I.
Uczucie błogiego spokoju powoli ją opuszcza i zaczyna czuć lekkie szturchanie. Budzi ją jeden ze świeżo upieczonych członków 5. Oddziału. Nie ma pojęcia jak się tu znalazła, ale leży na średnio miękkim i nienajlepiej pachnącym posłaniu w namiocie swojej dywizji. Przez myśl jej przebiega, że na pewno nie chciałaby spać w posłaniu nikogo z „jedenastki". Jej podwładny odmeldowuje się i wychodzi. Wygląda na to, że przespała nie dłużej niż 4 godziny, bo słońce niewiele podniosło się nad horyzont. Ale wie, że najwyższa pora się zbierać, bo na południe wyznaczono nadzwyczajne spotkanie poruczników, na które kapitan wydelegował ją. A wcześniej musi się zorientować w stanie swojego oddziału. Klapa namiotu podnosi się i do środka wchodzi Shirō Ashige. Pierwszy raz są całkowicie sami. Obserwuje go, jak pada na pierwsze z brzegu posłanie. Wydaje się nie zauważać jej obecności i wygląda na skonanego. Jakby w ogóle nie zmrużył oka. Przypomina sobie, że Urahara mówił coś wczoraj o podarowaniu mu dnia wolnego. Wygląda na to, że nie wykorzystał tego dnia na byczenie się na piasku. Z przyjemnością siedziałaby dłużej, obserwując jego rytmicznie podnoszącą się pierś i drgające, zamknięte powieki, ale zmusza się do wyjścia na zewnątrz.
Na zewnątrz widzi setki Shinigami. Cały obóz tętni życiem i zmiana w zachowaniu ludzi jest wyczuwalna. Dziś nie są już ścigani, dzisiaj są armią, która za 4 dni wróci po swoje, a potem wyruszy w każde miejsce, gdziekolwiek kapitanowie ją poprowadzą. Ona jest odpowiedzialna za jedną trzynastą tej armii, ale jakoś nie widzi nikogo z „piątki". Albo raczej widzi, ale nikt się za bardzo jej obecnością nie przejmuje. A jej nie przychodzi do głowy, jak ich wszystkich wezwać.
- Yyyy… 14. oficerze… Zbierz ludzi, mam trochę rzeczy do przekazania.
14. oficer, jakkolwiek ma na nazwisko, przepisowo salutuje i idzie pozbierać kolegów, ale jakoś bez entuzjazmu. Nagle Shigeko przychodzi do głowy, że całkowicie ma gdzieś jej polecenia i gdyby nie groził mu za to sąd, gdyby Gotei nie było właśnie w stanie wojny, zwyczajnie by jej rozkaz olał. Dla niego, dla nich wszystkich 9. oficer Shigeko Soichi jest bardzo sprawnym, ale trzymającym się na uboczu Shinigami. I gównianym oficerem, z zerowym szacunkiem u swoich podwładnych, których nawet nie zna. Jest po prostu oficerem awansowanym przez przypadek, do którego nie mają najmniejszego zaufania i któremu nie powierzyliby swojego życia. Ta myśl ją załamuje.
- Do jasnej cholery, ruszyć tyłki. Zatochi, do ciebie też mówię. Możesz na mnie donieść, panie 14. oficerze, wisi mi. Jak przełożony o coś ładnie prosi, to dla ciebie jego słowo ma być święte. Oficer Soichi ładnie prosi na spotkanie, więc wasze dupy powinny być tu 2 minuty temu.
Shigeko nie musi się odwracać, by wiedzieć, że za nią stoi przypominający zwłoki, padający ze zmęczenia Shirō Ashige. I zachowuje się, jak na dowódcę przystało. Zazdrości mu tego i szczerze jest wdzięczna, że dzięki niemu nie do końca straciła twarz. Musi rozgryźć, jak Shirō (wczoraj jeszcze kadet, dziś ledwie 16. oficer) potrafi zaszczepić w ludziach (z którymi służy kilkanaście godzin) przekonanie, że wie co robi. I zmusza ich do posłuchu. Zresztą rekruci, których wczoraj przyprowadził ze sobą, już widzą w nim boga i poszliby za nim w ogień. Shigeko musi to rozpracować i wdrożyć w praktyce.
Ogarniecie oddziału nie zajmuje jej więcej niż kwadrans. Rozpuszcza członków „piątki" i odsyła zasypiającego na stojąco Shirō z rozkazem odespania przynajmniej kilku godzin. Ma teraz konkretne dane co do stanu osobowego, przyjęła raporty, na co nie miała wczoraj czasu. Czuje się przygotowana na spotkanie wicekapitanów, chociaż podejrzewa, że będzie ono dotyczyło zupełnie czegoś innego. Skoro jest zastępcą swojego dowódcy, to jej stan wiedzy jest pewnie niewiele mniejszy, niż etatowych poruczników. A ten stan wiedzy jest praktycznie zerowy. Nie ma pojęcia, co się ma wydarzyć za 4 dni, nie ma pojęcia, na jakich zasadach stacjonują w Hueco Mundo. Wie tylko, że mają się przygotowywać i że obowiązuje zawieszenie broni z arrancarskimi gospodarzami. Najwyższa pora, by dowiedzieli się, w jaki sposób wrócą do domu.
II.
Spotkanie jest zebraniem wicekapitanów tylko z nazwy. Brakuje poruczników: Kiry, Yachiru, Nemu Kurotsuchi. O pierwszym wiadomo, że nie żyje. Dwie pozostałe gdzieś wsiąkły i prawdopodobnie znajdują się u boku swoich kapitanów. IBiRS składa także do kupy Abaraia, Rukię Kuchiki i Hinamori (która ma wybitnego pecha, spędzając połowę czasu jako porucznik pod kroplówką). No i oczywiście nie ma nikogo wysokiego rangą z 1. Oddziału. Na dobrą sprawę Shigeko nie jest pewna, czy 1. Oddział w ogóle funkcjonuje normalnie bez kapitana i jego wice. Na razie nie chce sobie tym zaprzątać głowy. W każdym razie siedem oddziałów jest reprezentowanych przez niższych oficerów.
Pojawiają się kapitanowie. Teraz zebranie wicekapitanów zdecydowanie nabiera charakteru zebrania poszerzonego sztabu dowodzenia. Shigeko przychodzi do głowy, że właśnie znajduje się na naradzie wojennej. Do której, obok dowództwa Gotei, dołączają Kisuke Urahara, co chyba nikogo nie dziwi, Zastępczy Shinigami, sprawiający wrażenie przybitego, oraz Arrancar, którego widziała wczoraj miedzy kapitanami. Robi się coraz ciekawiej. Głos zabiera Shunsui Kyōraku, który widocznie swoją walkę przypłacił opaską na oku.
- Yare, yare… Zapewne zauważyliście nowe twarze, zwłaszcza po naszej stronie stołu. Zaczniemy od naglących spraw organizacyjnych, a kiedy nasz arrancarski sojusznik opuści, zapewne z żalem, nasze grono, przejdziemy do spraw Gotei. 3. oficerze Madarame, zechcesz wyjaśnić, dlaczego oficerowie 11. Oddziału zignorowali zakaz wdawania się w walkę z Arrancarami?
Ikkaku Madarame, wciąż daleki od najwyższej formy, z zabandażowaną ręką, zdaje się być zdziwiony, dlaczego pytanie skierowano do niego. Arrancar posyła w jego kierunku mordercze spojrzenie, zupełnie nie jak na sojusznika przystało. Kapitan Komamura przerywa niebezpieczną ciszę.
- Jesteś 3. oficerem 11. Oddziału Gotei, nie jakimś beztroskim zabijaką. Teraz pełnisz obowiązki dowódcy. Zachowuj się jak dowódca, panuj nad swoimi ludźmi i bierz za nich odpowiedzialność.
Madarame ma dość rozumu, by nie zareagować, chociaż w środku zapewne się gotuje. W milczeniu przyjmuje reprymendę. Po odpowiednio odmierzonej chwili ciszy odzywa się kapitan Hirako.
- Skoro temat wygląda na wyczerpany, może przejdziemy do głównego powodu obecności w naszym gronie Grimmjowa Jaegerjaqueza, wcześniej znanego jako 6. Espada. Jak zdążyliście się zorientować wczoraj rano po pustyni, na której dziś stoi nasz obóz, przechadzali się żołnierze Vandenreich. Dzięki skoordynowanym działaniom Zastępczego Shinigami, Ichigo Kurosakiego, oraz grupy Arrancarów pod dowództwem Grimmjowa, ich obecność w Hueco Mundo już nas nie niepokoi. Zadajecie sobie za to pytanie, dlaczego Arrancarzy zamienili Quincy na Shinigami?
Jest cicho, jak makiem zasiał. Pałeczkę w wyjaśnianiu przejmuje Urahara, więc Shigeko domyśla się, że nie chodzi o czysto militarny sojusz przeciwko silniejszemu wrogowi. Chodzi o coś, czego zapewne większość z siedzących po jej stronie stołu nie zdążyła wyłapać. Dlatego jeszcze bardziej skupia się na słowach byłego kapitana „dwunastki".
- Niektórzy z was wiedzą, że na kilka dni przed ujawnieniem się Quincych, jeszcze przed śmiercią porucznika Sasakibe, drastycznie zaczęła rosnąć liczba Hollowów, które w niewyjaśnionych okolicznościach ginęły w Ludzkim Świecie. Stało się to tak masowe, że kapitan Mayuri podjął właściwe według siebie środki, by zapobiec naruszeniu równowagi dusz pomiędzy światami.
Nie chciała nawet myśleć, jakie środki podjął kapitan „dwunastki", ale prawie była pewna, że nie miało to za wiele wspólnego z humanitaryzmem. Zapewne zrobił, co uznał za konieczne, nie oglądając się na etykę. Przestała się nad tym zastanawiać, bo Urahara kontynuował.
- Teraz wiemy, że odpowiedzialni za unicestwianie Hollowów byli Quincy, konkretnie Vandeneich, choć jeszcze nie do końca wiemy, czym jest ta organizacja. Wygląda na to, że Vandenreich starają się świadomie doprowadzić do katastrofy nie tylko w Soul Society czy w Hueco Mundo. Naruszając równowagę przepływu dusz pomiędzy wymiarami, są bliscy doprowadzenia do zniszczenia wszystkich znanych światów. Nie wiemy jeszcze, co nimi kieruje. Tak się składa, że w obliczu aktualnych wydarzeń najbardziej racjonalnym posunięciem jest współpraca, przynajmniej czasowa, z Arrancarami.
Shigeko nie do końca to rozumie. Nieznacząco spogląda w bok i widzi, że większość oficerów też ma niewyraźne miny. Grimmjow omiata ich wszystkim wzrokiem i w końcu się odzywa.
- Nie wiem, do jasnej cholery, jakim cudem utrzymaliście się tak długo przy życiu. Czy przy tym stole siedzą sami skończeni debile? Może powinniśmy jednak zweryfikować nasze plany współpracy… Może wyłożę to prościej. Cholerni Quincy wybili Hollowy w Świecie Ludzi, więc wasz pokręcony kapitan musiał wybić odpowiednio wiele dusz w Rukongai, aby nie zachwiać równowagi światów. Teraz Quincy wybili tyle Shinigami w Soul Society i nas w Hueco Mundo, że każda kolejna śmierć istoty duchowej poza Światem Ludzi, czy to Shinigami, czy to Arrancara, czy zwykłego Hollowa, może ściągnąć na nasze tyłki pieprzone nieszczęście. Teraz załapaliście, cholerna elito Gotei?
III.
Wszystkim im opadają szczęki. Wszystkim oprócz kapitanów, ale oni przecież na to wszystko wpadli wcześniej. Kisuke Urahara doinformowuje zebranych.
- Oczywiście można temu na chwile zaradzić, uśmiercając odpowiednio wiele dusz w Świecie Ludzi, ale wspólnie doszliśmy do porozumienia, że ani Shinigami, ani Hollowom nie przyniesie to korzyści. W tej patowej sytuacji utknęliśmy w świecie niematerialnym, bo każda masowa podróż stąd do Ludzkiego Świata jeszcze bardziej zachwieje równowagę. Ale to rozwiązanie tymczasowe. Hollowy z Hueco Mundo nie mogą atakować ludzi, ale my nie możemy ich bronić przed Pustymi w ich świecie, ani też przeprowadzać dusz zmarłych do Soul Society, co w końcu wyrównałoby po jakimś czasie szale. Nie wiemy też zupełnie, jak zachowa się Vandenreich.
Po jego słowach Arrancar ponownie zabiera głos.
- Więc chyba nie trzeba powtarzać, że tykanie palcem moich Arrancarów, czy choćby pałętających się dookoła zwykłych Hollowów, jest debilnym pomysłem. Nie musimy się kochać, ale wszystkim, bardziej lub mniej, podoba się ich aktualne życie, nie? Prawda, że ta pustynia dookoła Las Noches nie jest za szczególna, ale może z siedziby Vandenreich są ładniejsze widoki, nie zaszkodzi sprawdzić. A jak skończymy z cholernymi Quincy, możemy wrócić do polowania na siebie.
Znacząco spogląda na Zastępczego, który zdaje się to ignorować. Grimmjow uśmiecha się, a jego oczy przepełnia żądza walki i zdobywania. Shigeko nie chciałaby śnić jego snów. Obserwuje, jak Arrancar wstaje i opuszcza zgromadzonych. Ponownie przemawia Shunsui Kyōraku.
- No, to teraz możemy przejść do naszych, wewnętrznych spraw Gotei.
Omówienie sytuacji poszczególnych oddziałów zajmuje im więcej niż chwilę. Przepływ informacji w takich okolicznościach jest bardzo ważny. Oddziały Obronne (chociaż nikt już tej nazwy nie stosuje) łączy faktycznie tylko osoba wszechkapitana. Każda dywizja działa samodzielnie i to jej kapitan decyduje o hierarchii oficerów, szczególnych zadaniach czy nawet wystroju wnętrz oddziałowego biura. Zanim dwa lata temu nie pojawili się w Sereitei ryoka, a potem nie wypłynęła sprawa z Aizenem, kapitanowie Gotei 13 nie spotykali się pod przewodnictwem wszechkapitana chyba od 100 lat. Między członkami poszczególnych oddziałów wytworzyła się szczególna rywalizacja, a nawet niechęć. Dopiero konflikt z Arrancarami mocniej zacieśnił więzy pomiędzy dywizjami. Teraz nie było wszechkapitana, który teoretycznie powinien trzymać oddziały razem. Ale chyba wszyscy obecni podzielają jej przekonanie, że obecna sytuacja wymusiła na oddziałach Gotei jeszcze bliższą współpracę. Kapitanowie, którzy do tej pory po prostu wykonywali polecenia Yamamoto, działają teraz jako sztab, dzielą się informacjami, wspólnie podejmują decyzję. I biorąc pod uwagę to, co mówiło się o przebiegu wcześniejszych zebrań 13 kapitanów, na których dochodziło do rękoczynów i zadawania ran ciętych, teraz są nadzwyczaj zgodni i kooperatywni.
Co nie zmienia faktu, że jest ich o niemal jedną czwartą mniej, a z tego prawie połowa jest mniej albo bardziej poharatana. Czyli dziś, i stan ten nieznacznie się poprawi w ciągu 4 dni, Gotei realnie dysponuje połową swojej siły z wczorajszego ranka. Dochodzą do tego Arrancarzy, ale tu sytuacja jest bardzo niejasna. Nie wiadomo dokładnie ilu ich będzie, w jakim stopniu można im ufać i czy w ogóle nie jest idiotycznym pomysłem choćby na chwilę wpuścić ich do Soul Society. Kapitanowie wspólnie uznają, że to nie wchodzi w grę i wszyscy przy stole oddychają z ulgą. Szczegóły sojuszu można omówić później, zwłaszcza, że Grimmjowowi, który kreuje się ich przywódcą, jakoś się do omówienia konkretów i podzielenia informacjami też nie spieszy.
Pozostaje kwestia nieobecnych kapitanów i ich wice z „jedynki", „szóstki", „jedenastki" i „dwunastki". Sytuacja 12. Oddziału w zasadzie nie jest wcale gorsza niż przed inwazją. Akon robi to co zawsze, a do tego ma Uraharę i nic nie wskazuje na to, że ta zmiana wyjdzie dywizji na złe. W „jedenastce" panuje zapewne lekki chaos, czego dowodem dzisiejsze zdrowe opieprzenie Ikkaku Madarame. Ale zapewne teraz podejdzie do sprawy poważniej, a poza tym w 11. jest całkiem ogarnięty 5. oficer, chyba Ayasegawa. Za to w 6. Jest bardzo nieciekawie. Abarai, porucznik z Bankaiem, ledwo wyszedł z walki cały, ale nie podnosi się z łóżka. Za to Byakuyę Kuchiki podobno zdrapywali ze ściany, w którą wpił się na pół metra. Nie ma pojęcia, jakie leczenie zaaplikuje mu IBiRS, ale raczej szybko na nogi nie stanie. A 1. Oddział to już kompletna katastrofa. Jest co prawda 3. oficer, Genshirō Okikiba, ale nikt nawet nie chce myśleć, jak tam wyglądają sprawy po śmierci Yamy-jii.
Zebranie się wyraźnie przedłuża, zaczynają wypływać tematy, które można by omówić w gronie oddziałowym. W końcu na zewnątrz, przy wejściu do namiotu słychać głosy i do środka wchodzi grupa ludzi, prowadzona przez kapitan Suì-Fēng, której nieobecności Shigeko nawet do teraz nie zauważyła, oraz Yoruichi Shihōin.
- Trochę nam zeszło, małe kłopoty przy przejściu. Kisuke, zaczynałam się już niepokoić, że zostaniemy w twojej, zrobionej na odwal Gargancie, na wieki. Jedna z twoich fuszerek będzie mnie kiedyś kosztować życie.
- Yhhm... Przepraszam Yoruichi, skupiałem się wczoraj na przeprowadzaniu tutaj całego Gotei i wyleciało mi z głowy, że Garganta w Sklepie może być lekko niestabilna. A tak… Część z was nowoprzybyłych zna, kto nie zna, to pozna po zakończeniu spotkania. Niemniej, chyba w imieniu wszystkich, witam nasze świeże wsparcie bojowe.
Do namiotu wchodzi kilka osób, w większości Visoredów, których Shigeko kojarzy z walk w Sztucznej Karakurze. A za nimi wysoki mężczyzna, z przewieszonym przez ramię haori, na widok którego Zastępczy, do tej chwili właściwie nie włączający się aktywnie w dyskusję, reaguje bardzo emocjonalnie. Konkretniej – zrywa się z miejsca, z całej siły przywala nie próbującemu się bronić Shinigami w twarz, posyłając go do parteru. Po czym, chwytając za zwisające haori, wywleka nie stawiającego oporu z namiotu. Zanim wydostają się na zewnątrz Ichigo Kurosaki rzuca przez ramię do leżącego mężczyzny.
- Mamy do pogadania, tato.
IV.
Czekał na to ponad dobę. 28 godzin i 35 minut. Nie. Na dobrą sprawę czekał na to prawie dwa lata i tym razem ma gdzieś szacunek dla ojcowskich uczuć. Tym razem musi się dowiedzieć wszystkiego, bo inaczej zwariuje, a czuje, że jest już bliski utraty nad sobą kontroli. Za dużo się od wczoraj wydarzyło, a on nie ma w zwyczaju godzić się z przeciwnościami. Dodatkowo Grimmjow wytrąca go z równowagi. Ale wszystko po kolei, dlatego Ichigo patrzy teraz na niepodnoszącego się z piasku Isshina, u którego powoli pojawia się już pod okiem fiolet, i czeka.
-Heh… Spodziewałem się czegoś w tym rodzaju. Chociaż szczerze mówiąc liczyłem, że wykażesz więcej dobrego wychowania i zaczekasz do zakończenia powitań. Teraz zebrani nie wiedzą, co mają myśleć.
- Przywaliłbym ci mocniej, ale wtedy opuchlizna nie pozwalałaby ci mówić. A jesteś mi winny dużo wyjaśnień.
Isshin Kurosaki podnosi się na kolana, wypluwa z ust krew i sprawdza koniuszkiem języka stan uzębienia. Ichigo przygląda się temu w milczeniu, ale kiedy po minie ojca orientuje się, że z lewą trójką jednak nie wszystko porządku, uśmiecha się do siebie w duchu i na chwilę robi mu się lepiej. Wyraz twarzy Isshina się zmienia i gdy się w końcu odzywa, w jego głosie nie ma już lekko kpiarskiego tonu.
- Raz w życiu bardziej bałem się rozmowy i było to prawie 20 lat temu, kiedy oświadczałem się twojej matce. Dlatego z ulgą przyjąłem, kiedy po sprawie z Aizenem nie przyszedłeś do mnie po wyjaśnienia. Ale w obecnej sytuacji nie możemy zbyć tego milczeniem. Zacznę od początku i trochę mi pewnie zejdzie, więc z troski o swoje nogi może usiądziesz?
Ichigo ma ochotę opieprzyć go za nie przechodzenie do sedna, ale siada obok klęczącego na piasku mężczyzny. Ten zaczyna opowiadać rzeczowym tonem, niczym przypowiastkę, jakby to w ogóle jego nie dotyczyło.
- Za moich czasów w Gotei wszystko było inne. Lepsze, mniej skomplikowane. Nawet haori mieliśmy bardziej bajeranckie. Kapitanami nie promowano dzieci, żeby nie wiem jak były zdolne, bo Gotei to byli twardzi, doświadczeni mężczyźni i zdecydowane, silne kobiety. I wszystko się rypło, kiedy do oddziału Shinjiego Hirako trafił Sōsuke Aizen. Nie dziw się tak, myślałeś, że usłyszałem o nim w mojej przychodni od hipochondrycznych rencistek?
Do tonu, jakim mówi jego ojciec na chwilę znów wkrada się ironia, ale po chwili Isshin poważnieje i kontynuuje, ponownie zanurzając się we wspomnienia. Ichigo potrzebuje znać szczegóły, ale nie chce przerywać, licząc, że ojciec do tego wróci.
- Niedługo przed awansowaniem Urahary na kapitana „dwunastki" zaczęły się pojawiać dziwne anomalie, ślady po użyciu zakazanego Kidō, niewyjaśnione zniknięcia dusz. Ale dopiero po katastrofie 9. Oddziału, hollowifikacji grupy Hirako i wygnaniu Urahary wszystko zaczęło mi się układać w zgrabną całość. Trochę nieświadomie wkroczyłem na niebezpieczny teren i nawet nie wiedziałem, w co się pakuję. Byłem kapitanem 10. Oddziału i pod moim dowództwem chłopaki się nie lenili, jak teraz. Byliśmy cały czas w terenie, a jako najmobilniejszy oddział dostawaliśmy często misje w Świecie Ludzi, do którego niechętnie fatygowali się inni kapitanowie. Yoruichi Shihōin miała swoje spec służby w Soul Society, a my byliśmy komandosami w świecie materialnym. Dlatego na mnie spadło zadanie wytropienia Kisuke Urahary i reszty, którzy podobno zaszyli się gdzieś w Świecie Ludzi. Byli potencjalnie niebezpieczni dla Soul Society, a Soul Society nie patyczkuje się w takich sprawach. Znalazłem go w kilka godzin. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale był kapitanem Gotei. A ja zawsze miałem swoje zdanie i nie wszystko mi pasowało w oficjalnej wersji. Chciałem wysłuchać drugiej strony. I chociaż to, czego się dowiedziałem było nieprawdopodobne i wywracało wszystko do góry nogami, uwierzyłem w wersję Urahary. Wróciłem, stanąłem przed starym Yamą i odmówiłem wykonania rozkazu sprowadzenie uciekinierów. Nie powiedziałem, że już dotarłem do Urahary i Tessaia, o Visoredach i tak nic nie wiedziałem do twojego powrotu z Soul Society. Po prostu stanąłem przed wszechkapitanem i wykazałem się niesubordynacją. Nie powiedziałem słowa o Aizenie, nie miałem dowodów, a mogłem je zebrać pod warunkiem, że się nie zorientuje, iż trafił właśnie na mój celownik. Ale skubaniec był szybszy, zawsze skurwiel był o krok do przodu.
V.
Ichigo widzi, jak jego ojciec teraz patrzy w przestrzeń i przypomina sobie, że takim wzrokiem lustrował Aizena w Sztucznej Karakurze. Robi mu się od tego nieswojo. Do tej chwili nie przychodzi mu do głowy, że jego głupawy tata potrafi budzić prawdziwy strach. Teraz chce wiedzieć więcej o tym, jak z silnego kapitana od zadań specjalnych, stał się prowincjonalnym lekarzem i niedojrzałym emocjonalnie samotnym ojcem. Słucha, a Isshin kontynuuje.
- Yamamoto spektakularnie wybuchł gniewem i zdrowo wnerwiony wywalił mnie za drzwi. Popadłem w niełaskę i zanim zdążyłem cokolwiek zadziałać w sprawie Aizena, okazało się, że zamiast szukać Viseredów kilka dni wcześniej, wybrałem się do Rukongai mordować zabłąkane dusze. I nagle zaczęły się pojawiać tłumy świadków, którzy mnie widzieli na miejscu zbrodni. I nie byli podstawieni, bo oni naprawdę widzieli kapitana 10. Oddziału, a raczej to kazał im widzieć Kyōka Suigetsu. Więc dostało mi się od Centrali 46 to samo, co Uraharze i Tessaiowi, tyle że zaocznie. Gdy odczytywano, że zostałem wygnany, byłem już w Karakurze, skontaktowałem się z dawnym szefem IBiRS, który jak się zorientowałem miał już przytulny sklepik, a w szafach na zapleczu poupychane tuziny zapasowych gigai.
To akurat Ichigo potrafi sobie wyobrazić. Kisuke Urahara potrzebował zapewne niecałej doby, by się zadomowić na przedmieściach Karakury, wyjąć z kieszeni swoje przenośne laboratorium i zacząć robić przygotowania na tysiąc różnych, przyszłych ewentualności. Isshin uśmiecha się gorzko.
- Zdezerterowałem, ale nie miałem zamiaru odpuścić. Potrzebowałem odpowiedniej siły, by móc sprostać Aizenowi. Usiadłem w parku na przedmieściach i wszedłem do mojego wewnętrznego świata. Siedziałem tam z tydzień i Engetsu mnie cierpliwie słuchał, a potem zaczął do mnie mówić. Powiedział mi o Ostatecznej Getsudze. Byłem przeszczęśliwy i zaczynałem planować kolejne posunięcia. I kiedy myślałem, że dostanę to, po co przyszedłem, mój Zanpakutō mnie stamtąd brutalnie wykopał. Znów siedziałem na trawie i nie czułem już obecności Hollowów, nawet zwykłych dusz. Engetsu odciął mnie od swojej mocy i zabrał wszystko, co tylko mógł. Byłem ostro wkurwiony. A on milczał. Milczał przez kolejne prawie 100 lat, a nie wyobrażasz sobie, co robiłem, by się odezwał, kiedy zginęła Masaki. Chociaż, kiedy po jej śmierci wyszedłem z otępienia i ochłonąłem, byłem mu wdzięczny, bo gdybym wtedy mógł, gdyby mnie dekady wcześniej nie pozbawił Reiryoku, poszedłbym jej szukać do Soul Society, a to na pewno uczyniłoby ciebie i twoje siostry kompletnymi sierotami.
Chłopak nie wie, jak na to zareagować. Ojciec nigdy z nim tak nie rozmawiał. Ichigo przeżywał żałobę i wyrzuty sumienia, które przyszły po niej, samotnie. Zawsze skupiał się na tym, co sam czuł w związku ze śmiercią swojej mamy, a nawet nie pomyślał, jak to wyglądało z punktu widzenia Isshina. Ale moment dziwnej, intymnej szczerości mija i jego ojciec znów jest sobą.
- Moja moc wróciła nagle, pewnie tego samego dnia, kiedy Aizen, Ichimaru i Tōsen uciekli ze wzgórza Sōkyoku do Hueco Mundo. Dużo nad tym myślałem, miałem na to dziesięciolecia, i myślę, że Engetsu zdecydował, by do mnie wrócić, bo przestałem być zarozumiałym gnojkiem. Taak… Wtedy nie miałem zamiaru użyć Ostateczniej Getsugi, by pokonując Aizena przywrócić właściwy porządek rzeczy. Chciałem udowodnić skubańcowi, że zadarł z niewłaściwą osobą i nie może bezkarnie, brzydko sobie ze mną pogrywać, doprowadzając do usunięcia mnie z Soul Society. Godziłem się nawet z tym, że mogę użyć mocy przeciw Gotei, jeśli nie będzie innej możliwości, a Oddziały opowiedzą się za Aizenem. Mój Zanpakutō wiedział lepiej ode mnie, na co nie może mi pozwolić. Dzięki niebiosom, w sprawie Aizena i Getsugi, syn okazał większą mądrość od ojca.
Isshin zapewne chciał w ten sposób wyrazić ojcowską dumę, ale to tak bardzo nie w jego stylu, że Ichigo się w tym gubi i robi się czerwony na twarzy. Chce jak najszybciej zmienić temat.
- No dobra. I Soul Society przestało się tobą tak po prostu interesować? Po Karakurze kręcą się polujący na Hollowy Shinigami, a już w czasie wojny z Hueco Mundo było tu od zatrzęsienia wyższych oficerów. Niektórzy nocowali w mojej szafie. No i Gotei przez 2 lata monitorowało moją moc duchową, a nie mogli się jakoś zorientować, że przypomina Reiatsu kapitana, który im zniknął z radarów?
- Ichigo, wydawało mi się, że nie jesteś debilem. Jeśli straciłem Reiryoku, to nikogo nie interesowałem, ani Shinigami, ani nawet Hollowów. W moim dobrze skrojonym gigai byłem dla nich nieświadomym duchowo człowiekiem. A potem, z mocą na poziomie kapitańskim i niezgorszą znajomością Kidō ukrycie mojego Reiatsu nie było żadnym wyczynem. Co do podobieństwa Reiatsu… Poznałeś swojego kuzyna Ganju? Nadal ma w zwyczaju nadawać dziwaczne imiona swoim wierzchowym świniom?
- Yyy… Ganju Shibę? Kuzyna?!
- Chyba nie myślisz, że zaszyłem się w materialnym świecie, ścigany przez prawo, pod własnym nazwiskiem. Boję się pokazać w domu, w Soul Society, bo moja rodzina może mieć do mnie żal. Zanim zostałem wygnany, zwyczajowo stanowisko kapitana 10. Oddziału obsadzała rodzina Shiba, tak jak w „szóstce" Kuchiki, a w „dwójce" Shihōin. Ale po wyroku Centrali klan mnie najwidoczniej poparł i nie przedstawił nowego kandydata, chociaż Kaien nie byłby na pewno gorszy czy mniej doświadczony niż Toshirō Hitsugaya. Niewiele mu brakowało do Bankai. Za karę klan Shiba, mój klan, został zepchnięty na margines, no i przekreśliłem ewentualną karierę Kaiena. To akurat nie dawało mi spać po nocach. Ale wracając do mocy duchowej, każda jest niepowtarzalna, zależy od osobowości, nie więzów krwi. A skoro wróciliśmy też do krwi… Nie zapytałeś mnie jeszcze jakim cudem ex-Shinigami poślubił wiecznie roześmianą, brązowowłosą Quincy.
VI.
Shigeko nie wie, co ma myśleć. Pozostali zdają się nie zauważać tego, co zaszło i zapada kłopotliwa cisza. Żaden z oficerów nie ma odwagi, widząc zachowanie dowódców, zadać pytań, które cisną się wszystkim na usta. Niemniej kapitanowie są wstrząśnięci, jakby właśnie zobaczyli ducha. Milczą, zachowując spokój, bardzo teraz potrzebny, ale wyraźnie pojawienie się przybysza z haori na ramieniu wytrąciło ci z równowagi. Shigeko podejrzewa, że podobnie mogli zareagować na informację o śmierci, a potem zdradzie Aizena.
Kim do cholery jest nowoprzybyły kapitan, bo o ile jej pamięć nie myli, kapitanów w Gotei zawsze było 13 i wszystkich doskonale znała, słyszała także o ich poprzednikach. Ale wie też, że w Soul Society unika się niewygodnych tematów, stąd choćby o Yoruichi, Błyskawicznej Bogini z 2. Oddziału, nie dowiedziała się w Akademii. A potem druga myśl, będąca częściową odpowiedzią na poprzednie pytanie. Wydaje się, że tajemniczy kapitan jest ojcem Zastępczego Shinigami. I najciekawsze, że obserwujących całą scenę kapitanów nic w tym, co miało miejsce nie zdenerwowało, ale zaskoczyło i nawet jakby napełniło smutkiem. Wyglądają wręcz, jakby czuli się winni. Przychodzi jej do głowy, że może dlatego wykazują bardzo daleko idące zrozumienie dla spraw rodzinnych Kurosakiego.
Shigeko nagle zdaje sobie sprawę, że od dłuższej chwili wszyscy milczą. Wygląda na to, że czekają na powrót Zastępczego i jego ojca, ale tamtym się nie spieszy. Zaczyna się nad tym zastanawiać i dochodzi do wniosku, że może jednak ta konkretna sprawa rodzinna rzeczywiście ma dla całego Gotei spore znaczenie, chociaż nic sensownego jej do głowy nie przychodzi. Nie wyobraża sobie, by kapitanowie Gotei 13 ulegali kapryśnemu zachowaniu ludzkiego nastolatka, nawet jeśli jest Zastępczym Shinigami. Z drugiej strony nie znała Kurosakiego, ale z tego, co o nim słyszała, nie był w żadnym razie kapryśnym dzieciakiem. Z przemyśleń wyrywa ją oznajmienie kapitana Ukitake, że spotkanie jednak nie będzie kontynuowane i porucznicy oraz oficerzy mogą wrócić do swoich spraw, do czasu ich ponownego zwołania.
Gdy wychodzi z namiotu jest już późne popołudnie. Nie dostała żadnego wezwania z IBiRS, jej kapitan także nie wydał jej wyraźnych poleceń. Nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Po chwili przywołuję siebie do porządku. Nie jest już oficerem najniższej rangi, który czekał na polecenia. Jest wyższym oficerem i ma pod sobą oddział, nad którym musi zapanować, skoro nie spełnia się w tej chwili jako cenne źródło informacji. Jednocześnie czuje, że przydałby się jej teraz jakiś mały sparing. Zawsze lepiej jej się myślało po walce uwolnionym Zanpakutō, kiedy jego moc opuściła już jej ciało, po którym rozchodziła się chwilę wcześniej. Zastanawia się, czy do jakiegoś stopnia nie jest uzależniona od uczucia, jakiego doznaje, kiedy przechodzi w Shikai. Teraz czuje, że tego potrzebuje, bo na dobrą sprawę nie uwalniała jeszcze katany, od czasu jej bliskiego spotkania z błękitną mocą Stern Rittera, wczorajszego ranka.
Chciała od razu iść na wydmy, ale wpada na pomysł, że powinna wrócić do tymczasowych koszar 5. Oddziału. Choćby po to, żeby się po prostu pokazać. Nawet, jeśli dowódca nie ma specjalnego zajęcia dla podwładnych, powinni czuć jego obecność. To poprawia morale oddziału. Takie bzdury jeszcze z Akademii, ale akurat teraz wydaje jej się to sensowne. Zwłaszcza, że nie ma innych pomysłów na nawiązanie więzi z resztą Shinigami. Więc wchodzi do namiotu „piątki". W środku siedzi na posłaniu jej 16. oficer, wyglądający zdecydowanie lepiej, niż kilka godzin temu. Na jej widok wstaje, jakby na nią czekał.
- 9. oficerze, Shigeko Soichi, jak biegła jesteś w zaklęciach Kidō?
- Radzę sobie, Ashige. Chociaż zapewne zasięgnąłeś już szczegółowych informacji od Hayato z „jedenastki".
Odpowiada mu szorstkim tonem, może zbyt szorstkim. Patrzy na nią z rozbawieniem, przechylając głowę, a jego włosy w charakterystyczny sposób opadają mu na oczy. Od tego przyspiesza jej tętno i w środku, po połączeniach nerwowych, zaczyna rozchodzić się przyjemne, znajome ciepło. W końcu się do niej odzywa.
- Shigeko Soichi, rzeczywiście masz problem z nawiązywaniem normalnych relacji z ludźmi. Akurat dobrze się składa. Ja potrzebuję w ekspresowym tempie nauczyć się jakiegoś przydatnego Hadō, więc kiedy będziesz dawała mi wycisk, przy okazji możemy popracować nad twoim gburowatym charakterem.
VII.
Pomysł wspólnego treningu z Shigeko Soichi nie był jego pierwszą myślą, a nawet w ogóle nie był jego pomysłem. Zaraz po obudzeniu, pewnie jakąś godzinę po południu, zapukał, albo raczej zaszeleścił kotarą namiotu 11. Oddziału. Wyglądało na to, że chłopaki rozładowują nadmiar skumulowanej agresji gdzieś indziej i miał nadzieję, że nie sprowadzą na siebie większych kłopotów. Zdawał sobie sprawę, że bez kapitana, który miał specyficznie olewcze podejście do obowiązków dowódcy, a także jego wice, której obowiązki w „jedenastce" było jeszcze trudniej sprecyzować, panuje tu bezkrólewie. Ikkaku Madarame, którego szczerze podziwiał jako wojownika, nie był typem przywódcy, ale zabijaki, nieustannie szukającym guza. Może Yumichika Ayasegawa trochę to ogarnie, bo pod tym względem bardziej nadaje się na 3. oficera niż ktokolwiek inny z „jedenastki". Chociaż teraz przychodzi mu do głowy druga osoba, która ma w tej dywizji jako takie poczucie obowiązku i jest nią wysoki, długowłosy Shinigami, siedzący teraz nad masą papierów.
- Uszanowanie, 19. ofierze 11. Oddziału. A może pomyliłem namioty, bo nie liczyłem, że ktokolwiek z „jedenastki" umie czytać. A poważniej – mam sprawę, raczej pilną. Ale widzę, że spadły na ciebie nietypowe obowiązki. Chyba nie awansowałeś na kapitana?
- Ashige, trochę szacunku, gadasz z 10. oficerem. Nasz 3. oficer jest właśnie na spotkaniu wicekapitanów i zapewne zbiera ochrzan, nawet całkiem zasłużony, za wczorajsze polowanie na Hollowy na wschód od obozu. Skoro i tak jest niezaciekawie, to może unikniemy chociaż obsuwy za bałagan w raportach. Wstyd się przyznać, ale większość chłopaków rzeczywiście miałaby problem z ich odczytaniem. Zresztą muszę czymś zająć ręce. Szukałem cię wczoraj, ale gdzieś wsiąkłeś, całkiem jak nie ty.
- Hmm… Właściwie przyszedłem pogadać. Dowiedziałem się paru interesujących rzeczy o moim Zanpakutō i chciałem się skonsultować z bardziej doświadczonym kolegą… Ale jeśli nie masz zajęcia, to może będzie sensowniej, jeśli ci pokażę. Taku, tylko ostrzegam, mogą być fajerwerki.
- To może najpierw mi powiedz.
Zamiast to zrobić, Shirō wyciąga z pochwy swoją katanę. Taku Hayato patrzy na niego wymownie, ale czeka. 16. oficer, prawie mamrocząc, wypowiada imię i uwalnia swój Zanpakutō. Taku chwilę stoi jak zamurowany, po czym pada na ziemię i zaczyna się skręcać ze śmiechu. Shirō czuje się jeszcze bardziej głupio, ale próbując zachować resztki godności, nawet nie zaczyna wyjaśnień. Czeka, aż przyjaciel dojdzie do siebie. W końcu Taku podnosi się i, jeszcze nie do końca poważny, klepie kolegę z „piątki" po plecach.
- Wybacz, ale jeśli wszystko załapałem, to przez ostatnie 3 lata wzywałeś swój miecz nie jego imieniem? Heh, to niemożliwe… Ale po uwolnieniu wygląda inaczej, przecież dobrze wiem, jak wyglądał poprzednio. Podejrzewam, że był nieźle wkurzony, kiedy w końcu ponownie podał ci to właściwe imię. Mój Kumade byłby zdrowo wkurwiony.
- Fujinhikō też nie była przeszczęśliwa. Ale nie o to tylko chodzi. Specjalnością mojego Zanpakutō jest szczególnego rodzaju Kidō. I żeby ruszyć z miejsca, muszę cokolwiek więcej wiedzieć o demonicznej magii. I masz okazję spłacić u mnie swoje długi, bo potrzebuję twojej pomocy, kontaktów, jakichś namiarów. Po drodze zgarniemy kogoś, komu ja jestem winny przysługę.
- No nieźle, grupowy sparing. Jeśli osobą o której mówisz nie jest twoja 9. oficer, to sugeruję ją też zaprosić. Przez noc moja prawie zerowa wiedza o Kidō się nie pogłębiła, a to gadanie o fajerwerkach wcale mnie nie uspokaja. Dobrze by było mieć obok kogoś dobrego w te klocki, gdyby sytuacja trochę wymknęła się spod kontroli. A Soichi jest naprawdę dobra, Ashige. Zresztą… ona chyba potrzebuje teraz towarzystwa. A ty możesz na tym ugrać u swojej tymczasowej przełożonej parę punktów do kolejnego awansu, bo idziesz jak burza, Shirō Ashige.
Tym sposobem na wydmach, gdzie godzinę później przyprowadza Shigeko Soichi, zastają już Taku Hayato i małą Nelliel, której wczoraj zobowiązał się pomóc. Patrząc na lekko zaskoczone twarze, Shirō myśli, że to może być całkiem ciekawe doświadczenie.
VIII.
Taku Hayato ma niejakie opory przed zaatakowaniem stojącej przed nim zielonowłosej dziewczynki. Pamięta zapewnienie Ashige, że mała jest Arrancarem i nie da sobie zrobić krzywdy, ale dla niego nadal jest dziewczynką. Nie do końca rozumie założenia planu, mającego na celu przywrócenie jej władzy nad utraconą siłą i w innych okolicznościach wcale by mu się nie spieszyło z taką pomocą. Ale wmawia sobie, że przecież czasowo Hueco Mundo i Soul Society są sojusznikami, a mała w obozie nie odstępuje na krok Kurosakiego, więc Taku postanawia się w to nie zagłębiać. Przyjmuje do wiadomości, że ostatnim razem Nelliel do uwolnienia ukrytej mocy sprowokował ostry wycisk, jaki zafundował 5. Espada najpierw jej, a potem Zastępczemu. Teraz spuszczanie w tym celu łomotu Kurosakiemu nie wchodzi w grę, za to mała ochoczo proponuje, by Hayato wyładował się na niej. Wygląda na to, że Nelliel to mała masochistka.
Problem w tym, że technika Nelliel jest bezużyteczna przy atakach fizycznych, a jego miecz nie posiada żadnych innych zdolności. Tutaj sprawdzą się umiejętności Shigeko Soichi. Z kolei ona byłaby użytecznym przeciwnikiem także dla Ashige, który twierdzi, że tak jak Nelliel, potrzebuje oberwać Kidō, bo najszybciej wchodzi mu wiedza zdobyta w praktyce. Sam Taku od czasów szkolnych nie miał okazji na porządny sparing z użytkownikami demonicznej magii, a z tego co wiedział o Vandenreich, ich umiejętności wykraczają poza zwykłe nawalanie się katanami. To może być bardzo pouczający trening.
Ustalają, że najefektywniej wyjdzie, jeśli będą walczyć po dwoje przeciw sobie. Ashige i Nelliel z założenia stają naprzeciw Soichi, jedynej wykwalifikowanej użytkowniczce Kidō w tym gronie. Ale nawet jej konieczność skupiania się na inkantacji ogranicza możliwości obrony, zwłaszcza przeciwko dwójce przeciwników. Ale od obrony będzie miała jego. Poza tym wszystkim Taku jest piekielnie ciekawy, na ile zmienił się Zanpakutō Ashige, z którym już przecież nie raz walczył i ani razu nie przegrał. Nie wie też nic o Shikai Soichi. No i nigdy nie widział uwolnionej formy Arrancara. Aż go w środku skręca z ciekawości.
Staje obok Shigeko, na tyle daleko, by niechcący nie oberwać od partnerki jakimś Hadō, ale odpowiednio blisko, by w każdej chwili ją osłonić. Sięga ręką po ciężki, przewieszony na plecach no-dachi i chwyta rękojeść obiema rękami. Gdy widzi, że reszta jest gotowa, uwalnia swój Zanpakutō.
- Hikisaku *, Kumade**.
Ostrze Kumade, jak zawsze, dzieli się na dwa bliźniacze miecze, zdecydowanie krótsze niż jego Zanpakutō w zapieczętowanej postaci, ale nieco dłuższe od standardowych katan i bardziej wygięte. Zmniejszenie wagi i długości, w stosunku do no-dachi, poprawia szybkość zadawania ciosów, a ząbkowane krawędzie, w miejscu wygięcia ostrza, skutecznie masakrują wszystko, czego dotkną. Taku od pierwszej chwili wiedział, że to właśnie temu szczegółowi jego Zanpakutō zawdzięcza swoje imię. Zdaje sobie sprawę, że teraz będzie musiał nieco stopować swój miecz, wiecznie przepełniony żądzą krwi.
Stojąca obok Soichi nie przywołuje Shikai. Widocznie zakłada, że poradzi sobie, używając jedynie zaklęć Kidō. Jednak już za chwilę z jej twarzy znika poczucie wyższości. Wystrzeliwuje Hadō, Taku nie ma pojęcia, jakiego poziomu, ale zdecydowanie poza jego możliwościami. Hayato automatycznie osłania ją, by miała czas przygotować kolejną inkantację. I nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się miedzy nim a jego partnerką Ashige i z uśmiechem przykłada mu nagie ostrze do szyi.
- Nie rozluźniaj się tak, Taku. Nie jesteśmy tu tylko dla zabawy. Jeszcze raz?
IX.
Shirō bierze pod uwagę wszystkie za i przeciw, i ostatecznie dochodzi do wniosku, że nie powie pozostałym, na czym polega wyjątkowość jego Zanpakutō, dając im szansę, by się tego sami domyślili. Intryguje go, jak inni widzą zdolność jego miecza i jakie wyciągną wnioski, obserwując jego ruchy. Wyciąga katanę i wzywa jej imię.
- Tobikomi, Fujinhikō.
Do wczoraj, gdy pierwszy raz użył poprawnego imienia, jego miecz na wezwanie także zmieniał swój wygląd, ale nie szły za tym żadne nowe moce. Po prostu wyglądał inaczej niż w zapieczętowanej postaci i tyle. Stawał się niebrzydką, białą kataną. Teraz jego wygląd znacząco się zmienił i jest naprawdę piękny. Nadal ma długość katany, ale zarówno ostrze, jak i tsuba, są w kredowobiałym kolorze. Niewątpliwie jest wykuty z metalu, ale chłopak ma wrażenie, że jest przy tym półprzezroczysty, jakby z mlecznego szkła. Przychodzi mu do głowy, że dokładnie taki, jak skóra Fujinhikō na tle szklanej sali. Prostą rękojeść oplatają jedwabne nici wybarwione na szaro. Shirō jest przekonany, że jego Fujinhikō to najpiękniejszy Zanpakutō, jaki widział w życiu.
Taku także uwolnił swój Shikai i czekają na Shigeko Soichi, ale ta chyba nie ma takiego zamiaru. Bez ceregieli odpala w kierunku jego i Nelliel Hadō naprawdę z wyższej półki. Nie zna go i pewnie długo jeszcze nie będzie w stanie nic takiego z siebie wykrzesać, ale to zdecydowanie zaklęcie powyżej 40. poziomu, a jej rzucenie go zajęło jakieś 2 sekundy. Nie jest to jednak nic, z czym nie poradziłaby sobie jego mała partnerka. Nelliel pochłania wystrzeloną w ich kierunku moc, ale nie odbija jej, lecz uwalnia w przestrzeń, by nie zaskoczyć przeciwników tak silnym atakiem. Wystarczy, że teraz wiedzą, z kim mają do czynienia.
Jego świadomość w tym czasie skacze o 2 sekundy do tyłu. Przychodzi mu to z dużo większą łatwością niż poprzednio, chociaż czuje, że nie jest jeszcze w stanie cofnąć się dalej. Ocenia ustawienie Soichi, kierunek lotu wiązki Hadō, studiuje ruchy Taku i ocenia jego reakcję. I wraca do teraz ułamek przed tym, nim Taku zdąża zasłonić partnerkę. Wie dokładnie, gdzie jeszcze jest między nimi luka i rzuca się w tamtym kierunku. Czerpie nieskrywaną satysfakcję z wyrazu ich twarzy i nie jest w stanie tego przemilczeć.
- Nie rozluźniaj się tak, Taku. Nie jesteśmy tu tylko dla zabawy. Jeszcze raz?
- Co to do cholery było, bo na pewno nie samo Shunpo.
Hayato z zaskoczonego robi się wkurzony. Pierwszy raz z nim przegrał i to wsiadło mu na ambicję. Teraz na pewno będzie uważniejszy i nie da się głupio złapać, jak za pierwszym razem. Shirō nie ma złudzeń, że mógłby pokonać 10. oficera „jedenastki" bez elementu zaskoczenia. Hayato jest w bezpośrednim starciu od niego o niebo lepszy. Dlatego skupia się na swojej 9. oficer, która nie wyraziła jeszcze ochoty, by uwolnić miecz. Postanawia ją do tego zmusić.
X.
Shigeko sam pomysł wspólnego treningu wydaje się interesujący, ale ma zamiar brać w tym udział na własnych zasadach. Znalazła się tutaj ze względu na szczególne umiejętności w zakresie Kidō, więc pozostała trójka będzie się za kilka godzin leczyć z ran zadanych demoniczną magią i miecz nie jest jej do niczego potrzebny. Niewiele wie o sile dziewczynki, ale skoro jest tu dla ćwiczeń, to daleko jej do najwyższej formy. Irytuje ją też, że dwaj Shinigami mają czelność stawiać się z nią na podobnym poziomie. Bardziej kontaktowa osoba z jej umiejętnościami od lat byłaby bez problemu 12. oficerem. Jej kilka dni temu wystarczało, że nie była szeregowcem. Mogłaby roznieść całą trójkę, ale uspokaja samą siebie. Jest tu też po to, by pracować nad lepszymi kontaktami z ludźmi.
Shirō na wstępie informuje, żeby wszyscy wzięli to na poważnie, bo inaczej cały plan nie ma sensu. Tu się z nim zgadza. Chcą Kidō, będą mieli Kidō pierwszej jakości. Gdy tylko mężczyźni uwalniają Zanpakutō, ona odpala w stronę przeciwników Haien, zaklęcie niszczące 54. poziomu, jednak kieruje je pomiędzy chłopaka i małą Arrancar, by mieć pewność, że ich nastraszy, ale nie zabije. Nie nadaje też zaklęciu pełnej mocy. Po prostu ma zamiar trochę ich wszystkich usadzić. Przygotowuje w myślach kolejne, słabsze zaklęcie, na wypadek, gdyby potrzebowali dodatkowego argumentu.
Jednak staje jak skamieniała na widok tego, co się dzieje z jej poprzednim Hadō. Nelliel nie próbuje nawet zejść z linii uderzenia, ale… pochłania całą moc i po sekundzie uwalnia w przestrzeń. Shigeko ginie z oczu Shirō, który za chwilę jest już pomiędzy nią a Hayato, z obnażonym ostrzem przy jego szyi. Shigeko stara się jak może, by ukryć zaskoczenie, ale słabo jej się udaje, za to jej młodszy oficer bardzo dobrze się przy tym bawi. Nagle przestaje się śmiać i patrzy na nią, a ona jest pewna, że trafiła właśnie na jego celownik i powinna śledzić każdy jego ruch. Dopiero po chwili orientuje się, że powietrze aż zgęstniało od demonicznej magii i to nie tylko po jej ataku. Przed chwilą Shirō użył jakiegoś potężnego Kidō, a ona, przy całej swojej wiedzy, nie ma pojęcia, co to było. I wie na pewno, że nie wypowiedział inkantacji.
Przypomina sobie, że wczoraj, badając w Gargancie jego Reiatsu, nie wykryła w nim nic szczególnego. Teraz robi to drugi raz. Bez wątpienia to ta sama aura mocy, ale zdecydowanie bardziej ustabilizowana, jakby od wczoraj dzieliły go lata treningu. To Reiatsu Shinigami, który jak najbardziej nadaje się na 16. oficera, a nawet na kogoś więcej. Coś się wydarzyło od wczoraj, bo na pewno nie zmienił tego bezpośrednio atak Vandenreich. Wyczuła jego niestabilną moc duchową po odejściu Quincy, już w drodze do Hueco Mundo. Hayato też wydaje się zaskoczony atakiem Shirō, a sprawiają wrażenie dobrych znajomych, którzy bez wątpienia w przeszłości próbowali sił przeciwko sobie. Ma zamiar zebrać informacje, ale nie będzie przechodziła w Shikai.
Uwolnienie jej Zanpakutō widziało może kilkanaście osób, z czego większość, oprócz porucznik Hinamori i kapitana Hirako, należała do jej grupy w „piątce" i zginęli wczoraj. Nigdy nie chciała, by o jej Shikai wiedziało więcej osób, niż to konieczne. Dlatego chyba nikt spoza jej oddziału, no może oprócz kapitana Kyōraku, pod którego skrzydła trafiła na chwilę po Akademii, nie zna formy odpieczętowanej jej katany. I na pewno nie zmieni się to teraz, dla zwykłej zabawy.
Nie czeka, aż Shirō pierwszy wykona ruch, ale uderza prosto w niego Shakkahō, zaklęciem 31. poziomu. Chłopak jest na to przygotowany, ale chyba ma zamiar przyjrzeć się jej Kidō z bliska i uskoczyć albo odbić je w ostatniej chwili. Tylko, że tego nie robi. Wygląda tak, jakby się zagapił, jakby coś niespodziewanego zajęło jego myśli. Jakby kula czerwonej energii nie jego miała uderzyć w pierś.
XI.
Zastanawia się, jak ją sprowokować do przejścia w Shikai. Z ciekawością poobserwowałby sobie inny Zanpakutō oparty na Kidō. Nurtuje go też, dlaczego nie uwolniła jeszcze miecza i zaczyna podejrzewać, że od początku nie miała takiego zamiaru i będzie się musiał natrudzić, żeby ją do tego skłonić. Zresztą na pewno Soichi wie już, że teraz będzie na nią polował i przygotowuje jakąś diabelnie dobrą inkantację, żeby nie poczuł się zbyt pewnie.
Nagle przychodzi mu do głowy, że wie już, po co Fujinhikō kazała mu się nauczyć jakiegoś robiącego wrażenie Hadō. Po raz kolejny od wczoraj zdaje sobie sprawę, że jest niedomyślnym idiotą. Żadna z osób stojących z nim na piasku nie ma pojęcia, na czym polega jego technika. Wiedzą, że to jest Kidō, ale nie wyobraża sobie nawet, jakby się mieli dowiedzieć, jakiego jest ono rodzaju. A domyślili sie, że to umiejętność jego miecza, a nie zwykłe Hadō, bo wiedzą, że jest w zaklęciach beznadziejny. Ale gdyby użył zwykłych inkantacji na tyle silnych, by sprawiały wrażenie jego głównego atutu, to pod nimi mógłby ukrywać Kidō swojego miecza. Nikt nawet nie wiedziałby, że jego Zanpakutō korzysta z demonicznej magii. Byłby dla przeciwnika zwykłym Shinigami, z przeciętnym mieczem bez widocznych właściwości, umiejącym wystrzelić kilka Hadō.
W tej chwili pomyślał o Soichi. Ona też zapewne nie chce pokazywać Shikaia, by zachować atut zaskoczenia. Myśli jak on, a oboje kombinują zupełnie inaczej, niż chłopaki z „jedenastki". Dlatego, że tamci nie mają dodatkowych atutów, bo ich miecze służą do walki w zwarciu, a o zwycięstwie decyduje technika, nie ukryte magiczne właściwości katany. Uśmiecha się do siebie w duchu. Wydaje mu się, że ma z Soichi więcej wspólnego, niż wygląda na pierwszy rzut oka. Ale nie zmienia to tego, że potrzebuje dowiedzieć się więcej o Kidō. Najszybciej pójdzie z obserwacji, więc ma zamiar poobserwować sobie z bliska kulę naładowaną mocą, która zmierza w jego kierunku.
Zauważa coś, czego się nie spodziewał, albo raczej alarmuje go miecz, który reaguje dokładnie tak jak wczoraj na placu w Sereitei. Fujinhikō wyczuwa w zbliżającej się kuli nieprzyjazną, błękitną energię. Shirō nie wierzy swoim zmysłom i podąża wstecz za mieczem, drugi raz obserwuje tę samą sytuację i jego myśli znów wracają do teraźniejszości. Ale nie ufa dalej instynktowi i nie odsuwa się z toru lotu kuli. Jest za bardzo rozkojarzony i wystrzelona energia prawie w niego uderza.
Na jej drodze staje Nelliel. Albo raczej, z bliżej nieokreślonego powodu, wydaje mu się, że wysoka, szczupła, całkiem wyględna kobieta, odwrócona do niego plecami, to mała Arrancar. Wydaje się, że powtórzyła przed chwilą to, co zrobiła przy rozpoczęciu treningu, pochłaniając czerwoną kulę Hadō i uwalniając bezpiecznie w przestrzeń. Natychmiast odwraca się i patrzą na niego nie roześmiane oczy dziewczynki, ale spod rozbitej maski spoglądają poważne, nawet trochę smutne oczy kobiety, która właśnie uratowała go przed prawdopodobnym kalectwem.
Natychmiast dopadają go Taku i Shigeko, a jego starsza oficer ma minę, jakby chciała umrzeć. Shirō uśmiecha się uspokajająco, podnosi i otrzepuje. Patrzy na Nelliel.
- Moja wina, jestem głupim ryzykantem, a sam powiedziałem, żeby nie traktować tego jak zabawy. Poza tym jeden plus, że moja głupota chyba sprowokowała cię do zaczerpnięcia ze swoich pierwotnych mocy…
- Prawda. Ale tego nie powtarzajmy. Nie ma nic zabawnego w patrzeniu na cierpienie przyjaciół.
XII.
Wysoka, zielonowłosa Arrancar uśmiecha się trochę nieśmiało. Taku Hayato nie ma najmniejszego zamiaru głośno odnieść się do tego, co miało przed chwilą miejsce. Po prostu pożera wzrokiem Nelliel w jej przykusym przyodziewku. Zapada odrobinę niezręczna cisza. Przed koniecznością jej przerwania ratuje Shigeko pojawienie się na wydmach 14. oficera 5. Oddziału.
- 9. Oficerze Soichi, wicekapitanowie i… hmm… pełniący ich obowiązki oficerowie wzywani są na spotkanie w namiocie dowództwa. Spotkanie wyznaczono za godzinę.
- Dziękuję, 14. oficerze Zatochi, już tu skończyliśmy. Przed spotkaniem zajdę jeszcze do naszych koszar po aktualne raporty.
Hayato uśmiecha się do siebie. Soichi zapamiętała nazwisko i rangę oficera, którego istnienie rano było jej obojętne. Może będzie z niej jeszcze dobry dowódca. Tak czy inaczej zbierają się z wydm i spacerkiem ruszają za biegnącym do namiotu „piątki" Zatochim. Taku, któremu widok kołyszących się bioder Nelliel zasłania idący za nią 16. oficer, postanawia przerwać ciszę.
- No i po treningu. Szczerze należy mi się jakaś nagroda pocieszenia, bo najmniej skorzystałem, zostałem skompromitowany i dwie dziewczyny przebiły mnie swoimi umiejętnościami. Teraz ty masz u mnie dług, Ashige.
- Nie będę się kłócił, Taku.
Niespodziewanie do rozmowy włącza się Shigeko Soichi.
- Hayato, dlaczego mówisz do niego po nazwisku? Sprawiacie wrażenie dobrych znajomych.
Obydwaj momentalnie wybuchają śmiechem. Stoi za tym pewna historia i Taku jest pewien, że na niego spadnie jej przytoczenie. Więc, patrząc porozumiewawczo na przyjaciela, zaczyna opowiadać.
- Poznałem Ashige jakiś rok czy dwa przed jego przyjęciem do Akademii Shinō. Skubaniec nie był nawet kadetem, a nadzwyczaj dobrze grał w kości i znał osobiście połowę kobiecej obsady Gotei. A drugą połowę z nazwiska. Dość szybko stał się stałym gościem w koszarach „jedenastki", jakoś się zakolegowaliśmy i zaczęliśmy mówić sobie po imieniu. W międzyczasie Ashige dostał się do Akademii i gdzieś pod koniec 1. roku miało miejsce pewne zdarzenie…
- No dobra Taku, szybko, zwięźle i w miarę mało kompromitująco proszę.
- Ashige wpadł do nas, oczywiście nieoficjalnie, i wybraliśmy się większą bandą do koszar 10. Oddziału. Nawiasem mówiąc, nie są tak rozrywkowi, jak o nich słyszałem od chłopaków z dłuższym stażem… no może poza Rangiku Matsumomo. Ale do nich mamy po sąsiedzku najbliżej…
- Streszczaj się.
- No więc, oblewano czyjś awans, nieważne. Miał wpaść kapitan Kyōraku, a więc liczyliśmy też na towarzystwo płci pięknej. Siedzieliśmy tyłem do drzwi, w sali wspólnej i nagle słyszymy kobiecy głos, roznoszący się na całe pomieszczenie, słodko wołający: „Shirō-chaaaaan !". Wszyscy, a przynajmniej siedzący przodem do drzwi, zamarli, a Shirō Ashige, jak to on, najpierw mówiący a potem myślący, na całe gardło: „Dla ciebie Shirō-sama, skarbie!". I zero reakcji tłumu, za to wszyscy na baczność. Ashige orientuje się, że coś jest nie tak i się odwraca. A przed nim stoi zdezorientowana porucznik Momo Hinamori, szukająca akurat kapitana Hitsugayi, do którego ma w zwyczaju zwracać się zdrobniale. Postała sekundę, odwróciła się na pięcie i zażenowana wyszła. A chłopaki zaczęli się tarzać po podłodze i płakać ze śmiechu. Czegoś takiego w życiu nie widziałem.
- Mnie nie było do śmiechu. Tydzień chodziłem jak struty, przekonany, że wywalą mnie na ryj z Akademii. Przez miesiąc nie pokazywałem się na mieście.
- A jak się już pokazał, to z każdego kąta, z każdej bramy i okna witały go okrzyki „Shirō-chan" i „Shirō-sama". Uspokoiło się po jakimś pół roku. A Ashige zdążył już szczerze znienawidzić swoje imię i teraz w zasadzie nikt ze znajomych już się do niego nie zwraca inaczej, niż po nazwisku.
Shigeko Soichi wciąż trzęsie się ze śmiechu, nawet Nelliel wygląda na rozbawioną, chociaż nadal patrzy na pozostałych trochę niepewnie. Taku dochodzi jednak do wniosku, że sparing na wydmach przyniósł więcej korzyści, niż początkowo zakładali.
XIII.
Słuchając Hayato, od czasu do czasu zerka na 16. oficera 5. Oddziału. Dobrze zna dźwięk jego głosu, rozpoznaje charakterystyczny gest, gdy przeczesuje ciemne włosy palcami, kiedy mruży oczy. Wszystko w nim jest znajome, ale nie jest to jej Shirō sprzed pół wieku. Nie jest też kimś zupełnie obcym, ale po prostu sobą, przystosowanym do innych warunków, w które rzuciło go przeznaczenie. Jej Shirō był bardziej zrównoważony i odpowiedzialny, czego ledwie przebłyski widzi u swojego 16. oficera. Zdecydowanie twardo stąpał po ziemi, ale w żadnym razie nie nazwałaby go pesymistą. A czas od czasu miewał zwariowane pomysły. I nie potrafi wyobrazić sobie chłopaka ze wspomnień (w podartych jeansach, fałszującego okropnie do płyt Beatlesów), trzymającego w ręku miecz, przedzierającego się przez ruiny miasta i walczącego na śmierć i życie. To dwie różne osoby i najwyższy czas przestać tęsknić za czymś, co odeszło. Zwłaszcza, że Shirō Ashige, Shinigami z Soul Society, instynktownie zostawił za sobą poprzednie życie, przekraczając Senkaimon. I stał się po tej stronie pełną, szczęśliwą osobą. A ona straciła pół wieku dla poszukiwania czegoś, co koniec końców uczyniło ją nieszczęśliwą. I może starać się zapamiętywać nazwiska oficerów i tworzyć naprędce powierzchowne więzy, ale na wyprostowanie jej całego życia po tej stronie potrzeba więcej, niż kilku godzin treningu w przyjacielskiej atmosferze. Ale to dobry początek.
*hikisaku (引き裂く, rwij)
** Kumade (熊田, Łapy Niedźwiedzia)
