XVII
Kiedy w wieczór zaręczyn z gracją zeszła po schodach do prowizorycznej sali balowej, stworzonej przez połączenie rozsuwanymi drzwiami bawialni i salonu, zaparła mu dech w piersiach.
Miała na sobie niezwykle szykowną, lecz bynajmniej nie ostentacyjną suknię z kremowego muślinu, ozdobioną najlepszą koronką i wspaniale podkreślającą wszystkie jej atuty, od pięknych ramion i szyi, po kształtną kibić, która na dodatek cudownie współgrała z jej porcelanową cerą. Złote włosy, wprawnie upięte przez Kate, lśniły dodatkowym blaskiem, a wszystko to z pomocą diamentowych spinek. Ograndynowe, kremowe róże dodawały fryzurze romantycznego uroku, a co za tym idzie, czaru jej właścicielce.
Za radą Kathlenn, Samantha istotnie sprawiła sobie nowe pantofelki u miejscowego szewca i była zadowolona z zakupu, ponieważ praktycznie nie czuła ich na stopach. Można śmiało powiedzieć, że płynęła po tych schodach wprost ku zachwyconemu narzeczonemu.
Zebrani goście (przynajmniej ci przychylni), aż westchnęli, kontemplując urodę dziewczyny i niezaprzeczalne uczucie łączące tych dwoje, podczas gdy zawiedzione damy rwały sobie włosy z głowy przeklinając dzień, w którym Samantha Carter przybyła do domu pułkownika.
Dla wszystkich tutaj było ewidentne, że jego serce należało tylko do niej.
Ojciec Sammy był dumny jak paw. Miał piękną, elegancką córkę, która była jego dumą i radością. Co więcej, nie mogła lepiej reprezentować rodziny i powoli odzyskiwanej fortuny Carterów, której dowodziły brylantowe kolczyki oraz kolia, jaką tego wieczora miała nosić.
Na pytanie Jacka, dlaczego nie założy jego naszyjnika, odparła, iż pragnie go mieć na sobie w dniu ślubu, co przyjął ze wzruszeniem i czym sprawiła mu wielką radość.
- Twoja matka byłaby taka dumna, córeczko. Wyrosłaś na piękną i odważną młodą kobietę, a dziś oficjalnie oddajesz swoją rękę bardzo wartościowemu człowiekowi. Obyście zaznali razem szczęścia znacznie dłużej, niż Adelajda i ja.- Jacob powiedział nieco drżącym z emocji szeptem.
- Dziękuję, papo.- uśmiechnęła się zarumieniona blondynka, pocałowała go w policzek i pozwoliła, by eskortował ją do części domu, gdzie odbywały się tańce.
Wraz z jej wejściem na salę, muzyka ucichła, podobnie jak prowadzone tu i ówdzie rozmowy pomiędzy gośćmi. Wszystkie oczy skierowały się na pannę Carter, która, wsparta na ramieniu ojca, podeszła wprost do narzeczonego.
- Jesteś piękna, Samantho!- powiedział zachwycony Jack, ujmując obie jej dłonie i całując je z uczuciem. Etykieta nie pozwalała mu teraz na odważniejszy wyraz swego dla niej oddania, lecz przysiągł sobie, że nadrobi to w stosownym czasie.- Twoja uroda przyćmiewa wszystko wokół i aż słów mi brak, by opisać ją w pełni. Wiedz tylko, że wybierając mnie, uczyniłaś ze mnie najszczęśliwszego mężczyznę na Ziemi.- powiedział cicho, lecz absolutnie zdecydowanie.
- Zatem ty uczyniłeś mnie najszczęśliwszą kobietą na Ziemi, najdroższy, ponieważ oddałeś mi swe serce. Nigdy nie pragnęłam więcej, niż prawdziwego, głębokiego uczucia. Odnalazłam je w tobie i jeśli nadal tego pragniesz, chcę ci dziś oddać swoją rękę.- odparła.
- A więc, uczyńmy to. Obwieśćmy światu naszą miłość, Samantho!- powiedział ucieszony i stanąwszy obok niej, zwrócił się do zebranych.- Zapewne większość z was domyśla się już, dlaczego was tutaj zaprosiłem, przyjaciele.- zaczął i rzeczywiście, większość ludzi skinęła głowami. Jedni się uśmiechali, inni nie, ale dla niego nie miało to znaczenia. Ciągnął więc dalej…- Nie zdziwi was zatem, kiedy ogłoszę, że od pewnego czasu adoruję pannę Carter, która wielkodusznie odwzajemniła moje ku niej uczucie i ku mojej dumie oraz radości, przyjęła propozycję małżeństwa, którą jej złożyłem…- powiedział i natychmiast rozległa się burza oklasków. Wyciszył je jednak jednym ruchem dłoni i kontynuował.- Dziś, w waszej obecności, oficjalnie chciałbym wsunąć jej na palec zaręczynowy pierścień i przy świadkach raz jeszcze dowieść swoich intencji.- dodał, po czym spojrzał na ukochaną i jak każe zwyczaj, klęknął, wyjmując z kieszeni rzeczony klejnot.- Samantho, moja najukochańsza, najdroższa Samantho…- mówił powoli.- Nim ciebie spotkałem, przysiągłem sobie, że już nigdy więcej nie pokocham, lecz jak mówi stare porzekadło: „nigdy nie mów nigdy" .- rzucił, a niektórzy zachichotali. Tylko najbliżsi przyjaciele znali prawdziwe przesłanie jego słów i w dwójnasób doceniali odmianę losu, jaka go dotknęła. Zasługiwał na to.- Prawda jest taka, że zanim cię ujrzałem, usłyszałem twój głos i zachwyciłem się, ale nadal trwałem w swym postanowieniu.- wyznał.- Tak było do momentu, gdy zobaczyłem, jak skaczesz do stawu, by uratować mego syna. Tamtego dnia ujrzałem nie tylko najpiękniejszą kobietę, jaką stworzył Bóg, ale także najodważniejszą i najwrażliwszą, jaką w życiu spotkałem. I chociaż bardzo się starałem nic nie czuć, poza naturalną wdzięcznością i przyjaźnią dla ciebie, poległem z kretesem, bo któż nie pokochałby anioła?- powiedział do zarumienionej wybranki, którą bardzo poruszyły te słowa.- Urzekłaś mnie swym czarem, szczerością, dobrym sercem, wytrwałością i determinacją. Pokazałaś, że tragedia może być początkiem czegoś pięknego i szczęśliwego, jak przydarzyło się to nam obojgu, jak przydarzyło się to twemu ojcu... Znów nauczyłaś mnie kochać, śmiać się i cieszyć się życiem, które od tej chwili chciałbym związać z twoim, najdroższa.- ciągnął niestrudzenie, zadziwiając wielu gości. Nigdy bowiem nie słyszeli, by mówił tak dużo i tak otwarcie. Był to jednoznaczny dowód tego, że przy pannie Carter stał się nowym człowiekiem, szczęśliwym człowiekiem.- Moja ukochana Samantho…- dodał.- Już raz przyrzekłaś mi siebie i swe uczucie, lecz dziś pytam po raz drugi. Czy zechcesz tego prostego żołnierza, którego życie to w dużej mierze służba ojczyźnie i opieka nad synkiem? Czy przyjmiesz me serce i nazwisko oraz wszystko, co mam? Czy pozwolisz, bym do końca mych dni cię uszczęśliwiał i wielbił?- zapytał z powagą i afektem w głosie.
Wzruszona blondynka rogiem chusteczki otarła łzy radości, jakie cisnęły jej się w kącikach oczu, po czym wyciągnąwszy ku niemu dłoń, odparła drżącym głosem:
- Z dumą i radością stanę u tego boku, Jack i będę przy tobie, dopóki starczy mi tchu w piersi, kochając ciebie i twojego, naszego syna.- powiedziała z uczuciem i rozpromieniony pułkownik prawie nabożnie wsunął jej na serdeczny palec zaręczynowy pierścionek wykonany ze złota, szafirów i diamentów.
Wiedząc, że Samantha jest kobietą praktyczną, zamówił dla niej niezbyt imponujący rozmiarem, lecz niewątpliwie w doskonałym guście klejnot, pilnując, by kamienie były nieskazitelnie przejrzyste i lśniące. Nie było mowy o skazach, gdy nosić je miała istota tak idealna w jego oczach, tak doskonała. Specjalnie wybrał szafiry do towarzystwa dla oszlifowanych na brylanty diamentów. Kochał ich kolor, bowiem przypominały mu oczy wybranki. Poza tym, idealnie pasowały do naszyjnika, który jej podarował i kolczyków, jakie już czekały w skrytce na dzień ich ślubu, gdy da je jej w prezencie ślubnym.
Jak tylko pierścionek znalazł się na jej dłoni, Jack wstał z klęczek i (skoro teraz już mógł) delikatnie, z zachowaniem zasad decorum, pocałował narzeczoną w usta, ku uciesze przyjaciół, rodziny oraz tych, co im sprzyjali. Znów rozległy się brawa, a kiedy zawstydzona para się rozłączyła, Samantha ukryła purpurową twarz w połach jego fraka.
Roześmiał się z czułością, cmoknął ją w czubek głowy i szepnął:
- Zechcesz ze mną zatańczyć, najdroższa?- zaproponował.
- Z przyjemnością.- odpowiedziała nadal zarumieniona i podała mu dłoń, na której natychmiast złożył pocałunek.
- Muzyka!- zarządził i orkiestra znowu zaczęła przygrywać. Tym razem, zgodnie z ustaleniami, zagrała walca i zakochani wirowali w swoich ramionach najpierw sami, pośrodku sali, a potem już otoczeni innymi parami.
Jacob i reszta rodziny patrzyli na to z niekłamanym wzruszeniem. Na pierwszy rzut oka widać było, że te zaręczyny nie były po prostu korzystnym mariażem, co sugerowali niektórzy, jak tylko sensacyjne wieści o rezurekcji fortuny Carterów wyciekły na światło dzienne (ach ta dzisiejsza służba!). Narzeczeni byli autentycznie zakochani i było to widać w ich pełnych blasku spojrzeniach, rozmarzonych, wręcz błogich uśmiechach i dotyku, tak czułym, choć wciąż pozostającym w zgodzie z dobrym wychowaniem. Oni promienieli…
Kiedy mały Charlie, dotąd stojący grzecznie pod czujnym okiem ciotki Kate, nareszcie wyczuł okazję do ucieczki, pierwszym, do kogo się udał, był tańczący ojciec, któremu czarująco „odbił" partnerkę. Ku wesołości zebranych, podbiegł do Jacka i Samanthy, pociągnął przyszłą matkę za spódnicę, a gdy zyskał jej uwagę, skłonił się nisko (mały dżentelmen!) i poważnie zapytał:
- Czy mogę prosić do tańca, mamusiu?
Samantha w duszy zachichotała, lecz aby przypadkiem nie urazić chłopczyka, szybko wzrokiem porozumiała się z wyszczerzonym Jackiem i dygnąwszy wdzięcznie, odparła:
- Ależ naturalnie, miły panie! To będzie dla mnie zaszczyt i przyjemność tańczyć z tobą, Charlie.- dorzuciła, a malec szeroko się uśmiechnął..
Jako że był zbyt mały w stosunku do jej wzrostu, a sukienka nie ułatwiała sprawy, Samantha, z pomocą narzeczonego, posadziła sobie synka na biodrze i dokończyła z nim walca.
Tego dnia w całym mieście, a może i na świecie, nie było szczęśliwszego dziecka.
Wraz z zakończeniem tańca, Charlie powrócił do kuzynów i jedzenia, a przyszła pani O'Neill do ukochanego, by przyjąć zasłużone gratulacje.
Większość z nich była szczera, skoro gro zaproszonych gości przyjaźniło się z pułkownikiem i akceptowało jego wybrankę. Te mniej szczere życzenia, których oboje byli świadomi, a które paść musiały z racji etykiety, Jack i Samantha przyjęli z dobrze zamaskowanym sceptycyzmem. Musieli zaprosić owe osoby na bal, ponieważ były częścią tutejszej elity towarzyskiej. Nie oznaczało to jednak, że je lubili i szanowali. Cieszyli się, że już wkrótce będą je widywać najrzadziej, jak się tylko da, a kto wie, może podczas następnej zimy nie będzie już powodu opuszczać Błękitnego Zamku? Nawet, jeśli rodzina się jeszcze nie powiększy, to przecież zawsze można zaprosić Jacoba, Dixonów i Hammondów, by było dla kogo ogrzewać dwór! Wtedy nie byłoby już potrzeby zimować w mieście…
W każdym razie, bal był sukcesem. Jedzenie było pyszne, doskonale zaserwowane (panie Hammond z nową falą podziwu pomyślały o Janet Fraiser- Jackson, która rzeczywiście wszystko dopięła na ostatni guzik, na czele w wybornymi ciasteczkami swego przepisu, którymi goście byli zachwyceni.
- Dam dwa razy tyle, co pułkownik!- zaoferowała się Emma, na osobności dopadłszy ochmistrzynię. Była zdecydowana podkupić usługi kobiety, o czym lojalnie uprzedziła kuzynkę, która tylko zachichotała wesoło.
- Nie mogę ci zabronić spróbować, Emmo, lecz na twoim miejscu nie miałabym wielkich nadziei!- rzuciła rozbawiona Samantha.- Tu nie chodzi o pieniądze.- dodała.
- Z doświadczenia wiem, że zawsze o nie chodzi!- stwierdziła pewnym siebie głosem pani Hammond.- Któż w tych czasach ich nie potrzebuje?- spytała.
- Zatem spróbuj.- przewrotnie odparła panna Carter, co też właśnie uczyniła jej kuzynka.
- Przykro mi, madame…- odpowiedziała pełnym szacunku, lecz i stanowczości głosem żona Daniela.- Żadna kwota nie skłoni mnie do porzucenia tej posady, zwłaszcza, że zarabiam tu godziwie, a mój pracodawca traktuje mnie sprawiedliwie i z szacunkiem.
- Ja też będę!- zapewniła gorąco Emma.- Taka ochmistrzyni, to rzadki skarb.
- Dziękuję, proszę pani.- usłyszała w zamian.- Zdania jednak nie zmienię. Tu jest mój dom i moi państwo. Dla innych nie będę pracować, choć zaszczyca mnie, że pani o mnie pomyślała. Nie zdradza się jednak przyjaciół…- dodała ciszej, dyskretniej i pożegnawszy się skinieniem głowy, zostawiła oniemiałą synową generała Hammonda z otwartą buzią.
Jej mina, gdy powróciła do towarzystwa, powiedziała Samanthcie wszystko i dziewczyna, roześmiawszy się z humorem, stwierdziła:
- A nie mówiłam?
Dość powiedzieć, że później i przez długie lata, to wydarzenie stało się jedną z najzabawniejszych rodzinnych anegdot oraz powodem do śmiechu.
Emma naturalnie wreszcie pogodziła się z odmowa, choć późniejsze ochmistrzynie zawsze porównywała do Janet. Gorycz rozczarowania osłodziła jej jednak receptura na ciasteczka, które tak sobie upodobała Emma, więc nikt tam nie chował urazy.
Bal trwał do późnych godzin wieczornych, choć dzieci odesłano do łóżek, łącznie z wnuczkami Hammondów, które zrobiły furorę wśród młodych Dixonów i szarmanckiego Charlie'ego, który tańczył z każdą z nich, upodobawszy sobie zwłaszcza nieco nieśmiałą, rudą i zielonooką jak matka córkę Melanii oraz Williama, którą z racji wieku ignorowali inni chłopcy. Laura miała trzy latka i nikt nie chciał z nią tańczyć, więc jak na dżentelmena przystało, mały Charles wziął ją pod swoje skrzydła, wywołując promienny uśmiech na jej pucułowatej buzi.
- Doskonale go wychowałeś, Jack.- pochwalił go Jacob wespół z George'em, który obserwował tę scenę z miną rozanielonego dziadka.- Prawdziwy z niego paladyn i świetny materiał na oficera.- dodał.
- Nie ująłbym tego lepiej!- przytaknął generał Hammond.
- Dziękuję.- zaczerwienił się pułkownik.- Wolałbym jednak, by nie zakładał munduru. Kocham być żołnierzem i jestem w tym dobry. Nie chciałbym jednak narażać jego życia. Jest wszystkim, co mam i moim dziedzicem.- wyznał.- Jeśli będę mieć jeszcze inne dzieci, to samo będzie tyczyć się ich. Nasza rodzina od pokoleń przelewała krew i chyba czas wreszcie odpocząć.- powiedział miękko.- Naturalnie, jeśli naprawdę zechce wstąpić do wojska, nie zabronię mu.- dorzucił szybko, by dobrze go zrozumieli jako bracia żołnierze.- Jestem tylko jego ojcem, nie panem i właścicielem. On i pozostałe aniołki będą wychowane tak, by wiedziały, że ostateczne decyzje będą zależeć tylko od nich, nawet, jeżeli ja nie będę się z nimi zgadzał. Wiem bowiem z doświadczenia, że im bardziej apodyktyczny bywa rodzic, tym oporniejsze jest dziecko i z tego właśnie rodzą się konflikty. Nie chcę tego w naszej rodzinie.- dokończył szczerze.
- To rozsądne podejście.- zgodził się Jacob.- Pamiętam, jak Sammie potrafiła być uparta, gdy coś sobie postanowiła, a ja się nie zgadzałem…
- I nic się pod tym względem nie zmieniło!- roześmiał się rozbawiony George.- Gdyby nie jej upór, nigdy byście się nie spotkali, Jack…- zwrócił się do O'Neilla.- Jacob był bardzo sceptycznie nastawiony do jej zamiaru podjęcia pracy i zaprotestował, gdy go o nim powiadomiła. Ze mną nie było lepiej, ale wreszcie się poddaliśmy. Tylko święty mógłby czekać, zanim by jej przeszło, a być może nie doczekałby się nigdy, więc koniec końców, poszukaliśmy dla niej posady i oto jesteście tutaj, razem, zaręczeni i szczęśliwi.- rzucił z nutką rozczulenia.
- I dziękuję za to Bogu każdego poranka, odkąd ją ujrzałem.- odpowiedział pułkownik.- Jak widać, Stwórca prowadzi nas ku szczęściu różnymi, czasem bardzo krętymi ścieżkami, lecz gdy już dotrzemy na miejsce…- westchnął rozmarzony.
-… nagroda jest tego warta.- dokończył za niego przyszły teść.- Szanujcie ten dar, który wam zesłał. Nigdy nie wiadomo, na jak długo będzie z wami. Mój utraciłem szybko, lecz za żadne skarby nie zmieniłbym niczego, bowiem Adelajda dała mi najcenniejszą pamiątkę po naszym uczuciu, cząstkę siebie, która na zawsze pozostała przy mnie, mimo że moja ukochana żona odeszła.- wyszeptał poruszony wspomnieniami generał Carter.
- Taki mam zamiar, sir.- przysiągł Jack.- Dla Samanthy, dla naszej rodziny, zrobię wszystko. Oddam życie, jeśli trzeba!
- Wierzę ci, synu i cieszy mnie, że znalazła tak dobrego człowieka.- uśmiechnął się Jacob.- Ty nie tylko ją akceptujesz bez względu na wszystko, ale też szanujesz, rozumiesz i przede wszystkim, kochasz. Żaden ojciec nie morze żądać więcej od zięcia, zwłaszcza, kiedy wie, że ów uszczęśliwia jego dziecko, jak ty uszczęśliwiasz Sammie.
- Nie bardziej, niż ona mnie, sir.- zapewnił pułkownik.
- Mów mi wreszcie Jacob. W końcu, wkrótce będziemy rodziną. W zasadzie już nią jesteśmy, skoro jesteś ojcem mojego wnuka!- mrugnął wesoło Jake.- Myślałem, co prawda, że na tę przyjemność jeszcze długo poczekam, ale, choć zgoła nieoczekiwanie, nie mogę cieszyć się bardziej z tego malca. Jak mówiłem, to przyjemność mieć takiego dżentelmena w rodzinie!- zachichotał.
- Dziękuję, Jacob.- powiedział mile połechtany pochwałą i dumny z jedynaka O'Neill.- Obawiam się jednak, że jego maniery to zasługa Kate i Samanthy. Moja siostra często gościła go u siebie, gdy mnie wzywały obowiązki służbowe lub interesy. Od niej nauczył się etykiety i podstaw francuskiego, a Samantha dokończyła reszty.
- Po tobie jednak odziedziczył skłonność do pomagania damom w potrzebie, jak widać!- zażartował George, wskazując podnoszącego z podłogi Laurę chłopczyka, który wyjął chusteczkę z rękawa i wytarł jej zapłakaną twarzyczkę.
- Cóż, jak to mówią, niedaleko pada jabłko od jabłoni!- uśmiechnął się nieco zażenowany pułkownik.- Cieszę się, że Charlie szanuje dorosłych, kobiety i w ogóle ludzi. Uważam, że każdy porządny człowiek zasługuje na respekt, nawet, jeśli jest biedny lub chory. Mierzi mnie tylko obłuda i zbrodnia.- dodał.
- Jak każdego przyzwoitego człowieka.- przytaknął Jake.- Nie zmienimy jednak faktu, że zło panuje na świecie i zawsze znajdzie się ktoś, kto wykorzysta je do swych celów. Takich ludzi należy osądzić i właściwie ukarać, ale niestety, nie zawsze się to udaje. Możemy mieć tylko nadzieję, że zapłacą za swe występki w następnym życiu, jeśli ujdą przed karą w tym.
- Dobrze powiedziane, przyjacielu.- stwierdził generał Hammond, a po chwili rozmowa się zakończyła, bowiem Jack przeprosił obu oficerów, by raz jeszcze porwać do tańca swoją narzeczoną.
Ani Jake, ani George nie wiedzieli, że w duszy prosił Boga o sprawiedliwość dla swej rodziny i syna. Sara już odpokutowała za swój grzech, ale jej kochanek jeszcze nie. Gdziekolwiek był, cokolwiek robił, nadal czekał na karę. Zasługiwał na nią i pułkownik modlił się, by mu ją wymierzono, nawet, jeśli sam nie mógł tego uczynić. Może już nie życzył mu śmierci, jak tego pragnął z początku, ale odrobina cierpienia (no dobrze, może więcej niż odrobina), byłaby nie od rzeczy, czyż nie? Długo jednakże nad tym nie rozmyślał, bo w ramionach Samanthy wkrótce zapomniał o całym świecie.
Tej nocy, gdy kładł się spać, już się nie mógł doczekać ślubu i momentu, kiedy więcej nie będzie zasypiał samotnie.
- Już wkrótce…- mruknął rozmarzony i oddał się w ręce Morfeusza.
TBC
