało miasto i byli bardzo zadowoleni z obsługi, ponieważ pokoje były ciepłe, przytulne i czyste, a i kuchnia wyborna. Dodatkowym plusem był fakt, że Jack wziął na siebie koszty ich pobytu, mimo że protestowali.
- Choć tyle mogę uczynić, nie będąc w stanie na razie zaoferować gościny u siebie. Mój miejski dom jest zbyt mały, a wiejska posiadłość jeszcze nie została przygotowana na nasz powrót.- powiedział z żalem.
Jego hojność zrobiła odpowiednie wrażenie na obu panach Hammond i ich młodych małżonkach, które dyskretnie pogratulowały kuzynce tak wspaniałego narzeczonego.
- I pomyśleć, że uważałam, iż Charles Simmons byłby dla ciebie świetną partią!- powiedziała młodsza z nich, Melania.- Gdzież majorowi do twojego pułkownika!
- Rzeczywiście, masz niebywałe szczęście, kuzynko!- zgodziła się z nią Emma, żona starszego z braci.- Szczególnie, że i fortuna zdaje się znów sprzyjać wujowi Jacobowi.- dodała.- Z takim posagiem, jaki dostaniesz, wraz z majątkiem twego przyszłego męża już nigdy nie będziesz musiała martwić się o pieniądze. Słyszałam, że dwór pułkownika jest imponujący.- dokończyła.
- To istotnie piękne miejsce.- przytaknęła zarumieniona Samantha.- Jack bardzo dba o nie i wszystkich swoich pracowników. Już się nie mogę doczekać, żeby tam wrócić.- wyznała.
Prawda, że miło było mieszkać w mieście, lecz to Błękitny Zamek był jej bliższy, ponieważ to tam po raz pierwszy ujrzała ukochanego i się zakochała.
- Pobieracie się tam, czyż nie tak?- dopytywała się Melania.
- Owszem.- potwierdziła Samantha.- W rodzinnej kaplicy, mieszczącej się nieopodal. Bal jednak odbędzie się we dworze.- wyjaśniła.
- Znasz już datę?- spytała Emma.- Muszę sobie sprawić nową suknię na tę okazję!- dorzuciła.
- Jack i ja chcielibyśmy się pobrać piętnastego maja…- odpowiedziała dziewczyna.
- Ależ to dwa tygodnie po oficjalnych zaręczynach!- zdumiały się obie panie Hammond.- Tak mało czasu na przygotowania!
- Przeciwnie.- odparła panna Carter.- Służba już przygotowuje dom, a wszystko, czego nam potrzeba, już zakupiono. Nasza ochmistrzyni wyjedzie do Zamku zaraz po zaręczynach, aby dopilnować kucharzy, więc nie ma się czym martwić. To dobrze zorganizowana kobieta, jak przekonacie się jutro. Żaden szczegół jej nie umknie!- dodała z niekłamanym podziwem. Lubiła Janet i ceniła jej umiejętności, zwłaszcza teraz…- Poza tym, nie chcielibyśmy fatygować was ponownie w tak krótkim okresie czasu. Macie przecież swoje obowiązki względem towarzystwa i swoich rodzin. Skoro więc tu jesteście…
Nie musiała kończyć. Najprościej powiedzieć, że dwie pieczenie miały się upiec na jednym ogniu.
- A więc musimy prędko postarać się o ślubne prezenty!Nie przypuszczałam, że będą tak szybko potrzebne i nic jeszcze nie kupiłam!- narzekała Melania.
- Niczego nam nie trzeba, oprócz waszej obecności.- zapewniła Samantha, lecz Emma zaprotestowała:
- Nonsens, kuzynko! Nie pojawię się na ślubie bez podarku i basta! To nie uchodzi!- stwierdziła stanowczo.- Zaraz po zaręczynach udam się do tutejszych pawilonów, by poszukać czegoś właściwego. Może ładne srebra albo pościel? Tego nigdy zbyt wiele w domu.- myślała na głos.
- Emma ma rację.- wtrąciła Melania.- I ja uczynię podobnie. Mam nadzieję, że znajdę odpowiedni podarunek, choć to nie metropolia.
Samantha westchnęła. Było oczywiste, że ich nie przekona, więc się poddała i w duszy podziękowała Stwórcy za przybycie ciotki Elizabeth, która odciągnęła od niej synowe, sprowadzając jednocześnie Kate.
- Są bardzo rozmowne!- zachichotała pani Dixon, obserwując obie panie.
- Nawet nie masz pojęcia!- zgodziła się blondynka i aż sobie usiadła.
Przez kolejne parę minut patrzyła, jak jej narzeczony przekonuje do siebie Andrew i Williama- jej kuzynów. Wyglądało na to, że świetnie sobie radzi…
Kładąc się tej nocy do snu, czuła motylki w brzuchu. Jutro po raz pierwszy i oficjalnie miała wystąpić jako narzeczona Jacka, a potem…
- Wyjdę za niego…- szepnęła rozmarzona i zasnęła z uśmiechem na ustach.
TBC
