No to trochę rozluźnienia, nie można ciągle tylko utaczać krwi i dobijać się perspektywą końca świata... Sake robi dobrze nawet na zmartwienia apokaliptycznego formatu.
Oby informacje o śniegu do czerwca były tylko prima aprillisowym żartem, chociaż przy okazji Wielkanocy Stwórca wykazał się już specyficznym poczuciem humoru ;)
I.
Nastrój panujący wśród zebranych przywodzi na myśl bankiet z okazji awansu, i to co najmniej na 6. oficera w „jedenastce". Albo zwyczajowe, całonocne posiadówki 8. Oddziału, gdy pani porucznik Ise wybywa w delegację. Jedynie brak sake, ciepłych przystawek i obscenicznych przyśpiewek wskazuje, że spotkanie ma charakter oficjalny, a rangi zebranych jednoznacznie klasyfikują całą tą niecodzienną sytuację, jako poszerzone zebranie sztabu dowodzenia Gotei 13.
Pierwszy raz, odkąd zaczęło się to szaleństwo, Oddziały mają co świętować, a lepiej zorientowani w nastrojach wśród żołnierzy wiedzą, że było to teraz bardzo potrzebne. Zebrani wymieniają się pomyślnymi wiadomościami, oficerowie prześcigają w podkreślaniu szczególnej roli swojego oddziału w ostatniej, skoordynowanej operacji, zaczynają krążyć niewybredne dowcipy o Vandenreich. Jakby wszyscy na chwilę zapomnieli, albo potrzebowali zapomnieć, że biwakują na kawałku pustkowia, czasowo pożyczonym od Arrancarów. O tym ostatnim przypomina jednak obecność przy długim stole Grimmjowa i jego świty, który z kolei nie podziela entuzjazmu Shinigami. Taku Hayato domyśla się, iż ma to coś wspólnego z tym, że Arrancar spędził dzisiejszy dzień siedząc na dupie w Las Noches, kiedy Oddziały prowadziły działania zbrojne, zakończone całkowitym sukcesem, bez strat własnych.
Sam 10. oficer „jedenastki" nie ma powodu do smutku, otrzymał miejsce przy stole sztabu, a dowodzona przez niego grupa wybiła do nogi, na przedmieściach Tokio, przewyższający ją liczebnie oddział białych żołnierzy. W sumie, w Świecie Ludzi pojawiło się dzisiaj, w różnych lokalizacjach, jednocześnie dziewięć grup złożonych z żołnierzy Armii Burzycieli, jak o nich mówili już Shinigami. Liczyły średnio po kilkunastu Quincy, z czego wynika, że Vandenreich stracili nad ranem ponad setkę wojowników, w tym przynajmniej czterech Stern Ritterów. Być może pięciu, jednak nawet IBiRS nie dał rady przypisać poziomu mocy do niezidentyfikowanych, poszatkowanych ciał, jakie zostawiła po sobie grupa Ikkaku Madarame. Chłopakom z „jedenastki" było to potrzebne bardziej, niż powietrze. Może teraz przesiedzą spokojnie nadchodzące trzy dni. Taaa. Hayato sam w to nie wierzy, zwłaszcza, że na twarzy, siedzącego obok, 3. oficera Madarame, widzi niezaspokojoną żądzę śmierci z domieszką szaleństwa. Zaczyna mu coraz bardziej przypominać Kenpachiego Zarakiego i ta myśl wcale go nie uspokaja.
Wciąż schodzą się dowódcy i ich oficerowie. Podobno „piątka „ i „szóstka", ze względu na dodatkowe zadania specjalne, wróciły jako ostatnie. Klapa namiotu znów się podnosi i do środka wchodzi kapitan Hirako i ten nowy, czy raczej były kapitan, co do nazwiska którego krążą wersje różnorakie. A za nimi oficerzy, w tym Abarai Renji, co nie uchodzi uwagi zebranych, którzy milkną na chwilę i przesyłają gesty powitania do wicekapitana, który powszechnie uważany był za umierającego. W sumie, po jednej stronie stołu znajdują się kapitanowie, obecni i byli, Visoredzi, delegacja Arrancarów z Grimmjowem i wolne miejsce dla Zastępczego. Naprzeciw zasiedli porucznicy oraz ich p. o. i dodatkowo delegowani niżsi rangą oficerowie. Z „jedenastki" znalazł się tu Madarame, pilnujący go Yumichika Ayasegawa i 10. oficer Hayato, na którego spadnie zapamiętanie wszystkiego, o czym powinien zostać poinformowany oddział, by – standardowo – wypadki nie zastały chłopaków Kenpachiego z opuszczonymi hakamami. Dlatego Taku ma zamiar oderwać myśli od snów, które nie pozwoliły mu wypocząć po akcji jak należy, ale dały innego rodzaju zadowolenie. A właściwie nie – pozostawiły narastające napięcie w dole spodni i wymusiły na jego mózgu, by bezwolnie oddał kontrolę nad ciałem nie tej głowie, której powinien. Taki stan zawsze prowokował skończenie głupie zachowania z jego strony. Cóż… natura. Ale teraz musi się skupić, by nie uronić ani słowa, a to może być wysoce problematyczne, bo jego myśli wciąż są zasnute zielenią.
Na końcu, po upływie naprawdę dłużej chwili, wchodzi Shigeko Soichi z „piątki", a za nią Ichigo Kurosaki, który mija wolne, zarezerwowane dla niego miejsce po lewej ręce kapitana Ukitake i siada za Abaraiem, obok Soichi, na miejscu oficera 5. Oddziału. To także wywołuje reakcję zebranych, a przez przyciszone szepty przebija się głos kapitana Kyōraku, który wypowiada półgłosem słowa, mogące kryć pod sobą wiele znaczeń.
- No, najwyższa pora.
II.
Wszyscy powracają do wojennej rzeczywistości. Shunsui Kyōraku, który, zdaniem Shigeko, wygląda naprawdę władczo i z opaską na oku w jakiś sposób przypomina jej wszechkapitana Yamamoto, podnosi się i chwilę bada wzrokiem siedzących naprzeciw.
- Panie i panowie, nie ekscytujcie się tak, to wysoce nieprofesjonalne. Zmuszacie mnie do przypomnienia, że dwa dni temu śmieszni kolesie z waszych niewybrednych dowcipów spuścili nam łomot, uśmiercili Yamę-jii i zmusili Gotei do czasowej emigracji z Soul Society. Nadal jest śmiesznie?
-Ehh. Shunsui, mów do nich językiem, który zrozumieją. Albo inaczej. Drodzy oficerowie, dlaczego Gotei dostało łomot w Soul Society, a dziś odnieśliśmy miażdżące zwycięstwo? Ktokolwiek?
- Bo dziś walczyliśmy w Świecie Ludzi, kapitanie Hirako.
- Dziękuję, 9. oficer Soichi. Rozwiń swoją myśl, bo chyba nie wszyscy załapali.
Shigeko za późno ugryzła się w język. Odpowiedziała odruchowo dowódcy, a powinna była się powstrzymać. W końcu jest tylko 9. oficerem w namiocie pełnym wicekapitanów. I akurat ona nie ma ochoty wykazywać się tutaj szeroką wiedzą w zakresie Quincych. No, ale trudno. Brnie dalej.
- Walczyliśmy w świecie materialnym, w którym dostępność do Reishi, niezbędnego Quincym do walki, jest kilkadziesiąt razy mniejsza, niż w Soul Society i Hueco Mundo, gdzie wszystko jest z niego zbudowane. Pokonanie tych samych przeciwników tutaj albo w Sereitei graniczyłoby z cudem. Ehm… Przepraszam, pozwoliłam sobie wyrazić opinię.
- W porządku. Ważne, że wszyscy zrozumieli. No, porucznik Ōmaeda nie załapał, ale na szczęście to my jesteśmy od myślenia.
Shinji Hirako w charakterystyczny dla siebie sposób lekko przymyka oczy, a po chwili odwraca twarz w kierunku Toshirō Hitsugayi. Teraz on zwraca się do zebranych swoim rzeczowym tonem.
- To zwycięstwo było nam potrzebne i niech oddziały się nim cieszą. Dobre morale w szeregach nie zaszkodzi, o ile dowódcy będą mieli świadomość realnych możliwości swoich ludzi. Tak więc dwie pieczenie na jednym ogniu, bo chociaż wiemy, że nie jesteśmy silniejsi niż przedwczoraj, to wiemy też, że można ich pokonać, musimy tylko dobrze wybrać miejsce rozstrzygnięcia. Ale to na razie nie jest przedmiotem tego spotkania.
Uwaga wszystkich koncentruje się na kapitanie 6. Oddziału, nonszalancko opartym łokciami o blat długiego stołu. Shigeko jest ciekawa, jak głęboko sięga jego wiedza o Quincych. Isshin niewątpliwie zna dobrze Ryūkena Ishidę, a od Ichigo wie, że jego ojciec poślubił kobietę w jakiś sposób spokrewnioną z Niszczycielami. Dziewczyna przez chwilę zastanawia się, czy może znała jej rodzinę, w końcu wszyscy Quincy się znają, tak jak ona wie, kim jest Ishida. Wie też, o czym za chwilę powie kapitan i modli się duchu, by nie wymusił na niej kolejnych wyjaśnień dla szerszego audytorium, bo jej nowy wizerunek i pozycję, budowane po Inwazji, szlag trafi. Ale kapitan nawet na nią nie patrzy. Siada prosto i staje się zupełnie inną osobą, gdy z jego ust znika lekko kpiarski uśmiech, a spojrzenie nabiera twardości. Jest rasowym taichō, nawet, jeśli przez chwilę zajmowały go całkowicie odmienne obowiązki.
- Miejsca, w których pojawili się dzisiaj biało odziani, nie były przypadkowe. Wszystkie lokalizacje wskazują na Quincy. A po wielkości grup, wysłanych przez Vandenreich, nie były to kurtuazyjne wizyty Stern Ritterów u dalekich krewnych. Armia Burzycieli, jak ją nazywacie, i całkiem to tutaj pasuje, rozprawia się nie tylko z Shinigami i Hollowami, a tak, i Arrancarami… przepraszam nadpobudliwego sojusznika za pominięcie. Ludzie, których dziś zaatakowali Vandenreich, to Quincy. Taaa… tytuł Ostatniego Quincy Ishida może sobie wsadzić, niemniej nas to odkrycie niezupełnie powinno martwić.
Shigeko domyśliła się tego jeszcze w Karakurze, kiedy przypomniała sobie o technice, która uratowała jej życie w dniu Inwazji. Ojciec pół wieku temu pokazał jej, jak bronić się przed kimś, używającym błękitnej mocy. Teraz jako jedna z niewielu osób nie ma oczu jak spodki i otwartych ze zdziwienia ust. Inaczej także reaguje król tutejszych pustkowi, który podnosi się z miejsca i rzuca do kapitanów.
- No bez takich. Zaznaczam, uprzedzając ewentualne durne pomysły, że na mojej pustyni jest za ciasno, by obok siebie biwakowali Arrancarzy, Shinigami i cholerni Quincy.
Nikt tego nie komentuje, ale zapewne mają podobne spostrzeżenia. Potrzebują chwili, by przyswoić ostatnie nowiny. Temat schodzi na szczegółowe raporty od grup uderzeniowych, omówienie sytuacji prowiantowej i w końcu wstaje 3. oficer Iemura z „czwórki" i raportuje stan rannych. Shigeko stara się wyłapywać z tej monotonnej paplaniny bardziej ją interesujące informacje.
-…a porucznik Hinamori z 5. Oddziału nadal nieprzytomna i silnie osłabiona, więc na pewno nie opuści izby chorych przed upływem tygodnia. W 6. Oddziale kapitan Kuchiki na granicy życia i śmierci, chciałem powiedzieć – w stanie krytycznym. Porucznik Abarai powinien nadal znajdować się w ambulatorium, ale nie wygląda już na umierającego…Dalej… Kenpachi Zaraki wciąż nie przytomny, chociaż odczyty jego Reiatsu wskazują na całkowite wyleczenie. Ten człowiek to jedna wielka anomalia… Ups, przepraszam. No i jeszcze „trzynastka"… porucznik Rukia Kuchiki dwie godziny temu odzyskała przytomność.
III.
Zanim jeszcze otwiera oczy, najpierw jakby z oddali, a chwilę potem już coraz wyraźniej, zaczyna słyszeć głosy, całą kakofonię dźwięków. Boi się podnieść powieki, ale nie są to już krzyki, eksplozje, głuche odgłosy upadających ciał i łamanych kości. To ją uspokaja na tyle, że decyduje się sprawdzić, gdzie się znajduje, bo po miękkości pościeli i charakterystycznym, lekko chemicznym zapachu powietrza, wnioskuje, że leży na jednej z sal w barakach 4. Oddziału. Coś jest jednak inaczej, bo echa nie odbijają się od ścian, jak pamiętała z poprzedniej wizyty w ambulatorium, ale dźwięki jakby przenikały przez nie, albo wręcz, jakby ścian w ogóle nie było. To ją znów zaczyna niepokoić, ale w końcu rozchyla powieki. Rzeczywiście, leży na posłaniu, obok krzątają się członkowie „czwórki", a dookoła leżą inni ranni. Ale na pewno nie są to koszary 4. Oddziału. Ktoś zauważa jej delikatne ruchy ręki, którą chce się podciągnąć do pozycji siedzącej. Nagle przypomina sobie ostatnie chwile na zawalonej gruzem ulicy w Seireitei. Nii-sama… Renji… Ichigo! Znów robi się ciemno. Przestaje słyszeć głosy oraz czuć delikatne poszturchiwania i zaczyna zapadać się w poduszki.
Tym razem budzi ją dotyk czyjejś dłoni, silnych męskich palców, które gładzą jej skórę po wewnętrznej stronie nadgarstka. Jest to tak przyjemne, że nie chce się poruszyć, by miłe mrowienie nie ustało. Chwilę tak leży i wsłuchuje się w odgłosy, wciąż z zamkniętymi oczami i w bezruchu. Nagle rozpoznaje przyciszony głos, obydwa głosy. Momentalnie otwiera oczy i chce się zerwać, ale kręci jej się w głowie i zamiera kilka centymetrów nad poduszką.
- Hola, nie przeginaj, kapitan Unohanie zajęło dłuższą chwilę, żeby cię poskładać i lepiej to uszanuj, bo nie chcę wiedzieć, jak wygląda jej gniew.
Ichigo uśmiecha się przy tym, a uśmiech obejmuje całą jego twarz, aż do oczu, podkłada jej rękę pod głowę i z powrotem układa na białej pościeli. Robi to delikatnie, choć Rukia czuje, że teraz palce mu odrobinę drżą, jakby schodziło z niego jakieś napięcie. A może to prochy. Nadal obraz jej skacze. Ale z tego, co udaje się jej wyłapać, rudowłosy wygląda dobrze, nie dostrzega u niego żadnych widocznych zranień, chociaż jest jakiś… inny.
- Mówiłem, że ona symuluje. Sam nie miałem ochoty podnosić się z tego nieziemsko miękkiego materaca. Powaga Ichigo, w porównaniu do tego reszta Gotei śpi na derkach.
Rukia obraca głowę i widzi kątem oka lewy profil Renjiego. Kamień spada jej z serca, bo czuła, że na chwilę przed tym, nim zemdlała w Seireitei, było z nim bardzo źle. A teraz, podobnie jak Ichigo, jest cały i zdrowy. No może mniej więcej, bo bandaże nadal przykrywają jego przedramiona i tors, a na twarzy ma kilka gojących się jeszcze skaleczeń.
- Witamy wśród żywych. Oszczędzaj się, mamy niedobór wicekapitanów. Ja zaraz muszę wracać do oddziału, kapitan zdrowo mnie przeczołgał dziś na akcji. Stwierdził, że „szóstce" brakuje fantazji, a ja wyraziłem odmienne zdanie. O żesz… Ichigo, jak ja mam sobie z nim poradzić, bo żeby jeszcze był marnym dowódcą. Ale dziś w Karakurze był fenomenalny… Tylko mu tego nie powtórz.
Yyy… Tego już zupełnie nie rozumie. Po pierwsze, myślała, że Nii-sama był w gorszym stanie, niż pozostali. Po drugie, nie rozumie, dlaczego miałby robić wyrzuty Renjiemu, no i po trzecie – od kiedy porucznik Abarai radzi się Ichigo w sprawie Byakuyi Kuchiki? Przenosi wzrok z jednego na drugiego, a oni patrzą na siebie porozumiewawczo. Odzywa się rudowłosy.
- Rukia… Byakuya nadal leży pod aparaturą w namiocie IBiRS, nie jest z nim za dobrze. „Szóstka" dostała zastępstwo, bo rano Renji też „nie był stanie fizycznym, umożliwiającym objęcie oddziału"… albo coś koło tego.
- Chrzanienie, nie byłbym w stanie, jakbym był martwy. A 6. Oddział przejął kapitan Shiba. Kojarzysz człowieka - czarnowłosy, wysoki, niedogolony, ma dziwaczne poczucie humoru… Parę miesięcy mieszkałaś w jego szafie.
Myśli, że się przesłyszała. „Shiba". Patrzy intensywnym wzrokiem na Ichigo i po jego wymownej minie wie już, że Renji nie stroi sobie żartów. Wiedziała, że Isshin także walczył z Aizenem w Karakurze, ale wokół tego była jakaś tajemnica, więc nawet nie próbowała dochodzić, kim był wcześniej. Jeśli Ichigo nie potrzebował tego wiedzieć, to ona tym bardziej nie miała prawa szukać odpowiedzi. Dawno temu, jakby w poprzednim życiu, gdy Kaien jeszcze był jej porucznikiem, dowiedziała się, że z upadkiem klanu Shiba wiąże się jakaś nieprzyjemna, zamierzchła historia. Wiedziała, że należał dawniej do Wielkich Rodów, ale gdy zapytała kiedyś o to wicekapitana „trzynastki", chyba jedyny raz odmówił jej rozmowy, artykułując jej nazwisko w taki sposób, że ją to zabolało. Niemal wszyscy w Gotei uwielbiali Kaiena, bo nie dało się go nie lubić, ale czuła, że uwiera ich jego rodowód, chociaż nikt nigdy nie wyraził tego wprost. Dziwne, podobnie odnosili się do Ichigo, jednocześnie się do niego zbliżając, nawet zaprzyjaźniając, i zawsze traktując protekcjonalnie, jakby jego istnienie też ich trochę uwierało. A wygląda na to, że kapitanowie nawet nie wiedzieli, kim on w ogóle jest. Nawet ona wmawiała sobie, że szuka na siłę podobieństw, a zawsze podświadomie czuła, że w Ichigo jest coś więcej. Jakby tak na to spojrzeć, Ichigo to Shinigami z rodu Shiba, syn kapitana Gotei, który w trzy dni osiągnął Bankai i rozwiązał za nich problem Aizena. Nie mógł być przypadkowym chłopakiem znikąd. Jej usta rozszerzają się w uśmiechu. Nii-sama nie będzie podzielał tej radości, zapewne wiele rzeczy mu się nie spodoba, kiedy się obudzi.
W czasie, kiedy ona milczy i składa informacje do siebie, Renji podnosi się, przelotnie żegna i wychodzi. Ichigo mówi jej o wszechkapitanie, swoim mieczu, stratach w Gotei, a gdy oświadcza, że siedzą teraz w namiocie na pustyni pod Las Noches, Rukia prosi, by jej to powtórzył, bo chyba źle zrozumiała. Wspomina jej o dzisiejszej misji w Karakurze i swojej rozmowie z Ishidą. Po jakimś kwadransie ma jako takie rozeznanie w sytuacji. Ichigo też się zbiera, chociaż Rukia widzi, że nie ma ochoty wychodzić.
- Mam się pojawić w kwaterze „piątki", inaczej Hirako mnie wywali z oddziału. Nie dziw się, zdecydowałem, że najwyższa pora uregulować jakoś swoją sytuację w Gotei, zwłaszcza, że mój stary zrobił się kapitanem. A Zastępczy Shinigami coś za często trafiają na celownik Soul Society. Właśnie, weteranom dzisiejszych potyczek przysługuje wolny wieczór, więc po zmroku wpadnę po ciebie i mam nadzieję, że twój stan pozwoli mi oprowadzić cię po obozie. Więc nie wywiń niczego głupiego. Na razie.
IV.
Zaczyna żałować, że odzyskała przytomność godziny temu, bo nie pamięta, kiedy ostatnio tak ją męczyło nic nierobienie. Przez prześwity namiotu obserwuje, jak słońce przesuwa się nad horyzontem, ale robi to zdecydowanie za wolno. Próbowała wypytać ludzi z „czwórki" o jakiekolwiek szczegóły, ale zorientowała się, że odrywa ich od obowiązków i zrobiło jej się głupio. Na chwilę zajrzeli do niej Kotetsu i Kotsubaki z pozdrowieniami od kapitana Ukitake i oddziału, ale oni też wrócili szybko do swoich spraw. Wszyscy coś robią, świat przewrócił się do góry nogami i wisi nad nim apokalipsa, a ona leży i liczy ziarenka piasku obok jej materaca. W końcu Rukia przysypia i dużo później budzi ją głośny śmiech na zewnątrz, a do środka wchodzi Ichigo z Renjim, a za nimi próbuje się wbić grupka Shinigami, w niecodziennie dobrych humorach, którzy jednak natychmiast zostają wyproszeni z ambulatorium. Czwarty Oddział nie przewidział konieczności zorganizowania polowej izby wytrzeźwień, więc zapewne wielu z nich obudzi jutro rano chłód pustyni.
Ichigo pomaga jej wstać, a gdy opiera ciężar ciała na nogach, jest już pewna, że będzie także musiał pomóc jej iść. Po kilku krokach, których postawienie trwa wieczność, chłopak bez ceregieli bierze ją na ręce i niesie w stronę wydm, gdzie już z daleka widać płonące ogniska. Obaj z Renjim wytrwale odpowiadają na jej chaotyczne pytania i znoszą jej ciągłe dygresje, aż w końcu jednocześnie wybuchają śmiechem, przyznając, że bardzo im jej dziamgotania brakowało. Po dniu spędzonym na rozmyślaniach o niejasnej historii, bracie na granicy życia i śmierci, wojnie i końcu świata, czuje się pierwszy raz bezpieczna, wtulona w ramiona niosącego ją Ichigo, który na potwierdzenie tego mocniej przyciska jej drobne ciało do siebie. Wchodzą w krąg światła i chłopak układa ją przy ogniu, jednocześnie witając się z siedzącymi dookoła i dokonując prezentacji.
- No dobra, jakby ktoś nie znał osobiście, ten sponiewierany to Renji Abarai. Ała… Ej, bez gwałtownych ruchów, bo ci się rany otworzą! Yyy… lecąca przez ręce to Rukia Kuchiki. Pierwsza z prawej siedzi Shigeko Soichi, moja wytrwała nauczycielka Kidō… taaa Rukia, dobrze słyszysz… dalej Shirō Ashige, oboje z 5., tzn. z mojego oddziału. Dalej chłopaki z „jedenastki", Taku Hayato i… sam jeszcze nie wszystkich kojarzę, wybaczcie. Ikkaku z Yumichiką pewnie wpadną, widziałem też krążącą Rangiku. A tak, dalej siedzi Nel, chociaż ją znasz, tak jakby.
Tak jakby, bo ostatnim razem Nel nie wyglądała jak długonogie marzenie przeciętnego mężczyzny, co potwierdza mina Shinigami z 11., który tylko się jeszcze nie zaczął ślinić. Kiedy Ichigo siada na piasku, Nelliel przysuwa się bliżej niego, a Rukii z jakiegoś powodu psuje to nastrój. Dziwne, bo w ogóle nie przeszkadzało jej, kiedy mała Nel nie odstępowała go na krok, uwieszając się u jego szyi.
Ludzie krążą między ogniskami, a między nimi z rąk do rąk przechodzi sake. Humory coraz bardziej się poprawiają. Pojawia się Rangiku, która prawie rozdeptuje Rukię, po czym namawia, by zapoznała ją z Renjim, dziwiąc się, że go nie kojarzy, chociaż zna wszystkich przystojnych mężczyzn po bu stronach Senkaimonu. Kuchiki jest pewna, że kapitanowi Hitsugayi skoczy ciśnienie i zacznie drgać żyłka nad okiem, kiedy rano zobaczy, w jakim stanie jest jego porucznik. O ile już jej prewencyjnie nie zaczął poszukiwać. Wesoło jest także między Shinigami z „ósemki", gdzie co jakiś czas głośne salwy śmiechu informują o zakończeniu przez Lisę Yadōmaru kolejnej historyjki z dawnych czasów. Była porucznik używa tak obrazowego języka, że Rukia mimowolnie się czerwieni, gdy słyszy urywki opowiadania, a nigdy nie uważała siebie za szczególnie pruderyjną. Dlatego stara się śledzić rozmowy w najbliższym gronie.
Butelka omija ją, jako rekonwalescentkę, oraz Ichigo, który najwyraźniej bardzo dobrze się bawi bez ciepłego trunku. Zna go już na tyle mocno, by wiedzieć, że jest teraz naprawdę szczęśliwy i nieważne co będzie jutro, ona zapamięta jego roześmiane oczy z dzisiejszego wieczora przy ognisku. Zastanawia się, co takiego się w nim zmieniło i dochodzi do wniosku, że to, kim się stał przez ostatnie dwa lata to wypadkowa wielu okoliczności i wydarzeń, które na niego spadły. Inwazja Vandenreich, jego ojciec, złamany Zangetsu, decyzja o dołączeniu do 5. Oddziału niewątpliwie też wpłynęły na to, kim jest tu i teraz. Jakby przez te dwa dni stał się bliższy i wydoroślał, chociaż wydawało jej się, że mocno zmienił się już wcześniej, przez 17 miesięcy przebywania poza światem duchów.
Nagle przychodzi jej do głowy, że tych kilkanaście tygodni w Karakurze, a potem pojedyncze, skradzione dni z Ichigo w Soul Society i Hueco Mundo, to okres, w którym żyła najintensywniej, chociaż do tej pory zawsze myślała, że takim było jej dzieciństwo z Renjim w Rukongai. Zaskakuje ją ta myśl i zaczyna się zastanawiać, jak to wygląda ze strony rudowłosego chłopaka. Przechodzi ją dreszcz, a Ichigo natychmiast reaguje, mocniej otulając jej plecy kocem i przyciskając do siebie. Chociaż nie miała w ustach sake, po jej ciele zaczyna rozchodzić się przyjemne ciepło.
V.
Shigeko obserwuje siedzących naprzeciw Kurosakiego i Rukię Kuchiki. Nie ma nic innego do roboty, nie jest mistrzem luźnej gadki, w ogóle większość ludzi na tych wydmach ani ją grzeje, ani chłodzi. Ale dziś w Karakurze zaobserwowała coś interesującego między Zastępczym a rudowłosą i ciekawi ją, jak wygląda szerszy obraz. Więc patrzy na dwoje siedzących, wlewając w siebie kolejne czarki sake. Co do niej nie jest pewna, zresztą kobiety są skomplikowane i często same nie zdają sobie sprawy ze swoich stanów emocjonalnych. Ale Ichigo zupełnie nie przypomina podminowanego chłopaka, którego widziała poprzedniej nocy na tych wydmach. Płonie w nim jasny płomień, którego wcześniej nie było. Patrzy na drobną, czarnowłosą Shinigami, jakby jej oczy w odcieniu fioletu odbijały jego duszę. Shigeko zazdrości pani porucznik z „trzynastki" takiego spojrzenia tych właściwych oczu, jak nigdy nikomu niczego nie zazdrościła.
- Butelka sake za twoje myśli, Soichi.
Podchodzi do niej Shirō, a ona w związku z dużą ilością wina ryżowego, które wchłonął jej organizm, wyrzuca z siebie słowa, zanim receptory zdążą przekazać do jej mózgu treści, które słowa ze sobą niosą.
- Chciałabym być Rukią Kuchiki.
Szarooki Shinigami zachłystuje się ze śmiechu. A do niej sekundę później dociera, jak głupio wypaliła. Ma ochotę roztrzaskać głowę o jakąś ścianę. I umrzeć, a w tych okolicznościach najskuteczniej byłoby zapić się na śmierć, bo nawet jeśli się jakimś cudem obudzi, to niewątpliwie dobije ją poranny kac. Bierze od 16. oficera butelkę, polewa do czarek jemu i sobie, a on opada obok niej na piasek.
- Dlaczego chcesz być Kuchiki? Bo jest porucznikiem? W tej wojnie wysokość stołka jest odwrotnie proporcjonalna do długości życia na polu walki. Jeszcze jedna inwazja i nawet ja zostanę porucznikiem.
- Ashige, zostaw mnie w spokoju, jeszcze przetwarzam, co do mnie przed chwilą powiedziałeś. Pozwól mi się upokarzać w samotności, to rozkaz.
Shirō zupełnie ignoruje jej alkoholową gadkę, zabiera z ręki butelkę i obraca jej twarz w swoją stronę. Kiedy jego palce dotykają skóry Shigeko, receptory nagle zaczynają szybciej reagować, wyzwalając wybuchy endorfiny w jej mózgu. Z jednej strony nadal reakcje jej ciała są opóźnione, w sposób charakterystyczny dla dużego stężenia alkoholu w żyłach i tętnicach. Ale jednocześnie jego palce na jej policzku wymuszają szybszy obieg krwi i pozwalają jaśniej myśleć, chociaż ciało miałoby problem z wypowiedzeniem tych myśli skołowaciałym językiem. Więc się nie odzywa i obserwuje, jak 16. oficer nieregulaminowo blisko przysuwa do niej swoją twarz. I zaczyna do niej mówić z zaskakującą bezpośredniością, także charakterystyczną dla stanu wskazującego na spożycie.
- Soichi, co ty ze sobą zrobiłaś, za co się karałaś, że do przedwczoraj byłaś anonimowym 17. oficerem? Z takim Kidō… Ale pieprzyć Kidō. Dzisiaj patrzyłem na ciebie na placu przy fontannie i nie mogłem oderwać wzroku. To, co robiłaś z ostrzem… To kim się stajesz, gdy uwalniasz Shikai… Cały dzień dźwięczy mi w uszach twój śmiech z chwili, kiedy przeobrażałaś Zanpakutō. Shigeko Soichi, ty dzisiaj na tym placu, to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałem w życiu.
Shigeko powinna była usłyszeć to pół litra sake temu. Wtedy nie zrobiłaby tego, co właśnie robi. A poddając się chwili kładzie swoje palce na dłoniach Shirō, które nadal spoczywają na jej policzkach, przysuwa się i przelotnie, dosłownie na sekundę przyciska swoje usta do jego warg, najspontaniczniej w świecie, jakby to była naturalna reakcje jej ciała. Po czym dociera do niej, co robi i ogarnia ją przerażenie. Szybko cofa głowę i w ogóle nie myśląc, chce wstać z tego piasku, oddalić się od obozu i rzucić na swój miecz, bo taką skrajną głupotę powinno się karać śmiercią. Ale promile we krwi nie pozwalają jej mięśniom na ruszenie się z miejsca. Alkohol to zło, już zaczyna ją łupać pod czaszką, a zaraz pewnie zacznie zanosić się od płaczu. Zbiera całą swoją determinację, by się nie rozkleić. Z kolei Shirō wypuszcza z rąk jej twarz i także odsuwa się od dziewczyny, co potęguje u niej fizyczny ból. Po chwili wraca mu trzeźwość myślenia i reaguje całkowicie dla niej nieoczekiwanie. Przechyla głowę, prowokując ciemne kosmyki, wiecznie w nieładzie, by przysłoniły jego szare tęczówki. Głośno się śmieje, trochę sam z siebie, trochę też z niej.
- Soichi… Mam nadzieję, że jutro większości z tego nie będziesz pamiętać, bo musiałbym poszukać miejsca w innym oddziale, a w „piątce" coraz bardziej mi się podoba.
VI.
- Czy ten kawałek pustyni jest zajęty?
Taku stara się wznieść na wyżyny dobrego wychowania i wykazać szarmanckim obyciem, bo ta droga wydaje mu się najwłaściwsza, jako że w jego przeszłości, jakkolwiek bogatej w doświadczenia z płcią przeciwną, nie miał do czynienia z kobietą, która była Arrancarem. Zdaje sobie sprawę, że to nienaturalne i nikomu by się do tego nie przyznał, ale o niej śnił w kółko przez trzy godziny, które mieli do wykorzystania na odpoczynek po powrocie z Karakury. Myśli o Nelliel pochłaniają go do tego stopnia, że przestaje być sobą, bo dziś nie cieszył się walką jak zawsze. Po prostu odwalał swoją robotę, a na dodatek zaczął się intensywnie zastanawiać, a zwykle robi to tylko w obecności Ashige. Z powodu tego, jak ta kobieta na niego działa, pewnie całkowicie nieświadomie, powinien trzymać się od niej z daleka. Tak sam każdemu by poradził. Ale nie ma dość silnej woli, by stąd odejść i usiąść przy ognisku.
- Siadaj Taku Hayato, moja maska skutecznie odstrasza ewentualnych zainteresowanych tym kawałkiem pustyni.
Dołącza do niej i oboje siedzą, milcząc i patrząc w czarną przestrzeń ponad ich głowami. Hayato odczuwa jej fizyczną bliskość, jakby delikatne wyładowania elektryczne przeskakiwały między jego a jej skórą, niwelując dzielącą ich odległość dziesięciu centymetrów. Ciszę przerywa Nelliel, która mówi półgłosem, nie odwracając głowy od ciemnego nieba.
- Możesz położyć rękę na moim udzie, na które gapiłeś się poprzedniej nocy, poczuć ciepło mojej skóry albo dotknąć moich włosów, co próbowałeś zrobić przy ognisku. Nie ubędzie mnie, ale zastanów się, gdzie to prowadzi?
Taku nie wie co powiedzieć, tak zaskoczyła go jej bezpośredniość. Przed chwilą czuł jeszcze lekki wpływ sake, bez którego pewnie by tu nie zabłądził. Teraz całkowicie wytrzeźwiał. Dziewczyna przechyla głowę i patrzy na niego swoimi smutnymi oczami, głębokimi jak ocean. A on nie ma teraz ochoty po postu położyć dłoni na jej idealnym udzie. Właśnie siedzi obok pięknej, mądrej dziewczyny, z którą ma ochotę… porozmawiać. Słyszał, że takie istnieją, ale sam do tej pory jeszcze żadnej nie spotkał.
- Kim ty jesteś? Znam swoje słabości i nie raz kobiety rzucały mi się na mózg, ale to coś innego.
- Właśnie, Taku Hayato. Pociąga cię moja inność. To, że jestem czymś nieznanym, Arrancarem, czującym się nieswojo w ciele kobiety, której widok przyspiesza ci tętno. I jednocześnie Arancarem, który nie jest też beztroskim dzieckiem. Zabijanie jest wpisane w moją naturę i czyni mnie nieszczęśliwą. Jestem anomalią, zakłóceniem równowagi światów. Tak jak Shigeko Soichi, Visoredzi albo Ichigo. Jak Vandenreich. Nie pasujemy do zapisanych nam ról, sięgnęliśmy poza ciasne kategorie rasowe.
- Yhm. Weź pod uwagę, że nie mam całkowicie świeżego umysłu. Nie bardzo rozumiem, co do mnie mówisz. Zresztą, ja też zaczynam nie pasować do schematu, bo tracę radość z tego, kim jestem od dekad. Dzisiaj pierwszy raz zobaczyłem, że chłopaki z „jedenastki" przestają być oddziałem Gotei i samoistnie wracają do tego kim byli, kiedy mordowali przypadkowych przeciwników w poszukiwaniu siły, zanim charyzma Kenpachiego ściągnęła ich tutaj. Niepokoi mnie to, że Shinigami, za których bym zginął, nie cenią swojego życia, nie mają żadnego systemu wartości i w ogóle zabijają, dla samego zabijania. Heh. Jestem oficerem z 11. i gadam jak pieprzony pacyfista.
- Sama nie wszystko rozumiem, większości się domyślam. To ta wojna wszystko zmienia. Albo zmiany, które dokonały się wcześniej musiały w końcu doprowadzić do wojny. Może się mylę, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy… Taku Hayato, nie zastanawiałeś się, dlaczego po klęsce Gotei opuściło Soul Society i zwróciło się po pomoc do Hueco Mundo, zamiast czekać na polecenia od Króla Dusz?
VII.
Słyszy przytłumione głosy, od których oddziela ją prawdopodobnie brezent namiotu, w którym leży. Ale równie dobrze może być na zatłoczonym dworcu, albo leżeć twarzą na asfalcie, który ktoś pruje młotem pneumatycznym. Za chwilę czaszka Shigeko pęknie, a jej zawartość wyleje się na piasek, którego tu pełno, skracając jej męki. Zaraz, nie leży wcale na piasku. Jak do licha znalazła się w namiocie, skoro ostatnie co pamięta, to towarzystwo chłopaków z „jedenastki", do których dosiadła się, uciekając od Shirō. Jakiś kilometr od obozu, kilka godzin temu. Porusza się delikatnie, a jej dłoń zsuwa się z tkaniny i dotyka ludzkiego ciała, konkretniej – jak najbardziej męskiego ciała. Jej palce czują napiętą skórę, mięśnie oraz zarysowujące się pod nimi żebra i mostek, rytmicznie unoszący się i opadający z każdym wydechem osobnika, który służy jej za materac. O jasny szlag, Shigeko, coś ty zrobiła w ciągu brakujących godzin, których nie zarejestrowała twoja pamięć?!
Zaciska powieki, bo czuje, że męski lokator posłania, na którym leży, właśnie się obudził. To najgorsza, najbardziej żenująca chwila jej obydwu żyć, a ona nie może się nawet ratować ucieczką, bo wie, że jej nogi zaplączą się o pierwszą napotkaną przeszkodę. Gorzej być nie może.
- Dobry Soichi, co za noc… ekhm… obfitująca w nieoczekiwane atrakcje. Przynajmniej nie marzłem. Dzięki.
Bogowie, może być gorzej. Co ja zrobiłam?! O kurwa mać.
- Ashige…
- Nie takim głosem witają mnie zwykle nad ranem dziewczyny. Heh, spokojnie Soichi. Gdybym ci służył w nocy czymś więcej niż ramieniem w drodze powrotnej i klatką piersiową jako poduszką, to na pewno byś zapamiętała. To, że sytuacja wygląda tak dwuznacznie zawdzięczamy tylko twoim cholernie silnym dłoniom. Kiedy już cię niosłem, tak się wpiłaś w moje ubranie, że musiałbym połamać ci palce, żeby się uwolnić. A wczoraj przy ognisku miałem jeszcze nadzieję, że odeśpisz i zapomnisz o moim nieprofesjonalnym akcie szczerości. Ale teraz to co innego. Soichi, jeśli uważasz, że po wczorajszym nie będziesz mogła ze mną normalnie pracować, to mnie przenieś. Ale weź proszę pod uwagę moje dżentelmeńskie zachowanie. Możemy udawać, że nic się nie stało, jeśli tak ci odpowiada. Bo jednak bardzo chciałbym zostać w „piątce".
Kamień spada jej z serca i łupanie w skroniach też wyraźnie zelżało. Wie, że mówi prawdę, a mógłby próbować jej zełgać co ślina na język przyniesie, bo ona sama ni w ząb nie pamięta drogi powrotnej. W jednym na pewno podziela pragnienia Shirō.
- Ashige, nie przeniosę cię za to, że prawdopodobnie uratowałeś mnie przed całkowitą kompromitacją. Co ja właściwie robiłam, bo przez mgłę pamiętam ognisko 11. Oddziału?
- Taaa. Podpadłem chłopakom, może tylko Taku Hayato nadal będzie się do mnie odzywał. Możliwe, że jeszcze pół litra sake i obudziłabyś się w innych koszarach. Albo w jakimś składziku. Chłopaki z „jedenastki" to straszne kołki.
Dziękuje bogom, że nie spędziła nocy obok niedomytego samca z 11. Oddziału. Kiłę miałaby jak w banku. W sumie to, że obudziła się tu, gdzie się obudziła, też nie jest katastrofą. Cholernie żałuje, że niewiele z tego pamięta. Tylko, co on sobie w ogóle o niej myśli…
- Ashige, coś sobie wyjaśnijmy. Nie jestem osobą, którą widziałeś wczorajszej nocy.
- Wiem, ale nie jesteś też kimś, o kim słyszałem z opowiadań Taku czy ludzi z „piątki". Swoją drogą, nawet podoba mi się twoja wczorajsza strona osobowości, oczywiście odpowiednio dawkowana. A tak… zaczęłaś mi mówić w nocy po imieniu i może dlatego, że nikt od dawna tego nie robił, było to całkiem przyjemne, skoro jesteśmy tacy szczerzy… Może się jednak zamknę. No dobra, jeśli zostaję w oddziale, to zbiorę chłopaków. Masz kwadrans żeby się ogarnąć, w brązowym pudełku znajdziesz liście, trzeba je przeżuć, bardzo dobrze robią na kaca, ale swoje odcierpisz. Tylko oszczędnie, nie wiem, kiedy zajrzymy do Soul Society uzupełnić zapas.
- Liście? A tak, pamiętam. Byłam dłuższy czas w 8. Oddziale.
Shirō uśmiecha się ze zrozumieniem. Wstaje, bierze miecz i ma zamiar się zbierać. Shigeko dotyka ręką czoła, a jej ruchy nadal są okropnie spowolnione. Sięga po liście, a gdy się pochyla, długie włosy rozsypują się, okrywając jej plecy i opadając na twarz. Słyszy za plecami głos jej 16. oficera.
- Piętnaście minut. Uroczo wyglądasz z rozpuszczonymi włosami. Tak jakoś… mniej zołzowato.
Rzuca w niego sandałem. Przynajmniej jej celności nie obniżyły następstwa minionej nocy. Nie wstaje, by podnieść but. Czeka, aż chłopak zostawi ją samą, a dopiero, gdy słyszy jego chichot na zewnątrz, podnosi się, a czaszka prawie jej eksploduje. Oczywiście potyka się o własne nogi i pada na ziemię jak długa. I wybucha śmiechem, tak niepohamowanym, że jej nieprzyzwyczajony do tego organizm, nie wie jak sobie z tym poradzić, podobnie jak cały 5. Oddział, zszokowany dobrym humorem 9. oficer, Shigeko Soichi.
VIII.
Od kilku minut nie śpi i zaczyna czuć lekkie zniecierpliwienie. Ma ochotę wymknąć się z namiotu zaopatrzeniowego, w którym zakończył minioną noc, ale w półmroku miałby problem ze zlokalizowaniem części garderoby, które chaotycznie zrzucał jeszcze zanim znalazł się w środku. Ma nadzieję, że jego hakama nie poniewiera się na zewnątrz, bo byłoby to wysoce krępujące. Dodatkowo nie bardzo jest z stanie wysunąć się z objęć śpiącej dziewczyny tak, by jej nie obudzić. Rozmowa w tych okolicznościach byłaby nie mniej krępująca. Zwłaszcza, że nie wie, jak jasnowłosa Shinigami ma na imię, zresztą chyba nawet jej o to nie pytał. Nelliel miała rację, choć nie powiedziała tego głośno. Taku jest męską szują.
Dziewczyna obraca się na drugi bok, uwalniając jego ramię, więc szybko korzysta z okazji i ekspresowo opuszcza miejsce obok niej, na stercie jakichś koców. Przynajmniej nie nabawił się siniaków, jak kiedyś w schowku na szczotki w koszarach „ósemki". Szybko się ubiera, brakuje tylko jego sandałów, ale nie jest to nic, co wcześniej by mu się nie przydarzyło. Najważniejsze, że ma przy sobie Zanpakutō, bo to byłby prawdziwy problem. Impreza zakończyła się nieoczekiwanie przyjemnie, ale temu nie poświęca tyle myśli, co niezwykle pouczającej rozmowie, która miała miejsce wcześniej. Bardzo się cieszy, że powstrzymał samcze odruchy przy Nelliel. Ona jest zupełnie inna niż anonimowa Shinigami drzemiąca w głębi namiotu. Taaak, jestem wredną mendą, powtarza sobie Hayato w duchu.
Opuszczając cicho namiot skupia się, by przypomnieć sobie dokładnie, co powiedziała mu zielonowłosa Arrancar. Może dlatego nie zauważa, jak wpada na niego Renji Abarai, dźwigający w ramionach jakąś drobną, chyba nieprzytomną kobietę. Hayato uśmiecha się do niego porozumiewawczo, chociaż po nim akurat spodziewał się więcej powściągliwości. Szybko jednak widzi, że porucznik trzyma śpiącą Rukię Kuchiki i Taku robi się głupio. Nie należy mierzyć ludzi swoją miarą. Mijają się, a 10. oficer nie kieruje się w stronę swoich koszar. Dopiero świta, zresztą większość chłopaków spała pewnie poza miejscem zakwaterowania. Nie ma ochoty jeszcze oglądać ich twarzy. Idzie powoli w kierunku, w którym oddalił się Abarai. Nie zwraca za bardzo uwagi na otoczenie i znów zostaje potrącony. Teraz go to rusza i już chce wygarnąć, zapewne jakiejś pijanej mendzie, ale rozpoznaje za sobą Kurosakiego. O ile porucznik „szóstki" tylko się spieszył, to rudowłosy, ostro wkurzony, pędzi przez obóz na złamanie karku, zmierzając chyba do IBiRS. Taku jest lekko zdezorientowany. Zwłaszcza, że mijając namiot 5. Oddziału widzi wychodzącego Ashige, chichoczącego jak mała dziewczynka, a za chwilę rozlega się głośny śmiech. Prawie niemożliwe, ale rozpoznaje głos Shigeko Soichi. Co, do jasnej cholery, było w tym sake wczoraj przy ogniskach?
Dobrze byłoby zasięgnąć informacji, bo jeśli tego nie zrobi, to „jedenastka" dowie się jak zwykle ostatnia. Wnerwiony Kurosaki nie wróży dobrze. Postanawia iść za nim do IBiRS, którego tymczasową siedzibę widzi obok tymczasowego ambulatorium. Nie jest mu dane dowiedzieć się, co tak wytrąciło Zastępczego z równowagi, bo drogę zachodzi mu postać, która wypełnia sobą całe wejście do izby chorych. A zza jej pleców wychyla się uśmiechnięta, różowowłosa porucznik.
-O, Hayato. Masz trzy minuty przewagi. Jak dojdę do koszar oddziału, a nie ma tu uliczek, w których mógłbym się zgubić, lepiej żeby te małpie syny były w komplecie. Jeśli nawet pieprzne ciamajdy z „czwórki" stroją sobie żarty z 11., to cholera, odechciewa się człowiekowi umierać.
IX.
Już prawie świta, ale Ichigo, chociaż na dobrą sprawę nie zmrużył oka, czuje się świetnie, jak mało kiedy. Ostatni uczestnicy nocnej zabawy zmyli się jakąś godzinę temu i wtedy też chciał odprowadzić Rukię, ale stwierdziła, że sam widok wnętrza ambulatorium pogarsza jej zdrowie. Więc zostali przy dogasających ogniskach, dziewczyna momentalnie zasnęła, otulona kocem, a chwile później usłyszał chrapanie Renjiego. Obserwuje śpiącą obok Rukię i chciałby zatrzymać czas. To dla niego nietypowe, ale po prostu chciałby nic nie robić. Wraz z rankiem przyjdzie mu stąd wstać i podjąć kilka decyzji, niektóre pewnie nie wszystkim się spodobają, a jemu najmniej. Wróci do wypełnionej śmiercią rzeczywistości, przed którą chciałby ochronić opartą o jego ramię dziewczynę. Ale to nie jest przecież krucha istotka, chociaż na taką teraz wygląda. Gdyby usłyszała jego myśli, pewnie zdzieliłaby go przez łeb za okazywanie słabości. Takie jej myślenie zawsze utrzymywało go na powierzchni.
- Chyba zapuściliście się poza granice rezerwatu. Tu nie jesteście pod ochroną, Shinigami. Można to potraktować, jak zerwanie warunków sojuszu.
Oczywiście. I tak wytrzymał prawie dobę, nie można oczekiwać, że pieprzony król Hueco Mundo będzie czekał w nieskończoność. Głos nieoczekiwanego gościa obudził Renjego, gotowego w każdej chwili interweniować. Ichigo nie rusza się nawet o centymetr, by nie zbudzić Rukii. Odwraca tylko głowę do Shinigami.
- Renji, zabierz Rukię do obozu. Jakbyś wpadł na jakiegoś Arrancara, niech za kwadrans zgłoszą się po truchło swojego króla. Ten pojedynek był warunkiem umowy, więc nie będzie złamaniem sojuszu. Prawda, Grimmjow?
Arrancar wybucha śmiechem przy słowie „truchło". Niech się śmieje, płaczącego nie miałby sumienia ukatrupić. Patrzy, jak Renji bez słowa bierze delikatnie Rukię, nadal pogrążoną w głębokim śnie. Rozumieją się bez słów i znają aż za dobrze, by porucznik „szóstki" wtrącał się do takich spraw. Chociaż na bank wróci tu, gdy tylko odstawi dziewczynę do łóżka, ale pewnie będzie już po wszystkim.
Gdy zostają sami na wydmach, Ichigo Kurosaki sięga po Zangetsu i przez myśl mu przechodzi, że jeszcze nie próbował miecza po jego rekonstrukcji przez Inoue. Stwierdza, że to nie najgorszy sposób na jego godny powrót, taka powtórka z rozrywki. Czuje w dłoni znajomy ciężar i przyjemność, jaką czerpie z sięgania do mocy swojego miecza, części swojej duszy, rozlewa się po jego ciele. Wyciąga Zanpakutō przed siebie i otacza go aura bladoniebieskiego Reiatsu.
- Bankai. Tensa Zangetsu.
X.
I cisza. Jego miecz milczy.
To się nie dzieje naprawdę, za chwilę się obudzi i świat wróci na swoje miejsce. Nie będzie jak kretyn stał nieruchomo przed Grimmjowem, który swoją drogą też wygląda na równie zaskoczonego, co on sam. Tylko zdecydowanie mniej zmieszanego, a bardziej wkurzonego.
- Ichigo Kurosaki, chyba sobie, do cholery, żartujesz.
Przez głowę Ichigo przebiega tysiąc myśli, ale żadna nie tłumaczy tego, co się dzieje. Przecież odzyskał Zanpakutō w jednym kawałku. Gdyby coś było nie tak, nie mógłby używać Shikai. Czy na pewno? Urahara powiedział, że miecz zniszczony w pełnym uwolnieniu nie wraca już do poprzedniej mocy w tej formie. A jego Shikai był już przecież uszkodzony i regenerowany. A jeśli moc Inoue nie potrafiła przywrócić jego Bankai, a jedynie scaliła ostrze? No to teraz jest w czarnej dupie, mówiąc bardzo oględnie. Arrancar, który wybił niedawno pół oddziału Vandenreich, zapewne rozsmaruje jego wnętrzności stąd, do Las Noches, a on nie wie nawet, czy jest w stanie użyć Getsugi.
- Cóż Grimmjow, wygląda na to, że mówiłem raczej o swoim truchle. Ale przynajmniej cię wcześniej trochę pokaleczę.
Arrancar nie zaszczyca chłopaka odpowiedzią, po prostu chowa swój nieuwolniony miecz do pochwy, odwraca się i ma zamiar się stąd zbierać.
- Yyy, dokąd ty się wybierasz, do jasnej cholery?! Od trzech dni nie odstępujesz mnie na krok, jak pieprzony cień za mną łazisz, rzucając na prawo i lewo deklaracje gotowości do pojedynku. Więc masz swój pojedynek.
- Ichigo Kurosaki, ty se chyba kpisz. Ostatnim razem pokonał mnie Shinigami władający potężną mocą, nie bojący się przywdziewać maski Pustego, porywający się na niemożliwe. Który podobno pokonał Aizena. A teraz wytrząsa się przede mną chłopaczek w Shikai, który przystępuje do walki nie znając swoich ograniczeń, dając się zaskoczyć własnemu mieczowi. Gdzie wcięło twój Bankai?... I mówisz, że mnie pokaleczysz, zanim cię ubiję. Pokaleczysz?! Co ci się stało, do kurwy nędzy?
- Jestem ci winien walkę, więc ją dostaniesz. Tak jak ostatnio, na śmierć i życie, warunki się nie zmieniły.
- Widzisz Kurosaki, nie mam powodu po prostu cię zabijać. Chcę pojedynku z tamtą osobą, która mnie pokonała. Albo z czymś jej bliskim. Żyję dla tego pojedynku. Ale jestem teraz władcą Hueco Mundo i wiesz… muszę trzymać standardy. Jakakolwiek walka z aktualnym tobą jest poniżej mojego poziomu. Zero przyjemności. Jeżeli za pięć minut, prawie bez walki, odwalisz kitę na tym zadupiu, to okaże się, że nie było na co czekać. Ostatnio, kiedy podnosiłem się zakrwawiony z piachu, miałem więcej pary, niż ty masz jej teraz i ktoś mi powiedział, żebym sobie odpuścił. Łapiesz aluzję?
- Nie chrzań mi tu. Od tego mam ojca. Nie ruszę się stąd i będę z tobą walczył. Choćbym miał cię do tego zmusić i choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu. W dupie mam twoje samopoczucie, więc wyciągaj Zanpakutō.
- No żesz… Jakiś ty tępy. I za co chcesz mnie zabić? Bo działam ci na nerwy od trzech dni? No tak, kurewsko dobry powód. Bo nie masz innych zmartwień. Jak koniec świata. Ale jak cię utłukę, to zdejmę ci to zmartwienie z głowy. Chyba cię pogięło, Kurosaki. Wnerwianie ciebie sprawiało mi niemałą przyjemność, bo widziałem, jak się miotasz. Nieukierunkowana złość aż z ciebie kipiała, co mnie nakręcało. Ale wcale nie jesteś tym, na co czekałem. Ty nie chcesz zabijać, ty masz raczej życzenie śmierci, a ja nie jestem od spełniania twoich życzeń. Co to ma być? Nie kontrolujesz wydarzeń, przestałeś decydować, siedzisz na dupie i się im poddajesz. Jesteś rozbity i nie przyznasz się do tego, ale myślisz, że jak kogoś zabijesz, to zrobi ci się lepiej. Część ciebie chce kogoś naprawdę skrzywdzić, jak nigdy i to cię pochłania. Zajebiste uczucie, a ty… ty się tego boisz. Więc wymyśliłeś, że wyładujesz się na mnie, ale nie wyszło i nie masz pomysłu, co dalej. A ta potrzeba i tak nie zniknie, wbij to sobie do łba. Witamy w świecie dorosłych. Nie odbieramy życia z litości, ale dlatego, że jest nam przeznaczone być drapieżnikami. Krew nas woła, bo tacy jesteśmy, bo do tego nas stworzono. Zabijamy, bo jesteśmy w tym kurewsko dobrzy. A nie, żeby leczyć problemy emocjonalne. A chuj, przez ciebie się jeszcze elokwencją wykazałem. Przestań się mazać i weź się do cholery ogarnij.
Ichigo nie bardzo wie, jak ma zareagować. Grimmjow to ostatnia osoba, która mogłaby mu robić wykład z mądrości życiowej. Chłopak przypomina sobie jednak uczucie, jakie miał chwile temu, leżąc obok Rukii, gdy za wszelką cenę nie chciał wracać, nawet myślami, do rzeczywistości. Wcześniej bał się porozmawiać z Ishidą i zadziałał dopiero, gdy wymusiła to sytuacja. O Inoue nawet nie wspominając. Na gwałt chciał nauczyć się Kidō, jakby to rozwiązało jego problemy ze złamanym mieczem. Którym też nie zajmował się, dopóki nie trafili do Karakury. I nie jest pewien, dlaczego właściwie dołączył do „piątki". Albo wie. Bo jak zacznie działać, kiedy sięgnie po determinację, która kierowała nim w wojnie z Aizenem, to znów wszystko spadnie na niego. Przestanie być oficerem 5. Oddziału i zacznie sam ratować świat, wyrabiając we wszystkich przekonanie, że sobie poradzi. I nie w tym problem, bo mógłby zrobić dokładnie to samo drugi raz, jeśli byłoby to wystarczające. Ale tym razem jest inaczej. Tym razem urosło to do kosmicznych rozmiarów. A on wyciągnął już ze swojego arsenału, co miał najmocniejszego i jest prawie pewien, że Saigo no Getsuga Tenshō nie rozwiąże tego problemu. No i wtedy Gotei panowało nad sytuacją, nawet jeśli o tym nie wiedział. Teraz mydlą oczy planem pięciodniowym. A on biwakuje pod gwiazdami z dziewczyną, bez której nie może żyć, a chwilę potem bezmyślnie chce się dać zabić. Co on wyprawia? Rukia by go za to dotkliwie zrugała słownie. I fizycznie.
- Załapałem, Grimmjow. Nie musisz się już wydzierać. Więc… rozejdziemy się pokojowo?
- Ty mnie źle nie zrozum, Ichigo Kurosaki, to nie prawo łaski, tylko odroczenie. Aż tak mi się nie spieszy, żebyś mnie szukał jutro. Ale kiedy wszystko się wyklaruje, wolałbyś, żebym ja nie musiał szukać ciebie. I do cholery, nie odstaw przed nikim drugi raz czegoś takiego, bo to ja będę tym, który własnoręcznie ubije pogromcę Sōsuke Aizena.
XI.
Rukia budzi się, kiedy Renji układa ją na miękkim materacu, a po zapachu upewnia się, że są w ambulatorium. Otwiera oczy i napotyka jego spojrzenie. Znają się dostatecznie długo, by wiedziała, że taki jego wzrok oznacza kłopoty. A skoro nie ma z nimi Ichigo…
- Renji, w tej chwili powiesz mi co się dzieje.
Po dwudziestu sekundach, w czasie których zarejestrowała w jednym zdaniu słowa „Ichigo", „Grimmjow" i „truchło" jest już na zewnątrz, z czerwonowłosym Shinigamim dwa kroki za jej plecami. W Ichigo coś się zmieniło od Inwazji i w tych okolicznościach może to nienajlepiej wróżyć. Zna go jak nikt, ale nawet, kiedy w przeszłości była pewna jego reakcji, potrafił ją zaskakiwać. Teraz może wywinąć coś nieskończenie głupiego, nawet poza jej pojmowaniem.
Życie do niej wraca i czuje ulgę, widząc plecy Kurosakiego znikające w wejściu do prowizorycznego laboratorium IBiRS. Jednak po prędkości, z jaką zderzył się z klapą namiotu Instytutu wnioskuje, że nie wszystko jest w porządku. Stawiając samodzielnie niepewne, ale szybkie kroki, z Renjim, w każdej chwili gotowym ją asekurować, wchodzi za rudowłosym. Spodziewa się obecności Urahary, może Shinjego Hirako. Zastają tu też kapitanów Kyōraku, Ukitake, Unohanę, Kenseia, Hitsugayę. A także Isshina, z mieczem i haori zupełnie niepodobnego do głupawego, nadopiekuńczego ojca, który gościł ją w swoim domu. Yyy. Rada gabinetowa, tego się nie spodziewała. Czuje, że powinni z Renjim wyjść, ale Ichigo zauważa ich obecność i odwraca się do niej.
- Rukia, to nie jest… Zresztą… nawet jak cię przywiążę do łóżka, to przegryziesz powróz. Tylko chociaż na czymś usiądź.
Ichigo, pomimo tonu, jakim się do niej odzywa, ma miękkie spojrzenie. Mocno ją to zastanawia, bo dziewczyna widzi, jaki jest wytrącony z równowagi, jak nadal emanuje z niego złość, jak przenosi wzrok po kolei na wszystkich kapitanów, kończąc na swoim ojcu. Rukia czuje się nieswojo i zaczyna się poważnie bać. Po minach kapitanów widzi, że ich także mocno poruszyło zachowanie Kurosakiego. Chłopak z kolei jeszcze chwilę milczy, a Kuchiki z ulgą orientuje się, że chce się trochę uspokoić, zanim odezwie się do dowództwa Gotei. Bardzo mądrze. Dopasowuje się do sytuacji i mówi miękkim, opanowanym głosem.
- Ichigo. Powiedz wreszcie się stało. Rozmawiasz z kapitanami i…
- Co się stało? Grimmjow podzielił się ze mną mądrościami życiowymi, chociaż równie dobrze mógł mnie artystycznie rozsmarować na wszystkich filarach wokół obozu. Sam się o to prosiłem. Wszyscy traktują mnie jak niedorozwiniętego, więc zaczynam się tak zachowywać. Chciałbym być tylko oficerem „piątki", ale nim nie jestem. Nie ważne, czy jest we mnie więcej człowieka, czy Shinigami, czy noszę w sobie ślady Hollowa, czy może płynie we mnie krew Quincy. Nie byłem nigdy kimś, kto bezkrytycznie godzi się z wydarzeniami i nie mam zamiaru się zmieniać. Bywało bardzo nieciekawie, ale jakoś nadal tu stoję. Psiakrew, jestem osobą, która zajęła się Sōsuke Aizenem i dlatego chcę wiedzieć, po co Gotei zabunkrowało się w Hueco Mundo i co wydarzy się jutro. I kim, u licha, jest Król Dusz, bo o niego najwidoczniej chodzi Vandenreich.
Atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem. Ale, o dziwo, Rukia się uspokaja, bo widzi przed sobą narwanego chłopaka, który przyszedł za nią na wzgórze Sōkyoku i którego determinacja zawsze pozwalała jej utrzymywać się na powierzchni. Odzywa się kapitan Hirako.
- Ichigo, czy tobie się wydaje, że zawsze będziesz remedium na wszystkie nasze problemy?
- Nie rozumiesz mnie, Hirako. Ja nie chcę na ochotnika ratować świata, myślisz, że padło mi na mózg?! Ale nie zawsze robimy, to na co mamy ochotę, coś o tym wiem. A siedział na dupie nie będę. Obecnie nie mogę używać Bankai, Urahara na pewno przewidział, że Inoue nie naprawi Tensy Zangetsu. Dlatego muszę wiedzieć wszystko, o czym wie Gotei, żeby nie błądzić bez sensu, jak z mieczem. Muszę znać dostępne opcje. Koniec z biwakowaniem, zmieniły mi się priorytety.
Wszyscy patrzą na niego, jakby rzeczywiście z jego głową było coś nie tak, ale ton jego głosu nie pozwala im nie traktować go poważnie. Ichigo Kurosaki odwraca się od kapitanów, w stronę wejścia do namiotu i patrząc na nią wzrokiem, od którego robi się jej gorąco, ale mówiąc nadal do dowódców, kończy.
- Do cholery, nie będzie żadnej apokalipsy. Wyjdę z siebie, ale kiedy doprowadzę to do końca, Rukia będzie w jednym kawałku.
XII.
Shirō Ashige czeka ciężki dzień. Wiele wie o mechanizmach kierujących wojskiem i wolny wieczór nigdy nie wróży dobrze nadchodzącemu po nim porankowi. Coś jak ostatni posiłek skazańca. Dlatego odpuścił sobie nocne towarzystwo 11. Oddziału, bo dziś przypominałby Shigeko Soichi. A tak, ma pod opieką jedną skacowaną przełożoną. To będzie trudny, długi dzień, ale w tej chwili nie wie jeszcze, jak bardzo. Nie przychodzi mu nawet na myśl, że wieczorem spojrzy na inne gwiazdy, kładąc głowę pod innym niebem, ale wielu spośród otaczających go Shinigami zamknie oczy wcześniej, nim wzejdzie księżyc, gdy nieodwracalnie zgaśnie w nich iskierka życia.
Teraz, wychodząc z namiotu, gdzie zostawił Soichi, widzi plecy pędzącego na złamanie karku Kurosakiego, który mija ludzi z „piątki" i kieruje się do IBiRS, sztabu dowodzenia albo izby chorych, bo tylko te namioty rozstawiono w tamtej części obozu. Coś się stało, a Shirō lubi wiedzieć wszystko, co ewentualnie może mu uratować życie. Widzi jakieś zamieszanie przy ambulatorium, ale wie, że to nie za sprawą Ichigo. Chłopak był zdrowo wkurzony i Ashige postawiłby każde pieniądze, że w tej części obozowiska szuka teraz Urahary, swojego ojca, któregoś z kapitanów, albo ich wszystkich razem. Niegrzecznie byłoby nie pomóc w poszukiwaniach koledze z oddziału i robi krok w kierunku Kurosakiego, ale się zatrzymuje.
Nie jest anonimowym kadetem, którego wszyscy olewali, ale który nie miał też żadnych powinności i dbał o swój własny tyłek. Jest oficerem Gotei i nie wie, jak to się stało, ale na dobrą sprawę to on teraz panuje nad 5. Oddziałem. Od trzech dni wyżsi oficerowie, którzy są tu lata, wydając najprostsze polecenia szukają w jego oczach aprobaty, a chłopaki do niego zgłaszają się po informacje, unikając bezpośredniego kontaktu z Shigeko Soichi, i vice versa. A dziś ich p. o. wicekapitana jest wyraźnie niedysponowana i będzie go potrzebowała w pobliżu jak nigdy. Shirō zaciska zęby i odwraca się do najbliższego Shinigami z „piątki". Należą do oddziału Shinjiego Hirako, a ten nie pozwoli, by jego podwładnych ominęły ważne wieści. Ashige musi w to wierzyć i robić to, co należy do jego powinności. Jest w wojsku, a armia nie jest dobrym miejscem dla indywidualistów.
Po dziesięciu minutach do małego tłumu przed barakami dołącza Soichi, wyglądająca zdecydowanie lepiej. Właściwie wygląda wspaniale i tylko Shirō wie, że wykrzykiwane przez nią słowa boleśnie ranią każdy neuron pod jej czaszką. Ale miotający się w popłochu ludzie widzą w niej Boginię Śmierci, którą była wczoraj przy fontannie. Dziś skoczyliby za nią w ogień. Ashige upewnia się teraz, że nie mógł lepiej trafić z przydziałem, chociaż mogą to być przedwczesne wnioski. Przed koszarami pojawia się Shinji Hirako, a jedno, co o nim wie, to że usłyszy z jego ust coś, co wbije go w ziemię, prawdopodobnie bardzo mu się nie spodoba i okaże się błyskotliwym pomysłem.
Zwłaszcza to ostatnie powtarza sobie jak mantrę, przekonując do tego uparcie własną podświadomość, kiedy godzinę później stoi, jak kilkunastu innych z „piątki", na centralnym placu Seireitei, obok częściowo zniszczonego gmachu IBiRS. Obserwuje Kurosakiego, odchodzącego z Shinigami w haori z emblematem „zerowego" Oddziału. Obok Mayuri Kurotsuchi wydaje szczegółowe polecenia pięciu oficerom z 12., którzy mają towarzyszyć grupie Soichi w ich misji specjalnej. Ashige stoi i czeka, jak na 16. oficera przystało, mocno walcząc z wrodzoną tendencją do posiadania własnego zdania, by jego ujawnienie nie sprowadziło na niego sądu wojennego. W głowie kiełkuje mu tylko niepokojąca myśl, że duchowe cząsteczki jego duchowego ciała nie dołączą jednak do tysięcy innych, które wniknęły w Seiteitei cztery dni temu. Tam, gdzie za chwilę wyśle ich kapitan 12. Oddziału, prawdopodobnie zginą zapomniani, ale istnieje nikła szansa, że wcześniej zabiorą ze sobą w wielką pustkę wielu Vandenreich i zbiorą garść informacji, które zmienią statystyki tej wojny.
Ta, cały ten patos o dupę potłuc, nie zginie żadną epicką śmiercią jakiegoś pozoranta z 6. Oddziału. Może być żołnierzem i bez gadania wykonywać rozkazy, ale pozostaje sobą. A Shirō Ashige, którego ogląda co rano w lustrze, nie dopuszcza przegranej. Ma zamiar wrócić z tego cholernego lodowego pustkowia, przytaszczając ze sobą swoją 9. oficer, bo odkąd opuścił rano namiot „piątki" przychodzi mu do głowy, że bardzo chciałby znowu poczuć na swojej twarzy jej miękkie włosy i ciepło jej skóry pod swoimi palcami, tak, żeby tym razem ona także to pamiętała.
Och, jaką ja mam cichą nadzieję, że grono moich czytelników nie ogranicza się do jednej, choć oddanej fanki... ;)
