XX

Niewiarygodne, jak szybko upłynął im ten pierwszy tydzień małżeństwa. Zanim się obejrzeli, w domu Jacoba zjawił się on sam, wraz z rozentuzjazmowanym wnukiem, który na widok rodziców rozpromienił się jak słoneczko, a ujrzawszy swój prezent, dosłownie stanął jak wryty.

- Dla mnie?- spytał cichutko, jakby nie wierzył, że to się dzieje naprawdę, że szczeniak z czerwoną wstążką na szyi, należy rzeczywiście do niego.

- Dla ciebie.- potwierdził jego zadowolony ojciec, wespół ze swą nie mniej ukontentowaną reakcją malca żoną.

- Nie ma jeszcze imienia, więc musisz mu jakieś nadać, Charlie.- wtrąciła Samantha.- Nie możemy go przecież przez resztę życia wołać „Szczeniak"!- mrugnęła z humorem.

- A to chłopczyk, czy dziewczynka?- zainteresował się ich syn.- Bo nie wiem, jak go nazwać…

- To chłopczyk.- odparł jego ojciec.- Pamiętaj jednak, że skoro należy do ciebie, musisz o niego dbać.- dodał, jak na dobrego rodzica przystało.

- Będę, papo i mamusiu!- zapewnił gorąco Charlie, krzycząc radosne „Dziękuję!" i rzucając się obojgu w objęcia. Potem szybko powrócił do swego nowego ulubieńca i pobawił się z nim chwilę na dywanie w salonie, a kiedy mały powsinoga puścił dość „intensywne" gazy, chłopczyk wykrzywił się zabawnie i po chwili zastanowienia, oznajmił:- Już wiem, jak się będzie wabił.

- Zatem powiedz, co wymyśliłeś, kochanie.- zachęciła jego mama.

- Thor, jak ten Bóg piorunów, o którym czytałaś mi książkę, mamusiu.- odpowiedział powoli.

- A dlaczego to właśnie imię dla niego wybrałeś?- spytał dziadek, który obserwował go z uśmiechem.

- Bo jego wiatry są równie potężne, jak młot Thora.- wyjaśnił i wszyscy dorośli wybuchli niepohamowanym śmiechem.

Ach ta dziecięca logika!

W każdym razie, od tamtej pory nowa rodzina spędzała czas razem, nierzadko zapraszając do wspólnych rozrywek dziadka, kiedy ten akurat miał wolną chwilę. Jacob bowiem zaczął znów odnawiać interesy w mieście, tym razem jednak, z miejscowymi handlarzami kamieni szlachetnych i jubilerami. To, co już przywiózł ze sobą, wyglądało dla nich obiecująco, a przecież wkrótce oczekiwał kolejnej dostawy od swego wspólnika!

Tak, los zdecydowanie znów mu sprzyjał…

Hammondowie również wrócili do stolicy i często zapraszali do siebie państwo O'Neill oraz generała Cartera, by odwdzięczyć się za tak cudowną gościnę, jakiej udzielono im w dobrach pułkownika.

- Wasz dom na wsi, to cudowne miejsce!- zachwycała się Elizabeth.- Takie spokojne i piękne! Jakaż to błoga odmiana spędzać tam czas po tak długim pobycie w mieście.

- Dlatego właśnie tak lubię Błękitny Zamek.- odpowiedział Jack.- Mój ojciec preferował O'Neill Hall, w mieście, lecz ja wybrałem dwór właśnie ze względu na to zacisze, które oferuje, zwłaszcza, że okoliczni mieszkańcy, nawet ci mniej zamożni, są mniej dwulicowi, niż niektórzy członkowie wpływowej społeczności Cheyenne. To prości, lecz uczciwi ludzie.- dodał.

- Którzy bardzo cię szanują, Jack.- zauważył George.- Będąc w waszym domu, często miałem okazję posłuchać, co mówi o tobie służba i jestem pod wrażeniem. Rzadko widuje się podobną lojalność.- stwierdził.

- Podobnie rzecz ma się w tym miasteczku niedaleko was.- odezwała się Elizabeth.- Janet zabrała mnie i Kate, kiedy wybierała się zamówić wołowinę u rzeźnika, i muszę powiedzieć, że nasłuchałam się samych pochwał pod twoim i Sammie adresem. Cieszę się, ze względu na was oboje.- dorzuciła z uśmiechem, a para nieco się zarumieniła.

- My tylko szanujemy innych. Jak to mówią, żyj i pozwól żyć innym.- przytoczył Jonathan.

- I to jest właściwe podejście!- powiedział Hammond.- Jeśli będziesz respektował swoich ludzi, oni będą traktować z respektem ciebie. Wie to każdy dobry oficer.- dorzucił.

Tak czy inaczej, w miarę odradzania się kontaktów towarzyskich i odzyskiwania wpływów w stolicy, Jacob, jego córka oraz jej nowy mąż stali się obiektem żywego zainteresowania miejscowej społeczności klas wyższych, a ci, którzy kiedyś potraktowali Carterów z takim lekceważeniem, zaczynali żałować tej decyzji, ponieważ wyglądało na to, że ich przyjaźni już nie odzyskają.

Przypuszczenia te potwierdziły się już w wieczór oficerskiego balu wiosennego w garnizonie, gdzie generał Carter i pułkownikostwo O'Neill przybyli w asyście generałostwa Hammond i Greer, którzy piastowali tutaj funkcję gospodarzy. Generał Greer dowodził bowiem tutejszymi koszarami. Mało tego, zostali przedstawieni admirałowi Carsonowi i jego żonie przez nikogo innego, jak potężną pannę Langford, która z uwagi na to, iż była teraz współwłaścicielką tutejszych banków (nie miała na co wydawać pieniędzy, więc zainwestowała…), zyskała jeszcze większe wpływy i władzę w mieście. Tworzyła się więc nowa, zwarta i silna grupa przyjaciół, która bardzo starannie dobierała sobie znajomych. Wielu chciało dołączyć do tej kliki, lecz niewielu miało tę szansę, a ludzie, którzy kiedyś wbili Jacobowi nóż w plecy, byli na zupełnie przegranej pozycji, bo choć nader uprzejmie, to wyraźnie dał im do zrozumienia, że znajomość z nimi już nigdy nie powróci do dawnej świetności, a interesy zostały zakończone…

-xox-

- Jest! Wiedziałem, że się jeszcze spotkamy!- pomyślał, w rogu sali balowej dostrzegając kobietę, o której myślał już od tygodnia. Pożądał jej od pierwszego wejrzenia, a fakt, że według jego przyjaciele miała pieniądze, tylko wzmagał w nim to uczucie.

Samantha Carter mogła być odpowiedzią na jego modlitwy, bo prawda była taka, że zaczynało brakować mu gotówki.

Jego ostatnia kochanka okazała się nie tak zamożna, na jaką pozowała, a że szybko się nudził, porzucił ją bez większego żalu, upewniwszy się, że już więcej nie mógł od niej wyciągnąć.

Jego hulaszcze życie było dość kosztowne, a ciotka nie zamierzała więcej finansować jego wydatków grożąc przy okazji, że go wydziedziczy, choć był jej ostatnim żyjącym krewnym.

- Oddam wszystko na sierocińce, jeśli się nie zmienisz!- wołała oburzona jego bezeceństwami, o których usłyszała z ust zbyt wielu wścibskich bab.

Nie miał więc wyjścia i musiał poszukać alternatywnego źródła utrzymania, zwłaszcza, że jego oficerski żołd na niewiele mu wystarczał. Na mężatkach długo nie zajedzie, ale wżeniwszy się w bogatą rodzinę, mógł połączyć przyjemne z pożytecznym. Tak ponętna kobieta jak Samantha, z pewnością na trochę zapewniłaby mu rozrywkę w łożu, a jej pieniądze, zachcianki, których na razie musiał sobie odmawiać.

Musiał się tylko do niej zbliżyć, omotać ją umiejętnie, a potem…

Naturalnie, jej ojciec mógłby się sprzeciwiać. Zawsze istniała taka możliwość, lecz od czego są ucieczki? W razie konieczności, uwiedzie ją jeszcze przed ślubem (co nie byłoby dla niego problemem, bo i tak jej chciał), a potem wykorzysta ten fakt, by uciszyć generała, który na pewno zechce ratować jej reputację. Kiedy zaś się to stanie, już nic nie przeszkodzi mu mieć obu, dziewczyny i jej fortuny.

- Czekaj, nadobna Samantho. Już do ciebie idę!- wymruczał zadowolony z siebie, przedzierając się pomiędzy innymi uczestnikami balu.

Tym razem szczęście mu sprzyjało, bowiem skierowała się do pokoju da pań, gdzie mogły się one nieco odświeżyć, więc zaczaił się w pobliżu, czekając na dogodną okazję do wdrożenia swego planu w życie.

Trochę się naczekał, zanim wyszła z powrotem. Najwyraźniej lubiła spędzać czas przed lustrem, co wskazywałoby na próżność, którą mógłby wykorzystać do własnych celów. Próżne dziewczęta łatwiej dawały się manipulować za pomocą pięknych słówek, co wiedział z doświadczenia.

Jak tylko przekroczyła próg, wykorzystał swą sprawdzoną już sztuczkę i „przypadkiem" wpadł na blondynkę, pozbawiając ją równowagi. Udając dżentelmena, natychmiast pomógł jej stabilniej stanąć na nogach i z najbardziej pokutną miną, jaką miał w repertuarze, rozpoczął przedstawienie…

- Najmocniej przepraszam, madame! Nie zwracałem uwagi, jak idę!

- Ależ, nic się nie stało.- odparła ze skromnym uśmiechem, który jeszcze bardziej dodawał jej urody.

Tak… w łożu byłaby świetnym nabytkiem, zwłaszcza z takimi kształtami!

- Jest pani z byt łaskawa, madame!- naciskał.- Chciałbym to pani jakoś wynagrodzić, lecz wpierw się przedstawię. Pułkownik Robert Makepeace, do usług.- skłonił się lekko, licząc, że poda mu dłoń. Zrobiła to niepewnie, a on natychmiast uniósł ją do ust, z przyjemnością zerkając na pokaźny szafir na jej palcu.

- Miło mi pana poznać, pułkowniku.- odparła.- Samantha…

- Tu jesteś, najdroższa. Już zacząłem się martwić.- usłyszał kogoś za plecami i ze zdumieniem ujrzał, jak cała jej twarz się rozpromienia.

- Co jest, do licha?!- warknął w duszy.

- Wybacz, mój drogi, lecz właśnie do ciebie wracałam, gdy przypadkiem wpadłam na tego oto dżentelmena.- wyjaśniła, gdy tajemniczy mężczyzna się zbliżył.

Widział go już wcześniej obok niej, lecz nie przypuszczał, że są razem i to najwyraźniej w nadzwyczaj bliskiej znajomości, sadząc po czułych zwrotach, jakimi się obdarzali. Coś tutaj było zdecydowanie nie tak i stanowczo komplikowało mu plany, co bardzo mu się nie podobało!

- Pozwól, że ci przedstawię, Jack.- kontynuowała z uśmiechem.- Oto pułkownik Robert Makepeace, a to mój mąż, pułkownik Jonathan O'Neill…

Słysząc ową prezentację, obaj stężeli, przy czym pierwszemu zmroziła się krew w żyłach, a temu drugiemu zagotowała.

O ile jednak Makepeace próbował zatuszować zdenerwowanie nieco wymuszonym uśmiechem, licząc, że jego rywal nie wie o nim pewnych rzeczy, to sam O'Neill nie zadał sobie tego trudu. Oblicze Jacka pociemniało, a oczy błysnęły nienawiścią i Robert już wiedział, że jego tajemnica nie była już sekretem. Co gorsza, Samantha Cart… Ummm… O'Neill natychmiast wyczuła oburzenie męża i spytała z niepokojem:

- Jack, najdroższy? Co się dzieje? Skąd ta gwałtowna reakcja?

- Samantho, moje życie…- odparł powoli, a jego ton nie wróżył niczego dobrego.- Odsuń się, proszę, od tego osobnika, zanim zrobię mu coś, o czym to miasto długo nie zapomni.

- Mężu, nie rozumiem, co się dzieje.- powiedziała, lecz przychyliła się do tej prośby i wyminąwszy Makepeace'a, stanęła nieco za swoim ukochanym.- Kim jest ten człowiek i co uczynił, że w twych oczach widzę taką wzgardę?- wyszeptała.

- Ów „dżentelmen", jak go zbyt łaskawie określiłaś, najdroższa...- odpowiedział z sarkazmem, wskazując na osłupiałego oficera.-… to sławetny wiarołomny kochanek mej pierwszej żony i sprawca jej upadku.- syknął dyskretnie i zaszokowana blondynka uniosła dłoń do ust, by stłumić okrzyk zdumienia.

Robert zaklął w duszy. Wyglądało na to, że wpadł w nieliche kłopoty, a przy okazji utracił perspektywy na piękny majątek i jego właścicielkę. Z chwilą bowiem, gdy usłyszała słowa męża, Samantha spojrzała na niego z równie wielką odrazą, co Jonathan.

- Skąd się dowiedział, do wszystkich piekieł? Przecież byłem dyskretny!- zastanawiał się po cichu Makepeace, próbując desperacko znaleźć sposób wybrnięcia z tarapatów.- Ależ, to jakież nieporozumienie, pułkowniku O'Neill!- zaprzeczył natychmiast, jak tylko odzyskał głos.- Któż naopowiadał panu tak wierutnych kłamstw. Nie znam pana, a już z pewnością nie znałem pańskiej pierwszej żony. Jestem oficerem i dżentelmenem, i klnę się na mój honor, że to nie jest prawda!- łgał, usiłując brzmieć szczerze.

Na próżno…

- Drogi panie…- warknął cicho Jack.- Pański honor jest wart tyle, co guano mego najgorszego konia!- powiedział.- Nie tylko śmie pan zaprzeczać temu bezeceństwu, ale na dodatek uważa mnie za idiotę?- spytał groźnie.- Odnalazłem Sarę, Makepeace, a raczej to, co pozostało z tej upadłej kobiety po waszym ohydnym związku…- powiedział, a Robert zbladł jak ściana.- Wiem od niej wszystko, kompletnie wszystko, a co ważniejsze, mam świadka jej wyznania na łożu śmierci, kiedy to opowiedziała mi ze szczegółami, jak ją uwiodłeś, łajdaku, zmusiłeś do przerwania ciąży, okradłeś i porzuciłeś na pastwę losu. Co gorsza, jak widzę, planowałeś również położyć swe ohydne łapska na Samanthcie i o ile pierwsze mógłbym jeszcze przemilczeć, ze względu na spokój duszy Sary i samopoczucie mego syna, to drugiego nie zdzierżę! Obiłbym ci gębę już tutaj, lecz nie chcę robić sceny, więc zapraszam na zewnątrz.- dodał cicho, ale wściekle.

- Jack, on nie jest tego wart. Są inne sposoby…- próbowała przekonywać go żona, lecz był nieugięty.

- Proszę, najdroższa. Wróć do ojca i czekaj tam na mnie. Nie zniosę, byś wdychała jego parszywy odór ani minuty dłużej!- zwrócił się do żony.- Kiedy z nim skończę, wrócę do ciebie.

- Kochany, błagam…- szepnęła zaniepokojona. Kto wie, jak to wszystko mogło się skończyć? Taki nikczemnik, jak Makepeace, mógł walczyć nieczysto i lękała się o męża.

- Samantho, proszę!- powtórzył, nie spuszczając wzroku z oponenta.

Wiedziała, że nie skłoni go do zmiany zdania, lecz nie zamierzała czekać na tragedię. Skinąwszy głową, szybko udała się na poszukiwanie ojca i wuja, by poprosić ich o pomoc, gdy tymczasem jej małżonek chwycił rękaw drugiego oficera, i pociągnął go do najbliższego wyjścia.

Tam, w ledwie oświetlonym zaułku między budynkami, zamierzał nareszcie dać nauczkę bydlakowi, który zniszczył mu rodzinę i pomścić nie tylko Sarę, ale przede wszystkim swój nadszarpnięty honor.

- Nie będę z tobą walczyć, O'Neill.- tchórzliwie powiedział Makepeace, próbując mu się wyrwać.

- To szkoda, bo ja, jak jasny gwint, zamierzam porządnie obić ci tę facjatę, Makepeace!- znów syknął Jack i wziął się do rzeczy.

Trzeba przyznać, że Robert nawet nieźle się bronił, ale daleko mu było do tak wybitnego żołnierza i oficera, jak pułkownik Jonathan O'Neill, więc kiedy porażka stała się oczywistością, sięgnął po brudne metody i z kieszeni buta wyciągnął sztylet, dźgając zaskoczonego Jacka w ramię. Nie powstrzymał jednak rywala, który z nową siłą porwał się do ataku, wytrącając mu ostrze.

Teraz Makepeace naprawdę wdepnął po uszy w guano i wiedział, że czas na ostateczne rozwiązanie... Zawsze przygotowany tak na wszelki wypadek, miał pod mundurem schowany niewielki pistolet, który, korzystając z okazji, że znów upadł na ziemię, wyciągnął zza pazuchy i skierował na Jacka.

- Trzeba było słuchać pięknej żoneczki, pułkowniku!- zachichotał złowieszczo, gdy O'Neill znieruchomiał na widok broni palnej.- Wygląda na inteligentną, w przeciwieństwie do słodkiej, acz głupiutkiej Sary, która tak łatwo wskoczyła mi do łoża. Szkoda, Samantha byłaby jej wspaniałą następczynią, gdyby mój sekret nie wyszedł na jaw.

- Tknij ją, a cię zabiję!- zagroził Jack, słysząc te ohydne słowa.

- Czym? Pięściami?- roześmiał się ironicznie Makepeace.- Obawiam się, że to ja mam przewagę i zamierzam ją wykorzystać.- dodał.

- Na pańskim miejscu, nie robiłbym tego, pułkowniku.- usłyszał za plecami głos generała Greer'a i ujrzał jego samego oraz generałów Hammonda i Cartera, stojących z pistoletami w dłoniach.- Proszę to rzucić i się poddać, a potem przygotować na sąd wojskowy. Nie chcemy w naszych szeregach takich indywiduów jak pan, Makepeace!- dodał.

- Ależ, panie generale! To wszystko kalumnie, podłe oszczerstwa. On mnie pierwszy zaatakował! Nie wiem, co pani O'Neill panu nagadała…- w obliczu tak wielkiej przewagi podjął próbę obrony, lecz Hammond natychmiast mu przerwał.

- Milcz, łajdaku, niegodny munduru i stopnia, który nosisz! Śmiesz negować słowo szlachcianki, córki oficera i żony jednego z naszych najlepszych dowódców? Śmiesz kwestionować słowa mojej chrześniaczki?- warknął.

Jacob nic nie powiedział. To wszystko było dla niego niejakim szokiem, lecz wiedział na pewno, że jego zięć padł ofiarą perfidii tego bydlaka, który teraz do niego celował. Nie znał jeszcze szczegółów, bo Samantha tylko pobieżnie ich wdrożyła, błagając o pomoc, ale Makepeace budził w nim wstręt i Jake z ochotą wpakowałby mu kulkę między oczy, by raz na zawsze pozbyć się tego ścierwa.

- Nie pójdę pod sąd! Nie dam się wpakować do więzienia!- wygrażał winowajca.- Puśćcie mnie, albo go zastrzelę!

- Jeden krok, a ja zastrzelę pana, Makepeace. Niech mnie pan do tego nie zmusza…- odpowiedział powoli Greer.

- Jeśli mam zginąć, to on pójdzie ze mną!- stwierdził oszalały pułkownik i pociągnął za spust.

- Jack!- wykrzyczała Samantha, gdy upadł na ziemię. Nawet nie zauważyła, jak z lufy jej ojca wyleciał wśród iskier i dymu pocisk, trafiając zbrodniarza wprost w klatkę piersiową. Biegiem przypadła do męża, przeświadczona, że straciła go na zawsze.

- Najdroższy! Nie zostawiaj mnie, nie zostawiaj!- błagała przez łzy.

Kiedy jęknął i poruszył się w jej ramionach, znieruchomiała.

- Jack? Ukochany?- szepnęła.

- Już dobrze, Samantho.- wymamrotał osłabiony.- Ten łajdak nie trafiłby pistoletem do celu, nawet gdyby miał go przed oczami. Dźgnął mnie tylko sztyletem, jak domyślił się, że nie wytrzyma starcia wręcz i trochę krew mi leci…- przyznał nieco lekceważąco.

- Trochę?- spytała spanikowana, rozrywając mu koszulę i czując pod palcami dość pokaźną strużkę.- Pomocy, Jack jest ranny!- zawołała, gdy generał Greer sprawdzał, czy Makepeace jeszcze żyje. Był zimnym trupem, jak się okazało.

George i Jacob szybko przypadli do pułkownika, i wspólnymi siłami podnieśli go z ziemi, by zabrać do garnizonowego medyka, podczas kiedy dowódca koszar ogólnikowo informował żandarmów o „napadzie" na pułkownika O'Neilla i obronnie koniecznej, którą zastosował generał Carter. Nie mógł pozwolić, by tajemnica, której stał się mimowolnym świadkiem, ujrzała światło dzienne i raz jeszcze pognębiła tę szlachetną familię, szczególnie, że sprawca nieszczęścia już i tak nic nie powie.

- Lepiej, by ten sekret umarł wraz z nim…- pomyślał i nakazał usunąć truchło z ulicy, po czym i on podążył do gabinetu doktora, aby upewnić się o zdrowie młodszego przyjaciela.

Jack dostał valium, choć protestował, jak na twardego wojaka przystało. Samantha była jednak nieugięta, a poza tym, uparła się, by pozostać przy nim na czas, gdy go łatano i koniec końców cieszył się z medykamentu, bo jego potencjalne krzyki mogłyby ją bardziej wystraszyć, a tego nie chciał. Z dumą patrzył, jak obserwowała zszywanie rany z opanowaniem, którego pozazdrościłby jej niejeden rekrut, a kiedy nareszcie było po wszystkim, z przyjemnością znalazł się w jej objęciach.

Doktor umył się i wyszedł na chwilę, więc Greer skorzystał z okazji i powiedział:

- Cokolwiek zostało tam powiedziane i usłyszane, nie zostanie powtórzone nigdy więcej, nikomu. Przykro mi, pułkowniku, że dotknęła pana ta tragedia, lecz teraz jest już po wszystkim. Ma pan przed sobą nowe, wspaniałe życie z prawdziwie oficerską żoną!- mrugnął, mając w pamięci postawę Samanthy.- Proszę nie pozwolić, by przeszłość zaszkodziła waszej przyszłości.- dodał.

- Zapewniam, sir, że nigdy do tego nie dopuszczę i dziękuję za wsparcie.- powiedział nieco słabym głosem, z racji utraconej krwi.

- Zatem, to koniec.- uśmiechnął się Greer.- Przypuszczam, że pragnie pan powrócić z rodziną do domu, skoro doktor zapewnia, że wszystko pod kontrolą?- spytał.

- Tak chyba będzie najlepiej, panie generale.- przytaknął O'Neill.- Zresztą, w tym stanie tylko wystraszyłbym damy na balu. Zaczekam więc w powozie, gdy Samantha i Jacob się pożegnają, aby nie robić niepotrzebnego widowiska.

- A więc, postanowione.- zgodził się dowódca koszar i jak tylko wszystko załatwiono, Jake odeskortował zięcia i córkę do swego domku.

TBC


A/N: Wiem, że niedużo było tego angst, ale mam nadzieję, że rozdział nikogo bardzo nie rozczarował, zwłaszcza, że został nam już tylko epilog…