A/N: Well, Sammie77a... It's time to prepare for little angst! ;-)


XIX

- Kim jest to cudne zjawisko?- zapytał, z daleka ujrzawszy nieprzeciętnie piękną kobietę, z gracją idącą po drugiej stronie ulicy. Nawet z tej odległości doskonale widział jej oczy, błękitne niczym ocean, i włosy koloru dojrzałej pszenicy. Była wysoka, smukła i doskonale ubrana, a poza tym, roztaczała wokół siebie jakąś nieziemską aurę, dzięki której była dla niego jeszcze bardziej fascynująca.

Jego kompan, który akurat zawiesił oko na innej pannie, obejrzał się słysząc słowa towarzysza, a ujrzawszy kobietę, odparł:

- To Samantha Carter. Córka generała Jacoba Cartera, niegdyś jednego z najbogatszych ludzi w tym mieście. Ich rodzina zbankrutowała, gdy flota handlowa generała została prawie doszczętnie rozbita podczas największego sztormu, o jakim słyszano. Wygląda jednak na to, że znów im się wiedzie…- powiedział z zainteresowaniem.

- Dlaczego tak uważasz?- spytał zaintrygowany mężczyzna.

- Ponieważ po upadku ich fortuny zostali prawie z niczym, a ona wyjechała, by zarobić na swe utrzymanie, podczas gdy generał wrócił do czynnej służby. Skoro wróciła do miasta, i to tak ubrana, najwyraźniej znów ma pieniądze.- wyjaśnił.

- Interesujące.- stwierdził jego rozmówca.- Znasz ją osobiście? Może mnie przedstawisz?- zapytał zachęcony opowieścią.

- Niestety, nie obracamy się w tych samych kręgach.- zaprzeczył jego towarzysz.- Carterowie zawsze stali w hierarchii wyżej od mojej rodziny. Znam ją tylko z okazjonalnych przyjęć u dowódcy garnizonu, lecz nigdy nie zostałem jej przedstawiony. Jeśli cię interesuje, sam musisz znaleźć sposób, żeby się do niej zbliżyć.- stwierdził.

- Zatem, tak uczynię!- wyszczerzył się mężczyzna i nie bacząc na przyjaciela, zostawił go samemu sobie, przecinając ruchliwą ulicę kilkoma potężnymi krokami. Nim jednak zdążył do niej dotrzeć i zaaranżować „przypadkowe" spotkanie, jak to już czynił wiele razy w takich przypadkach, obiekt jego zainteresowania niespodziewanie odbił w bok i zniknął mu z oczu w gęstym tłumie wypełniającym szczelnie miejscowy rynek.

Nie zrezygnował jednak. Z desperacją przedzierał się przez gąszcz ludzi, by odszukać owe pszeniczne sploty i szafirowe oczy, szczęście jednak zdawało mu się nie dopisywać, bowiem okrążył rynek co najmniej trzy razy, a panny Carter i tak nie odnalazł.

- Do licha!- zaklął pod nosem, wściekły na wszystkich wokół, że odgrodzili go od ofiary. Zawarcie z nią znajomości byłoby bardzo korzystne i to na wielu frontach…

Nie przejął się jednak na długo swym rozczarowaniem. W mieście miał pozostać jeszcze jakiś czas, więc istniała szansa, że jeszcze ją ujrzy i zbliży się do dziewczyny jak to sobie zaplanował.

- Jeszcze ci się przedstawię, słodka Samantho, a wtedy… wtedy będziesz moja!- mruknął pod nosem i zawrócił, by odnaleźć towarzysza. Jego misja na razie się nie powiodła, więc musiał się jakoś pocieszyć po porażce. Kufel piwa w gospodzie i dziewki służebne były na to najlepszym sposobem…

-xox-

- Gdybym wiedział, że pragniesz pospacerować, poszedłbym z tobą, najdroższa.- powiedział Jack, kiedy jego żona wróciła do wynajętego przez nich w najlepszej gospodzie pokoju (biedna Siobah jeszcze nie przygotowała domu na powrót pracodawcy, choć teraz miała pomocnicę), po czym ucałował jej dłonie i usta.

- Tak smacznie spałeś, że nie miałam sumienia cię budzić, mężu.- odpowiedziała z uśmiechem Samantha. Jakby nie patrzeć, zapracował na wypoczynek. Zapracowywał na niego przez większość nocy i nieco poranka…

- Lubię, gdy tak mnie nazywasz, żono.- wyszczerzył się wniebowzięty. Odkąd się pobrali, uśmiech praktycznie nie schodził mu z twarzy, a chwila takie jak te, gdy przypominała mu ten szczęśliwy dzień, tylko wzmagały jego radość.- A co do pobudki… byłaby ona słodszą, gdybyś była obok, moja piękna.- szepnął, przyciągając ją bliżej i całując namiętnie.

Nie trzeba chyba mówić, że jego ukochana odpowiedziała bardziej niż entuzjastycznie, a już na pewno w dobrym tonie nie byłoby opowiadać, co zdarzyło się dalej. W każdym razie, dopiero po dłuższym, naprawdę dłuższym czasie pułkownik O'Neill powrócił do tematu, gdy oboje raz jeszcze się ubrali.

- Co do spaceru…

- Nabrałam tylko ochoty na odrobinę świeżego powietrza, Jack.- stwierdziła, gdy przygotowywali się do zejścia na późne śniadanie. Apetyty im dopisywały, ale to raczej nie powinno nikogo dziwić, zważywszy na okoliczności.- Odkąd wczoraj wróciliśmy tutejszej palmiarni, nie wychodziliśmy z pokoju.- przypomniała nieco zarumieniona.

Taka była prawda, lecz Samantha bynajmniej nie narzekała. „Przyjemności" małżeńskiego życia okazały się naprawdę przyjemne, a skoro dusza i ciało były ochocze…

- To dlatego, że wciąż mi ciebie mało, najdroższa.- wyznał szczerze.- Nic na to nie poradzę.- dorzucił lekko się czerwieniąc. Nawet w najlepszym okresie swego małżeństwa z Sarą nie był tak… pobudzony, jak za każdym razem, gdy Samantha była blisko. Z nią wszystko dla niego było inne, lepsze, cudowniejsze i to właśnie dlatego, że chodzi o tę kobietę. Była jego tchnieniem, sercem i duszą, a że słowa czasem nie wystarczały, by ubrał w nie swoje względem niej uczucia, ów afekt udowadniał jej na drugi, może nieco oszczędniejszy we frazy, lecz nie mniej przez to wymowny sposób, sposób, który najwyraźniej i jej odpowiadał, sądząc po jej ukontentowanej minie. Poza tym, który mężczyzna nie pragnąłby tak pięknej kobiety, jak ona? Który mąż nie trzymałby jej w ramionach najczęściej jak to możliwe? Tylko głupiec, ślepiec lub impotent, a on nie był żadnym z nich…

- Ależ, ja nic nie mówię, kochany!- odparła z nutką humoru w głosie.- Może nie zauważyłeś, ale podoba mi się, gdy… no wiesz.- dorzuciła porozumiewawczo.- Po prostu chciałam się przejść, to wszystko. Następnym razem cię jednak obudzę, bowiem odkryłam, że samotne wycieczki po tym mieście już nie cieszą mnie jak dawniej. Chcę z tobą cieszyć się tymi widokami, zanim wrócimy do domu.

- I ja tego pragnę, Sammie. Chcę poznać miejsca twego dzieciństwa, by zrozumieć, co ukształtowało tę niezwykłą kobietę, w której się zakochałem.- usłyszała z jego ust.- Może więc po śniadaniu…

- To raczej brunch!- zachichotała blondynka.

-… po posiłku…- poprawił się, patrząc na nią znacząco.-… wybierzemy się we dwoje, by pozwiedzać i może coś kupić do domu, skoro już jest taka możliwość.

- Z chęcią, Jack!- zgodziła się natychmiast.- Przechodząc obok jednego z pawilonów handlowych, ujrzałam na wystawie cudowną rzecz, nowy wynalazek, dzięki któremu zaoszczędzilibyśmy na świecach. Weszłam do środka i subiekt wyjaśnił mi, że nazywają to lampami naftowymi, które nie dość, że są bezpieczniejsze i mniej brudzą od wosku, to jeszcze dają możliwość regulowania płomienia, a tym samym poziomu oświetlenia. Byłoby wspaniale nabyć kilka takich do dworu, a jeśli rzeczywiście się sprawdzą, to i do drugiego domu. Powiem też o tym ojcu i Kate, albo jeszcze lepiej, kupię jej jedną na wypróbowanie!- powiedziała zaintrygowana i pełna zapału.

Jonathan się roześmiał. Wiedział, że jego żona była praktyczna, lecz teraz odkrył jeszcze jej pociąg do wynalazczych nowinek. W sumie, nie powinien się dziwić. Samantha była jedną z niewielu, jeśli nie jedyną kobietą, jaką poznał, o tak otwartym umyśle i poglądach. Nie bała się wyzwań, a skoro rzeczone lampy miały być kolejnym z nich, kim był, aby jej odmawiać nowej zabawki?

Zrobili jak zaproponowała. Gdy już podciągnęli nadwątlone „przyjemnościami" siły, ruszyli w miasto, wprost do wspomnianego kupca, by pułkownik na własne oczy zobaczył, o czym mówiła jego pani.

Lampy okazały się schludne, a można by nawet rzec, eleganckie, z tymi szklanymi kloszami zabezpieczającymi ogień przed rozprzestrzenianiem. W dodatku były nieskomplikowane w obsłudze i Jack zgodził się, by na próbę kupić pięć: jedną do salonu, jedną do jego gabinetu oraz po jednej do biblioteki, ich sypialni i kuchni, zważywszy na to, ile Janet spędza tam czasu. Lepsze światło z pewnością jej się przyda… Dla generała Cartera i Dixonów również zakupili po jednej, polecając przesłanie wszystkiego pod właściwe adresy. Na szczęście, nie było z tym problemu i młodzi małżonkowie, choć biedniejsi o nieco gotówki, z zadowoleniem opuszczali pawilon.

Potem pospacerowali trochę po parku, spotykając kilkoro znajomych Samanthy, którzy ze zdumieniem przyjęli fakt, iż wyszła za mąż, a jej ojciec na powrót stawał się człowiekiem bogatym, co z satysfakcją podkreślał jej dumny mąż.

- Generał radzi sobie doskonale, o czym wkrótce przekona się to miasto, które tak haniebnie potraktowało jego i moją żonę.- powiedział do jednej z jej prawdziwych przyjaciółek.- Samantha miała imponujący posag, ponad dziesięć tysięcy w gotówce, plus piękna ślubna wyprawa, a w połączeniu z moimi dobrami, będzie ją stać na życie w luksusie do końca naszych dni, bo również mam spory majątek, który z radością będę z nią dzielić. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej żony!- chwalił zarumienioną ukochaną.

- A ja męża, najdroższy.- szepnęła z tym samym uczuciem, jakie pobrzmiewało z jego głosu.

Kiedy pułkownik O'Neill z niekłamanym uwielbieniem ucałował jej dłonie, a ona odwdzięczyła się tą samą czułością, Katharine Langford nie miała wątpliwości, że ów mariaż był znacznie więcej, niż połączeniem fortun. Jej młoda znajoma najwyraźniej znalazła miłość prawdziwego dżentelmena, a przy okazji wzmocniła swą pozycję i przyszłość. Ta starsza kobieta postanowiła więc czym prędzej uświadomić pewnym ludziom, jaki błąd popełnili, odwracając się do Carterów plecami i, do licha, zamierzała się przy tym dobrze bawić!

- Musicie koniecznie odwiedzić mnie w moim domu!- stwierdziła zdecydowanie.- Ernest i ja, z przyjemnością będziemy was gościć na podwieczorku.

- To on jeszcze żyje?- zdumiała się pułkownikowa na wspomnienie ukochanego sznaucera panny Langford, która nazwała go tak na pamiątkę po zaginionym na morzu narzeczonym. Nigdy nie wyszła za mąż, lecz jako dziedziczka potężnego majątku mogła sobie na to pozwolić i wiodła udane, choć czasem samotne życie starej panny, dzięki któremu nie musiała aż tak trzymać się konwenansów. Skoro zaś posiadała dość cięty język, nie bała się go używać, a z racji statusu, obawiać się nieprzychylnych komentarzy. Sama sobie była panią i była zadowolona, zwłaszcza, kiedy mogła zagrać na nosie zarozumialcowi albo dwóm…

- A jakże!- zachichotała Katharine.- Może nie jest już tak żywotny jak dawniej, ale na razie z pewnością nie zamierza mnie opuszczać.- dodała.

- Cieszę się. To dobry pies.- odparła Samantha.

- Jaka rasa?- zainteresował się zaraz Jack, który był wielbicielem tych zwierząt. Miał nawet kilka ogarów do polowań, o psach pasterskich nie wspominając. Myślał jednak od pewnego czasu nad jeszcze jednym, bardziej domowym szczeniakiem, by Charlie miał się z kim bawić. Według jego skromnej opinii, każde dziecko powinno mieć psa!

- Sznaucer.- odparła panna Langford.- Carsonom jednak oszczeniła się suczka labradora i zastanawiam się, czy nie wziąć jednego szczeniaka. Jakby nie patrzeć, Ernest w końcu umrze.- dodała po chwili zastanowienia.

- Labradory?- spytał zaraz oficer.- Nie wie pani przypadkiem, panno Langford, czy zechcieliby odsprzedać mi jedno ze szczeniąt? Mam doświadczenie z psami. Hoduję ogary i owczarki, lecz chciałbym na odmianę nieco innego szczeniaka, coś przyjaznego dzieciom. Mój synek byłby zachwycony labradorem.- wyjaśnił .

- Ma pan syna, pułkowniku?- zdziwiła się Katharine.

- Nie wspomniałam o tym?- odparła Samantha.- Jack był wdowcem, kiedy się poznaliśmy. Jego synek, Charlie, ma pięć lat i jest cudownym dzieckiem o doskonałych manierach…

- I na dodatek uwielbia Samanthę, już nazywając ją mamą.- wtrącił jej mąż.

- To cudownie, że tak szybko się porozumieliście.- stwierdziła z przekonaniem ich starsza rozmówczyni.- Nie ma nic ważniejszego od harmonii w rodzinie. Poza tym, Samantho, zawsze uważałam, że byłabyś doskonałą matką.

- I jest nią.- Jack opiewał zalety swej małżonki bez mrugnięcia okiem.

- Nie poprzestaniesz jednak tylko na tym jednym aniołku, czyż nie?- spytała psotnie Katharine, a pułkownikowa oblała się szkarłatem.

- Mam, mamy nadzieję, że nie.- przyznała.- Oboje z mężem pragniemy rodzeństwa dla naszego synka.

- Zatem prośmy Boga, by szybko was takowym obdarzył!- powiedziała kobieta i nie chcąc ich dalej zawstydzać, dorzuciła:- Wracając zaś do labradorów… Rozmówię się z panią Carson, bo to jej suczka. Nie sądzę jednak, by się sprzeciwiła, zwłaszcza, gdy powiem jej, że szczenię powędruje do dobrego domu. Zrobię to jeszcze dziś, a kiedy przyjdziecie na podwieczorek, jutro, powiedzmy o czwartej, będę już miała odpowiedź, a może nawet szczeniaka!- mrugnęła.

- Byłbym niewymownie wdzięczny, panno Langford!- rozpromienił się Jack.- A więc, do zobaczenia jutro.- dokończył z lekkim ukłonem, a kiedy i Sammie pożegnała znajomą, poprowadził żonę dalej parkowymi ścieżkami, w drodze zaś do gospody, zaprosił ją jeszcze na filiżankę kawy do mijanego właśnie przybytku, który specjalizował się w tym egzotycznym delikatesie. Wzmocnieni jej ożywczym działaniem, państwo O'Neill powrócili do pokoju, gdzie aż do kolacji korzystali z magicznych właściwości czarnych ziaren (w wiadomy sposób). Potem był kolejny posiłek, który służąca przyniosła do ich „apartamentu" i już do rana małżonkowie nie pokazali się na dole.

Następnego dnia odbyli kilka obowiązkowych wizyt towarzyskich, by Samantha na powrót nawiązała kontakty z miejscową elitą i przedstawiła męża. Podczas jednej z takich okazji, w czasie odwiedzin u generałostwa Greer, państwo O'Neill zostali zaproszeni na doroczny wiosenny bal w garnizonie, nie tylko dlatego, że Samantha była córką Jacoba, lecz również z uwagi na osiągnięcia jej męża, który, jak się okazało, przez pewien czas służył pod rozkazami generała Greer'a. Była to nadzwyczaj przyjemna niespodzianka- owo spotkanie po latach, więc pułkownik przyjął zaproszenie.

- Z przyjemnością, sir.- odparł.

- Zatem widzimy się w sobotę wieczorem, pułkowniku. Pani pułkownikowo…- starszy oficer pożegnał oboje z uśmiechem.

- Czarująca para.- uznała zwięźle jego małżonka, co jak na nią (zwykle była bardzo cicha), było stwierdzeniem o niebagatelnych rozmiarach.

- W zupełności się z tobą zgadzam, moja droga…- powiedział, gdy tylko zamknął za nimi drzwi.

Po obiedzie Jack i Samantha pojechali do Langford Cottage, siedziby Katharine, która oczekiwała ich z prawdziwą niecierpliwością tym bardziej, że miała dla nich niespodziankę.

- Wybierajcie!- uśmiechnęła się szeroko, jak tylko poczęstowała ich ciasteczkami oraz herbatą i dała znak lokajowi, by wniósł do jej salonu koszyk, z którego dochodziły specyficzne dźwięki…

Było ich pięć i wszystkie biszkoptowe, za wyjątkiem jednego, czarnego szczeniaka, który od początku odgrywał między braćmi i siostrami rolę lidera. Był nieco zbyt apodyktyczny jak na gust pułkownika i jego żony, więc nie pomógł mu nawet fakt, że na wygląd był słodki. Skoro więc tego kandydata odrzucili, przyjrzeli się pozostałym, wypuszczonym z koszyka malcom i jeden z nich wzbudził w parze szczerą sympatię. Może był nieco drobniejszy niż pozostałe, lecz nadrabiał ten brak determinacją i wrodzoną ciekawością, zupełnie jak pewien znany im chłopczyk. Poza tym, w tych słodkich ślepiach odkryli pokłady inteligencji o wiele większej, niż u pozostałych sztuk.

- Ten!- poinformowali pannę Langford, zgodnie wskazując wybrańca.- Czy ma już imię?- zapytała Samantha.

- Jeszcze nie.- zaprzeczyła Katharine.- Anne uważa, że powinien go nazwać nowy właściciel, co zresztą dotyczy całej reszty, która idzie na sprzedaż.- dodała.

- A więc, niech nazwie go Charlie.- zdecydowała Sammie.- W końcu, to jego pies.- rzuciła z matczyną dumą.

- Ile jesteśmy winni pani Carson?- spytał natychmiast Jack, sięgając po sakiewkę, lecz starsza pani go powstrzymała.

- Nic. To ślubny prezent.- uśmiechnęła się psotnie.

- Ależ, tak nie uchodzi!- zaprotestował pułkownik.- Przecież się nie znamy.

- To się poznacie!- skwitowała Katharine.- Zdaje się, że będziecie na balu oficerskim?- upewniła się.

- Owszem, generał Greer nas zaprosił.- potwierdziła pułkownikowa.

- Doskonale. Wtedy was sobie przedstawię.- skinęła głową gospodyni.- Carsonowie są tutaj od niedawna i Anne ma wciąż niewielu znajomych, a to taka dobra kobieta.- mówiła.- Jej mąż jest emerytowanym admirałem floty i wybrał stolicę na miejsce swej starości.- Oboje z chęcią poznają was bliżej.

- A my, ich.- zapewniła pani O'Neill.- Bardzo prosimy, by w naszym imieniu na razie podziękowała im pani za szczeniaka, panno Langford. Na balu zrobimy to jeszcze osobiście, lecz nie chcemy, by teraz pomyśleli, że jesteśmy niewdzięczni.

- Zrobię to na pewno, moja droga.- zapewniła, po czym delikatnie przypomniała o stygnącej herbatce i ciasteczkach.

Kiedy następnego dnia państwo O'Neill przenieśli się do nareszcie uporządkowanego i odświeżonego domku Jacoba, a Siobah ujrzała małego wiercipiętę, westchnęła głęboko i wymamrotała:

- Ja nie będę po nim sprzątać!

Młodzi małżonkowie tylko zachichotali.

Za dwa dni przyjeżdżał Charlie z dziadkiem i już nie mogli się doczekać, by ujrzeć jego minę…

TBC