Utracenie duszy
Cz. 3.
Uderzenie Luffy'ego roztrzaskało na drobne kawałki drzwi, za którymi w pewnym oddaleniu klęczał Zoro. Mimo to, huk nie spowodował żadnej reakcji u pirata. Może małe drgnięcie, ale prawie niewidoczne dla otoczonego resztkami drzwi Monkeya.
— Hej, ty!
Kapitan natychmiast dostrzega miecz tuż przy ramieniu swojego szermierza. Nie podoba mu się ten widok. Nie oznacza nic dobrego. Nie może uwierzyć, że mogło dojść do takiej sytuacji.
Zoro nie odwraca się, słysząc jego głos, ani nie reaguje w żaden inny sposób. Nie ma siły, ani odwagi, by spojrzeć w oczy kapitanowi.
Kurczę. Przyszedłeś za wcześnie, Luffy.
Może gdyby się spóźnił, Monkey nie musiałby go zabijać. Sam zrobiłby to za niego, by nie plamić jego rąk. Nie chce być pierwszą śmiertelną ofiarą na koncie kapitana.
— Co ty, u licha, wyprawiasz?! — wrzeszczy do niego Luffy, rozglądając się po zrujnowanym pomieszczeniu, chociaż największych właśnie sam dokonał, wkraczając do środka w swoim stylu.
Natychmiast dostrzega kucharza, leżącego bez ruchu na podłodze.
— Sanji! Wszystko dobrze? Co się dzieje z Zoro? — Podbiega do niego, zasypując go pytaniami.
Zatrzymuje się tuż przy nim, gdy ten nawet nie drgnie na dźwięk jego głosu. Widząc krew, która go otacza, nie wierzy własnym oczom.
— Sanji?
Luffy, klękając, jest tym widokiem przerażony. Unosi go ostrożnie na swoje kolana, a głowa kucharza opada bezwładnie do tyłu. Kładzie powoli na niej dłoń, słysząc, jak Zoro wstaje i zatrzymuje się kilka kroków za nim. Słowa Zoro nie mają w sobie ani grama emocji, jakby ziały całkowitą pustką.
— To ja go zabiłem. — Luffy zamiera, przytulając Sanjiego delikatnie do piersi, gdy dociera do niego sens tej wypowiedzi. — Odejdę z załogi, kapitanie.
— Czyżby? — rzuca chłodno, biorąc przelewające mu się przez ręce ciało i przenosząc je pod ścianę tak, by oprzeć o nią przyjaciela. Wygląda to tak, jakby chciał, by Sanji patrzył na to, co ma się właśnie stać.
Zoro mu nie przeszkadza, czeka cierpliwie. Jego twarz wyraża pewien rodzaj smutku, którego nie da się opisać zwykłymi słowami. Wygląda, jakby się poddał, i było mu już wszystko jedno. Przyjmuje do wiadomości swoją przegraną, choć jeszcze nawet nie zaczął walczyć.
— Odejdziesz, jeśli zdołasz mnie pokonać. — Wrogość spojrzenia nie dziwi Zoro, jednak jej siła już bardziej.
Kapitana patrzy tak tylko na tych, którzy krzywdzą jego nakama*1. Takim spojrzeniem obdarzył Arlonga za doprowadzenie Nami do łez. Pirat bardzo dobrze pamięta, jak to się dla ryboluda skończyło. Wie, że i jego to czeka. Teraz.
Luffy, bez uprzedzenia, uderza z całej siły władającego*2 jednocześnie prawą ręką i lewą nogą. To są potężne ciosy, ale Zoro nie należy do słabeuszy. I choć cofa się odrobinę, powstrzymuje oba. Pierwszy, skierowany w jego twarz, zatrzymuje dłonią. Drugi, celujący w kolano, zewnętrzną stroną ręki, dzierżącej nadal miecz. Jego ostrze znajduje się centymetry od twarzy kapitana. Mgnienie oka i ostrze zostaje odbite sandałem, odsuwając w ten sposób zagrożenie jedynej broni mogącej zranić gumowego człowieka. Tym razem Zoro atakuje, trafiając Luffy'ego czubkiem ostrza przez pierś. Uskok w ostatniej chwili powoduje, że pojawia się tylko cienka strużka krwi. Połączony jest on jednak z natychmiastowym atakiem gumowego karabinu. Szybkość tych uderzeń jest prawie niewidoczna, ale dla Zoro nadal możliwa do powstrzymania.
Walka wre, żadna ze stron się nie poddaje, choć Zoro nie ma serca do zwycięstwa.
Żaden z walczących nie zwraca uwagi na ciało Sanjiego: samotne i opuszczone w wirze pojedynku.
Ciemność odchodzi. Myśli Sanjiego nadal są zamglone i nie pojmuje, co się w tej chwili wokół niego dzieje. Słyszy krzyki i uderzenia na przemian ze szczękiem broni, jednak on wciąż przeżywa ostatnie chwile przed utratą przytomności.
To było ostatnie, co widziałem… zimny uśmiech… na jego twarzy.
Wspomnienie zbliżającej się dłoni, która ma go zabić oraz mroczna i tak obca twarz Roronoa.
Wydawał mi się nieco przymuszony.
Wspomina dwie postacie Zoro. Pierwsza z nich siedzi skulona pod ścianą i walczy, aby zapanować nad sobą, a ta druga atakuje i zadaje ból z rozmysłem, jest okrutna i nie okazuje cienia litości.
O czym ja wtedy myślałem, wracając tak chętnie?
Tę, która prosiła go, by odszedł i tę, która go zraniła, ciesząc się z tego.
Dlaczego nie pomyślałem o tym, jak się to dla ciebie skończy?
Ostatni moment przytomności.
Wybacz. Przepraszam, Zoro. Za to… że to ja spowodowałem twoje cierpienie.
Walka trwa jakby obok, nie dociera do jego otępiałego umysłu. Nawet wstrząs spowodowany roztrzaskaniem ściany przez ciało Zoro nie wywołuje żadnej reakcji Sanjiego, tkwiącego gdzieś na granicy świadomości.
Roronoa nie przestaje, powoli wychodzi naprzeciw swojego kapitana. Obaj są już bardzo poranieni. Jednak nadal obaj niezłomni w swoich postanowieniach.
— Masz… Chciałbyś mi coś powiedzieć, Zoro? — zadaje pytanie Luffy, stojąc u wejścia do pomieszczenia, z którego chwilę wcześniej wyrzucił tak ostro towarzysza.
Coś zwraca jego uwagę i odwraca się, ale jedyne, co dostrzega to głowa kucharza, która opadła. Na jego twarzy pojawia się smutny grymas, ale moment później zastępuje go złość.
— Ten ocean. — Zoro zatrzymuje się przed Luffym. — Pozwól mi, proszę, spróbować znaleźć ten ocean.
Jakby wiedział, że nie ma szans wygrać z kapitanem. Jakby tylko to marzenie kucharza miało dla niego teraz sens. Pochyla tylko głowę, zamykając oczy.
Luffy bardo dobrze wie, jakim torem biegną myśli szermierza.
All blue. Szlag!, przeklina w swoich myślach i zaciska pięści.
— Ty i Sanji… Obaj jesteście bezmózgimi skurczybykami! — wykrzykuje na granicy furii.
Zdziwiony tym stwierdzeniem Zoro otwiera oczy i podnosi głowę. Luffy może i jest nietypowym kapitanem, jednym na milion, ale ma dar do odczytywania uczuć innych, nawet jeśli oni sami starają się to bardzo głęboko ukryć. Jak dotąd nigdy się nie pomylił.
— Przypuszczalnie masz rację — zgadza się z nim Zoro, uśmiechając ironicznie.
W tym momencie w Luffym coś pęka. Nie chce, żeby pirat tak się uśmiechał, bo to oznacza, że… Coś, czego on za żadne skarby nie pragnie, aby się kiedykolwiek zdarzyło.
— Nie szczerz się tak! — Łapie Roronoa za koszulę i szarpie mocno. Musi mu to wybić z głowy.
— Jak? — pyta ten spokojnie, jakby to już nie miało znaczenia.
— Nie szczerz tej swojej gęby, jakbyś chciał powiedzieć, że już wszystko skończone! — wypomina mu i uderza prosto w szczękę, jakby starając się wybić ten durny pomysł z głowy.
Wszystko skończone?
Krew z rozciętej wargi zabarwia powietrze i spływa mu po brodzie.
Tak.
Roronoa pozwala jej płynąć.
To koniec.
Atakuje, ale kapitan odskakuje poza zasięg ostrza katany.
Nie możemy się cofnąć.
Intensywność ciosów Luffy'ego wzrasta. Chce to zatrzymać, natychmiast. Chce, by Zoro został. Za wszelką cenę.
— Gomu…
Nie on.
To zaognienie pojedynku szokuje Roronoa, wytrącając go na chwilę z koncentracji.
— Gomu no…
Nie do tamtych chwil. Nie będzie drugiej szansy.
Odsłania się.
— BAZOOKA!
Cios jest potężny, jak zawsze. Atak, który wyrzucił Don Kriega, odrzuca i Zoro, który leci wprost w stronę opartego o ścianę Sanjiego. Zoro robi tylko jedno. Nawet jeśli oznacza to wypuszczenie z dłoni miecza. Stanie się bezbronnym. I choć nie ma to już sensu, robi to.
Ochrania go własnym ciałem przed opadającymi odłamkami, drzazgami. Już więcej ran nie będzie na tym ciele. Nie potrafi się powstrzymać, wtulając go do piersi, gdy upadają w kolejnym pomieszczeniu po przebiciu ściany.
Nadal jest ciepły, ale…
Wdycha powoli zapach leżącego tak blisko przyjaciela. Słabego kasłania, które słyszy, nie da się pomylić z niczym innym, ale to przecież niemożliwe. Odsuwa się natychmiast zszokowany. Sanji nadal leży bez ruchu, tak jak wcześniej. Z piersi Zoro wyrywa się krótki, histeryczny śmiech.
Nie ma szans, by to mogło być… To ja… go zabiłem.
Ukrywa twarz w dłoni, jakby to miało mu pomóc. Nie pomaga. Znowu widzi obrazy tego, co zrobił.
Złamałem mu nogę w kostce. Wybiłem bark. Bezlitośnie go stłukłem na miazgę. Zgwałciłem. I nigdy wcześniej nie czułem się tak dobrze i tak pełen życia.
Życia, które zapewne zaraz straci.
A teraz muszę walczyć z Luffym.
Jego dłoń jest we krwi, a jedyne, co ma przed oczami, patrząc na nią to moment, kiedy ta dłoń odbiera życie Sanjiemu. Łzy umierającego, spadające na zakrwawioną podłogę. Tylko to. Nic innego.
Zwija dłoń w pięść i sięga po miecz, który upuścił chroniąc kucharza.
Luffy stoi wprost przed nim, ale nie patrzy na niego. Jego niedowierzający wzrok utkwiony jest gdzieś za plecami Zoro. Szermierz zamiera, bo kapitan może patrzeć przecież tylko na jedną osobę, która jeszcze tutaj jest.
— Sanji! — Z radosnym okrzykiem na ustach mija skamieniałego z niedowierzania Roronoa.
— Sanji? Słyszysz mnie? To ja, Luffy!
To niemożliwe!
Powoli odwraca głowę i widzi, jak Monkey lekko unosi Sanjiego. Nie to jednak zaskakuje go tak bardzo.
Oczy Sanji'ego są skupione na nim. Tylko na nim. Przewiercają go na wylot. Jedyne, co w nich widzi, to dojmujący smutek.
Och…
Nagły kaszel wstrząsa całym ciałem kucharza, powodując, że jednocześnie zaczyna zwijać się z bólu spowodowanego odniesionymi obrażeniami.
— Już dobrze. Nic nie mów i nie ruszaj się.
— Lu..ffy… — Sanji stara się coś powiedzieć, ale nie ma sił.
— Tak?! Byłeś martwy jakąś chwilę temu, ale już jest dobrze. Zoro! Zoro! — Krzyk Luffy'ego przepełniony jest ulgą i radością.
Martwy?
Kucharz stara się odpędzić ten mrok, który znów chce go pochłonąć. Czuje, że nie może mu pozwolić go zabrać. Inaczej stanie się coś strasznego.
— Sanji się obudził!
Ja… Co mi się stało?
Zamglone wyczerpaniem myśli cuci dźwięk upadającego miecza. Zoro patrzy na niego jak na ducha.
— …Zoro? — Luffy nie rozumie tej reakcji przyjaciela, przecież Sanji żyje, powinien się cieszyć razem z nim. Nawet jeśli się pokłócili i trochę przesadzili, teraz już wszystko będzie dobrze.
— Ach… — Jedynie tyle wyrywa się z ust Zoro, gdy się zachwiał i przytrzymał framugi drzwi.
— Coś nie tak? — Luffy nadal nie może zrozumieć, dlaczego Zoro robi się blady jak ściana i chwieje na nogach.
Tylko drzwi pomogły piratowi utrzymać równowagę, gdy się odwraca i chce odejść.
— Ej, a ty gdzie leziesz? Zoro! — Wołanie Luffy'ego nie pomaga.
— Cze… — Sanji chce go powstrzymać, ale złamanie zatrzymuje go w miejscu.
Nie, nie odchodź! Cholera!
— Luffy, zatrzymaj go — prosi słabo Sanji.
— Dobra. — Jak zawsze nie patyczkuje się, podbiega i powala Zoro na deski. — Zoro! Stój! Co z tobą? — dopytuje się, gdy ten pozostaje na czworakach, oddychając ciężko. Kuca u jego boku i kładzie dłoń na drżących plecach Roronoa. — Dlaczego nawet nie spojrzysz na Sanjiego?
Tylko kucharz rozumie, co się dzieje. Powoli, starając się nie obciążać złamanej stopy, ani wybitego barku, podpierając tylko zdrową ręką, zbliża się do skulonego pirata.
— Zoro… — Ciężko mu mówić, gardło też nie jest w dobrym stanie. — Chcę… ci powiedzieć…
Ten głos.
Były łowca piratów nie potrafi spojrzeć na niego, by uwierzyć, bo jeśli to zrobi, może okazać się, że to tylko iluzja. Pochyla jeszcze bardziej głowę, kładąc ją w zgięciu ramienia. Chce wierzyć, że to nie sen. Że ten koszmar nie zakończył się śmiercią przyjaciela.
— Wybacz… Luffy… ale… czy mógłbyś nas na chwilę zostawić samych? — prosi kucharz.
Sanji jest zbyt zmęczony, by stać i opada po drugiej stronie Zoro na zdrową nogę, nakrywając jego dłoń swoją.
Jego dotyk jest ciepły.
Serce Zoro jakby na przekór nie chce przestać bić. Wręcz przeciwnie łomocze, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Ten dotyk może oznaczać tylko jedno.
On żyje.
Luffy nie ogląda się za siebie po prośbie Sanjiego. Rzuca tylko okiem na zniszczenia.
— O rany! To jest… Usopp się popłacze, jak nic. — Zeskakuje z pokładu i z szerokim uśmiechem zakłada słomkowy kapelusz. — Taa, dobra.
Reszta jest w twoich rękach, Sanji, myśli patrząc w górę na statek i chociaż nie widzi przyjaciół, wciąż jest blisko nich.
A Sanji klęczy koło Roronoa, który zachłystuje się powietrzem.
— …Zoro.
Już przeczuwa, co się zaraz stanie. Coś, co nie zdarzyło się nigdy. Do teraz.
— Zoro.
Wybuch następuje tak nagle, że chociaż wiedział, iż nastąpi – przestraszył go, że chociaż zdawał sobie sprawę z jego nieuchronności – czuje lęk. Krzyk bezgranicznego cierpienia, skulonej u jego boku postaci, boli i jego. Jedyne, co może zrobić to przytulić go. Zoro nie przeszkadza mu w tym. Obejmuje przyjaciela tak zachłannie, jakby ten miał zaraz odejść, zniknąć i nie wrócić już nigdy więcej. Mężczyzna dławi się własnymi łzami, a te nadal nie przestają płynąć.
Zoro płacze… Jakby pękła tama w jego sercu.
Sanji przyciąga go jeszcze mocniej do siebie.
Boli mnie w piersi, myśli, ale wie, że to nie ból zranień. Ten ból jest o wiele gorszy. Ale nie to jest teraz jest najważniejsze.
Widzi, że Zoro stara się uspokoić. Zakrywa usta, nie pozwalając sobie na kolejny krzyk, dłuższy płacz i dalsze załamywanie się.
— Już dobrze. Wyrzuć to z siebie — szepcze kucharz łagodnie, głaszcząc Zoro po głowie.
Byłem takim idiotą.
Czuje, jak mężczyzna próbuje się opanować, by coś powiedzieć. Wie co.
Nie przepraszaj.
— …aszam… przepraszam… — Słowa jednak płyną.
Nie rób tego, proszę.
Zoro leży na jego kolanach, ściskając tak mocno koszulę, że ta lada moment pęknie. Sanji pochyla się nad tymi drżącymi z płaczu plecami, otulając go swoimi ramionami.
— To nie była twoja wina.
Kretyn! Jestem kompletnym idiotą. To ja to na nas sprowadziłem. To przeze mnie musiałeś tyle wycierpieć.
— …Zoro. — Zaczyna drżeć, wtulając się w bark płaczącego.
Jak bardzo się obwiniasz?
— Zoro. — Zdaje sobie sprawę, że moczy łzami koszulę Zoro, ale nie potrafi tego powstrzymać. To tak bardzo boli. Więcej niż złamanie, więcej niż rany. Podnosi się powoli, nie unosząc głowy.
Jak bardzo to było trudne dla ciebie?
Sanji nie patrzy na niego, jego wzrok ukryty jest pod zasłoną włosów, ale dłoń dotyka jego kolczyków.
— Przepraszam. — Zoro na te słowo wstrzymuje oddech i podnosi głowę. Jego szloch ustaje tylko dlatego, że nie może wyjść z szoku: Dlaczego kucharz go przeprasza?
Nie płacz. Przestań płakać. Ja…
Cichutkie dzwonienie kolczyka, muskanego przez palce Sanjiego zamiera, gdy jego dłoń opada, a on sam siada na deski, nie mając sił wciąż klęczeć.
— Tak mi przykro. To nie powinno tak być. Jeśli myślisz, że mnie skrzywdziłeś, mylisz się. Co się stało, już się nie odstanie. Jako człowieka… — Przełyka głośno, a umysł podsuwa mu wspomnienie, gdy jego bark został wybity. — Nakama… — Jak został zmuszony do ssania penisa Zoro. — Nie można mnie tak łatwo złamać. — Gwałtu. — Nie jestem ani słaby, ani delikatny. — Duszenia. — Ty jesteś dla mnie kimś naprawdę ważnym. — Nie widzi szoku na twarzy Zoro, gdy nie przestaje mówić, ignorując wszystko inne. Musi to w końcu powiedzieć. — Te rany szybko się zagoją. — Już nie potrafi tego powstrzymywać, ból domaga się uwolnienia, natychmiast. Jest tylko jeden sposób, by pozwolić mu odejść. — Nie powinieneś się tym przejmować.
Ty… myślisz, że to wszystko twoja wina.
Sposób rozumowania Sanjiego jest dla Zoro niepojęty. Patrzy tylko na niego i niepewnie dotyka jego twarzy. Jest taki inny, troskliwy, pełen uczucia. Ale ten gest ucisza Sanjiego.
— Luffy powiedział, że ty i ja jesteśmy skończonymi kretynami. — Unosi jego twarz, by spojrzeć w jego oczy pełne zaskoczenia. Uśmiecha się ledwo zauważalnie. — Zgadzam się z nim. — Wsuwa dłoń w jasne włosy i delikatnie przyciąga blondyna do swojej piersi. — Więc czemu… czemu nie stworzymy z tego czegoś dobrego?
Nie wydaje mi się, abym mógł… zapomnieć to, co czułem w tamtej chwili.
— Przysięgam ci, że to się już nigdy nie powtórzy, ponieważ stanę się silniejszy — obiecuje solennie i całuje włosy Sanjiego. — Ty też przestań się obwiniać.
Jesteś… takim idiotą.
Sanji nie odpowiada, trzyma łapczywie dłonie na koszuli Zoro. Jednak jego spazmatyczne oddechy nie uchodzą uwadze mężczyzny. Delikatnie odsuwa go od siebie, ale w tej chwili Sanji zaczyna mówić, jąkając się przez strumienie łez, spływających po jego policzkach:
— Tak starałem się … je powstrzymać… ze wszystkich sił… To dlaczego łzy ciągle płyną?
Ulga Zoro jest tak wielka, że omal nie wybucha śmiechem. Bał się, naprawdę był przerażony, że Sanji nie pozwoli sobie na ten wybuch. Cierpliwie uspokaja płaczącego, cały czas głaszcząc go po głowie, przeczesując palcami jego włosy.
— Już dobrze — odzywa się w końcu. — A teraz, gdy i ty zrzuciłeś ten ciężar, to co ze mną?
— …Cóż — zastanawia się przez moment, doskonale wiedząc, że Zoro ma na myśli karę za to, co zrobił. — Proszę bardzo.
Pochyla się nad jego piersią i gryzie go mocno, pozostawiając ślad.
— Ach! Ty… Tylko nie gryź! — Choć Zoro głośno się sprzeciwia, jednak nie odsuwa kucharza.
Nie musi. Wyczerpanie daje o sobie znać i ten osuwa się na niego, ostatkiem sił szepcząc:
— Wracajmy, Zoro… Wszyscy się pewnie będą… martwić…
Roronoa wzdycha słabo, kładąc dłoń na czole zbyt ciepłego i ciężko oddychającego Sanjiego.
— Gorączkuje. Nic dziwnego — mówi sam do siebie.
Bardzo delikatnie i czule bierze nieprzytomnego na ręce. Przytula go do piersi jak najbliżej.
A już myślałem… Że to koniec...Na zawsze…
Nie chce już żadnej krzywdy dla niego.
Że już nigdy się nie zobaczymy.
Stara się tak go ułożyć, by nie podrażnić nogi, ani barku, choć w tym stanie pewnie niewiele już poczuje. Ale i tak nie chce, by Sanjiego bolało. Ostrożnie układa jego głowę na swoim ramieniu, przez krótki moment głaszcząc go po włosach. Nawet jeśli zakrwawione i skołtunione nadal są miękkie.
Tak się cieszę.
Wychodzi ostrożnie przez roztrzaskane drzwi pomieszczenia, uważając na leżące wszędzie połamane deski.
Och, nie. Usopp będzie płakał.
Przy statku, opierając się o głaz spokojnie leży kapitan, zasłaniając twarz swoim słomianym kapeluszem. Zoro patrzy na niego chwilę, z wysokości pokładu.
Luffy.
Nie jest zaskoczony, że nie odszedł. Schodzi na ląd i wtedy Luffy unosi kapelusz, uśmiechając się.
— Wracamy?
— Taa…
W milczeniu ruszają w stronę miasta.
— Czy z Sanjim wszystko dobrze? — pyta po chwili Monkey.
— Tak, ale i tak zabieram go do Choppera. — Milknie zaraz potem, a po dłuższej chwili cicho mówi: — Luffy?
— Hę? — Ten odwraca się do niego, zaciekawiony.
— Przykro mi, że musiałeś pomóc. I… dziękuję. — Zoro nie patrzy na niego, jego myśli biegną innym torem, bardzo jasnym.
Gdybyś się wtedy nie pojawił… Sanji najprawdopodobniej… naprawdę by umarł.
— Shishishi! — Pełna szczęścia ekspresja rozświetla twarz Luffy'ego. Idzie naprzód, chociaż
Zoro się zatrzymał. — Cieszę się, że mogłem pomóc. Przyszedłem, bo czułem, że powinienem. Nic więcej. — Sam zatrzymuje się po kilku krokach i odwraca głowę. — A, i wiesz co? Powinieneś też wyjaśnić sytuację innym. Bardzo się martwili.
— Taa… Tak zrobię — zapewnia go i rusza za swoim kapitanem. Wiernym nakama, który nie pyta o nic, po prostu w nich wierzy.
Powrót do hotelu nie mógł odbyć się w ciszy, a dla niektórych nawet bez bólu. Nami dostrzega powracających przez okno i wybiega im naprzeciw, otwierając drzwi z dziwnym uderzeniem w tle.
— Co się tu dzieje? Martwiłam się! Czy się czasem trochę nie spóźniliście? — Teraz dopiero uzmysławia sobie, że przy otwieraniu w coś uderzyła. — Co to był za dziwny odgłos? — Rozgląda się po korytarzu. Tuż obok drzwi zwija się Luffy, trzymając za czoło. — O, Luffy! Przepraszam cię. — Zaraz potem znów jej uwagę przykuwa Zoro i Sanji. — Czemu jesteście tacy poranieni?
— Chłopaki!
— Martwiliśmy się o was, cholery jedne!
Chopper i Usopp zalani łzami starają się jeden przez drugiego przekrzyczeć się wzajemnie.
— Ach! Lekarza! — Panika renifera na widok obrażeń jest normalna, aż zapomina, kto leczy całą załogę.
— Ty nim jesteś! — przypomina mu jak zawsze Usopp, tym razem powstrzymując się od walnięcia go w czaszkę.
Robin tylko wzdycha z ulgą i radością. Jej słaby uśmiech pokazuje, że i ona bardzo się martwiła.
Po tym, na czas rekonwalescencji Sanjiego, uznano, że będzie najlepiej zostać w hotelu. A jeśli chodzi o statek, po powrocie Usopp był zły, a łzy spływały szerokim strumieniem po jego policzkach, jak zwykle zresztą.
— Musicie się nauczyć, że jest jakiś limit! Granica wytrzymałości statku! Szlag! Macie mi pomóc w naprawach! — nakazuje ostro, krzycząc na przepraszających go solennie dwóch nakama, nawet jeśli jednym z nich jest kapitan.
Gorączka Sanjiego spada zadziwiająco prędko. Po dwóch, lub trzech dniach, czuje się wystarczająco dobrze, aby siedzieć w łóżku.
— Jeśli będziesz jadł mięcho, ogryź dobrze kosteczki — poucza go Luffy, dotrzymując towarzystwa.
— Nie jestem taki jak ty, głupku! — warczy wtedy Sanji, ciężko wzdychając. Cóż, priorytety kapitana ograniczały się przeważnie do mięsa i raczej to nigdy się nie zmieni.
Według diagnozy Choppera, serce Sanji'ego zatrzymało się na długi czas. Uznał za cud to, że jego pacjent nie odczuwa żadnych skutków ubocznych.
A sam Sanji wytłumaczy obrażenia po swojemu.
— Glonek i ja walczyliśmy. On wygrał, a ja poległem na całego. To wszystko.
Te słowa miały jednak sporo prawdy w sobie.
— I dlatego powinieneś był ze mną iść, a nie wracać na statek! — wyrzucała swoje żale nawigatorka.
— Wybacz, Nami. — Sanji udał skruchę, ale jednocześnie wiedział, że…
Jestem pewien, że Nami się mniej lub bardziej domyśla tego, co tak naprawdę się wydarzyło.
*Kilka dni później.*
Zoro zatrzymuje się przed drzwiami do pokoju zajmowanego przez Sanjiego. Po chwili wahania cicho puka.
— Wchodzę, kucharzu! — Otwiera szeroko drzwi i zatrzymuje się w progu. Sanji stoi koło łóżka, zapinając właśnie koszulę. — Och, czy z twoją stopą już jest lepiej?
— O ile tylko stoję… — odpowiada i odwraca się w jego stronę, natychmiast zamierając. —Yy… Co z twoją twarzą?
Na policzku Zoro widać wyraźnie odbitą dłoń, małą, przypuszczalnie damską.
— Hę? A, to. — Przegładza włosy, starając się ukryć zażenowanie. — Byłem u Nami przeprosić i podziękować. Strzeliła mnie, mówiąc jednocześnie, że się o mnie zamartwiała.
— Cała Nami. — Sanji wybucha śmiechem, ale po chwili milknie i siada na łóżku, sięgając po papierosy odłożone na stoliku. — Ach… Słuchaj, a tak przy okazji…
Gdy próbuje zapytać o to, co się wtedy wydarzyło, zawsze urywa w pół słowa, pomyślał natychmiastZoro, obserwując twarz Sanjiego, odpalającego powoli papierosa.
— Tak? — odzywa się w końcu, chcąc przełamać ciszę, ale spojrzenie kucharza jest bardzo niepokojące.
— Co jest? — Odkłada miecze na bok i krzyżuje ręce na piersi.
Najprawdopodobniej myśli o tym najgorszym, przemyka przez umysł Zoro, gdy Sanji odwraca się, wciągając powoli dym.
— Zapomnij — rzuca ten niedbale.
— Co z tobą? — To raczej niespotykane, że kucharz unika konfrontacji.
— Cóż… może… — mówi powoli, kontemplując z dziwną intensywnością ścianę naprzeciwko.
Twoje rany ciągle się goją, rozmyśla jednocześnie Zoro, obserwując poranioną i posiniaczoną twarz zamyślonego.
— Hej, Zoro…? — rzuca nagle kucharz.
— Co? — pyta, wracając do rzeczywistości.
— Chodźmy czasem do łóżka.
Zapada cisza, gdy sens słów Sanjiego trafia w końcu do umysłu szermierza.
— CO?!
— Co? Nie chciałbyś? — dopytuje, udając niewiniątko.
— NIC Z TEGO… COŚ TY SOBIE UBZDURAŁ?! JUŻ ZAPOMNIAŁEŚ, CO ZROBIŁEM?!
Sanji pozwala krzyczeć na siebie przyjacielowi, ze słabym uśmiechem patrząc na jego zażenowanie.
— Nie zapomniałem… ale nawet jeśli… o tym myślę… Czy nie byłoby lepiej, gdyby zatrzeć ból przyjemnymi doznaniami?
Zoro nie wie, co odpowiedzieć. Patrzy tylko na niego oszołomiony i zszokowany tą nagłą propozycją.
— Mówiłem ci już, że nie jestem ani słaby, ani delikatny. — Gasi niedokończonego papierosa w popielniczce.
— Nie boisz się mnie? — pyta cicho Zoro.
— Idiota, wcale się nie boję. Przecież jesteś Glonkiem, prawda? — Uśmiecha się szeroko, jakby to wyjaśniało wszystko. Może i ma rację.
Pirat milczy jak zaklęty. Jak marionetka na sznurku potrafi tylko opaść na Sanjiego, ciągnąc go swoim ciężarem na plecy. Wtula się w niego mocno, zachłannie.
— Czekaj, czekaj, czekaj. Ummm. Nie musimy teraz. Moja noga wciąż mnie boli — protestuje słabo, ale nie odsuwa go od siebie.
— Wiem — szepcze Roronoa. — Nie o to chodzi. Mam co innego na myśli. — Wciąga powietrze głęboko, chłonąc zapach kucharza. — Ja tylko… Teraz chcę tylko tego. — Chowa głowę w jego bark, nic innego nie robiąc.
— Aa! Widzisz, przestałeś! Zapomnij o tym, co mówiłem. — Unosi się na łokciach, a Zoro wraz z nim, by dać mu miejsce. Kucharz wie aż za dobrze, że jeśli teraz nie przekroczą progu pewnego limitu, to Zoro nigdy sobie nie wybaczy. Już samo jego zachowanie względem niego potwierdza myśli Sanjiego, że przyjaciel nie chce przekraczać granic.
— Coo?! — wyrywa się z ust pirata, gdy zostaje przewrócony na plecy.
— Teraz. Zróbmy to teraz — mówi łagodnie i pochyla się nad twarzą Zoro, by pocałować go powoli.
Mężczyzna nie ucieka, pozwala sobie nawet na przejęcie kontroli, ponownie odwracając Sanjiego na plecy i pogłębić pocałunki. Czuje ramiona kucharza na swoich plecach, trzymające go mocno, bez lęku.
— A co z twoją nogą? — przerywa, opierając się na rękach nad nim, gdy pyta.
— Cóż, będzie dobrze, jeśli nie będę jej za bardzo obciążał. Ale wszystko zależy od twojej siły… co będziemy robić… Co ty na to, przeklęty szermierzu? — Zaczyna bawić się jego kolczykiem. — Jeśli przyjmujesz moje wyzwanie, to wyłącz światło.
— „Przyjmujesz wyzwanie"? A co to? Jakieś zawody?
— Tak. Zawody. — Uśmiecha się czule, wsuwając palce w jego włosy. — Takie, w których obaj zapomnimy o tym, co w przeszłości było złe.
Roronoa jest początkowo zdziwiony, ale szybko odzyskuje opanowanie. Uśmiecha się i pochyla nad Sanjim, składając pocałunek na jego policzku.
— Rozumiem. — Zasłania na moment oczy kucharzowi i podnosi się z łóżka.
— Czek… — Nagły strach odbiera głos Sanjiemu.
Czy Zoro chce uciec? Siada szybko na łóżku, obserwując najmniejszy gest przyjaciela. Ten zatrzymuje się przy drzwiach, kładąc dłoń na wyłączniku światła, odwracając się do niego ze znanym, tak dokładnie ironicznym uśmiechem na ustach.
— Gaszę. Łapiesz, przeklęty kucharzu?
Jedyną odpowiedzią Sanjiego jest skinięcie w jego stronę palcem, by wracał do niego. Dla Zoro teraz już nic innego się nie liczy.
Ciche kliknięcie powoduje zapadnięcie ciemności w pokoju.
Koniec.
*1 Nakama – pozostawiam w oryginale, bo żadne tłumaczenie nie oddaje prawdy tego słowa. Dla jednych to może być załogant, towarzysz, przyjaciel – Dla mnie wszystkie te znaczenia razem mają dopiero sens i o to chodzi w słowie „nakama".
*2 władający – użytkownik diabelskiego owocu.
