I.

Nigdy nie był pesymistą i dlatego jego mózg już od kwadransa szuka pozytywów, wypływających z całego tego dzisiejszego zamieszania. Gdyby nic nie zakłóciło jego normalnego rozkładu dnia, jakieś dwadzieścia minut temu zacząłby, jak co tydzień, zbierać baty na sali treningowej, a za kolejne dziesięć prowadzący zajęcia instruktor przystąpiłby do rutynowego opieprzania jego osoby. Za dwie godziny miałby okazję, na wykładzie wicekapitana Kiry, odespać nocny wypad do koszar zaprzyjaźnionego 11. Oddziału, który wczoraj mocno się przedłużył, zapewne ściągając dzisiejszego ranka na chłopaków z „jedenastki" poważne łupanie w czaszce. Na myśl o 11. Oddziale całkowicie traci resztki optymizmu. W koszarach „piątki" słyszał, że połowa jego wczorajszych kompanów od gry w kości zamieniła się w duchowe cząsteczki. Na początku nie uwierzył, bo jeśli ktoś miałby przetrwać, to właśnie „jedenastka". No i wszyscy byli mi winni pieniądze, pomyślał, uśmiechając się do siebie i poświęcając kumplom chwilę ciszy. Był jeszcze kadetem, ale spędził w koszarach różnych dywizji połowę swojego pobytu w Akademii. Na dobrą sprawę niewielu jego znajomych nie było Shinigami. Jakby się nad tym zastanowić, to ludzie z Gotei otaczali go od zawsze, dekady przed tym, zanim w końcu (za ósmym razem) dostał się do Akademii. Orłem z Kidō nie był nigdy, choć potrafił się zmobilizować (przeważnie, gdy zawisło nad nim widmo relegowania) i Zanjutsu też nie było jego najmocniejszą stroną (co z kolei skwapliwie ukrywał przed wojownikami z 11.). Miał za to charyzmę oraz wrodzony dar zjednywania sobie ludzi i chyba temu zawdzięczał, że nie wyleciał jeszcze z uczelni na zbity pysk. Po prostu kruszył kamienne serca najbardziej srogich egzaminatorów i ze wszystkimi był w dobrych relacjach. A do tego miał żyłkę ryzykanta i odwiedził wiele miejsc, o których istnieniu niektórzy Shinigami nie wiedzą do śmierci. I właśnie to, a nie zaklęcia Kidō czy biegłość we władaniu Zanpakutō, mogło dziś uratować jego oraz dwanaście innych żyć. I być może całe Gotei.

Kiedy się zaczęło, Shirō przeciskał się przez wyrwę w murze, tuż obok wejścia do pomieszczeń mieszkalnych. Jeśli nie udałoby mu się zdążyć, ten cholerny Hiroshi , 7. oficer 1. Oddziału i instruktor kendo, zmieniłby jego życie w piekło. Zostało mu nieco ponad kwadrans na doprowadzenie się do jako takiego stanu, a przedstawiał sobą widok żałosny. Miał dość rozumu, by wiedzieć, kiedy należy się elegancko wycofać z imprezy 11. Oddziału. Szkoda, że za rzadko z tego rozumu korzystał. Na szczęście sake szybko się skończyło, a żaden z „jedenastki" nie zaryzykowałby wpadnięcia na mieście na swojego kapitana, targając pod pachą butelkę. Może byli popapranymi sadystami, może i mogli pić na umór w pokoju wspólnym, ale po wyjściu z koszar byli żołnierzami Gotei i prędzej rzuciliby się na swój miecz, niż zhańbili oddział. Shirō przeklinał ich w myślach i obiecywał sobie, że to ostatni raz, ale wiedział, że życie członków Gotei, do którego jeszcze nie miał prawa, jest jego życiem. Znał swoje możliwości i nie przeceniał swoich sił, ale od zawsze czuł, że będzie w tym dobry. Może nie będzie mistrzem nieszczęsnego Kidō, ale jest kreatywny i przez 5 lat nauki nie dał się złapać na żadnym przewinieniu. To mówi samo za siebie, myśli, śmiejąc się cicho.

Znowu jest sobą. Odpychając od siebie całą makabrę dzisiejszego dnia może myśleć jasno, a musi sobie wszystko po kolei przypomnieć i poukładać. 9. oficer, Shigeko Soichi czeka na raport i pewnie zażąda go, gdy tylko opuszczą Gargantę. Swoją drogą ta dziewczyna wygląda niewiele lepiej, niż 10 minut temu. Kiedy się do niego odwróciła w koszarach „piątki", myślał że mu zemdleje. I zamiast przekazać balast w postaci 12 studenciaków i mieć wreszcie chwilę spokoju, dostałby w bonusie nieprzytomną kobietę. Swoją drogą nie najbrzydszą. Szczerze ma nadzieję, że to tylko chwilowe, bo jeśli trafił właśnie pod dowództwo jakiejś łajzy, to równie dobrze mógł zostać obok tego cholernego, dziurawego ogrodzenia i zaczekać, aż go ubije jakiś Stern Ritter albo inne cholerstwo. Ale skoro udało mu się przebić przez całe Seireitei, to prędzej sam przejmie dowodzenie, niż poda się na tacy mutantom z Vandenreich.

II.

Kiedy przelazł przez dziurę i wyszedł z krzaków, poczuł pierwsze wybuchy błękitnej energii i chociaż wiedział, że było to po drugiej stronie Sereitei, to miał wrażenie, że wyczuwa w powietrzu naelektryzowane drobinki. Za długo się nad tym nie rozwodził, tylko wybiegł na dziedziniec przed budynkiem Akademii, gdzie zebrał się już spory tłum, nad którym nikt nie panował. I nagle poczuł strach. Wiedział, że właśnie na Soul Society spadła jakaś katastrofa, ale nikt ich o niczym nie informował, nie było umundurowanych Shinigami, nikt nie próbował uspokajać rozhisteryzowanych kadetów, w większości uzbrojonych w ćwiczebne miecze. I za chwilę znalazł się geniusz, chyba z 3 roku, który ogłosił się przywódcą tych dzieciaków i wpadł na pomysł schronienia się w murach Akademii. Nie poprzewodził im długo, po jakichś 2 minutach z budynku nie został kamień na kamieniu. Ale Shirō był już po drugiej stronie muru, prowadząc 12 kadetów, którzy mieli dość rozumu, by się stamtąd wynosić. Nie próbował nawet biec do bramy, za którą już się kotłowało od wojska, ale wydostał się tą samą drogą, którą chwilę temu się wślizgnął. Jego szkolne oceny nigdy nie wskazywały, że jest tak dobry w strategii, ale praktyka pokazała, że jego oceny były zaniżone. Nawet się nad tym nie zastanawiając, wiedział, że w przypadku ataku na Soul Society, na pierwszy ogień pójdzie siedziba Centrali 46, koszary oddziałów, IBiRS i właśnie gmach Akademii. Dlatego z czystego pragmatyzmu postanowił trzymać się od tych miejsc z daleka.

Starał się unikać głównych ulic, ale nie zapuszczał się też w zaułki, z których ciężko byłoby dać nogę, w razie wpadnięcia na siły wroga. Od razu wiedział, kim są najeźdźcy. Całe Soul Society miało świeżo w pamięci pogrzeb wicekapitana Sasakibe i chociaż okoliczności jego śmierci owiane były tajemnicą, Shirō zasięgnął informacji z pewnego źródła. Zawsze uważał brak doinformowania za częstszą przyczynę śmierci niż miecz przeciwnika. Dobrze wiedział, że po ulicach Seireitei maszerują zastępy uzbrojonych po zęby Quincy, nie przypominających niczym śmiesznych łuczników w pelerynach. Dlatego nie ryzykował wychylania się, by im się przyjrzeć i musiał stopować swoich dwunastu „podwładnych", aby ich ciekawość nie ściągnęła na całą grupę szybkiej śmierci. Mieli przy sobie swoje Zanpakutō, ale po sile eksplozji dookoła i rozmiarach inwazji, wiedział, że ich miecze nic nie znaczą. Planował wydostać się na zewnątrz murów, do Rukongai, bo to chyba ostatnie miejsce, jakie zaatakowaliby Quincy. Tyle, że ciągle musieli zbaczać z wytyczonej trasy, by nie wpaść na przeciwników, z którymi nie mieliby szans.

Po jakimś kwadransie stanęli na drodze biało umundurowanego oddziału, którego uniformy i wyposażenie były dla Shirō całkowicie obce. Cóż, zdarza się nawet najlepszym, pomyślał wtedy z rezygnacją, czekając na uderzenie niebieskiej energii, od której było gęste powietrze. Ale cios nie nastąpił i wydawało się, że Quincy zignorują ich obecność, nie zadając sobie trudu ich wykańczaniem. Olśniło go - przecież cała trzynastka miała na sobie uniformy rekrutów. Wyglądało na to, że Quincy polują na grubszą zwierzynę. I nic by się nie stało, gdyby ten czwartoroczny dureń nie wyjął Zanpakutō, wywołując podobną reakcję u pozostałej jedenastki. Od grupy Quincy oddzielił się jeden żołnierz i Shirō był pewien, że kadeci się doigrali. Tyle, że teraz stali jak skamieniali i czekali na zbliżającego się przeciwnika, trzęsąc się ze strachu. Nie miał wyjścia i chwycił rękojeść swojej katany, krzykiem wyrywając kolegów z odrętwienia. Kazał im spierdalać, nie oglądając się za siebie, i wyglądało na to, że język rynsztokowy bardziej do nich dociera niż uprzejme polecenia. Upewnił się, że w alejce został sam z biało odzianym żołnierzem i uwolnił swój miecz.

III.

Nigdy do tej pory nie czuł tego, co poczuł w tej alejce sekundę po wezwaniu imienia swojego Zanpakutō. Oczywiście nie był to pierwszy raz – poznał imię swojej katany pod koniec drugiego roku w Akademii i od tamtego dnia miał wrażenie, że jest panem całej jego mocy. Teraz to wrażenie prysło. Z drugiej strony pierwszy raz poczuł się naprawdę pełny, jakby wrócił do niego utracony kawałek duszy, o którego braku nawet nie widział. Było to głębsze i bardziej oszałamiające niż moment, w którym pierwszy raz zobaczył duchową formę własnego Zanpakutō w wielkiej, ciemnej sali swojego wewnętrznego świata. Shirō poczuł teraz, że z miecza przepływa na niego potężna, nieokiełznana siła, i przestraszył się, że nad nią nie zapanuje. Moc jego własnego miecza przytłoczyła go i potrzebował chwili, by dojść do siebie. Nie miał chwili. Quincy jakby od niechcenia wystrzelił w niego strumień roziskrzonej energii. I była to ostatnia rzecz, jaką zrobił w życiu.

Shirō nie miał pojęcia, co się stało, ale wyglądało na to, że czerwona plama na murze przed nim jest wszystkim, co zostało z jego przeciwnika. Był oszołomiony, nigdy do tej pory nie miał okazji używać miecza walcząc o życie i przyszło mu do głowy, że pewnie dlatego miecz użyczył mu całej swojej siły. Na treningach z kadetami, czy nawet nadzorowanych polowaniach na Hollowy w Świecie Ludzi, nie potrafił objąć nawet części tej mocy, bo nie skupiał na woli zwycięstwa każdej komórki swojego duchowego ciała, tak jak to zrobił przed minutą. Wydawało mu się też, że skoro przez 3 lata w zasadzie niczego nowego nie przyswoił, to jego miecz nie ma już przed nim tajemnic i musi się pogodzić z tym, że on sam jest po prostu słaby. W tej chwili nie mógł nawet połapać się w tym, co przed chwilą zrobił, bo miał wrażenie, że nie zdążył zrobić nic. I że jego miecz użył właśnie techniki całkowicie mu obcej, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że było to Kidō. Albo raczej obrażenia Quincy, rozsmarowanego na murze, były zdecydowanie skutkiem silnego ataku fizycznego, ale Shirō wiedział, że użył też demonicznej magii, nie wiedział tylko jakiej. Nigdy nie miał ambicji zgłębienia jej tajników. W Bakudō był do bani, przy Hadō większość inkantacji powyżej 10 poziomu kończyła się niekontrolowanym wybuchem. Patrząc na swoją katanę, mieniącą się w słońcu, poczuł przerażenie na myśl o tym, jak wiele musi się jeszcze nauczyć, by nie czuć się niegodnym władania tak wspaniałym Zanpakutō.

Potrzebował jeszcze chwili czasu na przeanalizowanie tego, co właśnie wydarzyło się między nim, a jego mieczem, ale nie mógł sobie na ten luksus pozwolić. To będzie musiało poczekać. Wziął na siebie, trochę zmuszony okolicznościami, odpowiedzialność za 12 innych osób i chociaż nie miał na to najmniejszej ochoty, musiał odszukać podopiecznych. Na podstawie obserwacji ich zachowań, zwłaszcza przed chwilą, miał świadomość, że bez niego zginą marnie. Nie chowając katany puścił się pędem w kierunku, w którym zniknęli kadeci. Znalazł ich bez problemu po kilku minutach, schowanych w jakiejś dziurze i debatujących, co mają teraz robić. Zareagowali, jakby zobaczyli ducha, ale zaczęli patrzeć na niego niemal ze czcią i przynajmniej to przywróciło mu lepszy nastrój.

W kolejnej uliczce natrafili na oficerów z 7. Oddziału, zwyczajnie się pod nich podpięli, a on mógł chociaż na chwilę dać odpocząć wytężonym zmysłom. Oficer wciąż otrzymywał informacje pełne statystyk, obcobrzmiących nazw i imion, które chłopak chłonął. Wtedy usłyszeli komunikat do kapitanów na temat kradzieży Bankai, który powinien być zastrzeżony tylko dla ich uszu. Wyglądało na to, że kanały komunikacyjne zaczęły się nakładać, jakby ktoś się do nich podpiął, sterował nimi. I być może słuchał jednocześnie wszystkiego. Powstał chaos w eterze i nie można było zrozumieć żadnej z transmisji. Wtedy znowu zobaczyli biało odzianych żołnierzy. Najstarszy stopniem z „siódemki" kazał rekrutom wiać jak najdalej i Shirō bez protestów zastosował się do rozkazu, ponownie przejmując dowodzenie nad kolegami. Tak się złożyło, że wpadli do uliczki, którą dobrze znał. Na jej końcu, pod drzewem była klapa, a za nią przejście, które pokazał mu kiedyś kumpel z „czwórki", w bardzo awaryjnej sytuacji. Teraz dziękował mu w myślach, po raz kolejny przyznając, że 4. Oddział wie o Sereitei chyba wszystko. Zeszli do kanału, przez nikogo nie ścigani, i po kilku minutach marszu wyszli na powierzchnię, na wprost IBiRS, z którego akurat wybiegali z popłochu ludzie w białych kitlach. Wyleźli z kanału prawie pod nogami Akona, który naprędce organizował laboratorium w warunkach polowych, a budynek już płonął. Wicedyrektor Instytutu nadzwyczaj dobrze sobie radził, zajmując się jednocześnie tysiącem rzeczy. Shirō, pełen podziwu, pomyślał, że gdyby kapitanowi Mayuriemu niechcący spadła dzisiaj cegła na głowę, nikt by za bardzo tego nie odczuł. Coś go tknęło i bez wyraźniej przyczyny, pomijając regulamin i nie respektując stopnia 3. oficera 12. Oddziału, po prostu podszedł i opowiedział mu o chaosie w łączności. Akonem to wstrząsnęło, był wyraźnie wściekły, że nie był w stanie sam tego wykryć. Całe Gotei być może znajdowało się na podsłuchu i o tym nie wiedziało, ale widocznie chodziło o coś ważniejszego. Dopiero godzinę później, układając strzępki informacji w całość na schodach koszarów „piątki", Shirō załapał, że Vandenreich podpinając się pod komunikację Gotei, monitorowało walkę Zastępczego w Hueco Mundo, a to mogła być katastrofa.

Wicedyrektor rozkazał natychmiast, bez ostrzeżenia zerwać łączność. Rozesłał blisko połowę swoich podwładnych, w różnych kierunkach, z ustnym zakazem przerywania ciszy radiowej. I wtedy spadł deszcz. Zastał grupę kadetów w połowie drogi do baraków 1. Oddziału. Postanowienie Shirō, że będzie się trzymał z dala od punktów strategicznych, przestało dla niego cokolwiek znaczyć. Znał swoje możliwości i wiedział, że będzie pierwszy na miejscu, by przekazać kapitanom instrukcje od IBiRS. Z tego, co dzisiaj usłyszał, wywnioskował, że walka toczy się w okolicach kwatery głównodowodzącego, że angażuje głównie kapitanów i że jest bardzo niedobrze.

IV.

Nie zadawał sobie trudu dotarcia na dziedziniec 1. Oddziału. Zobaczył wybuch, i poczuł, jak chyba większość Shinigami, że zniknęła potężna aura, która (jak się domyślał) należała do Yamamoto. A za chwilę pojawiła się kolejna, zupełnie inna. Chociaż stał cztery ulice od dziedzińca, poczuł uderzenie Reiatsu i przyszło mu do głowy, że gdyby stał dwa kroki bliżej, to by upadł. To też trwało sekundy, najwyżej minutę, ale nic z tej walki nie widział. Domyślił się tylko, że to Reiatsu Zastępczego, chociaż do teraz się z nim nie zetknął. Odczuł zmianę i wtedy zorientował się, że najeźdźcy, Stern Ritterzy, jak ich ktoś nazwał, odchodzą. Stojąc na wzniesieniu zobaczył, że ocaleli Shinigami koncentrują się przy leżących niedaleko koszarach 5. Oddziału i tam też się skierował, a za nim pobiegli jego ledwie żywi ze zmęczenia koledzy.

Oczywiście panował chaos. Charakterystyczne dla sytuacji po klęsce, a chyba nikt nie wątpił, że Gotei porządnie oberwało. Shinigami dzielili się informacjami, całkiem naturalne i pożyteczne w takich okolicznościach. Usłyszał, że wszechkapitan nie żyje, a chwilę potem, że to samo spotkało Kenpachiego i Byakuyę Kuchiki. Tylko druga informacja okazała się nieprawdziwa. Połowa kapitanów straciła Bankaie (co było dla niego niepojęte), bez obrażeń wyszli z tego tylko kapitanowie 4., 5. oraz 13. Oddziału i wyglądało na to, że na nich spadnie ogarnięcie tego bałaganu. Mayuri Kurotsuchi zapadł się pod ziemię, co nie zdziwiło chłopaka, ale z nikim nie podzielił się swoimi przemyśleniami. Przy wejściu do biura przecisnął się do kapitana „piątki" i wszystko mu streścił, zaczynając od końca. Shinji Hirako zamknął się z kapitanami Unahaną i Ukitake, po czym po Gotei gruchnęło, że wszyscy ewakuują się do Świata Ludzi.

To chyba najgłupszy pomysł, na jaki mogli teraz wpaść, pomyślał wtedy Shirō. Panuje chaos, wszyscy są przybici, ale chrzanić to - żaden dowódca nie ma prawa podjąć takiej decyzji. Ściąganie Vandenreich do Świata Ludzi skończy się katastrofą, a Soul Society raczej nie dysponuje na wypadek walki drugą zapasową imitacją Karakury. A Quincy Shinigami nie odpuszczą.

Chwilę później kapitan 5. Oddziału wezwał go ponownie, przekazał mu bezpośrednio informację o ewakuacji i badawczo obserwował. Shirō nie miał pojęcia, co kadet robi sam na sam z kapitanem, który powinien teraz zapewniać bezpieczeństwo swoim żołnierzom. Naprawdę miał już dzisiaj dość, był wściekły, co mu się rzadko zdarzało, i w dodatku niewyspany. Więc zrobił najgłupszą rzecz w swoim życiu – powiedział kapitanowi Gotei 13, co naprawdę myśli o jego głupim planie.

V.

Shinji Hirako z kamienną twarzą i uważnie go obserwując wysłuchał kadeta, który nie przebierał w słowach. Shirō pomyślał, że może nie będą mieli czasu na organizowanie sądu wojskowego, a chwilę potem, że przecież nie jest jeszcze członkiem żadnego oddziału, więc nie mogą, ot tak, przeprowadzić egzekucji. Kapitan odwrócił się, zaczął zapisywać coś na kartce i jednocześnie się na niego wydzierać, tak z półminutowym opóźnieniem i zupełnie bez przekonania. Shirō pomyślał, że Visoredowi zupełnie odbiło, ale tym razem zachował to dla siebie, bo naprawdę zaczynał się bać. Hirako, także nie przebierając w słowach, dobitnie kazał mu w spierdalać z jego biura i na odchodnym wcisnął w rękę karteczkę, jednocześnie z półuśmiechem odprowadzając go wzrokiem. Skołowany chłopak wyszedł przed baraki i spojrzał na kartkę. Zamurowało go i jeszcze raz przebiegł wzrokiem papier. „Gotei ewakuuje się do Hueco Mundo. Oddziały dowiedzą się na miejscu. Zostajesz w „piątce", przyślę starszego oficera, złóż raport po wyjściu z Garganty".

Shirō przeczytał czwarty raz i wreszcie dotarło do niego pełne znaczenie słów na kartce. „Złóż raport po wyjściu z Garganty". Shinji Hirako dopuszczał możliwość, w obecnych warunkach bardzo prawdopodobną, że Gotei nadal w jakiś sposób było podsłuchiwane i wprowadzał wroga w błąd! Nie mogli zostać w Soul Society, to oczywiste. Ale skąd pomysł z Hueco Mundo? Przecież tam były niedobitki Arrancarów, cała masa Hollowów i zastępy Stern Ritterów, jak wynikało z informacji od Kisuke Urahary. Słyszał o tym od Akona… W Hueco Mundo był Urahara! Mógł natychmiast zapewnić bezpieczne przejście przez Gargantę, postawić bariery i przynajmniej na trochę ukryć Reiatsu członków Gotei. Kilku Shinigami klasy kapitańskiej może podtrzymywać bariery nawet dniami, przypomniał sobie nagle, sam dziwiąc się temu, że jednak wyniósł coś nawet z wykładów o Kidō.

Ale są tam jeszcze ci Vandenreich. Chyba, że ktoś się nimi teraz zajmował. Na przykład Kurosaki, który gdzieś zniknął. Nawet, jeśli Vandenreich straci łączność ze swoimi jednostkami w Hueco Mundo, to można będzie liczyć, że zrzucą to na Arrancarów. Kilku ich tam zostało i, na jego oko, muszą być nieźle wkurwieni. I kiedy Quincy będą badać, metr po metrze, każdy skrawek Świata Ludzi w poszukiwaniu Reiatsu Shinigami, Gotei zaszyje się choćby w Las Noches. A jeśli szczęście im dopisze, przeanalizują dane i dowiedzą się czegoś więcej o porażającej mocy wroga.

Miał wrażenie, że coś mu w tym wszystkim umyka, ale z drugiej strony nie pamiętał, kiedy ostatnio jego mózg pracował na takich obrotach, a adrenalina pulsowała w żyłach. Potrzebował odpocząć i się uspokoić, bo gdyby z tego wszystkiego kompromitująco zemdlał tutaj, na oczach całego Gotei, to chyba musiałby po ocknięciu odebrać sobie życie. Nie dane mu było posiedzieć na schodkach baraków 5. Oddziału nawet chwili dłużej. Bo jeden z ocalałych kadetów, czwartoroczny który w dodatku działał mu na nerwy, powiedział, że szuka go jakaś oficer z „piątki". Która za chwilę prawie padła nieprzytomna, a on zamiast oczyścić umysł, musiał zachowywać czujność całą drogę przez Gargantę, w międzyczasie układając w myślach swój pierwszy raport.

VI.

Biegną przez Gargantę dobrych kilka minut, ale ona nie zdążyła jeszcze dojść do siebie. Przynajmniej jest teraz tak jakby pewna, że nie zemdleje. Co jakiś czas zerka na nią, upewniając się, czy jeszcze nie straciła przytomności, a jej od tego miękną kolana. Nie rozumie powodu, dla którego od razu poinformował ją, że raport złoży po dotarciu na miejsce, ale jest z tego zadowolona. Pewnie nie zrozumiałaby nawet słowa, a teraz powoli odzyskuje nad sobą panowanie. Tak jak się spodziewała, zupełnie jej nie pamięta. A ona z drugiej strony nie jest pewna, czy ten Shinigami, Shirō Ashige, to naprawdę Shirō Kahei, jakiego kiedyś znała. W sumie, ona sama nie ma na to wszystko żadnego wpływu. Los postanowił ją dzisiaj doświadczyć na wiele sposobów i czego by nie próbowała, nie może tego zmienić. I ta myśl ją otrzeźwia. Jest tutaj starszym oficerem, a pozwala traktować siebie jak porcelanową lalkę. To do niej niepodobne. A ten siwooki chłopak to zwykły rekrut, nie dysponujący nawet szczególnie wielką mocą. Wyczuwa doskonale jego Reiatsu, które jest jeszcze mocno nieustabilizowane, a Zanpakutō wydaje się nie całkiem rozbudzony. Nabiera pewności, że jego właściciel jest na etapie myślenia, że poznanie imienia miecza załatwia sprawę. W końcu jest tylko kadetem 5. roku. Zaraz, co szczególnego w takim razie dostrzegł w nim kapitan Hirako? Na pewno przeanalizował jego moc duchową sto razy szybciej niż ona. Zaczyna ją pożerać zwyczajna ciekawość.

Kiedy lądują na piasku Hueco Mundo, robi się jej nieswojo. Po prostu wszędzie tu śmierdzi Hollowami i jakoś zaczyna wątpić, że się do tego przyzwyczai. Nagle doznaje olśnienia – nigdy do tej pory nie reagowała w ten sposób, a zanurzała Pogromcę w ciele nie jednego Hollowa. Skupia się i wyszukuje Pustych swoimi zmysłami Shinigami. Wie, że są tutaj, ale daleko i nie jest w stanie nawet ustalić kierunku. Z kolei ten „zapach" to zupełnie coś innego. Po chwili to wrażenie znika, ale ona nadal ma dziwne odczucie, że gdyby w poprzednim życiu była trochę lepsza w te klocki, to tak zmysłami Quincy wyczuwałaby Hollowy. Nie ma czasu się nad tym dłużej zastanawiać, bo podchodzi do niej niedawny samozwańczy dowódca grupy kadetów i zaczyna rzeczowym tonem, prosto i konkretnie relacjonować swoją podróż przez ulice Seireitei i przebieg rozmowy z kapitanem 5. Oddziału.

Gdyby siedziała, wbiłoby ją w fotel. A tak jej zaskoczenie oddaje tylko głupi wyraz jej twarzy. Jest podwójnie przeszczęśliwa, że Shirō Ashige dołączył do jej oddziału i teraz w pełni rozumie, co w nim zobaczył kapitan „piątki". Poza jej pojmowaniem pozostaje to, jak udało mu się doprowadzić do sztabu 12 innych żywych osób nawet bez zadrapania, chociaż jest pewna, że zapamiętają tę podróż do końca życia. Ale w czasie, w którym ona trzęsła się ze strachu, leżała nieprzytomna, następnie zalewała się łzami i w końcu kierowała grupę ludzi w niewłaściwe miejsce, Shirō dokonał właściwej oceny taktycznej, potrafił unikać silniejszych przeciwników, a nawet jednego pokonał (sama nie ma pojęcia jak), przemierzył całe Seireitei (wykazując się zadziwiającym rozeznaniem w terenie, zważywszy, że studentom zabroniono opuszczać kampusu Akademii), zbierał, przekazywał i analizował informacje o znaczeniu strategicznym oraz wymusił posłuch na kapitanie Gotei i wicedyrektorze Instytutu. Nawet nie będąc członkiem Oddziałów. Pocieszające, że będzie miała w dywizji kogoś użytecznego, oprócz niedobitków i tych łamag, które ze sobą przyprowadził. Zdecydowanie poprawia jej to nastrój i ma ochotę z miejsca zrobić go 10. oficerem, ale to chyba lekka przesada. Musi wszystko przemyśleć i rozważyć, jak postąpiłby Shinji Hirako.

VII.

Na pustyni robi się tłoczno. Gargantę sprawnie opuszczają kolejni Shinigami. Chociaż wszystko odbywa się w wojskowym porządku, panuje lekkie rozluźnienie. Po dzisiejszym poranku oddziały potrzebują kilka minut, zanim zostaną rozdane szczegółowe przydziały i zacznie się rozbijanie tymczasowego obozu, by zwyczajnie odetchnąć i upewnić się, że z kolegami wszystko dobrze.

- No kogo ja widzę...?! Jesteś cholernym dzieckiem szczęścia.

Zna ten głos i zanim się odwraca jest już wściekła. Hayato chyba trochę za bardzo się z nią spoufalił, zresztą może ją znać dwadzieścia lat, ale jest teraz 9. oficerem i ostatnim razem kazała mu się do niej zwracać pełną rangą. Ale Taku Hayato, za którym podąża kilku z „jedenastki", mija ją i… rzuca się w ramiona Shirō.

- W sumie mogłem się po tobie spodziewać, że nie dasz się tak łatwo zabić, ale że naprędce zorganizujesz sobie własny oddział? To już przegięcie, Ashige. Jeśli chcesz zostać kapitanem, to na razie nie ma vacatów…

Milknie, a ona wie, że teraz wszystkim staje przed oczami wszechkapitan Yamamoto. I wyczuwalnie atmosfera zmienia się z lekkiej na grobową. Odkąd istnieją oddziały zawsze był Genryūsai Shigekuni Yamamoto i nikt nie może myśleć o przyszłości Gotei 13 bez przywództwa Yamy-jii. Kapitanowie muszą szybko coś zrobić, bo inaczej niskie morale, bez pomocy Vandenreich, wykończą to, co zostało z Gotei.

Shinigami z różnych dywizji chwilowo wymieszali się ze sobą, w oczekiwaniu na rozkazy. Obserwuje rozmawiających Shirō i Hayato, którzy sprawiają wrażenie dobrych znajomych. Wygląda na to, wnioskując po wykrzykiwanych powitaniach, że jej nowego oficera zna połowa Gotei, a przynajmniej cały „jedenasty", skupiony teraz wokół niego. Zaczyna ją to drażnić, zwłaszcza, że sama nawet nie kojarzy większości młodszych oficerów, a i ze starszych nie wszystkich zna z nazwiska. Musi to nadrobić, jeśli ma przejąć nowe obowiązki w oddziale. Pojawienie się kapitanów ucisza wszelkie rozmowy. Ku jej zdumieniu obecni są prawie wszyscy, oprócz Zarakiego i Kuchiki, o których wie, że są naprawdę poharatani, oraz Mayuriego Kurotsuchiego, którego z kolei zawsze ciężko złapać. Większość nosi opatrunki, wskazujące na obrażenia, ale wszyscy są w stanie uczestniczyć w nadzwyczajnym zebraniu całego Gotei na piaskach Hueco Mundo. A więc nie jest tak źle, jak wskazywały na to pierwsze raporty. Zaraz… Oddziały też nie są w najgorszym stanie. Straciliśmy wielu oficerów, najbardziej ucierpiały oddziały 5. i 11., ale ogólnie wiele jednostek nawet nie zdążyło się wdać w walkę. Teraz spogląda na otaczający ją tłum innym wzrokiem i nie widzi wcale zdesperowanych niedobitków. Widzi zdrowo wkurwionych, dumnych Shinigami, którzy mają wielką potrzebę wykazania się swoją użytecznością w walce.

Pomiędzy postaciami w haori widzi Kisuke Uraharę (którego się tu po informacjach Shirō spodziewała), rudowłosego chłopaka (z pewnością Ichigo Kurosakiego, choć go nigdy nie wcześniej nie spotkała), jakiegoś wielkoluda i ludzką dziewczynę oraz… kilku Arrancarów, nawet nie usiłujących się kamuflować ze swoimi maskami. Chyba powinna sobie postanowić, że nic jej tu nie zdziwi. Głos zabiera kapitan Ukitake i wypowiada słowa, które wypalają się im wszystkim w pamięci.

- Zostaliśmy zaatakowani i nadzwyczajne okoliczności wymagają nadzwyczajnych środków. Nasz wróg nie jest tym, czego się spodziewaliśmy, ale Gotei 13 nie jest też takie, jakie było jeszcze 2 lata temu. Odeszliśmy z Soul Society nie po to, by się kryć, ale dlatego, że sztuka wojenna wymaga przemyślanej strategii. Jesteśmy w Hueco Mundo, które tymczasowo traktujemy jako sprzymierzeńca, dlatego wszelkie przejawy agresji są zabronione.

- Więc dla własnego dobra trzymać się z daleka od Las Noches, bo zrobi się kurewsko nieprzyjemnie.

Nie może uwierzyć własnym oczom, ale słowa wypowiada błękitnowłosy Arrancar, a jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że uśmiecha się przy tym, jakby nic sobie nie robił z obecności setek Shinigami na jego pustyni, jakby był… królem Hueco Mundo. Jedyną osobą na jaką patrzy jest Zastępczy, a jego spojrzenie przyprawia ją o ciarki na plecach. Przed kapitanów wychodzi Shinji Hirako.

- Za chwilę oficerowie otrzymają od kapitanów przydziały dla swoich podwładnych. Oficerowie ręczą za poprawne zachowanie podwładnych w stosunku do naszych tymczasowych przyjaciół, albo polecą głowy. Każdy, komu nie zostaną przydzielone nadzwyczajne rozkazy, ma obowiązek za pięć dni znajdować się w stanie najwyższej gotowości bojowej. Za pięć dni wracamy do Soul Society.