Ze ściśniętym gardłem przemierzała korytarze. Wspomnienia szalały w jej głowie. Bała się, że jak tylko się zatrzyma, nie będzie potrafiła iść dalej. Przyspieszyła nieznacznie. Kiedy to się skończy? Kiedy będzie mogła uciec od tego wszystkiego? Cieszyć się wraz z innymi? W końcu było tyle powodów! Byli wolni. Voldemort zniknął, a wraz z nim i czarna magia. Nie było niczego, co mogłoby im zagrażać!
Ale pozostawały wspomnienia, które odnajdywały swoje ujście po zmierzchu. Miała koszmary niemalże każdej nocy. Widziała krew, słyszała krzyki. Widziała Hagrida niosącego Harry'ego... Zawsze budziła się z krzykiem i za każdym razem dziękowała Bogu, że nie zbudziła śpiącego obok niej Rona.
Zaraz po zakończeniu wojny państwo Weasley postanowili, że zarówno ona, jak i Harry zamieszkają w Norze. Nie miała siły, żeby oponować. Wiedziała, że nawet jeżeli by chciała, nie miałaby dokąd pójść. Tuż przed wyjazdem na ślub Billa i Fleur wyczyściła pamięć rodzicom. Nie mieli pojęcia, że gdzieś tam, w dalekim świecie, żyje ich córka... Harry również przystał na plan z ochotą. Jego jedyną, żyjącą rodziną byli Dursleyowie, do których nie chciał wracać. W ten oto sposób znalazła się w miejscu, które stało się jej opoką. Miejsca, gdzie wszyscy się wspierali, gdzie byli jej bliscy przyjaciele i ukochany mężczyzna. Miejsca, w którym codziennie działa się cała masa różnych rzeczy. Codziennie ktoś wpadał, ktoś, czegoś chciał... Nora nadal była Kwaterą Główną Zakonu Feniksa, a jego członkowie niemalże natychmiast zabrali się za porządkowanie magicznego świata.
Powołano nowego Ministra Magii, którym został Kingsley Shacklebolt. W pierwszej kolejności nakazał odbudować Azkaban i przywrócił na służbę Dementorów. Wprowadził kilka ustaw i niemalże natychmiast wyłapał połowę śmierciożerców i szmalcowników, których dożywotnie umieścił w więzieniu. Razem z McGonagall opracował ustawę, w której zaznaczył, że każdy uczeń, który kończył siódmy rok podczas wojny, może go powtórzyć. Skonsultował się również z pozostałymi szkołami i ujednolicili program nauczania, wyzbywając się wszelkich ksiąg związanych z czarną magią, jakie kiedykolwiek ukazały się w bibliotekach. Planował znieść ustawę o czystości krwi i wywalił z Ministerstwa wszystkich tych, którzy nie chcieli się temu podporządkować. Zarządził zbiórkę pieniędzy na odbudowanie szkoły. Zorganizował pomoc dla ofiar wojny, a także dla rodzin najgorszych śmierciożerców. Krótko ujmując, Kingsley zrobił znacznie więcej, niż cała masa jego poprzedników. Uzyskał niesamowite poparcie ludności oraz ich sympatię. Był niezbędnym bodźcem w tak trudnym czasie. Świat podnosił się z dołka z zawrotną szybkością, o czym może świadczyć chociażby sama odbudowa szkoły!
Wyszła zza ostatniego zakrętu i podeszła do chimery. Zastanawiała się chwilkę nad hasłem, ale kamienny stwór najwyraźniej wiedział, że jej oczekiwano. Uchylił jej przejście, a ona z lekkim wahaniem weszła po schodkach na górę. Zapukała trzy razy i otworzyła drzwi.
Gabinet miał kształt owalny, a na jego ścianach wisiały portrety wcześniejszych dyrektorów szkoły. Hermiona użyła całej swojej silnej woli, aby nie spojrzeć na portret Dumbledore'a. Wiedziała, że mogłoby to u niej wywołać niepohamowany płacz, atak paniki czy załamanie nerwowe. Tuż za biurkiem znajdował się regał, na którym spoczywała Tiara Przydziału. Po prawej stronie były półki z książkami, krzesła dla gości, a obok wejścia nadal stał złoty drążek, na którym zazwyczaj siedział feniks Fawkes. Jej serce delikatnie zadrżało, ale nie pozwoliła sobie na okazywanie jakichkolwiek uczuć.
- Witam, panno Granger. Usiądź, proszę.
Do pomieszczenia weszła Minerwa McGonagall, nowa dyrektorka Hogwartu. Nie zmieniła się ani troszeczkę, poza tym, że na jej twarzy pojawiło się kilka dodatkowych zmarszczek. Włosy tradycyjnie miała spięte w ciasny kok, a na jej twarzy widniał prawie uśmiech, o czym świadczyły nie za mocno zaciśnięte usta. Była jednym z niewielu nauczycieli, których darzono takim szacunkiem. Jako jedyna potrafiła utrzymać w klasie ciszę bez podnoszenia głosu.
- Chciałabym, abyś słuchała uważnie. Wiem, że jesteś zmęczona po całym dniu i zapewne marzysz o ciepłym łóżku, ale... - zająknęła się i przyjęła nieco mniej formalny ton: – Cieszę się, że wróciłaś, aby kontynuować naukę – powiedziała w końcu. – Zawsze wiedziałam, że jesteś rozsądną dziewczyną. Najmądrzejsza, najbystrzejsza i najzdolniejsza w klasie. Potter i Weasley mieli szczęście, że owego feralnego dnia wyrwali cię z rąk trolla! – zakończyła swój wywód.
- Obiecałam to swoim rodzicom – wyrzuciła z siebie Hermiona po kilkunastu sekundach niezręcznej ciszy. – Tuż po tym, jak wróciłam na wakacje po czwartym roku, a oni się dowiedzieli, że Voldemort powrócił – szepnęła, patrząc na swoje kolana. Chociaż bardzo tego chciała, nie potrafiła się roześmiać. Delikatny uśmiech znikł z twarzy McGonagall. – Wymogli na mnie obietnice, że bez względu na wszystko mam skończyć szkołę.
- Jak oni się czują? – zapytała z matczyną troską.
- Znacznie lepiej. Na szczęście zaklęcie, którego użyłam, nie było aż tak poważne. Ojciec Rona pomógł mi zorganizować ich leczenie u Świętego Munga. W każdym razie, jak przychodzę, to mnie rozpoznają. - Starała się uśmiechnąć.
- Jestem pewna, że z tego wyjdą. W przypadku takich zaklęć, szanse na wyleczenie są niesamowicie wysokie! Wybacz mi, panno Granger, ale ośmielę się stwierdzić, że rzucone przez ciebie zaklęcie nie było tak silne jak wykwalifikowanego aurora czy...
- Wiem, pani profesor, dziękuję – przerwała jej gwałtownie i podniosła się z miejsca. Rozmowa o jej rodzicach nie była wcale łatwym tematem. – Jeżeli to już wszystko, to chciałabym...
- Tak, oczywiście. Rozumiem, że szanse na to, aby pan Potter lub pan Weasley powrócili do edukacji są już niemożliwe?
- Niestety, ale obawiam się, że nie. Oboje rozpoczęli szkolenia na aurorów.
- Rozumiem – stwierdziła zamyślona. – No nic, będę musiała wobec tego zamienić słówko z Kingsleyem. Zdecydowanie nie podoba mi się to, że tacy młodzi ludzie rozpoczynają pracę w tak poważnych zawodach! – pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Z całym szacunkiem, Minerwo, ale obaj chłopcy mają za sobą lepsze szkolenie, niż niejeden w pełni wykwalifikowany auror. – Do rozmowy włączył się Albus Dumbledore, a serce Hermiony przyspieszyło gwałtownie.
- Och, Albusie... - zaczęła kobieta, ale jej przerwano.
- Dobranoc, pani profesor. Profesorze... - wyszeptała Hermiona i nacisnęła klamkę.
- Ach! Granger! Obejmiesz funkcję prefekta naczelnego! – Usłyszała i cofnęła się gwałtownie do gabinetu.
- Słucham? – wykrztusiła.
- Uważam, że idealnie się do tego nadajesz. Jesteś mądrą, odpowiedzialną uczennicą. Śmiem twierdzić, że jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek miałam przyjemność nauczać.
- Dziękuję – bąknęła zawstydzona.
- Nie dziękuj. Wierzę, że godnie wywiążesz się ze swoich obowiązków. Prefekci naczelni mają osobny pokój wspólny i własne dormitoria we wschodnim skrzydle na czwartym piętrze. Znajdziesz bez problemu. Drzwi znajdują się tuż za biblioteką. Hasło to glacius. Nie musicie korzystać ze specjalnej łazienki dla prefektów na piątym piętrze. Podczas odbudowy szkoły, wspólnie z Ministrem Magii postanowiliśmy, że dobudujemy wam własne.
- Pani profesor... - zaczęła niepewnie. – Czy... Czy cała szkoła jest już odnowiona? Z tego, co pamiętam, prefekci naczelni...
- Nie. Nadal mamy spore uszkodzenie w północnym skrzydle. Właśnie dlatego oraz ze względów czysto praktycznych wybudowaliśmy nowy segment. Nie wyobrażam sobie, abyście patrolowali korytarze, budząc przy tym swoich współlokatorów.
- Rozumiem – powiedziała uprzejmie.
Zastanawiała się, czy powinna zadać pytanie, które właśnie pojawiło się w jej głowie.
- Twoje rzeczy już znajdują się w twojej sypialni. Byłabym wdzięczna, moja droga – dokończyła i spojrzała na Hermionę znacząco, ale ta nie ruszyła się z miejsca. – Panno Granger?
- Ja tylko... Zastanawiam się... - zaczęła, ale w kominku pojawiła się głowa Kingsleya Schackeblota.
- Minerwo, jesteśmy gotowi. Mogłabyś dołączyć za pięć minut?
- Oczywiście. Panno Granger, życzę spokojnej nocy. – I nie czekając na odpowiedź, weszła w płomienie.
Nie miała ochoty wracać do pustego, ciemnego dormitorium. Prefekt Naczelny. Marzyła o tym, odkąd trafiła do Hogwartu. Chociaż nigdy się do tego nie przyzna, jej małym wzorcem był brat Rona, Percy. Miał wielkie ambicje i pomimo tego, że wszyscy się z niego śmiali, uparcie dążył do celu. Fakt, że po pewnym czasie okazał się dupkiem, szczerze ją zaskoczył. Imponowało jej jednak to, że pomimo swojego statusu społecznego osiągnął bardzo dużo w krótkim czasie. Ona również miała wielkie plany. Nie miała pojęcia, na co w końcu się zdecyduje, ale wiedziała, że cokolwiek by to nie było, pochłonie ją w całości. Praca stanie się dla niej ucieczką. Miejscem wolnym od wspomnień...
Nogi same przyprowadziły ją do wieży na siódmym piętrze. Uśmiechnęła się pod nosem. Uniosła głowę ku górze i spojrzała prosto w oczy Grubej Damy. Kobieta odwzajemniła uśmiech.
- Miło cię znów widzieć. Hasło? – Przybrała formalny ton.
Hermiona wzięła głęboki oddech. Czuła się tak, jakby historia miała zatoczyć koło.
- Caput Draconis – wymruczała, a jej serce zadrżało.
Takie samo hasło było osiem lat temu. Portret skinął głową i uchylił wejście do pokoju wspólnego. Było to przytulne, okrągłe pomieszczenie pełne stolików, kominków i wysiedzianych foteli. O tej porze cudownie puste i ciche. Wiedziała, że za kilka godzin zaroi się od wesoło paplających uczniów. Stanie się tętniący życiem, pełny śmiechów, dowcipów.
Weszła niepewnie do środka, a portret zatrzasnął się za nią z lekkim hukiem. Nic się nie zmieniło. Można śmiało rzec, że był dokładnie taki sam, jak ponad dwa lata temu, kiedy to siedziała z Ronem i Harrym dyskutując o horkruksach. Nawet nie zauważyła, kiedy jej życie przestało być proste i nieskomplikowane. Nie zdała sobie sprawy, że z każdym następnym dniem robiło się coraz dziwniej, trudniej... Przestała myśleć o rzeczach typowych dla dziewczyn w jej wieku. Mając zaledwie siedemnaście lat, szykowała się do wojny. Dokładnie tu. W tym pomieszczeniu. Na tej kanapie i przed tym kominkiem.
Usłyszała śmiechy i odwróciła głowę. Stała i z lekkim uśmiechem wpatrywała się w daleki kąt pokoju, gdzie Fred, George i Lee Jordan siedzieli pośród grupki niewinnie wyglądających pierwszoroczniaków, którzy żuli coś, co najwyraźniej pochodziło z wielkiej papierowej torby trzymanej przez Freda.
- Dość tego! – krzyknęła do Freda i George'a, którzy spojrzeli na nią z lekkim niepokojem.
- Masz rację – powiedział George, kiwając głową. – Ta dawka wygląda na dość silną, prawda?
- Powiedziałam wam dzisiaj rano, że nie możecie wypróbowywać tych świństw na uczniach!
- My im płacimy! – oburzył się Fred.
- To mnie nie obchodzi! To może być niebezpieczne!
- Daj spokój!
- Uspokój się, Hermiono, nic im nie jest! – powiedział Lee, który chodził od jednego pierwszoroczniaka do drugiego, wtykając im do otwartych ust fioletowe cukierki.
- No pewnie! Zobacz, już dochodzą do siebie – powiedział George. – No jak, dobrze się czujesz? – zapytał uprzejmie małą, czarnowłosą dziewczynkę leżącą u jego stóp.
- Ch-chyba tak – bąknęła drżącym głosikiem.
- Wspaniale – ucieszył się Fred, ale w następnej chwili Hermiona wyrwała mu z rąk podkładkę do notowania i papierową torbę z Omdlejkami Grylażowymi.
- To wcale nie jest wspaniałe!
- Jak to, przecież żyją, prawda? – oburzył się Fred.
- Nie wolno wam tego robić! A jakby któreś z nich naprawdę się pochorowało?
- Żadne by się nie pochorowało! Wypróbowaliśmy już te ciućki na sobie. Po prostu chcemy zobaczyć, czy każdy reaguje tak samo...
- Jeżeli nie przestaniecie tego robić, to…
- To co? Dasz nam szlaban? – zapytał Fred tonem, w którym można było wyraźnie dosłuchać się ostrzeżenia: „Spróbuj, to zobaczysz".
- Każesz nam przepisywać zdania? – dodał George, uśmiechając się ironicznie.
- Nie – odpowiedziała głosem drżącym od gniewu. – Napiszę do waszej matki.
Wyciągnęła dłoń i przejechała nią po zakurzonym oparciu fotela. Nagle spłynął na nią kolejny obraz.
- Nie pamiętam byś żartował, odkąd...
Powietrze eksplodowało. Stali razem nad dwójką śmierciożerców, z których jeden był oszołomiony, a drugi transmutowany, i wydawało się, że przynajmniej chwilowo nic im nie grozi, gdy wtem świat wokół nich rozpadł się jak domek z kart. Nagle usłyszała przeraźliwy krzyk, który targnął jej trzewiami, wyraz straszliwej męki, której nie mogły spowodować ani płomienie, ani zaklęcia. Hermiona wygrzebywała się spośród gruzowiska, a tam, gdzie jeszcze przed paroma sekundami była ściana, zobaczyła grupkę trzech rudowłosych postaci...
Westchnęła cichutko i otarła samotnie płynącą łzę. Śmierć brata bardzo dotknęła George'a. Przestał być duchem towarzystwa, nie żartował, nie psocił, nie ironizował. Stał się cichy i spokojny, a całe dnie spędzał w sklepie na Pokątnej, na którego pomysł wpadli wspólnie, będąc na swoim siódmym roku nauki. Otarła toczącą się łzę i odwróciła głowę.
Jej wzrok padł na dogasające płomienie. Kiedyś, bardzo dawno temu, pojawiała się w nich głowa Syriusza.
- Więc chcesz mi powiedzieć, że nie wolno mi należeć do grupy samoobrony? – mruknął w końcu.
- Ja? Ależ skąd! – odpowiedział ze zdziwieniem Syriusz. - Uważam, że to wspaniały pomysł!
- A jeśli nas wyrzucą? – zapytała Hermiona z niewyraźną miną.
- Hermiono, przecież to był twój pomysł! – przypomniał jej Harry.
- Przecież wiem... Jestem tylko ciekawa, co Syriusz o tym myśli – powiedziała, wzruszając ramionami.
- No cóż, lepiej być wyrzuconym i umieć się obronić, niż siedzieć w szkole bezpiecznie, ale i bez sensu.
Dopiero teraz w pełni rozumiała jego słowa. Dziś wiedziała, że postąpiłaby dokładnie tak samo. Nie wahałaby się, a wręcz zaangażowałaby jeszcze więcej ludzi. Westchnęła cichutko. Nadal nie umiała uwierzyć w to, że zginął. Gdyby nie zjawił się w Ministerstwie, aby ich ratować, prawdopodobnie nadal by żył.
Na stoliku niedaleko leżała książka. Pochwyciła ją w dłonie. Z okładki spojrzały na nią spokojne, niebieskie oczy byłego dyrektora. Życie i kłamstwa Albusa Dumbledore'a.
- W co ty pogrywałeś?! – krzyknęła, a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy.
Nie otrzymała odpowiedzi. Albus poruszył się nieswojo i spojrzał na nią łobuzersko. Poczuła wzbierający się w niej gniew i bezsilność. Spokojne, niebieskie oczy byłego dyrektora doprowadzały ją do szału. Niewiele myśląc, cisnęła książkę przed siebie. Upadła na podłogę z łoskotem, a twarz starca wykrzywił uśmiech bólu, zrozumienia i głębokiego bólu. W głowie Hermiony odbijały się echem trzy słowa i za nic w świecie nie chciały stamtąd uciec. Dla większego dobra.
- Gdybyś tylko wiedział... – powiedziała ledwo dosłyszalnie.
- Hermiona? – Usłyszała cichy, spokojny głos. Podskoczyła nerwowo, a w jej ręku niemalże natychmiast spoczęła różdżka. - Wszystko w porządku?
Z półmroku wyłoniła się rudowłosa postać, a Hermiona odetchnęła z ulgą. Jej ciało pokryło się gęsią skórką, a serce przyspieszyło bieg, chcąc doprowadzić do mózgu jak największą ilość tlenu. Opanowanie, tylko tego teraz potrzebowała. Spokój i opanowanie. Ale doskonale wiedziała, że już nigdy, przenigdy go nie odzyska. Kilka miesięcy tułaczki i życia w wiecznym strachu w końcu znalazło swoje ujście. Stała się nerwowa, drażliwa i wyczulona na rzeczy, których do tej pory nigdy nie zauważała. Każdy najmniejszy szmer, szelest czy odgłos wzbudzał w niej natychmiastowy paraliż i atak paniki. Serce niemal wyskakiwało z jej piersi, a z różdżką praktycznie się nie rozstawała.
Opadła na kanapę i zaniosła się płaczem. Chwilowe napięcie i stres po raz kolejny z niej uchodziły, aby dać chwilową ulgę. Ginny zeskoczyła z ostatnich trzech stopni i kucnęła tuż koło przyjaciółki. Oplotła ją drobnymi ramionami i przytuliła mocno do siebie, nie mówiąc nic. Wiedziała, a nauczyła się tego w ciągu ostatnich tygodni, że słowa na niewiele się zdadzą. Dla większego dobra.
- Dlaczego nam to zrobił?
Wtuliła się w Ginny jeszcze mocniej. Brązowe oczy odnalazły leżącą na podłodze książkę i Ginny natychmiast zrozumiała o kim mowa.
- Nie wiem... - szepnęła bezbarwnym, wypranym z emocji głosem.
Otworzyła oczy i zamrugała kilkakrotnie. W pomieszczeniu panował delikatny półmrok tworzony przez dogasające świece. Uniosła delikatnie głowę. Na fotelu nieopodal, zwinięta w kłębek spała Ginny. Ona sama natomiast, okryta puchowym kocem, zajmowała jedną z wysłużonych kanap. Zastanawiała się, która może być godzina. Niebo za oknem upstrzone było milionem gwiazd, a wśród nich górował potężny księżyc.
Westchnęła cichutko, poprawiła szatę i uniosła różdżkę. Jednym zaklęciem przeniosła słodko śpiącą dziewczynę na swoje, dopiero co opuszczone miejsce, a następnie okryła ją kocem. Ginny miała zaróżowione policzki i rozmazany makijaż, ale na jej ustach malował się delikatny, niewinny uśmiech. Hermiona musiała przyznać, że Weasley okazała się silniejsza niż oni wszyscy. Była najmłodsza, ale zdecydowanie najlepiej radziła sobie z zaistniałą sytuacją. Bardzo rzadko użalała się nad losem swoim i bliskich, starała się wspierać każdego, kto miał chwilę zwątpienia. Była dobrą duszyczką, impulsem, który pomagał chociaż na chwilkę dźwignąć się ze wspomnień i doliny rozpaczy.
Hermiona uśmiechnęła się delikatnie, odgarnęła kosmyk rudych włosów z czoła przyjaciółki, poprawiła koc tak, aby szczelnie okrywał jej ciało i ruszyła w kierunku dziury pod portretem.
Samotnie przemierzała korytarze, oświetlając sobie drogę światłem z różdżki. Ciepły promień dodawał jej otuchy, a w pewnym momencie wywołał nawet szeroki uśmiech. W jej głowie zaświtała właśnie pewna myśl, wspomnienie. Tak odległe i dobre, że nie potrafiła się nie uśmiechnąć. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny, a ona już łamała szkolny regulamin.
- Glacius - szepnęła, kiedy dotarła na czwarte piętro.
Portret nieznanego jej czarodzieja skłonił się nisko i ukazał przejście. Wzięła głęboki oddech i przekroczyła próg.
Jej oczom ukazało się niewielkie, okrągłe pomieszczenie. Dopiero po kilku minutach zorientowała się, że jest ono pewnego rodzaju salonem. Niepewnie wykonała trzy kroki i podeszła do stojącej na środku kanapy. Po obu jej bokach znajdowały się fotele, a pomiędzy nimi ustawiono pięknie rzeźbiony stolik. Na równoległej ścianie znajdował się kominek. Dogasające w nim płomienie tworzyły niesamowitą aurę półmroku i... nadziei. Na ścianach, w czterech miejscach, odpowiadającym cyfrze dwanaście, dziewięć, sześć i trzy na klasycznym zegarze, znajdowały się drzwi, a tuż nad nimi wisiały herby każdego z domów: Gryffindoru, Slytherinu, Hufflepuffu oraz Ravenclawu. Zrozumiała, że muszą to być ich sypialnie. Dopiero, kiedy wytężyła wzrok, zauważyła, że do każdej prowadzą trzy stopnie, a tuż przy drzwiach widnieje złota tabliczka z wygrawerowanym imieniem. Zaciekawiona podeszła do najbliższych drzwi. Prefektem Ravenclawu został Terry Boot, a na tabliczce Hufflepuffu widniało nazwisko Hanny Abbott.
Zafascynowana przemierzyła pokój wspólny i podeszła do drzwi od jejsypialni. Policzki jej się zaróżowiły, a serce zabiło odrobinę szybciej. W żołądku poczuła pewnego rodzaju skurcz. Uniosła rękę i przejechała opuszkami po napisie: Prefekt Naczelny Gryffindoru: Hermiona Jean Granger.
W jej oczach zalśniły łzy szczęścia i nieposkromionej satysfakcji. Klasnęła w dłonie i odwróciła się na pięcie, by dotrzeć do ostatnich drzwi. Mniej więcej w połowie pokoju wykonała szalony obrót i z nieopisaną radością przeskoczyła trzy stopnie.
Uśmiech zamarł na jej ustach. Po plecach przebiegł ją dreszcz, a ciało pokryła gęsia skórka. Wytrzeszczyła oczy w zaskoczeniu i raz po raz czytała wygrawerowane literki. To musiał być żart. Żart albo jakieś piekielne nieporozumienie!
Zesztywniała, kiedy drzwi nagle się otworzyły. Wstrzymała oddech, a jej palce zacisnęły się na różdżce. Serce zaczęło bić tysiąc razy mocniej i szybciej, kiedy jej ciepłe, brązowe oczy odnalazły jego chłodne i stalowoszare. Wyglądał na tak samo zaskoczonego jak ona, jednak zdecydowanie szybciej odzyskał pewność siebie. Oparł się o framugę, a usta wykrzywił w typowym dla siebie, ironicznym uśmiechu.
Rzucił krótkie spojrzenie na jej dłoń i uśmiechnął się jeszcze bardziej szyderczo. Pokonał dzielący ich i tak niezbyt duży dystans, a kiedy był dokładnie naprzeciwko niej, uniosła drżącą rękę i wycelowała prosto w jego serce. Przez sekundy mierzyli się wzrokiem. Jej przerażone i zaskoczone oczy drgały niepewnie.
- Uważaj, Granger. To dość wartościowy przedmiot, a żeby z niego korzystać, trzeba wiedzieć jak – szepnął, cedząc każde słowo i ruszył do przejścia.
- Jakim prawem... - Jej głos drżał od nadmiaru emocji. - Jak śmiesz szczerzyć tą swoją oślizgłą gębę w tym zamku?! – Jeszcze mocniej zacisnęła palce na różdżce, a wyciągnięta dłoń przestała drżeć.
Zatrzymał się, ledwo wypowiedziała pierwszą sylabę. Odwrócił się teatralnie w jej stronę i uniósł brwi w świetnie wyreżyserowanym zdziwieniu. Jego oczy rozbłysły nagle, tłumiąc i kryjąc sinawe cienie, wskazujące na zmęczenie, ale jednocześnie jeszcze bardziej rozjaśniając jego śnieżnobiałą cerę. Rozrzucone w nieładzie blond włosy opadły mu na czoło. Trzy górne guziczki jego czarnej koszuli były rozpięte, a butelkowo zielony krawat rozwiązany i luźno zarzucony na szyję. Ręce skrzyżował na piersi, a między nimi przeplótł nowiutką szkolną szatę. Nie zmienił się ani trochę. Zupełnie jakby ostatnie wydarzenia w ogóle nie zrobiły na nim wrażenia, a nawet jeszcze bardziej dodały mu pewności siebie.
Przez kilkanaście sekund pozwolił swoim oczom błądzić po jej ciele, jakby próbował rozszyfrować jej zamiary, a kiedy ponownie zatrzymały się na różdżce, jego twarz pokrył cień wyzwania, ale nie tylko... W wyrazie jego twarzy było coś jeszcze. Coś, co przyprawiało ją o gęsią skórkę i delikatnie napawało przerażeniem. Właśnie dlatego jeszcze bardziej gorączkowo poszukiwała odpowiedniej inkantacji, ale żadna nie wydała jej się zbyt dobra na tego cholernego drania.
- Zrób to – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Kiedy nie zareagowała, zaczął iść w jej stronę i co jakiś czas ponawiał rozkaz. Nieustannie malejący dystans między nimi rodził w niej wiele sprzeczności. Jednocześnie pragnęła cisnąć w niego zaklęciem, wymierzyć cios jak na trzecim roku, ale zaskoczenie i przerażenie nie pozwalały jej działać. Głos uwiązł jej w gardle, a umysł wolniej przetwarzał to, co działo się dookoła. Utkwiła w nim dwoje oczu, aż obraz dookoła zaczął się rozmywać, blednąć i tracić naturalne kształty. W końcu widziała tylko złośliwy uśmiech i stalowoszare, pełne arogancji i chłodu oczy.
Będąc mniej więcej pół kroku od niej, zaśmiał się cicho i pochwycił jej dłoń, perfekcyjnie uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Otworzyła usta, ale nie potrafiła wykrztusić chociażby słowa. Blondyn przysunął swoją twarz o trzy centymetry, a dystans między nimi wyznaczała już tylko orzechowa różdżka Hermiony.
- Nie jesteś taka odważna, jaką z ciebie robią, Granger – szepnął, uważnie obserwując jej przerażone oczy.
Przez kilkanaście sekund żadne z nich nie wykonało najmniejszego ruchu. W końcu na jego twarzy wykwitł uśmiech dzikiej satysfakcji. Prychnął, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia.
- Pieprzona tchórzofretka! – pisnęła dziwnie nienaturalnym głosem i jakby na bezdechu.
Był już przy drzwiach, kiedy z nonszalancją poprawił swoją szatę, posłał jej kolejne szydercze spojrzenie, a następnie przeszedł przez portret i zatrzasnął go z hukiem.
Odetchnęła głęboko, chcąc uspokoić targające nią emocje. Jakim cudem? Była pewna, że już dawno zajmuje jedną z cel w Azkabanie! Owszem, przypuszczała, że Malfoyowie będą starali się zniknąć, że odnalezienie ich zajmie Ministerstwu całą masę czasu. Przecież jego ojciec był jednym z ważniejszych śmierciożerców! Kingsley nigdy nie odpuściłby im tak po prostu. Co więc, do cholery, robił w tym zamku?! W dodatku puszył się jak kretyn i, pomimo wszystko, nadal starał się udowodnić, że jest nietykalny? Merlinie... Kolejny wdech. Jej brązowe oczy ponownie spoczęły na złotej tabliczce.
Prefekt Naczelny Slytherinu: Dracon Lucjusz Malfoy.
Nawet jeżeli wrócił tutaj tak jak ona, chociaż nadal nie mieściło jej się to w głowie, to kto mianował go prefektem?! Ze wszystkich Ślizgonów był chyba najgorszym wyborem! Poczuła palące i narastające oburzenie, które znalazło ujście w potężnym rumieńcu na policzkach. Czuła, jak każdy kosmyk skręca się na jej głowie, a na nadgarstku, w miejscu, którego dotknęła jego piekielnie zimna dłoń, nadal czuła drażniący uścisk. Nigdy, przenigdy nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Między innymi dlatego nie umiała zareagować.
Gdzieś z prawej strony usłyszała ciche kaszlnięcie. Rozszerzyła oczy w zdziwieniu i omiotła pokój przerażona. Na jednej z półek, pośród całej masy ksiąg, dostrzegła tą jedyną, powód owego kaszlnięcia. Tak znajomego kaszlnięcia. Charakterystyczny błysk w oku, serdeczny uśmiech, przeszywające spojrzenie niebieskich oczu znad okularów połówek. Patrzył na nią wyraźnie rozbawiony i jakby z czegoś zadowolony. No tak, nigdy nie spodziewała się takiego biegu wydarzeń, ale czy kiedykolwiek ktokolwiek wiedział, czego spodziewać się po Albusie Dumbledore?
