I.
Kiedy się budzi, w pokoju nadal panuje półmrok, jednak chociaż w ciemności nie jest w stanie tego sprawdzić, czuje, że Shirō obserwuje jej twarz, jednocześnie muskając policzek wierzchem swojej dłoni.
- Dzień dobry. Wiesz, że przez twoje kiepskie Kidō straciliśmy trzy tygodnie, które mogły tak wyglądać? Z naszym szczęściem pewnie się okaże, że dziś idziemy na wojnę, a o tygodniach byczenia się, które miało całe Gotei, co najwyżej sobie posłuchamy od kolegów.
- Przepraszam, że sprowadziłam twój nieziemski tyłek, zanim nabawiłeś się kłopotliwych odmrożeń. Moje kiepskie Kidō może cię odesłać tam, skąd cię przytargałam, tracąc przy tym trzy tygodnie… tego. Zainteresowany?
Shirō muska wargami jej obojczyk i cicho się śmieje, a jej także udziela się jego wesołość. Widocznie oboje wracają myślami do Lodowego Wymiaru, bo chłopak kontynuuje w innym tonie.
- Jak myślisz, co się stało z brakującymi 23 dniami? Może to ten pokręcony wymiar, wszystko tam było dziwaczne, nawet trzymając Fujinhikō w ciele Arnstahla nie czułem odrobiny jego mocy Quincy. Jak się nad tym zastanowić... Było bardziej dziwnie, niż w Świecie Ludzi. Jakby w powietrzu nie było ani odrobiny Reishi i dodatkowo coś blokowało moje zmysły Shinigami. I Aidenell Kerr powiedział coś takiego… że Quincy też nie wyczują naszej obecności. O jasna cholera…
Chłopak nagle zrywa się z posłania ze skupioną twarzą.
- Shigeko, ty też nic nie czułaś, prawda? A jeśli Vandenreich tego nie kontrolowali, ale sami podlegali tym dziwacznym prawom dziwacznego wymiaru… Stern Ritter użył miecza, jakby był bardziej pewien tej broni. Bo nie chciał używać strzał z Reishi… bo prawie go nie było w powietrzu… Strzała tego Soldat też była nijaka. Powinna walnąć tak, żeby się zrobiło niebiesko. Cały Lodowy Wymiar jest prawie pozbawiony cząsteczek duchowych, wyjałowiony.
- Shirō… Chcesz powiedzieć, że znaleźliśmy swoje pole bitwy?
Gdy Soichi jeszcze mówi, chłopak już wciąga na siebie hakamę i usłużnie rzuca w jej kierunku shitagi, która znalazła się po jego stronie materaca. Ona jest nie mniej podekscytowana, co on. Że też wczoraj na to nie wpadli, ale wczoraj mieli inne rzeczy na głowie. IBiRS miał z kolei ponad trzy tygodnie, żeby do tego dojść, ale nie jest pewna, czy naukowcom z „dwunastki" w ogóle udało się zabrać jakieś wartościowe próbki. Chwilę później znajdują się już na zewnątrz, a ona orientuje się, że jej włosy są nadal w nieładzie. W biegu splata je w gruby warkocz, ale Shirō, widząc to, zatrzymuje się i palcami rozdziela pasma, a te, uwolnione opadają na jej plecy. Przypomina sobie, że powiedział wcześniej, jeszcze w Hueco Mundo, coś o jej rozpuszczonych włosach. Nie jest pewna, bo wspomnienie tamtego poranka wiąże się w jej głowie z uczuciem rozłupywania czaszki młotem pneumatycznym, ale Ashige chyba obok słowa „urocze" dorzucił „zołza". Zaczyna jej kiełkować w głowie pomysł, jak go za to ukarać, ale po chwili porzuca te myśli, bo robi się jej od nich gorąco. Później.
Jak duchy przemykają obok zdezorientowanych strażników przy bramie IBiRS. O dziwo w środku jest pełno Shinigami w białych kitlach. Bez większych sprzeciwów zostają skierowani do Akona. Ten po minucie wie już, z czym do niego przyszli. A więc „dwunastka" nie nudziła się przez te tygodnie. To studzi trochę ich entuzjazm, ale Akon jest wyraźnie ożywiony.
- To potwierdzałoby wiele z naszych założeń. Nie mamy wystarczających danych, a nie wyślemy nikogo drugi raz, choćby ze względu na uciekający czas. Przede wszystkim musimy mieć pewność, że Gotei nie zostanie uwięzione na wieki gdzieś między Soul Society a Lodowym Wymiarem, jak wam się to przydarzyło.
- Bardzo możliwe, że Vandenreich nie wiedzą o waszej wycieczce. Mogą zakładać, że Kerr jakoś pozbył się Stern Rittera, a Soldat nie byli dla niego żadnym wyzwaniem. Myślą, że gdzieś tam się ukrywa. Zapewne zakładają, że Gotei jest w rozsypce, taki wysłaliśmy im obraz i działania grup Shinigami w Świecie Ludzi mają ich utrzymywać w przekonaniu, że tam się ukrywamy. Nie odważą się zaatakować w Karakurze, gdzie byliby na straconej pozycji. A może nie ma ich już w Lodowym wymiarze. Jest wiele scenariuszy.
Drugi głos należy do Tōshirō Hitsugayi. Z nim wchodzą do laboratorium Shinji Hirako i Shunsui Kyōraku, który kontynuuje myśl kapitana „dziesiątki".
- Nawet jeśli na to nie wygląda, cały czas panujemy nad sytuacją. Gotei zawsze ma plan awaryjny, bo nie może sobie pozwolić na bierne czekanie. W końcu kto, jak nie my, ochroni karki wszystkich dusz we wszystkich światach?
Shigeko czuje się onieśmielona. W tonie głosu Kyōraku i jego pewności odbija się echem to, co słyszała w głosie Yamamoto. To naprawdę działa, bo ona sama czuje się lepiej. Zza pleców wszechkapitana wychyla się jej dowódca, z charakterystycznym grymasem na twarzy, od którego, jak zawsze, 3. oficer 5. Oddziału traci pewność siebie.
- Ehh... A można wiedzieć, co podpory mojego oddziału robią w budynku „dwunastki"? W „czwórce" to ja rozumiem, bo tam leży połowa ich kolegów, jeszcze lepiej pod moimi drzwiami, żeby zdać mi raport z wczorajszych „manewrów". Ale żeby spowiadać się kapitanowi Mayuriemu… Zmieniłaś zdanie co do posady, Soichi?
Shigeko robi się cała czerwona i nie wie, gdzie schować oczy. Ze wszystkimi pomysłami podwładni kierują się do swoich kapitanów. Nawet nie pomyślała, że może tutaj rozmawiać z Mayurim, na myśl o czym przechodzi ją dreszcz. Potulnie milczy i gdy jej taichō odwraca się do drzwi, podąża za nim, a za nią z kolei jej 9. oficer. Kiedy są w połowie drogi do oddziałowych koszar, Shinji Hirako, nie zmieniając wyrazu twarzy, wreszcie się do nich odzywa.
- Bardzo dobre posunięcie z manewrami, zapewne twój pomysł Ashige. Byłbym wdzięczny, gdybyś nie dał się zabić, bo oddział bardzo ucierpi na stracie takiego oficera. Co do reszty… Hinamori znowu jest ranna, chyba dziewczyna wpadnie w depresję od ciągłego oglądania sufitu ambulatorium. Oddział jest mocno poturbowany, o dziwo wszyscy przeżyli noc. Na razie mamy spokój ze stałymi misjami w Karakurze, no chyba, ze przyjdzie do ogólnej mobilizacji. Ashige, pogadasz sobie ze swoim Arrancarem, kapitanowie nie mają czasu i cierpliwości na znoszenie jego fochów, a ty może czegoś się dowiesz. Oczywiście opcja włączenie go w struktury Gotei odpada, ale… osobiście mógłbym podjąć ryzyko i „objąć go opieką" 5. Oddziału. Jeśli okaże się przydatny. Oboje macie się trzymać z dala od Mauyriego Kurotsuchiego, zrozumiano? Jest niezastąpiony dla Gotei, ale to nie Urahara i poczucie etyki ma mocno… ehm… zniekształcone. Zapewne jest gotowy odstawić na tobie, Soichi, wiwisekcję, byle zaspokoić ciekawość.
Shigeko robi się nieswojo. Z pewnością weźmie sobie do serca słowa kapitana. Hirako zatrzymuje się.
- Jest jeszcze jedna sprawa. Ashige zapewne podzielił się z tobą, Shigeko Soichi, moimi teoriami. Ekspertem nie jestem, Hollowy to inna bajka, ale jako dobry dowódca dostarczę ci odpowiednie źródło informacji. W nocy z Reiōkyū wrócił Ichigo Kurosaki i pewnie będzie miał do ciebie kilka pytań. Jesteś miejscową ekspertką od Quincy, możecie wymienić doświadczenia. To chyba wszystko. O matko… I zanim wejdziecie do koszar, na litość boską, weźcie chociaż pasy porządnie zawiążcie i naciągnijcie hakamy na tyłki.
II.
Ichigo Kurosaki został zakwaterowany w pokoju 4. oficera, sąsiadującym z jej kwaterą w kompleksie 5. Oddziału. Gdzieś w końcu musiał spać, a oficjalnie nadal wisiał na liście oficerów „piątki". Ciekawe, czy bardzo dało mu się już we znaki sąsiedztwo, bo ona i Shirō raczej nie przestrzegali ciszy nocnej. Shigeko delikatnie puka w shōji i taktownie czeka. W końcu dopiero świta i prawdopodobne, że chłopak będzie potrzebował chwili, żeby zwlec się z łóżka. Soichi słyszy przytłumione głosy, które przypominają… tupot małych stópek po drewnianej podłodze, a potem odgłos zamykanej szafy. Możliwe, że się przesłyszała. Po chwili z szparze odsuniętego shōji pojawiła się lekko zdezorientowana twarz Kurosakiego.
- O Shigeko, daj mi chwilę, muszę się ogarnąć… Yyy… Wejdziesz?
Dziewczyna wsuwa się za nim do środka i od razu rzuca jej się w oczy mocno sfatygowana pościel. Może Ichigo ma niespokojny sen. Kiedy chłopak zawiązuje obi i próbuje zlokalizować Zanpakutō, Shigeko kątem oka widzi, jak leżąca na podłodze, damska hakama zostaje wciągnięta przez uchylone drzwi do szafy. Soichi kieruje wzrok w sufit, uspokojona, że raczej nie zakłócała sąsiadowi snu ostatniej nocy.
- Shinji mówił, że cię przyśle, ale wyleciało mi z głowy. Sorki… chwila… widziałaś gdzieś tu moje sandały?
Po chwili z szafy wysuwa się prawy sandał chłopaka, a on robi się na twarzy cały czerwony.
- Yyy… tego… Może zaczekasz jednak na zewnątrz?
Shigeko z ulgą, cały czas podziwiając obelkowanie sufitu, wychodzi przed budynek. Ze środka dochodzi przyciszony śmiech i po minucie pojawia się Ichigo.
- Shigeko, spróbuj wykasować z pamięci ostatnie pięć minut, byłbym wdzięczny.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz.
I oboje wybuchają śmiechem. Dziewczyna łapie się na tym, że całe życie się tyle nie śmiała, co przez ostatnią dobę. Bardzo odpowiada jej takie sąsiedztwo, raczej nie będzie nudno. Kurosaki, nadal w dobrym humorze, z błyszczącymi oczami, przechodzi do sedna.
- Byakuya mnie zabije, ale przynajmniej umrę z uśmiechem na ustach. O ile Grimmjow i Vandenreich ustąpią mu miejsca w kolejce. Nie ważne zresztą. Jest parę spraw, które chciałbym obgadać, w ogóle nie miałem czasu na zastanawianie się w Reiōkyū. Dostałem tam taki wycisk, że nadal się psychicznie zbieram. Nic gorszego, niż wnerwione Zanpakutō, już mnie nie spotka. Ale mam kilka pomysłów, co zrobić z moją mizerną mocą Quincy. Visoredzi pomogli mi usadzić białego sukinsyna, ogarnę i to. Tylko gadaj po ludzku, żebym zrozumiał chociaż piąte przez dziesiąte.
Po jakiejś godzinie wymiany poglądów żadne z nich nie wygląda na usatysfakcjonowane. Shigeko nie za bardzo wie, co jeszcze mogłaby dodać, ale widzi, że Ichigo chyba chodzi coś po głowie.
- Nie będę ukrywał, że wolałbym wiedzieć, czym mnie może zaskoczyć moc, która siedzi mi pod skórą. Opcja z walnięciem mnie strzałą odpada. Jestem takim wybrykiem natury, że cholera wie, jak zareaguję, a dopiero co, na nowo ułożyłem sprawy z moim Zanpakutō. Nie mogę ryzykować tej więzi. Po tym, co przeszedłem w tej dziurze u Ōetsu, nie ma mowy, żebym tak lekko podchodził do Zangetsu.
- Bardzo bym chciała, ale niewiele ci mogę pomóc. Może wcale nie będę miała problemów z pogodzeniem błękitnej mocy z mocą Shinigami, kiedy zregeneruje się moje Reiatsu. Na razie jestem za bardzo osłabiona i moje problemy mogą być tylko skutkiem wyczerpującego Kidō. Nie wiem na pewno.
- W porządku, nie przejmuj się. I tak wiem teraz więcej, niż godzinę temu. Dzięki. Jest jedna osoba, która jest w tym specem. Zresztą, tak czy inaczej, muszę z nią pogadać. W sumie, ty też mogłabyś się czegoś dowiedzieć. Co powiesz na wypad do Karakury?
Nim ma szansę odpowiedzieć, podbiega do nich Shirō.
- Mnie też dopiszcie. Uwierz mi Shigeko, powinniśmy zdobyć parę informacji w Karakurze.
III.
Zna wszystkie skróty i tajemne przejścia w Seireitei, dlatego nie ma najmniejszego zamiaru nadkładać drogi do budynków „jedynki", gdzie w jednoosobowym pokoiku, z kratami w oknie, rezyduje Aidenell Kerr. Dlatego Shirō postanowił przejść przez niskie ogrodzenie, tuż obok biura kapitana i opuścić kompleks 5. Oddziału furtką, ukrytą za kwaterami wyższych oficerów. Gdy przedziera się przez krzaki, dochodząc do wniosku, że to był jednak głupi pomysł, przed oczami migają mu plecy drobnej Shinigami z opaską porucznika na ramieniu, która zwinnie zeskakuje z parapetu okna, sąsiadującego z pokojem Shigeko, po czym znika w gąszczu, po drugiej stronie ogrodu. Shirō nie jest pewien czy mu się nie przywidziało. Zresztą nie jest z natury wścibski, a jeśli nawet, to nie zagląda nikomu pod kołdrę. Przez chwilę myśli o zakładzie, o którym wspominał Taku i śmieje się sam do siebie. Wreszcie Gotei da spokój jemu i Shigeko.
Zastaje Aidenella Kerra w bardzo dobrym nastroju. Dzisiaj jest przebrany w mundurowe, czarne kimono bez oznaczeń oddziałowych, przy pasie ma swój Zanpakutō i wygląda na zrelaksowanego, ale jego bursztynowe oczy pozostają czujne. Zaczyna to irytować Shirō, bo sam jest trochę niewyspany i ma wrażenie, że Arrancar testuje jakąś psychologiczną zagrywkę, próbując wyrobić w Shinigami przeświadczenie, że jest tu wszechwiedzącym i panującym nad sytuacją. Żeby się skubany nie zdziwił.
- No dobra, Kerr. Pół godziny na przekonanie mnie, że warto cię w ogóle karmić i użyczać powietrza. Zacznijmy od tego, co wiesz o naturze Lodowego Wymiaru. Prawie nie ma w nim Reishi. Dlaczego Quincy urządzili sobie dom w miejscu, gdzie prawie nie mogą korzystać ze swoich mocy?
- Wreszcie skojarzyłeś, moje gratulacje, Shirō Ashige. Najpierw chcę wiedzieć, jak wygląda mój status w Gotei?
- Nie masz żadnego statusu w Gotei 13. Aż tak się nie pozmieniało, żeby Arrancar służył w jednym z oddziałów, na tych samych prawach, co Shinigami. Jeśli okażesz się przydatny, to dostaniesz wygodniejszy materac i prawo do spacerów.
- Heh. Na początek może być. No to podzielę się moimi spostrzeżeniami, przy czym zaznaczam, to tylko domysły. Więc… Vandenreich to wcale nie są Quincy. Quincy to ludzie, ludzie się rodzą, starzeją i umierają. Ci nie mają dusz ubranych w śmiertelne ciała jak zwykli śmiertelnicy. Są istotami duchowymi, jak Arrancarzy, Hollowy czy… Shinigami. Sami już wymyślcie, skąd się wzięli. Na moje oko to pozostałość po czasach, kiedy w Soul Society rezydował Król Dusz, nie było Arrancarów, Visoredów i innych mieszańców, a Shinigami nie naginało zasad, ale było rządzone wolą Króla. To wasza historia, może sobie ją uzupełnisz we własnym zakresie?
- Chcesz powiedzieć, że Soul Society stworzyło Vandenreich?!
- Nie stworzyło. W odróżnieniu od Arancarów i Visoredów, którzy niejako powstali sztucznie, mocą Hōgyoku, Vandenreich, a przynajmniej ich trzon, to istoty, które powstały naturalnie. Istoty duchowe, używające Zanpakutō, które naturalnie władają też mocą Quincy. Coś dzwoni?
- To są w jakimś stopniu… Shinigami?
- Nie wiem, zapewne nie wszyscy, ale część tak jakby. Są dokładnie tacy, jak twoja dziewczyna. Dusze, które były Quincy i po śmierci nadal mają dostęp do błękitnej mocy. I jednocześnie posiadają możliwość manipulowania mocą Bogów Śmierci, Zanpakutō, te sprawy… Dawno temu jeden taki „Shinigami" zorientował się, że jest czymś więcej i postanowił wyemigrować z Soul Society, zapewne robiąc przy tym dużo huku. Założył klub sympatyków i znalazł sobie wymiar, do którego nikt nie rościł praw, który czekał tylko na lokatorów. I zapewne było w nim Reishi pod dostatkiem, ale przez stulecia kombinowania, eksperymentów i nie mam pojęcia czego jeszcze, Reishi ubyło, bo moc Quincy tylko je zasysa, nie generując nic w zamian. A teraz jest go tam mniej, niż w Świecie Ludzi i Vandenreich zaczęli się oglądać za nowym domem. Hueco Mundo pasuje jak ulał, ale ma kiepskie krajobrazy, tutaj jest ładniej, ale w Wymiarze Królewskim to już pełny wypas, jak mawiają ludzie. A dodając do tego żal i pretensje za wielokrotne, mniej lub bardziej udane, próby holokaustu ze strony Gotei… Ale to tylko moje gdybanie.
- To jest niemożliwe. Wszechkapitan Yamamoto był starszy niż Gotei, pamiętał czasy Króla Dusz, czegoś takiego nie można było przeoczyć.
- A tobie, Shirō Ashige, wydaje się, że Gotei o tym wszystkim nie wie? Mam odpowiednio wysokie poczucie własnej wartości, ale do waszych kapitanów mi daleko, zwłaszcza, że mają dostęp do informacji, o których nikt poza nimi nie ma prawa wiedzieć. Oczywiście, że Yamamoto, świeć Panie nad jego duszą, wiedział. Zapewne to on pozwolił IM żyć w nadziei, że się już wyszumieli. Wyprawy do Karakury, wysłanie grupy do Lodowego Wymiaru… Gotei sprawdza swoje dane, bo ma większy plan. Myślisz, że wybrałbym się tutaj dobrowolnie, gdybym nie przewidywał, że rozdepczecie Vandenreich? Zasadniczo Arrancarzy głupi nie są, Yammy Llargo był wyjątkiem potwierdzającym regułę. Może nawet Grimmjow na to wpadł, w końcu to Espada, nawet jeśli nie wygląda, to czasem myśli. Na moje nieszczęście.
Shirō ma mentlik w głowie, a najgorsze, że wszystko do siebie pasuje. Kapitanowie mają za zadanie ochronę Soul Society i równowagi światów, jak to zrobią, ich sprawa. Nie muszą się z niczego tłumaczyć, zwłaszcza niższym oficerom i to jest dla niego jasne. Gorzej, że jeśli to wszystko prawda, to Shigeko może mieć poważne problemy. Teraz rozumie ostrzeżenie Shinjiego Hirako, Mayuri może mieć ochotę rozpracować wroga, rozkładając ją na czynniki pierwsze. Dlatego lepiej, a na pewno bezpieczniej, jeśli sami zdobędą jak najwięcej informacji, a kto może wiedzieć więcej o Vandenreich, niż Quincy?
IV.
Tessai, gdy tylko podał im adres, pod którym mogą znaleźć Ishidę, zasugerował, że Shirō i Shigeko powinni używać w czasie pobytu w Karakurze gigai. Po pierwsze, dobrze by było, gdyby wyciekające z nich Reiatsu, nawet w minimalnych ilościach, nie ściągnęło niczyjej uwagi. Po drugie, zwrócił uwagę, że poziom ich energii duchowej daleki jest od optymalnego, a dobrze skrojone gigai, prosto ze składziku Urahary, przyspieszy regenerację ich nadszarpniętego Reiatsu. W ciągu pół godziny, której potrzebował na dostosowanie zastępczych ciał, dorzucając komponent, upodobniający ich aurę do typowo ludzkiej, czteroosobowa grupa układała plan działania. Ichigo w pierwszej kolejności planował zajrzeć do domu i upewnić się, że u Karin i Yuzu wszystko w porządku. Jego ojciec wpadał tu najrzadziej co 3 dni, ale nawet się z nim nie widział od powrotu z Reiōkyū. Szczerze mówiąc, trochę tęsknił za swoim łóżkiem i miał zamiar spędzić w nim dzisiejszą noc, prawdopodobnie nie sam. Musiał się upewnić, że w jego pokoju niechcący nikt się nie ulokował. Dobrze pamiętał, że zaprzyjaźnieni Shinigami nie widzieli nigdy problemu w traktowaniu jego domu jak hotelu, a ostatnio było ich w Karakurze pełno. Gdy pozostała trójka wskoczyła wreszcie w swoje nowe, a on w swoje własne ciało, spacerkiem skierowali się w stronę Kliniki.
Teraz, gdy przemierzają skąpane w słońcu ulice, uderza go, że nic wokół nie wygląda inaczej, ale przecież nie miał powodów, by oczekiwać, że w Karakurze coś się zmieni. Nieliczni wiedzą o wiszącej nad światem katastrofie, a większość, jak co dzień, chodzi do pracy, szkoły czy na zakupy. Wszystko obok niego toczy się swoim rytmem. A on pewnie będzie musiał powtarzać semestr, bo w szkole nikt nie widział go od miesiąca i nie zapowiada się, by szybko miał tam wrócić. Kolejny bonus do bycia wybawcą świata, myśli ironicznie. Idąca obok niego Rukia wygląda na skupioną. Nie ma pojęcia jak ona to robi, bez problemu potrafiąc skupić uwagę na priorytetach, bo on z kolei usilnie stara się nie patrzeć na jej przykusą sukienkę. Naprawdę musi się ogarnąć, dać sobie na wstrzymanie i wrócić do rzeczywistości. Zwłaszcza, że po odgłosach, dochodzących z jego domu, należy wnioskować, iż to, co tam zobaczy, wywoła u niego załamanie nerwowe. Rusza biegiem, zostawiając pozostałą trójkę w tyle, i wpada do środka. Nie jest pewien, czy nie pomylił adresów, bo jego kuchnia przypomina schronisko dla bezdomnych.
- Do jasnej… Co wy tu wszyscy robicie?!
- Ichigo-kun~! Pokoje na górze były zajęte, więc rozbiliśmy się tutaj. Chociaż uważam, że to przegięcie, żeby „jedenasty" miał twój, cały dla siebie…
Głos Rangiku zagłusza rzępolenie gitary. Zanim wicekapitan kończy, Ichigo jest już na schodach i otwiera drzwi do swojej sypialni z takim impetem, że ledwo zostają w futrynach.
- Yumichika, Ikkaku… Yyy… cała reszta – wypad! Jeśli zależy wam na życiu, nie pokazujcie mi się już dziś na oczy. No żesz… czy wy… pędzicie w mojej szafie samogon?! Kto was tu w ogóle wpuścił?
- Ichigo. Po co te nerwy. Nie mogliśmy już wysiedzieć u Asano, jego siostrze kompletnie odbiło, u was to się nazywa molestowanie seksualne. Kapitan Shiba pozwolił nam tu powaletować, w awaryjnej sytuacji. Napalona baba z ciągotami matrymonialnymi to jest awaryjna sytuacja. Twoja siostra, ta blondynka stwierdziła, że możemy zostać, ile nam się podoba.
- Wypad, zanim stracę cierpliwość. Jeszcze nie testowałem nowego Bankai i zaczyna mnie korcić. Tych na dole też ze sobą zabierzcie. Stop. To cholerstwo z szafy także. I nie ma was.
- Spokojnie, jeju. Arystokrata się w nim odezwał…
Gdy drzwi zatrzaskują się za ostatnim dzikim lokatorem, Ichigo bezsilnie opada na swoje łóżko. Rukia siada obok, ale po chwili wstaje, wdrapuje się na parapet i szeroko otwiera okno. Widząc jego pytający wzrok, odpowiada rzeczowym tonem.
- Strasznie śmierdzi tu wódą. Jak w koszarach „jedenastki". Może do wieczora trochę wywietrzeje.
- To jest jakaś masakra. Dobra, zbieramy się, zanim kogoś za to zabiję. Karin i Yuzu są jeszcze w szkole, zobaczę się z nimi później. Jak one to znosiły?
- Może przed wyjściem zajrzyj jeszcze do łazienki. Żebym w nocy nie narobiła wrzasku.
Dotyka palcami jego dłoni i uśmiecha się. Robi mu się trochę lepiej. Zapewne niedługo mu się pogorszy, bo z kolei Ishidę mało obchodzi jego dobre samopoczucie. Ale nazbierało się spraw, o których muszą porozmawiać, a Ichigo ma mnóstwo pytań i dla odpowiedzi jest w stanie znosić humory Quincy przez resztę dnia. W sumie, brakowało mu przez te tygodnie sarkazmu Uryū Ishidy, myśli teraz, śmiejąc się w duchu i psychicznie przygotowując na to spotkanie.
V.
Świetnie czuje się w jeansach i wygodnych trampkach, i bynajmniej nie przeszkadza jej, że dopasowane spodnie skutecznie skupiają wzrok Shirō w okolicy jej tylnych kieszeni. Przestała się przejmować obecnością Ichigo i Rukii Kuchiki, kiedy tylko przypomniała sobie poranne spotkanie w jego kwaterze. Zresztą, Kurosaki domyślił się już chyba prawdziwej natury relacji, jaka łączy ją i 9. oficera, kiedy Ashige zdecydowanym tonem wymusił swoją obecność przy rozmowie z Quincy. Ichigo, po kwadransie przepychanek słownych, wreszcie stwierdził, że idzie tam nie jako Shinigami, ale prywatnie, między innymi, by dowiedzieć się więcej o swojej mocy Quincy, a nie wdawać w polityczne pertraktacje. Na to Shirō poinformował go, że jego powody są również całkowicie niezawodowe, po czym tak spojrzał w kierunku zielonookiej Shinigami, że nie trzeba było nic dodawać. Chyba trafiają pod właściwy adres, bo usytuowanie budynku pasuje do opisu Tessaia Tsukabishiego. Po nalocie Vandenreich na Karakurę, dzień po Inwazji, nieunikniona stała się zmiana lokum, ale na przypadkową spelunę trzypiętrowa willa nie wygląda. Ichigo wciąga powietrze i naciska dzwonek. Po chwili drzwi otwierają się i…
- Kurosaki-kun?! Kurosaki-kun~~!
- Yyy. Tego… Dobrze cię widzieć Inoue. Ehm. Taa… myślałem… czy tutaj nie mieszka Ishida?
Rudowłosa wreszcie odrywa się od zdezorientowanego chłopaka i na jej twarzy odbija się lekkie zażenowanie. Cofa się do korytarza i szerzej otwiera drzwi.
- Oczywiście, no tak. Pewnie, że przyszedłeś do niego. Dzień dobry, Kuchiki–san. Zaczekajcie chwilę. Właściwie to się rozgośćcie. Uryū~~! Nie zgadniesz…
Reszty nie słyszą, bo dziewczyna jest już na piętrze. Shigeko czuje, że coś tu jest nie tak. Choćby dlatego, że Ichigo stoi z lekko otwartymi ustami i wygląda, jakby dostał jakiegoś ataku. Albo oberwał czymś w głowę. Kuchiki też sprawia wrażenie zdezorientowanej, ale dużo lepiej się maskuje. Niedługo w korytarzu pojawia się osoba, którą spodziewali się tu zastać, a za nią uśmiechnięta od ucha do ucha Orihime Inoue, która zaczyna wczuwać się w rolę gospodyni.
- To ja zrobię coś do picia, a może chcecie colę?
- Dzięki, Inoue. Masz jeszcze te bułki? Te z cynamonem? Zapomniałem o śniadaniu, a chwilę nam zejdzie.
Kiedy Ishida kończy mówić, Shigeko ma wrażenie, że prawie słyszy odgłos szczęki Ichigo, uderzającej o marmurową posadzkę. Wreszcie siadają w obszernym salonie, czekając na poczęstunek i chłopak nie wytrzymuje.
- „Uryū~"?! „Cynamonowe bułeczki"?! No proszę cię… Co jest grane, Ishida?!
- Wiesz jaka Inoue lubi być pomocna. Więc, z łaski swojej, wypij litr coli, jeśli tyle przyniesie, zapchaj się jej drożdżówką i powiedz, że lepszej w życiu nie jadłeś.
- Ale co ona tu w ogóle robi? Czy ona tu… mieszka?!
- Kurosaki, zapytam się – co ci do tego, jeśli tu mieszka? Gdzieś przecież musi, spod skrzydeł Gotei ją wykopałeś, sama mieszkać nie może, a w swoim zwyczaju nie chce na nikogo ściągać niebezpieczeństwa swoją obecnością. Ale ja strachliwy nie jestem. I nie przeszkadza mi, że jest posprzątane i ugotowane, nawet jeśli nie wszystko spod ręki Inoue klasyfikuje się jako zjadliwe.
- Ishida, ale od kiedy do cholery ona mówi ci po imieniu?!
Wreszcie Rukia Kuchiki nie wytrzymuje i dotkliwie upomina chłopaka o pomarańczowych włosach, który po chwili zbiera się z podłogi. Ishida obdarza kolegę wymownym, protekcjonalnym spojrzeniem, jakim patrzy się na dzieci i ułomnych.
- Kurosaki, jesteś skończonym kretynem. Inoue zaproponowała, że zacznie mi mówić po imieniu ze względów praktycznych. W tym domu mieszka dwóch Ishidów. Zresztą, nic ci do tego. Co u ciebie, Kuchiki-san?
- Dziękuję, już dużo lepiej. Wiele się działo przez ostatnie tygodnie, dopiero dzisiaj w nocy wró…
Ichigo nie pozwala dziewczynie skończyć, nieskładnie gestykulując i wysilając się, by w jego głosie nie dało się wyczuć desperacji. Dla Shigeko, niezupełnie wtajemniczonej w naturę relacji tej czwórki, rudowłosy zachowuje się jak… cóż, jak debil. W sumie jest jeszcze nieopierzonym gówniarzem. I brnie dalej, coraz mocniej sobie grabiąc, w całkowicie błogiej nieświadomości, że stąpa po cienkim lodzie.
- Ishida, mógłbyś przy Inoue nie wspominać… bo wiesz… ja… Rukia… Inoue… No co?!
- Kurosaki, nie wiem jak to możliwe, ale jesteś głupszy, niż myślałem.
Twarz Ichigo przybiera odcień purpury i chłopak wreszcie robi dokładnie to, czego się po nim oczekuje, czyli zamyka usta. Ku wyraźniej uldze Kuchiki, wyraźnie już wkurzonej. Jej fioletowe oczy mówią Shigeko, że dziś rudowłosy śpi na podłodze. Z kolei Ishida przenosi wzrok na nią oraz Shirō i zdaje się ich rozpoznawać. Dziewczyna ma zamiar jak najszybciej przejść do konkretów i skłonić Quincy do wyjaśnień, by móc później skupić się na coli, której smaku prawie już nie pamięta.
- Jestem Shigeko Soichi, może więcej powie ci nazwisko, które nosiłam wcześniej, Nakamotō.
Czarnowłosy wygląda na zaintrygowanego. „Wszyscy Quincy się znają", powiedział jej kiedyś ojciec. Widocznie chłopak jest dobrze poinformowany, na pewno dostaną odpowiedzi na wiele swoich pytań. Dziewczyna kontynuuje.
- To Shirō Ashige, widzieliśmy się już w parku parę tygodni temu, kiedy Ichigo był w Karakurze z 5. Oddziałem.
- Żeby nie było nieporozumień, jestem tu zupełnie poza moimi obowiązkami Shinigami. Potrzebuję kilku informacji prywatnie. Miło poznać, Shirō. Ale możesz mi mówić po nazwisku, i tak wszyscy, no prawie, mówią do mnie Ashige. No to do rzeczy. Wiemy tyle, że Vandenreich to nie Quincy i mają nie mniej wspólnego z Shinigami niż z wami. Skąd oni się w ogóle wzięli i jak się ich pozbyć?
Yyy. Shirō oczywiście nie bawi się w niedopowiedzenia i jego zachowanie balansuje na granicy uprzejmości. Nie oczekiwała, że wzniesie się na wyżyny dobrego wychowania, ale mógłby trochę przystopować. W końcu są tu gośćmi i w dodatku „na doczepkę". Może powinna była go uciszyć i sama zacząć, bo wszyscy oprócz niej są zaskoczeni tymi informacjami. Albo raczej tym, że już je zdążyli jakoś zdobyć. Powstrzymuje Ashige przed kontynuowaniem i sama przechodzi do rzeczy.
- To nie jest powszechna wiedza wśród Gotei, zapewne posiadają ją kapitanowie. My dowiedzieliśmy się innymi kanałami. Dotyczy mnie to bezpośrednio, jak się domyślasz, więc byłabym wdzięczna za pomoc. Oczywiście nie chcę wyciągać żadnych informacji dotyczących Quincy, nic ściśle tajnego.
Uryū Ishida patrzy w oczy Kurosakiemu, jakby w pomieszczeniu nie było nikogo innego.
- W tym gronie nie ma nic ściśle tajnego.
VI.
Żadna z istot duchowych, ani śmiertelnych nie pamięta, czym wypełniona była pustka, zanim z pozbawionej barw i dźwięków nicości wyodrębnił się byt doskonały, a wraz z nim powstały wszystkie znane wymiary, powiązane ze sobą i od siebie współzależne. Nie wiadomo na pewno, czy nie istniały one od zawsze, czekając, aż ktoś je zaludni. Niektórzy uważają, że dusze także były od początku, jednak u swoich korzeni nie podlegały żadnym prawom. Wyłoniły się z chaosu, ale ich istnienie i wędrówka między wymiarami pozbawione były elementarnego znaczenia, chociaż wtedy możliwym było już dla nich przybierać cielesne formy i rozpocząć łańcuch kolejnych inkarnacji. Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, dotyczące czasów sprzed wytyczenia granic, gdy przekraczanie wymiarów nie obłożone była żadnymi warunkami. Nie ma też w zasadzie nikogo, kto pamiętałby świat, kierowany wolą Króla.
Pierwszymi istotami, które uzyskały pełną samoświadomość, były dusze dotknięte odblaskiem doskonałości. Byt, który otworzył im oczy i określił ich przeznaczenie, nazwały Królem Dusz, a siebie samych – Shinigami, Bogami Śmierci, bo odkryły w sobie moc do przeprowadzania innych dusz między wymiarami. Wraz z tą mocą przyszła do nich świadomość, że świat oparty jest na równowadze, a ich zadaniem jest jej strzec. Wraz z nimi pojawiły się Hollowy, byty nieustannie łaknące mocy i niezdolne do kontrolowania swoich instynktów, nakazujących im żerowanie na innych istotach. Uważa się, że powołanie do istnienia Pustych było konsekwencją narodzenia się Bogów Śmierci, niejako wyrównaniem dysproporcji. Dlatego, pomimo odwiecznego konfliktu między nimi, wyniszczenie jednej ze stron będzie początkiem końca dla wszystkich.
Wraz z nadejściem Shinigami i Hollowów wytyczono nieprzekraczalne granice, by możliwym było utrzymanie kontroli nad przepływem dusz. Hollowy skupiły się w wymiarze wypełnionym pustynnymi pustkowiami, zbudowanym z cząsteczek duchowych, który nazwano Hueco Mundo, Pustym Światem. Shinigami uczynili swoim domem i zarazem schronieniem dla dusz, między ich inkarnacjami, świat duchowy, który nazwali Społecznością Dusz. Zarówno pierwsi, w poszukiwaniu zdobyczy, jak i drudzy, polując na tych pierwszych, mogli prawie swobodnie przybywać do Świata Żywych. Jednak ludzie, noszący w sobie dusze, mogli opuścić przeznaczony im świat materialny, tylko oddzielając się od śmiertelnego ciała i odnajdując drogę dzięki Konsō, prowadzeni przez Piekielnego Motyla. Zdarzało się jednak, że Shinigami nie przybył na czas i dusze zmarłych znikały, padając łupem Pustych. Niekiedy to samo przytrafiało się żyjącym, na których ich szczególna moc duchowa ściągała niewidzialnych drapieżników. Shinigami wkrótce odkryli, ze właśnie ci ludzie, obdarzeni mocą o zupełnie innym pochodzeniu, niż ich własna, są w stanie sami się bronić.
Istnienie takich ludzi zaniepokoiło Shinigami, bo ich działania naruszały kruchą równowagę. Konsō, przeprowadzane przez Bogów Śmierci, oczyszczało duszę i pozwalało jej dostać się do Soul Society, by tam czekać na swoje ponowne wcielenie. Ludzie posługujący się błękitną energią i generujący ją z Reishi, których nazwano Niszczycielami, Quincy, bezpowrotnie wraz z Hollowem uśmiercali duszę, odbierając jej szansę na kolejne odrodzenie i powrót do Świata Żywych. Shinigami, przeświadczeni o słuszności swojego wyboru, zdecydowali wytępić Niszczycieli, by zapobiec doprowadzeniu przez nich do katastrofy. Podnosząc swoje Zanpakutō czuli jednak, że wyniszczenie, którego dokonają na istotach, które nie są Hollowami, tak czy inaczej będzie naruszeniem naturalnego porządku.
Quincy byli ludźmi i jak ludzie, po śmierci z rąk Shinigami, oddzielili się od martwych ciał i trafili do Soul Society, a jak wszystkie dusze stracili wiedzę o swoim poprzednim, ziemskim życiu. I jak dusze, niektórzy z nich dotknęli doskonałości. Soul Society zmieniło się na zawsze, kiedy jakiś czas później, u wielu Shinigami, którzy zetknęli się z mocą Quincy, roziskrzony błękit przebudził wspomnienia, a z nimi naturalne moce, które powinny były umrzeć z ich ludzkimi ciałami.
Dokonali oni wyboru, który był dla pozostałych Bogów Śmierci nie do pomyślenia i który podzielił Społeczność Dusz. Postanowili odejść z Soul Society, odrzucić status Shinigami, zostawić za sobą przeznaczenie, do którego przestali się czuć powołani. Wraz z nimi, ale gdzie indziej, do Reiōkyū, odszedł Król Dusz i od tamtej pory, przez tysiąclecia nie pojawił się Shinigami, władający błękitną mocą.
VII.
- No, to teraz jest ich dwoje, albo raczej półtora. Nie żebym narzekał, ciekawa historia, ale mało wiedzy praktycznej. Sam to pisałeś, Ishida?
- Wystarczająco głupio czułem się, czytając to na głos. To zapiski mojego dziadka, pewnie po prostu spisał ustne przekazy, stąd daleko idący obiektywizm przy okazji tych „istot idealnych". Inny Quincy użyłby… innych określeń. To tylko fragment i jest tego więcej, ale wszystko pisane w podobnym tonie. Przykro mi bardzo, że nie dostałeś rozwiązania wszystkich problemów na posrebrzanej tacy, Kurosaki.
- Poważnie, przydałyby się jakieś konkrety. Skoro już mam tę błękitną moc, to może zrobię z niej jakiś użytek. Mam niejakie pojęcie, co ty potrafisz z nią robić i…
- Weź mnie nie rozśmieszaj, Kurosaki. Bez urazy, ale prędzej się Kidō nauczysz. Możesz sobie być uparty, może to działało przy szlifowaniu Bankai, może opanowanie Zanpakutō przychodzi dzięki wbijaniu wiedzy przez skórę. Ale z mocą Quincy jest inaczej, nie rób sobie nadziei.
- Ishida, nie masz pojęcia do czego jestem zdolny i co przeszedłem przez ostatnie trzy tygodnie. Jestem ekspertem od ekstremalnych wyzwań.
- Kurosaki, a tobie się wydaje, że ja nie miałem nic przez ten czas do roboty? Tutaj nie pójdziesz na skróty. Z ciebie wiele nie wykrzeszę, za to Soichi ma potencjał. Coś się zmieniło, bo w parku nic od niej nie wyczułem.
Do tej chwili tylko się przysłuchiwała. Lekcja historii usystematyzowała jej wiedzę i dała do myślenia. Od dnia Inwazji bała się, nieustannie odczuwała strach przed cząstką siebie samej, która rozpoznała roziskrzony błękit. Obawiała się, że ta odrobina jej duszy pociągnie ją powrotem do przepełnionej ciemnością pustki, przed którą uciekała przez pół wieku, goniąc wspomnienia. Co skończyło się tak, jak się skończyło. Uspokoiło ją, gdy w Lodowym Wymiarze, kiedy pod skórą rozchodziła się w niej odzyskana moc, jej umysł, jak zawsze, próbował pochwycić obecność jaźni Saisho no Kiri. Błękit nie był żadnym brakującym elementem. Teraz usłyszała o swoich korzeniach i w żaden sposób nie czuje się bliżej związana z Quincy. Co nie znaczy, że dodatkowe techniki nie mogą być przydatne. Nie zaszkodzi się czegoś dowiedzieć.
- Dziewiętnaście milimetrów od serca. Nie polecam.
- Ja też zdecydowanie odradzam. Za to bardzo chciałbym zobaczyć tą ponoć ulepszoną wersję Letzt Stil.
To ją zaskakuje. A więc ten czarnowłosy chłopak ma już bagaż doświadczeń, ciekawe tylko, w jakich warunkach zdecydował się świadomie utracić moc. Z drugiej strony, to Ishida, ma to we krwi. Już wcześniej, obserwując kąśliwą wymianę zdań Ichigo i Uryū, przyszło jej do głowy, że są do siebie całkiem podobni. Quincy, chociaż nie sprawia takiego wrażenia i bardzo stara się zachowywać opanowanie, jest nie mniej narwany i zdolny do sięgania po ekstremalne rozwiązania, jak Kurosaki, który dla odmiany nic nie robi sobie z tego, jak go postrzegają inni.
- Jeśli coś da się wykrzesać z mojej błękitnej energii, to będę wdzięczna za wskazówki. Jestem Shinigami z mocą Quincy i bardzo zależy mi na odzyskaniu równowagi między Zanpakutō i tą nową mocą. Nie używałam jej. Nigdy. Byłam naprawdę beznadziejną Quincy.
Musi postawić sprawy jasno. W zasadzie nie jest tu, by nauczyć się mistrzowsko panować nad nowymi technikami. Wybrała się do Karakury, a raczej prawie wymusił to na niej Shirō, by zebrać informacje na swój temat, dzięki którym kapitan Mayuri być może straci nią bezpośrednie zainteresowanie, a inni przestaną na nią patrzeć, jak na bombę zegarową. Z chęcią się czegoś nauczy, o ile to nie będzie naruszało jej więzi z Zanpakutō. Jest przede wszystkim Shinigami. Ishida najwidoczniej zrozumiał jej intencje.
- Może przenieśmy się gdzie indziej. Ryūken, to znaczy mój ojciec, urządził tu całkiem przydatną piwnicę, 2 metry betonu i tworzywa węglowego. Kurosaki, weź talerz na dół, nie zdążyłem nawet nic przegryźć. Trzeci dzień na bułkach z colą, a miałem iść na obiad na miasto. Yyy, Inoue, bułki są pyszne, ale wiesz… nie miałbym nic przeciwko czemuś z białkiem. Panie przodem. Nabawię się przez ciebie wrzodów, Ichigo Kurosaki.
Ostatnie zdanie Ishida dodaje półgłosem, kiedy rudowłosa wybywa do kuchni, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiegoś mięsa, by przerobić je na coś niekoniecznie strawialnego. Przeciskając się przez wąskie wejście do piwnicy, przypominającej bunkier, Shigeko dochodzi to wniosku, że niektóre dziewczyny, jak ta piętro wyżej, powinny być ubezwłasnowolnione, bo zatraciły instynkt samozachowawczy. Albo, co na jedno wychodzi, są po prostu nieskończenie głupie.
Nie wie, ile czasu minęło, ale jest tak wyczerpana, że nie zdziwiłoby jej, gdyby było już jutro.
Kiedy w końcu prawie straciła przytomność z osłabienia, Shirō siłą wywlekł ją z sali treningowej i zmusił do powrotu do gigai. Za nimi wróciła na górę Kuchiki, pozwalając wyszumieć się Ichigo i Uryū. Teraz, po jakichś trzech kwadransach, Shigeko przestaje wreszcie widzieć podwójnie i chyba byłaby w stanie znów ustać na nogach. Jej Reiatsu zdecydowanie potrzebuje trochę czasu na pełną regenerację. Słyszy kroki pozostałych dwóch uczestników grupowego sparingu i kiedy obejmuje wzrokiem ich sylwetki, czuje się jeszcze bardziej przybita. Wydaje się przy nich tak śmiesznie słaba i nieporadna, że jest tym zażenowana. A chłopaki sprawiają wrażenie, jakby właśnie zakończyli rozgrzewkę i to taką niezupełnie na poważnie. Obaj, z ich siłą i doskonałością techniczną, są prawdziwymi potworami.
Przez ostatnie godziny skupiała się głównie na tym, by odbite ataki niechcący poważnie jej nie uszkodziły. Jej Shikai od lat nie był tak niekompletny i niestabilny. Za to chyba zaczyna rozumieć, jak kształtować siedzącą jej pod skórą, błękitną moc, by urzeczywistniała jej zamierzenia. To coś zupełnie innego, niż wewnętrzna więź z Zanpakutō. Nie bardzo ma ochotę to przyznać, ale chyba trochę ją to pociąga. Co nie znaczy, że przychodzi jej z większą łatwością panowanie nad błękitem, niż nad mieczem. Subiektywnie umacnia się w niej przekonanie, że w tej chwili jest w obydwu beznadziejna. Shirō trzymał się trochę lepiej, ale zapewne jeszcze szybciej niż ona uzmysłowił sobie, że to nawet nie jest trening, a próba ujścia w jednym kawałku. Miał całkowitą rację poprzedniego dnia, ale nawet jemu widocznie potrzebny był namacalny dowód, by złapać odpowiednią perspektywę. Jeśli naprawdę chcą przetrwać tę wojnę, i jeszcze na coś się przydać swojemu oddziałowi, potrzebują dobrych pomysłów, bo szkolenie z prawdziwego zdarzenia nie wchodzi w grę. Nikt nie będzie na nich czekał przez stulecia. Chyba trzeba spróbować innej drogi, o której nie pomyślałaby jeszcze niedawno. W głowie kiełkuje jej już pewien pomysł, chociaż wywołujący nieumiejscowiony niepokój. Gdy otwiera usta i zaczyna dzielić się nim z resztą ekipy, nabiera przekonania, że nie wpadła na to pierwsza, ale nikt nie odważył się zaproponować głośno czegoś tak… niecodziennego.
- Jeśli teoretycznie jestem taka jak Vandenreich, to mogę używać tych samych technik… To znaczy mogłabym, gdybym miała jakieś kilka dekad, żeby je opanować. Ale… jeśli dobrze kombinuję i jeśli w ogóle miałabym do tego odpowiednią siłę, pewien artefakt, dużo pomocy i trochę szczęścia, mogłabym popracować nad jedną…
Kurosaki i Ishida wymieniają spojrzenia. Ashige też oczywiście wie, o co jej chodzi, zawsze wpada na takie rzeczy, zanim jej umysł zdąży do nich sięgnąć. Wygląda na trochę zaniepokojonego, ale jednocześnie wyraźnie ten pomysł brał pod uwagę.
- Możemy nad tym popracować. Na próbę.
VIII.
Dosłownie pada z nóg. Nie pomyślałby, że to może być takie wyczerpujące. I bynajmniej nie chodzi o ostre baty, które spuścili mu w podziemnej sali, o niepokojąco grubych murach, Kurosaki i ten Quincy, chociaż ból w lewym boku na pewno jest tego pozostałością. Świadomość swojej niemocy przez te kilka godzin, jest jednym z nieprzyjemniejszych odczuć, jakich doświadczył w życiu. Nie przychodzi mu nic innego do głowy, jak wymknąć się, korzystając z chwili względnego spokoju, i ruszyć na obchód pogrążonego w ciemności domu, w poszukiwaniu kawałka płaskiej powierzchni. Każdy ma swoje limity, a on czuje, że umrze, jeśli drugą noc z rzędu w zasadzie nie zmruży oka. Sen działa na niego, jak na wielu działają cudowne mikstury i lecznicze Reiatsu, serwowane przez ludzi z „czwórki". Potrzebuje kilku godzin pozbawionego sennych wizji odpoczynku, by przeżyć jutrzejszy dzień, ale zważywszy na okoliczności, nie będzie mu dane tego doświadczyć, jeśli nie wykaże się odrobiną sprytu i daleko idącego egoizmu. Musi mu to wybaczyć.
Schodząc po omacku na parter potrąca jakiś mebel i w odpowiedzi słyszy ciche skrzypienie podłogi w kuchni. Wydało się, więc zrezygnowany idzie w tamtym kierunku i za chwilę, po nieudolnych próbach wytłumaczenia, co tu robi po nocy, będzie musiał wrócić do sypialni, w której został wraz z Shigeko ulokowany. W kuchni znajduje Kurosakiego, siedzącego na krześle i okrytego jakimś kocem. Shirō przychodzi do głowy, że może mieć podobne problemy, jak on sam i ta myśl go rozśmiesza. Na progu potrąca jakąś butelkę i podnosi ją, nim cała zawartość wylewa się na drewnianą podłogę. Kurosaki wygląda na odrobinę zmieszanego.
- To ty, Ashige. Ehm, Rukia wykopała mnie z pokoju, to znaczy z łóżka, a resztki godności nie pozwoliły mi zanocować w mojej własnej szafie. Chyba stroi fochy za to, że paplałem jak potłuczony u Ishidy. Psiakrew, nie jestem w tym dobry i nie wiem, kiedy mówię coś źle. Powinny być do tego jakieś książki instruktażowe, albo coś w podobie. Ciebie też Shigeko wywaliła?
- Hmm. Że tak to ujmę, mam zgoła odwrotny problem. A padam na twarz i potrzebuję gdzieś się chwilę przekimać.
Kurosaki patrzy na niego przez chwilę i obaj wybuchają przyciszonym śmiechem. Shirō stawia na stole butelkę, którą znalazł na swojej drodze do kuchni. Skoro spać nie będą…
- Jako starszy, nieco doświadczony kolega, radzę przytakiwać w chwili zagrożenia i poczuwać się do winy, kiedy dziewczyna uzna to za właściwe. Inaczej tak będziesz spędzał noce. No to za nasze piękne panie.
- Ochydztwo. Śmierdzi jak… Nie chcę myśleć, z czego „jedenastka" to pędziła. W mojej szafie, cholera jasna.
- Fakt, lepiej nie sprawdzać, z czego to jest, chociaż spod ich rąk wychodziły gorsze rzeczy. Trzech Shinigami od ichniejszych specyfików oślepło. W tym zacnym trunku wyczuwam nutkę owocu śliwy.
Odstawia pękatą butelkę na blat. Po jednej kolejce im wystarczy, zwłaszcza, że nie mają pod ręką nikogo z 4. Oddziału. Kurosaki, ku jego bezgranicznej rozpaczy, wygląda, jakby miał ochotę pogadać. O pierwszej nad ranem.
- Wiem, że średnio ci się podoba to, co planujemy z Shigeko. Może w ogóle nic z tego nie wypali. Sam o tym myślałem, ale słyszałeś, co powiedział Ishida o mojej mocy Quincy. Zawsze dobrze mieć coś w zapasie. Obiecuję, że nie wpakuję jej w nic skrajnie niebezpiecznego, chociaż przyciągam nieszczęścia jak magnes.
- Trzymam za słowo, choć pewnie sama odwali coś głupiego. Można jej godzinami perswadować, ale to silniejsze od niej. Nie wiem, co taki rozsądny, racjonalny Shinigami jak ja, robi w waszym pokręconym towarzystwie. Poważnie, dziś naocznie przekonałem się, że to nie moja liga.
Po chwili sztucznej powagi chyba jednocześnie zdają sobie sprawę, w jak dziwacznej znaleźli się sytuacji. Znów chichoczą, zupełnie w niemęskim stylu, ale kiedy mają dość, Ichigo poważnieje. No, może robi się mniej rozbawiony.
- Nie wiem, jak to się stało, ale mam siedemnaście lat, w sypialni wkurzoną dziewczynę z mieczem, siedzę z kolesiem z innego wymiaru i układam plany na wypadek apokalipsy. No i popijam płyn podejrzanego pochodzenia, według receptury nie z tego świata. Pomijając już, że jestem spokrewniony ze wszystkimi istotami, jakie chodzą po ziemi i nie tylko. Jeszcze się okaże, że Aizen jest moją ciotką. I pewnie będę musiał powtarzać semestr, kiedy to wszystko się skończy. Ciekawe, jak to by było mieć normalne problemy?
Ashige pierwszy raz myśli o Ichigo Kurosakim nie w kategoriach bezosobowej ikony. Rzeczywiście, nie ma opcji, żeby się z nim zamienił. Nie dla jego Bankaia, za nic w świecie. Nigdy się nie rozwodził nad osobowością Kurosakiego, a teraz przychodzi mu do głowy, że na swój sposób jest jednym z najbardziej skomplikowanych osobników, jakich zna, wliczając Shinjiego Hirako i Aidenella Kerra, z którymi rozmowa przypomina chodzenie po polu minowym. A Ichigo przecież jest do tego dzieckiem kilku światów, rzeczywiście ma siedemnaście lat i żyje w mocno skomplikowanej rzeczywistości. I nigdy nie okazuje, by mógł się w tym wszystkim zagubić.
Z rozmyślania wyrywa go chrząknięcie. Odwraca się i w spowitym w ciemność korytarzu widzi… Isshina w haori, opartego o balustradę schodów. Ten facet jest jak ninja. Prawdopodobnie chwilę się im przysłuchiwał, o czym świadczy jego komentarz.
- Ichigo, widzę, że po bimbrze wyostrza ci się umysł. W życiu nie słyszałem, żebyś powiedział coś tak głębokiego i to w dwóch zdaniach, wielokrotnie złożonych. Mogę cię uspokoić co do Aizena, brak mu naszego, rodzinnego poczucia humoru.
- Tato, nie mów do mnie, jakbym miał pięć lat, to nie były dwa… I tak w ogóle, nie musisz się czaić. Karin i Yuzu od dawna śpią. Czy ty masz pojęcie, co Gotei zrobiło z domem?! Do Kliniki bałem się zaglądać, ale chyba wiem, skąd wzięli czysty spirytus. Radziłbym sprawdzić stan tabletek.
Shirō czuje, że pora się stąd zwijać. Wstaje i zastanawia się, czy zgarnąć ze stołu butelkę, która może być powodem do zrugania nastoletniego degustatora, ale się rozmyśla. To w końcu Ichigo i jego ojciec. Oni mają… specyficzne relacje, biorąc pod uwagę to, jak Isshin skomentował sprawę z Rukią Kuchiki.
- Ehm. Dobranoc kapitanie Shiba.
- Tutaj jestem Isshinem Kurosakim, zresztą chyba przestaje mnie bawić to całe „shibowanie". Zalatuje snobizmem. Jeśli chcesz się wyspać, Shirō Ashige, powiedz swojej połowicy, że boli cię głowa.
Ashige robi się cały czerwony, bo zdaje sobie sprawę, że Isshin biernie uczestniczył w całej rozmowie, która toczyła się przy kuchennym blacie. A on i Shigeko na dodatek zajmują… jego sypialnię. Nie ma pojęcia, jak spojrzy w oczy kapitanowi, jeśli zastanie go tu jeszcze rano. Modli się w duchu, żeby dziewczyna, zajmująca połowę jego łóżka, już zasnęła. Powinna być wyczerpana jak on, trzy razy to spore obciążenie dla organizmu. Taku zapewne by go wyśmiał, ale przede wszystkim za nic w świecie nie uwierzyłby, że zimna i zdystansowana Shigeko Soichi, z zapadnięciem zmroku przeistacza się w demona.
IX.
Wreszcie coś się dzieje. Chociaż nie ma co narzekać, akcja ewakuacyjna dla „piątki" sprzed czterech dni była miłą odmianą dla nijako mijającego, dłużącego się czasu. „Jedenastka" nie lubi bierności. To były cztery naprawdę nudne, monotonne tygodnie, oczywiście pomijając powrót Ashige i Soichi z arrancarskim przychówkiem. Taku nie pamięta, by od lat coś tak poprawiło mu humor, jak widok poobijanego, zdezorientowanego i wkurzonego przyjaciela, klęczącego na placu przed gmachem IBiRS. Nikomu by się do tego nie przyznał i sam uważa to odkrycie za bardzo niemęskie, ale miał ochotę rzucić się Ashige na szyję i rozpłakać, bo poczuł, że odzyskał rodzinę, po której zaczął już nosić cichą żałobę. Przez trzy tygodnie czuł rozdzierający smutek po utracie brata, z którym przecież nie łączyły go żadne więzy krwi, podczas gdy ze swoim własnym, rezydującym we wschodnim Seireitei, nie rozmawiał od dekad i wcale mu tego nie brakowało. Ostatnio zaczyna się coraz bardziej dziwić samemu sobie, bo do niedawna nie wierzył, by jakaś więź mogła być dla niego ważniejsza od euforii wywołanej porządną walką. A kiedy 27 dni temu oficjalnie uznano Ashige i Soichi za poległych w walce, mógłby oddać własny Zanpakutō, żeby odzyskać swojego nakama.
Jeszcze dziwniejsza jest nadzwyczajna nić porozumienia, jaka powstała między nim i Nelliel, i tego nie jest w stanie nijak wytłumaczyć. Jedno jest pewne – po rozmowie przy ognisku i kilku wymianach zdań później, zaczął trochę inaczej patrzeć na niektóre sprawy i niektóre… istoty. Prawdopodobnie dlatego nie rzucił się jeszcze instynktownie do gardła Arrancarowi za jego placami, chociaż Kumade w jego głowie woła o krew, zakłócając czystość myśli. Próbuje sobie wszystko poukładać, bo sam się gubi w tym, co właśnie się dzieje. Ashige na pewno doszedł już, o co chodzi, ale Taku nie ma zamiaru przy podkomendnych prosić o wyjaśnienie niedawnego rekruta. Coś się stało w Hueco Mundo, skoro Urahara przekazał zakodowany sygnał alarmowy. Ale nic na tyle niepokojącego, by wysłać tam kapitana. Oby Nelliel była w jednym kawałku.
Hayato nigdy nie uważał siebie za stratega, ale skład grupy wydaje mu się co najmniej… nietypowy. A najdziwniejsze, że są to w większości ochotnicy. Informacja o alarmie dotarła do kapitanów, gdy rozważali, co zrobić dalej z Aidenellem Kerrem, który okazał się bardzo przeciętnie przydatny jako informator. Tak się złożyło, że debatowali o tym w jego obecności, a on zachowywał stoicki spokój. Nie obeszła go wiadomość o prawdopodobnym ataku na Hueco Mundo. Przynajmniej nie od razu. Coś, co usłyszał, a pozostałym wydało się nieistotne, zupełnie zmieniło jego plany. I chociaż zarzekał się, że pod Las Noches dobrowolnie nogi nie postawi, zgłosił chęć wsparcia ewentualnej misji rozpoznawczo-posiłkowej. Czym mocno zaskoczył dowództwo. Oczywiście prośba sama w sobie była tak bezsensowna, biorąc pod uwagę jego niedoprecyzowany status w Soul Society, że Hayato myślał, iż się przesłyszał, kiedy postanowiono, że Arrancar będzie towarzyszył wojownikom z „jedenastki". A z nim kilkunastu Shinigamich z „piątki", bo wygląda, że to Shinji Hirako zainteresował się bliżej Kerrem, z sobie znanych względów. Jakby zbierał pod swoimi skrzydłami wszystkie osobliwości tego świata.
Taku był prawie pewien, że wśród ludzi z 5. Oddziału znajdzie się na własne życzenie 9. oficer, bo od trzech dni, kiedy wrócił z Karakury, zostawiając tam Soichi, Ashige nosiło po Seireitei. Chyba nie do końca doszedł do siebie po „misji specjalnej", ale minął prawie tydzień, a na jego przyjaciela bezczynność działała jak choroba. Być może Ashige ma też inne powody do frustracji, biorąc pod uwagę, że dla odmiany nocuje na swoim materacu w koszarach, ale Taku ma jeszcze szczątkowe wyczucie taktu i nie chce poruszać tego tematu. Nigdy nie czuli szczególnej potrzeby, by dzielić się detalami tego, jaką aktywnością wykazują się w nocy i gdzie budzą się rano, ale teraz Ashige chyba poważnie wzięło. Hayato przez chwilę pozwala biegnąć myślom w tym kierunku. Ciekawe, czy jemu uda się spotkać kiedyś dziewczynę, która będzie jego Shigeko Soichi. Szczerze wątpi, za bardzo kocha niezależność. Przychodzi mu też do głowy, że przez kogoś takiego zacząłby się bać śmierci.
Wyskakują z Garganty na piaszczyste pustkowie, dokładnie w miejscu, gdzie miesiąc temu rozbili obóz. Teraz jest tylko kilka namiotów, w których Urahara urządził polowe laboratorium. Powinno się tu pałętać paru jajogłowych z „dwunastki", przydzielonych byłemu kapitanowi do pomocy. Ale w namiotach jest pusto. Za to z lewej, zdecydowanie bliżej Las Noches, toczy się jakaś bitwa. Chociaż bardziej pasuje słowo „potyczka", bo zaangażowanych wydaje się w nią zaledwie kilka, kilkanaście osób.
Automatycznie cała, blisko trzydziestoosobowa grupa rusza w stronę Las Noches. Teoretycznie dowodzić powinien Ikkaku Madarame, jako najwyższy stopniem, ale nie potrzebuje się tym dowartościowywać, a Oddziały przez setki lat bardziej ze sobą rywalizowały, niż kooperowały. Nowy wszech, nowe okoliczności i nowe zasady nie zmienią sposobu myślenia pokoleń. To w końcu wojsko, a w armii zmiany zachodzą powoli. Kilkunastu ochotników z „piątego", w większości świeżo mianowanych oficerów, którzy przemierzyli w dniu Inwazji całe Seireitei, podążając za Ashige, teraz czeka tylko na jego skinienie. No i jest jeszcze Kerr, którego nikt z „jedenastki" nie chce mieć za swoimi plecami, przy swoim boku i w ogóle w pobliżu siebie. Są coraz bliżej walczących i niespodziewanie Arrancar przebija się do przodu, między Ashige i Madarame. Nie patrzy na nich, wyłapując coś na horyzoncie. Beznamiętnym, drapieżnym głosem, zupełnie różnym od tego, jaki rezerwował na zabawianie rozmową sztabu Gotei 13, Aidenell Kerr informuje dowódców obydwu grup, jakby udowadniając, że był w ogóle sens brać go ze sobą.
- Muszą szybko zginąć ci z tyłu, po prawej, osłaniani przez czterech Soldat. Są odpowiedzialni za łączność i zabezpieczenie przejścia.
Taku sięga po Kumade i udziela mu się jego żądza krwi. Czuje znajomy ciężar no-dachi w dłoniach, a na ostrzu załamuje się odbite światło księżyca. Za chwilę miecz podzieli się na bliźniacze ostrza, a te spłyną krwią. Tak czy inaczej, wreszcie coś się dzieje.
X.
Rzadko robi coś bez zastanowienia, ale dołączenie do tej ekspedycji może być jedną z niewielu jego świadomie nieprzemyślanych decyzji. Po prostu się zgłosił, bo nie mógł usiedzieć w miejscu i chociaż sam odstawił wykład Shigeko na temat odpowiedzialnego zachowania, jego znalezienie się tutaj chyba średnio podchodzi pod definicję odpowiedzialności. Nuda i niecierpliwość nie są dobrym wytłumaczeniem dla prób samobójczych, bo przecież, dołączając do grupy, nie mógł wiedzieć co ich spotka w Hueco Mundo. Może to nocny spacerek, a może już nie wrócą do Soul Society. Tylko jakoś od trzech dni ma poczucie, że Shigeko robi coś ważnego i , koniec końców, bardzo niebezpiecznego. A on bezradnie czeka, aż jego Reiatsu znów w pełni zapłonie czystą czerwienią. Chociaż musi przyznać, że to nie jedyny powód. Naprawdę zaskoczyła go nagła decyzja Kerra i jego osobowość hazardzisty nie pozwoliłaby mu odrzucić okazji, by dowiedzieć się, co się takiego zmieniło.
Dowodzi Madarame Ikkaku. Ashige nie lubi polegać na innych, ale ma zamiar trzymać się blisko Taku i powstrzymać się od szarżowania. Zresztą mają niepisaną zasadę, że nawzajem kryją swoje plecy, w tym wypadku w znaczeniu dosłownym. Nie musi nic mówić, jego przyjaciel doskonale zna aktualne możliwości Shirō, nie raz ratował mu tyłek i prawie instynktownie będzie go pilnował także teraz. Coś jak starszy brat.
Ashige, trochę z obawą, uwalnia Shikai i uspokaja się. Jest zdecydowanie lepiej, niż na sparingu w Karakurze. Cztery dni zrobiły swoje. W zasadzie jest nawet bardzo dobrze. Fujinhikō, obijająca teraz na białym ostrzu światło gwiazd, niewątpliwie przyspieszyła jego powrót do formy, bo miesiąc temu zbierałby się do kupy dwa razy dłużej. Uśmiecha się nieznacznie, próbując przekonać w duchu samego siebie, że jest wart tak wspaniałego Zanpakutō.
Kiedy docierają bliżej, Kerr zawraca ich uwagę na trzech stojących w oddali, nieruchomych żołnierzy, różniących się umundurowaniem od strzegących ich Soldat. Na wojowniczych, pewnych siebie Stern Ritterów, jakich spotykał poprzednio, nie wyglądają. Ale kto ich wie – to, że nie walczą, o niczym nie świadczy. Ważne, że trzeba ich szybko zlikwidować. Co to dla szesnastu chłopaków z „piątki". I jednego Arancara. Ashige informuje Madarame, że może objąć Shinigami z 5. Oddziału, na co dostaje zgodę. Oddzielają się od chłopaków z 11. Oddziału, a na pytający wzrok przyjaciela Shirō odpowiada skinieniem głowy. Jest dobrze i nie będzie potrzebował nańki. Może z pełną odpowiedzialnością poprowadzić swoich ludzi.
Kiedy wpadają między zniszczone kolumny, osłaniające częściowo widok, spotyka ich niemiła niespodzianka. Co prawda, są w stanie oskrzydlić biało odzianych żołnierzy, odpowiedzialnych za zabezpieczenie drogi powrotnej dla swoich. Ale pomiędzy Shinigami, a celem znajduje się grupa Quincy, o której istnieniu nie mieli pojęcia. Szybko kryją się za fragmentami dawnych budowli. Nie zostają dostrzeżeni. Mają więc przewagę. Uzbrojeni po zęby Soldat, w liczbie zbliżonej do wielkości jego grupy uderzeniowej, mogą stanowić niejaki problem. Są słabsi i do pokonania, ale zabiorą im cenne minuty, a może nawet dwóch czy trzech Shinigami. Nie ma zamiaru stracić żadnego ze swoich ludzi.
- Kageshi, do mnie. 16. ofierze, bierzesz 18., 19. i trzech szeregowych. Jesteście odpowiedzialni za to, żeby żaden z Soldat nie dołączył do obstawy tamtych nieruchawych, w płaszczach. Oni nie są waszym problemem. Rozumiesz? Nie atakujecie tych Stern Ritterów i nie zaczepiacie całej grupy Soldat. Czekacie, aż do was przyjdzie kilku, by ostrzec tamtych kołków. Jak nie przyjdzie, nie szarżujecie. Ale nikt nie może się przecisnąć, jasne?
Ito Kageshi wygląda na spanikowanego, ale szybko bierze się w garść. Shirō wybrał go, bo nie utkwiły mu w pamięci jego jęki i skomlenia w dniu Inwazji, ani też później. Nieźle poradził sobie także aranżując naprędce „manewry" w Rukongai, chociaż do tego wielkie przymioty umysłu potrzebne nie były. Ale w końcu 16. oficerem nie zostaje się za ładne oczy. Nie u Shinjiego Hirako. Kiedy Kageshi szybko organizuje swoich ludzi i ukrywa się z nimi między ruinami, Ashige z resztą oddziału obchodzi wroga od tyłu i z boku. Ma zamiar wziąć ich z dwóch stron, a niedobitkami zajmie się Kageshi. Jak pójdzie dobrze, nie będzie niedobitków. Kiedy kończy wydawać szybkie polecenia, zdaje sobie sprawę, że Kerr nie odstępuje go na krok. Całkowicie różni się od luzaka, na jakiego kreował się w Soul Society, jest też inny, niż był w Lodowym Wymiarze. O tych Quincy od łączności mówił do nich głosem zimnego taktyka. Jego wzrok jest wzrokiem drapieżnika. Shirō zaczyna czuć się w jego obecności nieswojo. Miodowe, zimne oczy kierują się w jego stronę.
- 9. oficerze, ci najbliżej przejścia są moi. Żaden nie przejdzie, ale Shinigami niech też uważają pod nogi.
Shirō potwierdza bezgłośnie. Może pokłada za duże zaufanie w Arrancarze, ale bardzo ma ochotę zobaczyć go w akcji. Był świadkiem, jak Aidenell Kerr złożył kapitanowi Hirako obietnicę, że nie narazi członków 5. Oddziału na niebezpieczeństwo. Mówił ze śmiertelną powagą, a ton głosu przypominał ten, który słyszał przed chwilą. Shinjiemu Hirako to wystarczyło, bo wziął na siebie odpowiedzialność za zachowanie Kerra. Ashige modli się w duchu, żeby Arrancar niczego nie wywinął.
Atakują jednocześnie i zanim Soldat orientują się w sytuacji, krew prawie połowy z nich wsiąka już w piasek. Shirō zabija dwóch i rani dotkliwie przynajmniej jednego, ale w tłoku, wśród kamieni i ciasnych przejść, ciężko o dogodne miejsce do pojedynku z prawdziwego zdarzenia. Nie martwi go to, bo ma zamiar po prostu wyrżnąć wrogów do nogi. Za dzień Inwazji i kilku chłopaków o słabych głowach z 11. Oddziału. Jego podwładni odwalają swoją część zgodnie z założeniami. Jest z nich więcej, niż zadowolony. Dwanaście martwych Soldat i żaden nie narobił dość hałasu, by obudzić czujność ich głównego celu. Wychylając się zza uszkodzonego muru widzi, że nieruchomi Vandenreich stoją tam, gdzie stali. Podobnie ich obstawa. Nikt się nie przecisnął. Nie miał prawa, bo przy przejściu zostawił 16. oficera. I Aidenella Kerra. Jest na siebie wściekły, bo zupełnie o nim zapomniał na te kilka minut. Idzie w tamtym kierunku i trafia na bardziej niż lekko spanikowanych sześciu Shinigami. Ito Kageshi informuje tylko, że nikt nie przeszedł, ale to już sam wie. Po kilku krokach i wyjściu na bardziej otwartą przestrzeń wie już, co wytrąciło jego chłopaków z równowagi.
Teren jakichś trzydziestu metrów kwadratowych zaściela od dziewięciu do jedenastu trupów. Nie jest w stanie się doliczyć, zwłaszcza, jeśli brać pod uwagę także czerwone coś, co być może dałoby się zeskrobać z pobliskiego muru. Nie ma pojęcia, jak Kerr tego dokonał w ciągu kilku chwil, bo krew zdążyła już zmienić lekko konsystencję. Arrancar skończył, zanim oni zaczęli i zrobił to bezgłośnie, zapewne nie pozwalając przeciwnikom zorientować się, z kim mają do czynienia. Teraz stoi przy przejściu i uważnie obserwuje ich kolejny cel, czy raczej grupę pojedynczych celów. W oddali nadal toczą się jakieś walki, zapewne Arrancarzy potrzebują się wyszumieć. Shirō w ogóle nie rozumie, jaki sens miała dla Vandenreich cała ta ekspedycja, ale nie jest tu teraz od myślenia. Teraz zlikwiduje trzech Stern Ritterów, zanim zrobi to „jedenastka". To bardzo poprawi morale w „piątce". I polepszy jego własną samoocenę. Mają siedmiu przeciwników, ich z kolei jest siedemnastu, wliczając Arrancara. Jest to tak śmiesznie proste, że aż nie chce zapeszać. Kiedy wybiegną spomiędzy gruzów, od razu zostaną zauważeni na otwartej przestrzeni. Muszą dotrzeć tam możliwie najszybciej. Jeśli Vandenreich zaczną się ewakuować, też nic strasznego się nie stanie, bo na lewo trafią na oddział Madarame. Nie da się tego schrzanić.
XI.
Gdy tylko opuszcza Gargantę, od razu czuje to całym sobą. Konsystencja powietrza, doprawionego Reishi, której nie da się pomylić z niczym innym, a miał już okazję smakować powietrze w różnych wymiarach. Bawi go świadomość, że chyba jednak jest patriotą. Nie przyszedł tutaj dla zabawy, ani z sentymentu. Chociaż z drugiej strony jest to w jakimś stopniu podróż sentymentalna. Ma nadzieję spotkać tu kogoś ze swojej przeszłości. Zapewne czeka go też inna konfrontacja, której z kolei każdym kawałkiem ciała chciałby uniknąć. Ale nie można mieć wszystkiego.
Choć z przyjemnością odłączyłby się od Shinigami i zajął swoimi sprawami, postanawia zostać z grupą. A właściwie postanowił jeszcze w Soul Society. Ma na sobie mundurowe kimono, bez oznaczeń oddziałowych, chociaż to akurat o niczym nie świadczy. Złożył za to obietnicę, a takie rzeczy traktuje poważnie. Chociażby dlatego, że potrzebuje teraz pleców, potężnego wsparcia, dzięki któremu mogłoby się mu udać stąd wynieść głowę na karku. A może tylko poprawia sobie humor, bo przecież nie ma pewności, na ile jego obietnica będzie respektowana przez drugą stronę. W zasadzie nie dostał zapewnienia. Nie ma żadnej ochrony ze strony Soul Society, zresztą wiele mogło się pozmieniać, ale taka ewentualna gwarancja i tak nie zapewniłaby mu bezpieczeństwa na terenie Grimmjowa. Tak czy inaczej, przybył tutaj, by kogoś odnaleźć, nawet jeśli to będzie prawdopodobnie ostatnia rzecz, jaką zrobi przed zapewne bolesną śmiercią.
Może sam piasek Hueco Mundo tak na niego działa, bo znowu przełączają mu się na maksymalny poziom instynkty drapieżnika. Okolicznością sprzyjającą i jakoś go tłumaczącą jest to, że Shinigami też nie są tutaj, by podziwiać mało malownicze krajobrazy. Przyszli tu dać upust swojemu gniewowi i potrzebie zabijania. Vandenreich ma tu całkiem liczną reprezentację, więc jakoś się podzielą. Od razu dostrzega ekipę odpowiedzialną za zabezpieczenie przejścia. Oni muszą iść na pierwszy ogień. Dowodzący wyprawą Shinigami przyjmują to do wiadomości. Dzielą się na dwie grupy, by oskrzydlić wroga. Oczywiście Aidenell trzyma się blisko „swojego" 9. oficera. Przyznaje przed samym sobą, że wojownicy Gotei radzą sobie całkiem nieźle, sprawnie, prawie bez słów, organizując cichy atak. Duża w tym zasługa Ashige, który panuje nad sytuacja, dodając skrzydeł niezupełnie pewnym siebie podwładnym. Arrancar wyszukuje wzrokiem zdobyczy i decyduje, że zajmie się rozłożonymi nieco z boku Soldat. Oby tylko żaden Shinigami mu się nie napatoczył, bo zrobi się kłopotliwie. Nie ma w zwyczaju powstrzymywać się w walce, a nie chciałby zrazić do siebie potencjalnych protektorów przypadkowym uśmierceniem potencjalnego towarzysza broni. Chyba dobrze będzie o tym uprzedzić dowódcę.
Nie czeka nawet, aż reszta grupy rozpocznie szturm na swoje cele. Wie, że jest w stanie zająć się upatrzonymi ofiarami szybko i przede wszystkim cicho. Bardzo świerzbi go, by uwolnić Zanpakutō, ale jest zbyt rozważny, by ulec zachciance. Nie powinien sprowadzać na siebie niepotrzebnej uwagi, a Resurrección nie może przejść niezauważone na otwartej przestrzeni pełnej istot świadomych duchowo. Nie ufa jeszcze na tyle „kolegom" z 5. Oddziału, by ujawniać swoją uwolnioną postać. Więc po prostu wyciąga katanę i rzuca się między niczego nieświadomych Soldat. Po niespełna minucie jest po wszystkim. Czuje się trochę nieusatysfakcjonowany, jakby atak z ukrycia na średniaków poniżej jego poziomu był czymś nieco mu uwłaczającym. Ale jest tutaj, by odwalić swoją robotę i znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. Wyszumieć może się kiedy indziej. Po długich minutach dołączają do niego Shinigami, w wyczuwalnie lepszych humorach niż chwilę wcześniej. Teraz jeszcze tylko ci trzej Vandenreich i ich obstawa. Ashige nie wydaje nawet szczegółowych poleceń. Po prostu wszyscy rzucają się w kierunku otwartej przestrzeni, prześcigając się w biegu po zdobycz.
Czterech czatujących pada pod gradem uderzeń. Shinigami nie bawią się w honorowe pojedynki. Wszystko, co widzi tutaj, a wcześniej w Soul Society, całkowicie zmienia jego postrzeganie Bogów Śmierci. Są zupełnie czymś innym, niż wpajał to swojej Espadzie Aizen i różnym od tego, czym na ich temat karmiło swoich żołnierzy Vandenreich. Akurat teraz, w swojej żądzy zadawania zasłużonego cierpienia, są całkiem podobni do odurzających się zapachem krwi Arrancarów. Ale nie zagłębia się w dalsze przemyślenia. Prawie jednocześnie z 9. oficerem staje przed upatrzonymi celami. Shinigami jest diabelnie szybki i porusza się, jakby czytał ruchy przeciwników, zanim tamci zdecydują, co chcą zrobić. To jest dla Aidenella co najmniej fascynujące. Choćby dlatego, że w jakiś niepokojący sposób bardzo przypomina mu jego własny styl walki. Nad tym też nie ma czasu teraz się zastanawiać. Jest już po wszystkim i poszło im zadziwiająco dobrze. Coś jednak nie jest w porządku.
W odpowiedzi na swoje wątpliwości czuje silne wybuchy energii, których nie jest w stanie do niczego porównać. Trochę się naoglądał wyczynów Stern Ritterów, ale te eksplozje mocy są dla niego czymś zupełnie nowym. Nie są żadną techniką, a raczej wynikiem wypadku przy pracy. Jakby władający mocą Quincy stracił nad nią panowanie. Jego zmysły mogą być jednak przytłumione. Bo chwile wcześniej wychwyciły coś, czemu podświadomie on sam nie chciał dać wiary. Ale teraz jest pewny. Jeden z licznych na tej pustyni Arrancarów uwolnił Resurrección. Wszędzie poznałby to Reiatsu. Gdzieś niedaleko, na lewo od niego właśnie przebudziła się Gamuza. Nelliel, obok całej rzeszy innych, opiera się wybuchom błękitnej energii.
I po chwili, zanim zdążył przebyć połowę drogi, wszystko się kończy. Reiatsu Nelliel znika, nie jak poprzednio, w Noc Zmiany Straży, przechodząc w coś bardziej nieuchwytnego. Tym razem po prostu przestaje… być.
Gdy docierają na płaskowyż, po Vandenreich nie ma nawet śladu. W miejscu, gdzie chwile temu walczyli jeszcze Arrancarzy, zieje pustką wielki lej, świadczący o niebywałej sile ataku, dzięki któremu powstał. W pobliżu leży kilka trucheł w białych mundurach, ale też paru martwych Arrancarów. W powietrzu czuć ślady po użyciu Kidō. Czuć zapach śmierci. Nie ma ciał Shinigami, ale i tak by ich nie znaleźli. I wtedy uświadamia sobie, czego mu chwile wcześniej brakowało. A upewnia go w jego złych przeczuciach widok twarzy Ashige, który dotarł na miejsce chwilę po nim. Nie połączyli się po wyjściu z ukrycia z 11. Oddziałem, tak jak zakładał plan i nie natrafili na wojowników z Gotei w drodze tutaj. Wszystkie ślady na niebie i ziemi wskazują, że ostatnim miejscem, gdzie Shinigami byli widziani, był płaskowyż, który zastąpiła teraz głęboka rozpadlina. „Jedenastego" już nie ma.
Nigdzie nie wyczuwa też energii duchowej Nelliel. Nie zdążył. Nie był na to przygotowany i jego umysł nie wie, jak ma zareagować. Pierwszy raz jest w takim stanie. U kogoś innego nazwałby to lekką paniką. Bo Nelliel miała przecież wskazać mu antidotum na rozdzierającą, głęboka pustkę w jego duszy. Teraz ta cholerna, czarna nicość zostanie z nim na zawsze. Sama myśl o tym wydaje się nie do zniesienia. I wtedy słyszy głos, którego dźwięk w jego uszach odbiera mu resztki chęci do dalszego egzystowania.
- Pieprzone ścierwa. Prawie jedna czwarta! Wytłukli mi czwartą część Hueco Mundo. Żeby ich… Cholerni kamikaze…
Gdy wyprowadzony z równowagi Arrancar się odwraca, spojrzenie jego błękitnych oczu nadal ciska pioruny, dając wyraz skumulowanej w nim, bezgranicznej wściekłości. Do chwili, gdy rozpoznaje stojącego kilka metrów od niego Aidenella Kerra, któremu robi się pod wzrokiem Grimmjowa nieprzyjemnie zimno. Kąciki ust błękitnowłosego podnoszą się, a w oczach pojawia się drapieżna, sadystyczna potrzeba, by dać upust naturalnym instynktom.
- Moja nagroda pocieszenia. Ledwo cię w tych łachach poznałem, Kerr. O żesz… Widok Kurosakiego w Bankai tak by mnie nie ucieszył.
XII.
Czuje się mocno podkręcony i daje się owładnąć gwałtownemu wołaniu Kumade o krew. Co prawda brał udział w trzech akcjach w Karakurze, w czasie których zmietli z powierzchni ziemi grupy Soldat, ale na pełny miesiąc było to za mało. Przed Inwazją nie pozwalał sobie na poddawanie się najniższym instynktom, które przecież drzemią w każdym Shinigami, w każdym wojowniku dzierżącym miecz. Ale to, co Vandenreich zrobiło w Seireitei wiele zmieniło. Na początku opierał się narastającej potrzebie odwetu, która nie miała nic wspólnego z wymierzeniem zwykłej sprawiedliwości. Shinigami powinni, podnosząc swój Zanpakutō, kierować się prawem, które nakazywało stać im na straży równowagi światów. Pomogła mu rozmowa z Nelliel. Powiedzmy sobie szczerze, żaden z „jedenastki" nie myślał o tym, wbijając ostrze w ciało Hollowa. Tym bardziej likwidując kolejnych członków Armii Burzycieli. To stało się zbyt personalne, żeby przypisywać ich działaniom jakieś wyższe idee. Dokładnie tak było teraz. Rozwalą tych cholernych Quincy, by poczuć się lepiej i uczcić swoich poległych.
Okrążają ruiny z przeciwnej strony, niż chłopaki z „piątki". Ashige nie popełnia błędów, jeśli zdecydował, że może poprowadzić swój oddział, to „jedenastka" będzie musiała się sprężać, by nie dać mu się uprzedzić. Teren po ich stronie wznosi się i po dłuższej chwili szybkiego biegu są już na płaskowyżu, skąd mają doskonały widok na sytuację. 5. Oddział właśnie wycina Soldat, których obecności nie mogli się spodziewać w osłoniętym gruzowisku. Tak czy inaczej, na pewno sobie poradzą. Z kolei on i jego koledzy, prowadzeni przez Ikkaku Madarame, trafiają na płaskim wzniesieniu na swoich przeciwników, których też nie mogli dostrzec wcześniej, ukrywało ich bowiem ukształtowanie terenu. Przed nimi stoi trzech Vandenreich i czterech ochraniających ich Soldat. Dokładnie takich, ja ci poniżej, którzy byli ich pierwotnym celem. Zapowiada się ciekawie.
W chwili, gdy uwalnia swój Zanpakutō, na płaskowyżu pojawia się wsparcie. Nie, żeby go potrzebowali, są w końcu najsilniejszym oddziałem w Gotei. Dwudziestu pięciu bezwzględnych mężczyzn, z mieczami, niosącymi śmierć. Ale grupa, która do nich dołącza, jest z tej samej ligi. Blisko pięćdziesięciu Arrancarów, a między nimi Nelliel i… Kisuke Urahara.
- Madarame-san, jeden ze Stern Ritterów musi przeżyć. Potrzebuję go. 11. Oddział musi się odrobinę powstrzymać.
I wtedy, zanim jest w stanie ogarnąć całą sytuację swoim rozumem, zaczyna się.
Dokładnie w chwili, gdy poniżej, pod ciosami 5. Oddziału i towarzyszącego im Kerra, zaczynają ginąć Vandenreich. Trzech stojących na płaskowyżu Stern Ritterów najwidoczniej traci nad czymś kontrolę. Nie zna się na umiejętnościach i technikach Quincy, ale to, co teraz widzi, na pewno nie jest jednym ani drugim. Choćby dlatego, że pierwszymi ofiarami wielkiego, nieposkromionego wybuchu błękitnej mocy, są czterej Soldat. Dosłownie zmiata ich z pustyni, a śladem ich poprzedniej tu obecności są krwawe wzory na piasku. Automatycznie większość Arrancarów uwalnia swoje miecze. To przestaje być zabawa. Patrzy w bok, gdzie chwilę temu dostrzegł w tłumie zielonowłosą dziewczynę. Poznaje ją dopiero po chwili, bo Resurrección całkowicie odmienia jej postać. Czuje też zawirowania w jej Reiatsu, z którego zaczyna bić charakterystyczna dla Hollowów pierwotna potrzeba zdobywania, zastępując wcześniejszy, głęboki smutek. Nie jest pewien, czy zna taką Nelliel.
Urahara także uwalnia Shikai, a towarzyszące temu uderzenie mocy przechodzi Taku do szpiku kości. Przychodzi mu do głowy, że wyzwolenie Bankai w tej chwili pewnie zabiłoby połowę obecnych, nie wybierając między wrogami i sojusznikami. I wtedy niespodziewanie dzieje się coś, czego w życiu by się nie spodziewał. Słyszy „Bankai" po swojej lewej stronie, a kiedy patrzy w tamtym kierunku, walcząc z całych sił z napierającą na nich, błękitną energią, widzi Ikkaku Madarame, który osłania siebie i bliżej stojących chłopaków, skupiając naciskającą, dziką moc na potężnym ostrzu, które w żadnym wypadku nie jest Hōzukimaru.
Mimo wszystko pół setki Arrancarów i dwudziestu sześciu Shinigami, większość w pełni możliwości bojowych, nie są w stanie nic zrobić z przygniatającą ich, wrogą energią. Taku nie może nawet ruszyć palcem. Walczy z całych sił, by szalejący błękit nie rozbryzgał go na piasku. Przychodzi mu do głowy, że mógłby to przetrwać tylko posiadając Bankai. O ile nieposkromiona moc się uspokoi. Być może przeżyje Ikkaku Madarame, może kilku najsilniejszych Arrancarów. Prawdopodobnie Urahara, nawet w Shikai, bo Hayato uzmysławia sobie, że dawny kapitan nie uwolni Bankai. Zabiłby tym wszystkich pozostałych. Nawet, jeśli nie nosi już haori, jest kapitanem Gotei. Jeśli nie będzie w stanie ich z tego wyciągnąć, to zginie razem z nimi.
Stojący obok Hayato oficer „jedenastki" pada na ziemię. Wokoło to samo zaczyna się dziać także ze słabszymi Arrancarami. Chyba powoli zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością i kontrolę nad myślami. Przypomina sobie, że kiedyś przy sake, w jakiejś spelunie spod ciemnej gwiazdy, wymyślił całkiem niezły jisei. Ashige śmiał się, że kiedyś wyryje go na nagrobku Taku, bo oddaje jego snobistyczną, arystokratyczną naturę. Coś o żelazie i ścieżce… I w tej chwili myśli o Ashige. Jest pewien, że gdyby „jedenastka" szybciej dotarła do swoich wrogów, role by się odwróciły. Teraz ginęliby Shinigami poniżej, obok gruzów Las Noches. Zabicie trzech Stern Ritterów wywołało utratę kontroli nad mocą przez pozostałych. A ta moc… do jasnej cholery, coś takiego rzeczywiście mogłoby zniszczyć świat. Wypalić do samych korzeni.
Czuje, iż słabnie do tego stopnia, że jego Shikai zaczyna zanikać. To stało się wcześniej z oficerem, którego ciało leżało u jego stóp, nim rozpadło się na tysiące drobinek Reishi. Kątem oka widzi, że Resurrección Nelliel, stojącej przed nim i mocniej wystawionej na ekspozycję rozszalałej mocy, także wraca do formy katany. To trwa za długo. W chwili, gdy kontury jego bliźniaczych mieczy zaczynają się zacierać, tracąc krawędzie, on sam także przestaje czuć. Przestaje widzieć. Jego dusza zaczyna się rozpadać i to nie w przenośni. Towarzyszy temu narastający, nieumiejscowiony ból. Powoli przestaje być. Zanim jego głowę opuszcza ostatnia składna myśl, ze zdziwieniem stwierdza, że się nie boi. Wolałby tylko paść od miecza. Potem uderza go rozbłysk, rzucając na kolana. Gdy uświadamia sobie, że po rękojeści Kumade w jego dłoni zostaje tylko próżnia, coś w nim pęka, a on sam też zanurza się w nicość.
Krew i żelazo
wołające po imieniu
na ścieżce do nieskończoności
