A/N: Sorry, Madi, że muszę Cię rozczarować, ale z żalem donoszę, iż powoli finiszujemy. Właśnie zakończyłam pisanie tej opowieści na rozdziale XXI, jakkolwiek bowiem i ja ją lubię, to uznałam, iż ciągnięcie jej dalej byłoby błędem i obniżyłoby jej loty w stopniu znacznym. Nie wykluczam jednak, że w przyszłości napiszę kolejny romans historyczny. Teraz jednak mam zbyt wiele na głowie i zbyt mało czasu.

Liczę, że mi to wybaczycie, kochane Czytelniczki.

Pozdrawiam!

Asia


XVIII

Do Błękitnego Zamku powrócili tydzień po zaręczynach. W tym czasie odwiedzili domy najbliższych przyjaciół i dokonali ostatnich zakupów. Zwłaszcza Samantha miała do kupienia pewną rzecz, bez której nie wyobrażała sobie powrotu do domu. Ślub był za pasem, a ona nie odebrała jeszcze, zamówionego dla narzeczonego jeszcze przed zrękowinami, ślubnego podarku, więc zabrała Kate, która doskonale znała gusta brata i mogła ocenić pomysł, ciotkę oraz kuzynki (dzieci zostały z wniebowziętymi dziadkami i ojcami), i wszystkie razem wybrały się do pawilonów kupieckich.

Ku swemu zdumieniu, Emma i Melania stwierdziły, że choć miasto nie było duże, było nadzwyczaj dobrze zaopatrzone, włącznie z towarami z importu.

- Spójrz na tę suknię, Mel!- zawołała Emma Hammond.- Cóż za krój i materiał!

- Wykonanie też doskonałe. Piękne, równe szwy.- przyznała druga pani Hammond.- Byłaby idealną suknią ślubną dla Sammie, czy nie tak, moje panie?- zwróciła się do stojących obok kobiet.

- To miło, że tak mówicie, lecz ja już mam suknię ślubną.- zaprotestowała panna Carter.- Włożę suknię mej matki.- dodała.

- Naprawdę?- ucieszyła się Elizabeth.- Adelajda miała bajeczną suknię, klasyczną i niezwykle elegancką. Wyglądała jak księżniczka.- wychwalała kobieta.- Szkoda tylko, że welon przepadł. Był delikatny niczym pajęczynka.- dodała z żalem.

- To prawda.- westchnęła Samantha.- Licytator potraktował go z wyczuciem słonia w składzie porcelany. Rozdarł go w takim miejscu, że nie dało się już naprawić. Tak marzyłam, by go kiedyś założyć, a teraz muszę kupić nowy…

- Zatem połączysz nowe ze starym, jak to zgrabnie ujął twój ojciec, moje drogie dziecko.- pocieszyła ją ciotka.- Jestem przekonana, że będziesz wyglądać równie pięknie, co twoja matka.

- Dziękuję, ciociu.- odparła dziewczyna, rumieniąc się uroczo. Nie musiała głośno dodawać, że tego właśnie pragnie dla ukochanego, by uznał, że jest piękną panną młodą.

Nie, żeby nie powtarzał jej często, że dla niego promienieje. Jak na tak nieśmiałego i dość małomównego mężczyznę, nie żałował jej czułych, pełnych uczucia słów, a poza tym Samantha uwielbiała blask w jego oczach, kiedy na nią patrzył z takim zachwytem.

Elizabeth nie czekała na kolejne słowa, tylko gestem przywołała subiekta, prosząc, by pokazał im wybór ich najlepszych i najpiękniejszych welonów.

- Naturalnie, madame!- wyszczerzył się młody handlarz i natychmiast poprowadził je do właściwej części sklepu. Naprawdę było z czego tutaj wybierać i po wielu dysputach panna Carter opuszczała to miejsce bogatsza o cudowny, biały jak śnieg i wybitnie kunsztownie utkany z jedwabiu welon, który bez trudu będzie prasować do tiary jej matki.

Potem udały się do jubilera. Tutaj już czekały złote spinki do mankietów z czarnymi opalami i inicjałami, które Sammie zamierzała wręczyć Jackowi po ślubie oraz obrączkę, we wnętrzu której kazała wygrawerować jeden tylko wyraz: „Zawsze". Tak właśnie powiedział jej ukochany tamtego dnia, kiedy wyznał jej uczucia i od tej chwili powtarzał jej to często, tworząc z niego bezwiednie rodzaj zakamuflowanego przesłania miłości. Kiedy już to załatwiła, mogła iść dalej.

Następnym przystankiem była modystka, gdzie pozostałe panie nabyły nowe kapelusze na uroczystość, bo w końcu musiały się dobrze zaprezentować, nawet, jeśli ślub miał mieć charakter intymnej, rodzinnej ceremonii, z udziałem kilku tylko przyjaciół. Nie wynikało to bynajmniej ze skąpstwa młodej pary, lecz z ich obopólnego życzenia. Osób im nieprzychylnych nie chcieli na swoim ślubie i tyle. Poza tym, to była ich chwila, moment dla nich i mieli prawo dzielić go z kim zechcą, bez względu na towarzyskie „obowiązki".

Po wyjściu od modystki, ruszyły już tylko w jedno miejsce- do kupca, u którego zamierzały kupić młodym prezenty ślubne. Miał on największy wybór w mieście według opinii Kathlenn, więc nie zwlekały.

Pani Dixon nie zastanawiała się długo, tylko nabyła najlepsze srebra w sklepie, takie na trzydzieści osób, zdobione kunsztownym wzorem na rękojeściach. Samantha zaprotestowała słysząc cenę, lecz Kate zwyczajnie ją zbyła mówiąc wesoło:

- Przydadzą się na przyjęcia!

Elizabeth wypatrzyła cudowny komplet do herbaty z delikatnej porcelany, pięknie zdobiony różanym wzorkiem i pozłacany na brzegach, za który Sammie podziękowała jej ciepłym uściskiem, podobnie jak wcześniej Kate, a potem kuzynkom.

Emma, idąc za przewodem poprzedniczek, kontynuowała ich tok myślenia i kupiła młodej parze dwanaście lnianych obrusów, haftowanych haftem Richelieu, które ozdobiłyby każdy stół.

Tylko Melania odbiegła od pomysłu i ze swej strony nabyła trzy komplety pościeli, sześć prześcieradeł i dwanaście ręczników, argumentując, że tego nigdy w domostwie za wiele.

Kiedy Samantha rozglądała się jeszcze po sklepie, szukając czegoś ładnego do domu, panie naradziły się prędko i kupiły jeszcze jeden mały prezencik- nocną koszulę, jaka z pewnością zwali przyszłego małżonka Sammie z nóg. Jakby nie patrzeć, mimo że wdzianko sięgało kostek, to wysoki stan i wyrazisty dekolt podkreślały wdzięki jego właścicielki w stopniu wystarczającym dla pobudzenia wyobraźni męża, szczególnie, że uszyte było z najlepszego jedwabiu i wykończone piękną koronką oraz atłasową wstążką, oddzielającą biust od reszty…

Panna Carter przyjęła je ze szkarłatem na policzkach, ale sekretnie już cieszyła się na reakcję ukochanego. Sama jakoś o tym nie pomyślała. Miała, co prawda, kilka ładnych koszul, lecz nic tak… ponętnego.

Ostatecznie, zamówiwszy jeszcze trochę aksamitu na nowe zasłony do salonu oraz bawialni, który miał zostać dostarczony bezpośrednio do posiadłości, zebrała towarzyszki i powróciła do miejskiego domu narzeczonego, gdzie powoli już zaczęto pakowanie przed ponowną przeprowadzką.

William i Andrew oraz ich rodziny byli co prawda spakowani, bowiem nie było sensu wyciągać ze skrzyń wszystkiego, gdy mieszkali w gospodzie, jednak reszta rodziny jeszcze nie skończyła przygotowań do wyjazdu, a czas uciekał.

Zanim więc wszystko znalazło się w kufrach, a dom był gotów do zamknięcia, minęły dwa dni. Dopiero wtedy cztery powozy pełne ludzi i jeden wypełniony bagażami, ruszyły w drogę do Błękitnego Zamku, gdzie już oczekiwała pani Jackson z mężem i służbą.

Dwór był przygotowany. Pokoje starannie wysprzątano, łóżka zaścielono świeżą pościelą, pamiętając, by starannie wytrzepać zasłony oraz moskitiery, a podłogi wyszorowano. Rozpalono w kominkach, żeby ogrzać pomieszczenia po zimie i już było tam znacznie cieplej. Dwa dni wcześniej odbyło się świniobicie, a Daniel, wraz z kilkoma ludźmi, udał się dodatkowo na polowanie, by oprócz tradycyjnej wieprzowiny (wołowinę dostarczył miejscowy rzeźnik), nie zbrakło też dziczyzny. Przecież okazja była przednia!

Już gotowano i pieczono, choć nie tylko na ślub, bo przecież należało gości nakarmić jeszcze przed, lecz generalnie dom był gotowy, a piwniczka z winami pełna. Pozostało tylko ozdobić kaplicę, lecz z racji tego, że Janet zamierzała zrobić to z pomocą świeżych kwiatów i wstążek, musiało to poczekać prawie do ostatniej chwili.

Nie trudno się domyślić, kto miał celebrować ślubne nabożeństwo. Ojciec O'Leary zapewnił, że zjawi się dzień wcześniej, by wyspowiadać narzeczonych i każdego, kto tylko zechce. Skoro prawie wszyscy byli tutaj katolikami (tylko Melania była protestantką, lecz rozważała zmianę wyznania ze względu na męża, bo przecież i tak wierzyli w tego samego Boga), więc propozycję przyjęto z zadowoleniem i niecierpliwie oczekiwano kapłana, samego ślubu nie wspominając.

Zakochani spędzali teraz sporo czasu sam na sam, poznając się jeszcze lepiej, podczas gdy Charlie zacieśniał więzy z dziadkiem Jake'iem. Naturalnie pomiędzy Jackiem, a Samanthą nigdy nie doszło do niczego zdrożnego. Pułkownik nie tylko kochał, ale przede wszystkim szanował narzeczoną. Poza tym, wychowano go w przekonaniu, że intymność kochanków jest dozwolona tylko dla małżonków (o czym ewidentnie zapomniała Sara…), więc czekał na noc poślubną, by obdarzyć wybrankę czymś więcej, niż pocałunkiem, czy uściskiem. Tym nie mniej, tych ostatnich żadne z nich sobie nie żałowało, zwłaszcza, gdy spacerowali zacisznymi alejkami ogrodu, gąszczem drzew osłonięci przed wzrokiem ciekawskich.

- Już nie mogę doczekać się chwili, gdy staniesz się moją żoną, Samantho!- zapewniał gorąco Jonathan, a ona płoniła się pod jego rozkochanym spojrzeniem.

- I ja, najdroższy.- szepnęła nieśmiało.- Mam tylko nadzieję, że cię nie rozczaruję.- dodała, czerwieniąc się nie gorzej od homara.

- W takim razie, jest nas dwoje, bo ja za żadne skarby nie chciałbym rozczarować ciebie, ukochana.- stwierdził z mocą.

- Wszakże byłeś już jednak żonaty i wiesz, czego się spodziewać, gdy zaś ja…- wymamrotała z zażenowaniem.

- To było w innym życiu, Samantho.- zaprotestował.- Wkrótce zaczniemy nowe, razem, na zawsze. Może nie fizycznie, lecz w mym sercu ta noc, którą spędzimy po ślubie, będzie moją pierwszą, ponieważ z tobą wszystko jest dla mnie pierwsze.- powiedział miękko, wzruszając dziewczynę, która wtuliła się w niego z całej siły. Była tak poruszona wyznaniem, że zwyczajnie zbrakło jej słów i czynem chciała nadrobić to, czego nie wypowiedziały jej usta.

Zrozumiał ciche przesłanie i sam też już nic więcej nie powiedział, ciesząc się chwilą z narzeczoną w ramionach.

Och, gdyby tylko ten czas płynął szybciej!

-xox-

W dzień ich ślubu, Jacka i Samanthę obudziły świergot ptaków za oknem i ciepłe promienie wiosennego słońca, zwiastujące przyjemną pogodę.

Zgodnie ze zwyczajem, panna młoda zjadła w swojej sypialni, by narzeczony przypadkiem zbyt wcześnie jej nie zobaczył. Zasadniczo nie byli przesądni, lecz tradycja, to rzecz święta i się dostosowali, zwłaszcza, że reszta pań nalegała!

Przez całe przedpołudnie Janet nadzorowała ostatnie przygotowania w kuchni (kościół ozdobiono poprzedniego wieczora), a Elizabeth wzięła na siebie przygotowanie do uroczystości chrześniaczki, która większość nocy spędziła w niewygodnych papilotach. Nie narzekała jednak, ponieważ chciała wyglądać ładnie dla ukochanego, nawet, jeśli kiepsko przy tym spała…

Kiedy Kate ujrzała ciemne zakola pod jej oczyma, natychmiast zaordynowała chłodny okład, by je zlikwidować i już po kwadransie Sammie promieniała jak zwykle.

Czy była zdenerwowana jak niektóre oblubienice? Nie bardzo. Raczej zniecierpliwiona.

Pani Dixon, podczas nawijania włosów blondynki na papiloty, przezornie opowiedziała jej co nieco o małżeńskich obowiązkach, podkreślając, że nie ma się czym denerwować, bo prawdę powiedziawszy, krótki ból w czasie stawania się kobietą szybko mija, zastąpiony przyjemnością znacznie większą, niż ta płynąca tylko z pocałunku.

- Nie rób niczego na siłę.- poradziła dyskretnie.- Pozwól, by to mąż nauczył cię wszystkiego. Znając Jacka i jego charakter, będzie delikatny, gdy już nadejdzie ta chwila. Nie leż też jednak jak kłoda, moja droga bratowo.- mrugnęła psotnie.- Dotyk nie jest niczym złym, a mężczyźni go lubią. Zresztą, zdaj się na intuicję. Ona ci podpowie, co i jak. W końcu, ludzie łączą się tak od wieków, czyż nie?- spytała przekornie, zawstydzając dziewczynę.

Koniec końców, Samantha wyciszyła nieco nerwy i na myśl o wspomnianej wcześniej „przyjemności", już czuła łaskotanie w brzuchu oraz miły dreszczyk na plecach. Kate nie okłamałaby jej w tak istotnej sprawie, prawda?

Tak czy owak, po porannych ablucjach oraz śniadaniu, Elizabeth i Kathlenn pomogły Samanthcie się ubrać, a potem starannie ułożyły jej fryzurę i przystąpiły do newralgicznej czynności, jaką było upięcie welonu do jej tiary tak, by nie przypominał gigantycznej bezy.

Ostatecznie postawiły na prostotę, szczególnie, że i suknia miała prosty, szykowny krój, który nadawał pannie młodej wielkiej elegancji. W efekcie ich wspólny wysiłek przyniósł upragnione rezultaty, podkreślony naszyjnikiem Jacka i kolczykami, które w jego imieniu dostarczył dziewczynie jej ojciec.

Skorzystawszy z okazji, Samantha również poprosiła go o doręczenie narzeczonemu jej ślubnego podarku, ponieważ chciała, by założył spinki do ślubnej koszuli, co też uczynił z niemal idiotycznym uśmiechem na ustach.

Charlie, już ubrany przez Melanię, zjawił się w sypialni mamy w naręczem wiosennych kwiatów, które pomogła mu zebrać ciotka, i które sam (choć z niejakimi kłopotami) przewiązał białą wstążeczką.

- To dla ciebie, mamusiu!- obwieścił wzruszonej blondynce.- Ciocia Mel powiedziała, że musisz mieć kwiatki, skoro wychodzisz za tatusia, więc je dla ciebie zerwałem.- dodał, podając jej bukiet szafirków, sasanek, miłków i konwalii, który przyjęła ze łzami w oczach. Ostrożnie klękła przed chłopczykiem, przytuliła go, ucałowała z czułością i powiedziała.

- Dziękuję, skarbie. Są piękne!

- Ty jesteś piękna, mamusiu.- stwierdził z namaszczeniem uradowany reakcją malec.- Tatuś będzie taaaki dumny!

- Mój mały dżentelmen!- skwitowała tylko dziewczyna i wycałowawszy synka raz jeszcze, wstała. Nadchodził bowiem moment, że ojciec miał ją eskortować do kaplicy, gdzie już czekał narzeczony wraz z większością zaproszonych gości.

Oprócz najbliższej rodziny przybyli jeszcze doktor z żoną, sędzia (również z małżonką), generałostwo Jumper oraz kilku partnerów w interesach pułkownika, z którymi utrzymywał przyjacielskie kontakty. Wszyscy oni, na czele z generałem Hammondem, już siedzieli w ławkach, podczas gdy Jack niecierpliwie wiercił się przy ołtarzu, raz po raz uspokajany przez swego drużbę, pułkownika Dixona, którego małżonka miała być dziś druhną (a w zasadzie świadkową, skoro była mężatką) panny młodej.

Zachowanie pułkownika wywołało wiele rozbawienia wśród zebranych, lecz on tego nie dostrzegał, wyczekując z utęsknieniem na ukochaną. Nawet, kiedy jako młody chłopak żenił się z Sarą, nie był taki podekscytowany. No cóż, wtedy był zaślepiony pogonią za marzeniami i wybrał niewłaściwie. Dziś nareszcie poślubiał tę WŁAŚCIWĄ kobietę i już nie mógł się doczekać!

Raz jeszcze oniemiał, gdy zjawiła się w wejściu, wsparta na ramieniu ojca, a wszyscy goście zebrani w kaplicy aż westchnęli z zachwytu. Zaiste była śliczną panną młodą, tak pięknie otuloną w biel sukni i welonu, promienną tym bardziej, że klejnoty na jej sukni, szyi, we włosach i uszach niczym były, jak tylko dopełnieniem jej naturalnego blasku.

Kiedy powoli kroczyła ku niemu i ołtarzowi, poprzedzana przez ich dumnego, szeroko uśmiechniętego synka, który następnie przycupnął przy generałowej Hammond, Jack czuł, jak wali mu serce, jak wyrywa się do niej, lecz aby jej nie zawstydzać, zapanował nad chęcią wyjścia wybrance naprzeciw i z wysiłkiem godnym herosa, zaczekał w zwyczajowym miejscu, aż Jacob przekaże mu dłoń córki.

Bóg jeden wie, co czuł, gdy to już się stało, jednak można to było sobie choć wyobrazić po rozmarzonym spojrzeniu i tej zabawnej guli w ustach, którą przełknął z takim trudem. Pułkownik był zakochany po uszy i to było widać, podobnie jak w przypadku jego narzeczonej.

- Ukochani bracia i siostry. Zebraliśmy się tutaj, by połączyć tego mężczyznę i tę kobietę świętym węzłem małżeńskim…- zaczął ksiądz O'Leary i dalej poszło już jak po przysłowiowym maśle.

Skoro nie było nikogo, kto sprzeciwiałby się temu związkowi, ani już żadnych przeszkód do jego zawarcia, ceremonia odbyła się zgodnie ze zwyczajem i była bardzo, ale to bardzo wzruszająca nie tylko dla zebranych tutaj dam, lecz również dla ojca panny młodej, który dyskretnie (BO PRZECIEŻ CARTEROWIE NIE PŁACZĄ!) otarł łzy szczęścia, jakie zdradliwie popłynęły mu z oczu. Och, jakże żałował, że jego ukochanej Adelajdzie nie dane było dożyć tej chwili! Byłaby tak wzruszona, jak i on sam, i taka dumna z córki, ponieważ Samantha spełniła wszystkie ich nadzieje, a nawet więcej. Teraz jego Sammie zakładała rodzinę i choć na swój sposób tracił córkę, zyskiwał o wiele więcej: syna, którego Pan zbyt wcześnie powołał do siebie wraz z matką i wnuka, jakiego nie powstydziłby się żaden dziadek. Na dodatek teraz, gdy powoli odzyskiwał majątek, jego starość malowała się w jasnych barwach, jak i życie jedynego, ukochanego dziecka.

- Mam nadzieję, że to widzisz, najdroższa…- pomyślał o żonie i poczuł delikatny zefirek na policzku. Chciał wierzyć i wierzył, że to była jego Adelajda…

Gdy kapłan ogłosił ich małżeństwem, a para wymieniła pierwszy małżeński pocałunek oraz wpisała się w święte księgi kościelne, ojciec O'Leary nareszcie wypuścił nowożeńców z kaplicy, gdzie Jack i Samantha zostali suto obsypani płatkami kwiatów i gratulacjami.

Pułkownik, jak nakazuje zwyczaj, zanim jeszcze pomógł żonie zasiąść do powozu, który miał ich zabrać w podróż poślubną, rzucił przez ramię trochę drobnych, by w ten sposób podziękować gościom i pracownikom za przybycie oraz wierną służbę.

Kiedy zbierali monety, szybko wraz z małżonką pożegnał synka, zostawiając go pod opieką teścia, resztę rodziny i wyruszył z ukochaną do stolicy, gdzie za jakiś czas miał pojawić się także Jacob z Charlie'em. Na razie jednak obaj pozostawali w Błękitnym Zamku, by w imieniu gospodarzy podjąć ucztą i tańcami ich znamienitych gości.

Dość powiedzieć, że wesele trwało do białego rana, wino lało się strumieniami (zwłaszcza sławetne Porto pułkownika), piwo również, a jedzenie było jeszcze pyszniejsze niż na zaręczynowym balu, o czym niejednokrotnie potem wspominała znajomym pani doktorowa, kiedy pytali o szczegóły uroczystości. Czuła się dumna i zaszczycona, że była uczestniczką tej niezwykle romantycznej chwili, kiedy pułkownik raz jeszcze wstępował do grona ludzi żonatych i to z tak wdzięczną, i pełną uroku panną, jak Samantha Carter, teraz już O'Neill.

- Ich ślub był najpiękniejszym, na jakim byłam, oprócz mojego, oczywiście!- powtarzała na prawo i lewo, wzbudzając z mniej szczęśliwych byłych rywalkach byłej guwernantki męki zazdrości.

Niestety, ani Kynthia, ani Laira, ani panna Kerry Johnson nie mogły już nic na to poradzić. Przegrały i cześć pieśni!

Mały Charlie był nieco rozczarowany, że nie jedzie z rodzicami, ale kiedy mama zapewniła go, iż spotkają się wkrótce w domu dziadka, szybko poweselał i pogodził się ze zwłoką. Przecież rozłąka nie będzie aż tak długa, a w dodatku nareszcie zobaczy stolicę!

Pułkownik i nowa pułkownikowa O'Neill wyjechali więc z czystym sumieniem, cieszyć się przyjemnościami małżeńskiego życia z dala od wścibskich sąsiadów, podróż dzieląc na kilka etapów (bo do celu było daleko) i zatrzymując się tylko najlepszych gospodach oraz zajazdach.

Dobre wychowanie każe milczeć o tym, jak spędzili swą noc poślubną, lecz, jeśli wierzyć uśmiechowi nieco rozkojarzonej, ale promiennej pani O'Neill oraz wniebowziętemu wyrazowi twarzy jej męża, Kate istotnie nie oszukała bratowej we wspomnianej wcześniej kwestii. Młodzi małżonkowie po prostu odnaleźli swój Eden.

Rozpoczynali wspólne życie z szerokimi uśmiechami na twarzach…

TBC