Utracenie duszy

Cz. 2.

To nie wszystko. Ciągle mi czegoś brak.

Zoro jest naprawdę brutalny. Zupełnie ignoruje wykrzywioną bólem twarz, dążąc jedynie do zaspokojenia siebie.

Sanji zagryza silnie wargi, znosząc męki w ciszy. Nie pierwszy raz on i były łowca piratów walczyli ze sobą, ale to, co teraz odczuwa, jest po prostu koszmarne. Stara się ze wszystkich sił nie okazać, jak bardzo cierpi. Przecież to tak naprawdę nie Zoro…

Gdy widzi nad sobą jego zaciętą, zastygłą w okrutnym uśmiechu twarz, już wie, że ten mężczyzna nie okaże mu litości. Cokolwiek teraz się z nim dzieje, nie ma tam prawdziwego Zoro.

― Czy to boli? ― Słowa nasiąknięte są sarkazmem, a Sanji czuje jeszcze mocniejsze pchnięcie. ― Więc płacz! ― nakazuje wściekle Roronoa.

Cierpienie samo wyciska łzy z oczu kucharza. Z jego ust zaczynają wyrywać się krzyki bólu, choć walczy, by zachować ciszę. Krew wraz z jego potem i łzami spływa na podłogę.

― Krzycz. Więcej. No, zabaw mnie!

Sanji nie chce krzyczeć. Zasłania dłonią usta.

To jest okropne. Boli…

Krzyczy tylko w duszy, nie pozwala sobie, by z jego ust wydostał się kolejny dźwięk.

Zoro śmieje się cicho, wyraźnie bawi go ta sytuacja, jego chore szczęście rozświetla twarz, gdy nagle wychodzi z Sanjiego. Ma inne zamiary.

Pociągnięciem za włosy swojej ofiary unosi ją wyżej i wywołuje tym krótki okrzyku bólu, który tylko minimalnie go zadowala. Sanji opiera się na łokciach, nie mając innej możliwości ruchu. Drży, gdy bark daje o sobie znać. Zostaje zmuszony do otwarcia ust, gdy nacisk palców na żuchwę nie daje mu innego wyboru. Dławi się, gdy gorący i całkiem spory członek pirata wdziera się w niego aż po samo gardło. Roronoa jest już na granicy, ale jego pragnienie nie jest wystarczająco zaspokojone.

― Połkniesz wszystko.

Słychać tylko zduszone i bezsilne odgłosy krztuszenia się, gdy penis dociera za głęboko.

To ciągle nie wystarcza.

Zoro ostrym szarpnięciem odsuwa od siebie kaszlącego mężczyznę, zmieniając nagle zdanie. Tak samo mocno uderza jego głową w najbliższą ścianę.

Jeszcze nie. Chcę więcej.

Unosi kucharza, opierając go plecami o ścianę i przyciska nogi mocno do jego piersi, wchodząc w niego ponownie.

Więcej! Dopóki wszystko się nie zmieni.

Pchnięcia są jeszcze mocniejsze i brutalniejsze niż wcześniej. Rany otwierają się jeszcze bardziej.

― Czasem nie zrobiłeś się ciaśniejszy? ― Śmiech Zoro brzmi jak obelga.

Sanji ma dość. Bólu, krzywdy.

CHOL…CHOLERA!

Próbuje odepchnąć oprawcę. Nie jest w stanie jednak za wiele zrobić z takimi obrażeniami. Jego ręka zostaje powstrzymana w połowie ruchu i odepchnięta na bok. Zoro przysuwa się jeszcze bliżej, unosząc jego biodra i wbijając się głębiej.

― Ciągle próbujesz się bronić? ― pyta chłodno Roronoa. ― Ty żywotny skurwielu!

Były łowca piratów przyciska go mocniej do ściany, będąc teraz tak blisko, że jego złoty, potrójny kolczyk brzęczy tuż przy twarzy Sanjiego. Ten unosi dłoń i bezwiednie go trąca drżącymi palcami. Do jego uszu ponownie dociera delikatny dźwięk.

Jeżeli teraz się złamię…

Zachłannie obejmuje Zoro, nie zważając na ból promieniujący z wybitego barku.

Tym, który będzie potem cierpiał, będziesz ty…

Wtula się mocniej.

Zoro.

Roronoa zamiera.

Zoro.

Czuje ramiona obejmujące go wcale nie ze strachu, czy bólu, ale całkiem opiekuńcze i ufne.

Rzuca z powrotem Sanjiego na podłogę, bijąc po twarzy.

Co jest z nim nie tak?!

Wysuwa się z mężczyzny i ponawia wtargnięcie z jeszcze większą brutalnością, choć wydaje się to niemożliwe.

Co, do diabła, jest z nim nie tak?

Ból wtargnięć nie potrafi wymazać tych myśli z umysłu Sanjiego. Zaciska tylko zęby, by nie krzyczeć.

O to chciałem tylko zapytać.

Serce kucharza łka.

Płacz i rozpaczliwy krzyk…

― Więcej… Krzycz! Płacz! ― Zoro każde słowo przypieczętowuje ciosem w twarz.

to, co chciałem zobaczyć…

― Mówiłem ci, zabaw mnie!

Ciężkie ze zmęczenia oddechy łączą się w jedno.

postać błagającą o litość.

Ich spojrzenia się spotykają. Zoro jest ostre, lodowate. Sanjiego zamglone i cierpiące.

― …oro…

Nie ten głos… Nie te oczy…

Drżenie. Wzrok Roronoa tężeje zszokowany.

― Zoro. ― Pojedyncza łza spływa po policzku Sanjiego, gdy ponownie próbuje dotknąć mężczyzny.

Nie żebym nie pragnął tych ramion.

Zabiję go.

Odepchnięcie jest tak nagłe, że odbiera na moment oddech Sanjiemu. Jego oczy rozszerzają się, gdy napotyka wzrok oprawcy. Dłoń Roronoa ponownie odnajduje jego szyję, przyduszając. Tym razem jego biodra zostają uniesione do góry, a penetracja zostaje wznowiona z tą samą brutalnością co wcześniej.

― Twój tyłek chyba to lubi, wiesz? ― rzuca pirat zimno, obrzucając go zadowolonym, okrutnym spojrzeniem. Trzyma jego nogę i wchodzi w niego raz za razem z głośnym plaśnięciem, coraz bardziej rozmazując krew na udach ofiary.

Tak, ale czy nie chciałem tego?, myśli kucharz,wracając do momentu decyzji pozostawienia Nami i powrotu. Przecież już wtedy zdecydował.

Ręka na gardle zaciska się nagle, niemal całkowicie tamując dopływ powietrza.

― Bronisz się, ale już prawie dochodzisz? Wygląda na to, że mimo wszystko ci się to podoba!

Trzeba to zakończyć. Teraz.

Do pierwszej dłoni dołącza druga, zaciskając się jeszcze silniej na gardle leżącego niemal bezwładnie mężczyzny.

Lepiej go zabiję.

Sanji patrzy na twarz Zoro, uśmiechającego się okrutnie. Ledwo go widzi, mgła zasnuwa mu wzrok.

Zanim przypomnę sobie coś ważnego.

Niewielki hotel na obrzeżach miasta, był właśnie tym, który wybrała na nocleg załoga Słomianych Kapeluszy. Pokój dziewcząt był przestronny i gustownie urządzony, nawet jak na tak małą miejscowość.

― Wszystko w porządku? ― pyta Robin, stawiając na stoliku tacę z herbatą.

Nami opowiada pokrótce zdarzenie, w którym brała udział. Nie jest to nic miłego i męczy ją to tak bardzo, że musi się tym z kimś podzielić.

― To musiało być okropne ― potakuje przyjaciółka, doskonale ją rozumiejąc. ― Cieszę się, że do niczego nie doszło. Proszę. ― Podaje Nami filiżankę aromatycznego napoju,

― Dzięki. ― Dziewczyna odbiera ją i powoli wciąga przyjemny zapach. ― Tylko się wystraszyłam. I mam nadzieję, nie spotkać nikogo tak silnego ― dodaje, obserwując sporego siniaka na swojej ręce. Potem prycha niezadowolona. ― Wkurza mnie jednak to, że Sanji zapomniał o moich petit fours ― złości się na całego, ukrywając w ten sposób strach, który od jakiegoś czasu nie daje jej spokoju.

Jednak nie czuje lęku z powodu tego, co się stało, lecz tego, co może się dopiero wydarzyć.

― Miałaś szczęście, że kucharz tam był.

― Tak, masz rację. Naprawdę mnie uratował. ― Spogląda w okno ze smutkiem i szepcze:

― Z Sanjim będzie wszystko w porządku, prawda?

― Och, na pewno. Będzie dobrze. Przecież to Sanji.

Śmiech rozbrzmiewa zewsząd. Nie daje chwili spokoju. Zagłusza wszystko inne. Jedyne, czego nie rozprasza to panującego mroku. Jest wszędzie tak samo jak ten śmiech.

Co? Kto tam? Zamkniesz się, ok? Zamknij się mówię?!

Śmiech jednak nadal wypełnia jego uszy, jakby drwił z jego słabości.

Mówię ci, zamknij się! Idź sobie gdzie indziej!

Zamknij się!

Zamknij się!

Zamknij się!

Zamknij się…

― Zamknij się! Bądź cicho!

Zoro zamiera, słysząc własny głos.

Going Merry?

Rozpoznaje miejsce, choć wokół niego jest niepokojąco cicho. To nie jest normalne, szczególnie na tym statku.

Jego oddech wydaje się być jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu.

Co jest?

Nie pojmuje, co się stało, ma mętlik w głowie. Mimochodem zastanawia się, dlaczego klęczy na podłodze.

To ja powinienem się zamknąć.

Spogląda w dół. Jego dłoń ściska szyję Sanjiego. Twarz mężczyzny zbryzgana jest krwią, posiniaczona. Na policzkach widać odciśnięte ślady palców.

Co to jest? Co ja takiego zrobiłem?

Widzi swój członek tuż przy zakrwawionym i pełnym spermy wejściu Sanjiego.

Wspomnienia uderzają w niego niczym grom z jasnego nieba.

Chwileczkę…

Dotyka szyi kucharza, szukając pulsu. Nie wyczuwa nic.

Nie mów, że…

Unosi ostrożnie głowę mężczyzny, ale to, co widzi zapiera mu oddech. Oczy Sanjiego są mokre od łez i mgliste. Nie ma w nich najmniejszego śladu życia.

Dlaczego zrobiłem... coś takiego?

― Hej! Trzymaj się jakoś!

Nie może dać się zawładnąć rosnącej panice.

On nie… oddycha!

Natychmiast zaczyna akcję ratunkową, starając się przywrócić mężczyźnie funkcje życiowe.

Cholera!

Usta kucharza smakują krwią.

Dlaczego nie złapałem za rękę tamtego barmana?!

Kładzie dłonie na nieruchomej piersi Sanjiego i bez zastanowienia naciska mocno w okolicach mostka. Rozpaczliwie rozpoczyna masaż serca.

Cholera! Wracaj.

Odsuwa od siebie obezwładniające przerażenie i potworne wspomnienia. Nie może przegrać kolejnej walki.

WRACAJ!

Dlaczego… Dlaczego musiałem wrócić właśnie tutaj?!

Oddech.

Dlaczego?

Uciski.

Dlaczego?

Oddech.

Dlaczego?

Uciski.

Dlaczego nie…

Nagle zaprzestaje masażu, zaciskając dłonie w pięści. Gniew na siebie samego niemal go rozsadza. Jak mógł to zrobić…?

dostrzegłem, że to on.

Podnosi się, a wściekłość wybucha w nim gwałtownym płomieniem. Wszystko, co znajduje się pod ręką, zostaje zniszczone. Puszki z żywnością wyginają się pod ciosami, worki pękają, a butelki roztrzaskują się w drobny mak. Krew z poranionych w ten sposób dłoni plami wszystko dookoła. Nagle ręka uderza tuż przy samej twarzy nieruchomego Sanjiego. Krew pozostawia po sobie plamę na deskach podłogi. Zoro pada na kolana przy jego ciele i ostrożnie dotyka twarzy kucharza.

Szloch wyrywa się z piersi pirata.

Nie myślałem…

Łapie się za głowę i zakrwawione, obolałe dłonie wędrują we włosy, targając je w rozpaczy.

że mógłbyś znienawidzić się tak bardzo.

Pokój dziewcząt w hotelu jest zapełniony. Wszyscy niecierpliwie czekają na powrót kucharza.

Luffy nagle porusza się niespokojnie, jakby coś go do tego zmusiło, nakazało, wołało.

― W porządku! ― Wstaje i kieruje się do okna. ― Wracam na statek!

― Luffy, poczekaj! ― Usopp próbuje go powstrzymać i jakoś wcale go nie dziwi, że kapitan chce wyjść oknem. Mało rzeczy związanych z Luffym może go jeszcze zaskoczyć. Chyba tylko to, że może nie być głodnym. On zawsze jest przecież głodny. ― Nie poczekasz, aż Sanji wróci?

― Czekałem już wystarczająco długo ― zauważa chłodno, a to kolejna rzecz raczej u niego niespotykana.

Kapitan poważny jest tylko w kilku ważnych rzeczach. W końcu jednak chodzi o jego nakama, więc ten fakt nie zaskakuje aż tak bardzo.
― Nie, nie o to mi chodziło! Może Sanji ma jakiś plan, a ty nie powinieneś biegać tak beztrosko dookoła.
― A co jeśli nie ma? Kiedy Zoro stawał się dziwny, ty potrafiłeś mu wkopać i jakoś go zamknąć. Tak długo, jak potrafiłeś to zrobić.
― Myślisz, że Sanji… Ale on nie chce go zabić? ― upewniał się Usopp.
― Hę? ― Chopper nie mógł pojąć, do czego zmierza Luffy.
― Nawet gdyby była ku temu sposobność, nie sądzę, aby był zdolny do zabicia Zoro. I nie chodzi tutaj o siłę. Znasz Sanjiego. Poza tym, nigdy nie zdecydowałby się na udźwignięcie takiej odpowiedzialności sam. Dobra! Nie idźcie za mną ― rozkazuje.
― Co? A, tak ― zgadzają się natychmiast. Jakoś nie mają zamiaru stawać na drodze tej trójki, gdy dojdzie do walki. ― Do zobaczenia później.

Luffy bez wahania wyskakuje przez okno, a dwóch pozostawionych przyjaciół zamyśla się na krótką chwilę.
― Usopp? ― Pierwszy odzywa się Chopper.
― Ta? ― Spoglądanie w okno nawet pokładowemu strzelcowi niewiele pomaga w ukojeniu nerwów.
― Czy Luffy idzie zabić… Zoro? ― Pada pytanie, które gnębi ich obu.
― Ty idio…! ― Odwraca się natychmiast i zaczyna tarmosić biednym reniferem, aż temu zaczyna kręcić się w głowie. ― Nie waż się mówić takich złowieszczych rzeczy! Nie ma mowy, żeby tak się stało!
― Ale, ale… Więc dlaczego powiedział coś takiego?

Szarpanina nagle ustaje, a wzrok długonosego przyjaciela staje się nieczytelny.

― Usopp? ― Zdziwiony takim zachowaniem Chopper próbuje uzyskać odpowiedź.
― Cokolwiek się dzieje, bardziej martwię się o Sanjiego ― odpowiada cicho.
― Martwisz się, że nie będzie w stanie zatrzymać Zoro?
― To możliwe… ― rzuca tamten załamany, patrząc na swoje dłonie. Nagły hałas odwraca jego uwagę. ― Hej! Czekaj!

Renifer porywa swoją torbę lekarską i zmierza truchtem w stronę drzwi.
― A co, jeśli coś stało się Sanjiemu? Mówimy tutaj tylko o możliwościach, a nie wiemy jeszcze nic! ― Ściska mocno swój cenny bagaż. ― A co, jeśli on potrzebuje mojej pomocy?
― Nie dojdzie do tego! Czyż właśnie o tym nie mówił Luffy? Nie wygaduj takich bzdur! ― Pełen bólu krzyk Usoppa zatrzymuje Choppera w miejscu.
― Co zatem powinniśmy zrobić? ― pyta ten cicho, nie odwracając się.
― Hej, co jest grane? ― Zwabione hałasem w drzwiach stają Robin i Nami.

Jednak ci nie zwracają na nie uwagi, a one nie wtrącają się, czekając cierpliwie.
― Mogę zrozumieć twoje uczucia. ― Usopp odwraca do siebie małe stworzenie. ― Ale, Chopper… Nie wierzysz w Luffy'ego? Nie wierzysz w niego? ― Renifer niemo potwierdza, że wierzy, kiwając głową. Jego oczy już są pełne łez. Zawsze był bardzo uczuciowym przyjacielem. ― Tak samo jak w Zoro i Sanjiego? Czekanie również jest ważne, ponieważ jeśli potrafimy to zrobić, to tak, jakbyśmy byli pewni, że na pewno wrócą.

Renifer pociąga nosem i wyciera łzy. Jego smutna mina ukazuje teraz determinację odnośnie podjętej decyzji. Siada tuż obok Usoppa.

― Masz rację. ― Przyciąga torbę i czeka.

Wszyscy czekają. Nawet jeśli to boli ich serca, wierzą w Luffy'ego, Sanjiego oraz Zoro.

Zoro od dłuższej chwili nie porusza się. Klęczy tuż przy ciele kucharza, któremu założył na powrót ubranie nie chcąc, by ktoś widział go w takim stanie i… próbuje zrozumieć. Wspomnienia z gwałtu szarpią nim. Ciągle widzi tę dłoń, która próbuje go dotknąć. Zakrwawioną, poranioną, sięgającą po to, aby go dotknąć.

Ty gówniany szermierzu…

Nawet jeśli ciągle słyszy ten upierdliwy głos w swojej głowie, to ciało Sanjiego leży u jego stóp. Nic tego już nie zmieni. On go…

Nawet jeśli jesteś ranny, żyj dalej. To… jest tak… jak mi kiedyś powiedziano.

Powoli bierze swój miecz do ręki. Uznaje to za najlepszą decyzję dzisiejszego dnia.

Wiem. Nie sądzę, byś mi wybaczył.

Odgarnia kosmyk włosów z twarzy kucharza.

Bycie po twojej stronie było dobre.

Przymyka z bólem oczy, ale obraz Sanjiego nie chce zniknąć.

Nawet walki z tobą były zabawne.

Obraz kucharza, który wypominał mu nawet kolor włosów.

Kochałem twoje jedzenie.

Mężczyzny, który był zawsze uśmiechnięty i szczęśliwy, gdy zjedzono wszystko bez grymaszenia.

Kochałem cię. Ceniłem cię. Wszystko, co związane było z tobą.

Ostatni raz muska palcami rozchylone usta Sanjiego.

Nie będę mógł cię już zawołać po imieniu.

Klęka na podłodze naprzeciw drzwi i wyjmuje miecz. Ogląda go, badając przez chwilę spojrzeniem. Kieruje ostrze w stronę ramienia i zamiera. Teraz nie ma już innego wyjścia. Karę musi ponieść. Chce ją ponieść.

― Chodź i… zabij mnie, Luffy!

Zostawiam to w twoich rękach.