Rozdział retrospektywny, bo chociaż ja wiem, dlaczego Aidenell Kerr, mając poważne (choć do tej chwili nieujawnione) powody, by unikać Grimmjowa, jednak odważył się wejść na jego teren, czytelnicy raczej na to nie wpadną, a ta wiedza się przyda. Więc witam w Hueco Mundo, zanim Aizen się tu rozpanoszył, nim Grimmjow został Sexto Espada, kiedy ptaszki nie śpiewały na wojnę HM i SS… Do akcji na płaskowyżu i wojny z Vandenreich powrót w rozdziale następnym.


I.

Gdyby był czymś innym, prawdopodobnie zastanawiałby się, jak wygląda świat ukryty pod powierzchnią pustyni. O tym, że jest coś poniżej, świadczyły wyłaniające się spomiędzy ziarenek piasku, ponadłamywane, skamieniałe konary, tak jednak podobne to skalnych nacieków, że wątpliwym wydawało mu się, by kiedykolwiek płynęły w nich soki, niosące życie od korzeni, po końcówki gałązek. Nic nie było tu ani odrobinę żywe. Tak jak on sam. Nie, żeby szczególnie mu to przeszkadzało. Życie toczyło się gdzie indziej, o czym upewniał go jakiś szósty zmysł, ciągnąc do innej rzeczywistości, zupełnie obcej, ale pełnej pożywienia. Gdyby tylko chciało mu się zaprzątać sobie tym głowę, pewnie rozważałby, dlaczego jego instynkty każą mu sięgnąć do innego, uboższego w Reishi świata. Był w końcu istotą, która bez obecności naładowanych mocą drobinek traci poczucie istnienia. Jednocześnie jednak miał gdzieś głęboko zakodowane, że tam czekało na niego coś znacznie wartościowszego, niż ścierwa pałętające się po tutejszych pustkowiach. Tkwiło w nim przekonanie, że żerował tam wcześniej, chociaż nie miał o tym żadnych wspomnień. Kiedyś, gdy był czymś innym, małym i słabym, bez samoświadomości, niemogącym się jeszcze mierzyć z prawdziwymi drapieżnikami tego pustego świata. Tamta przeszłość nie znaczyła więcej, niż nijaki, szarawy piasek pod jego stopami.

Pierwsze, co zapamiętał, to świadomość pustki. Nie takiej, bez której nie można istnieć. Raczej takiej, która zmusza do poszukiwania ekwiwalentu, który mógłby ją zapełnić. Przez dekady, może stulecia zdążył się już przyzwyczaić do myśli, że dziury w jego świadomości nie da się niczym zapchać. Na początku po prostu był i nie myślał. Po jakimś czasie zaczął poszukiwać i przypadkowo odkrył, że pochłanianie słabszych wersji tego, czym sam był, nasycało inny głód, który też mu towarzyszył. Ciemna pustka to coś odmiennego i nigdy nawet nie dotknął odpowiedzi na pytanie, co mogłoby ją wypełnić. Jego istnienie było składową wielu pragnień, głębokich i dzikich. Istniał, by podążać za pierwotnymi instynktami, które napędzały go od początku. Nie wiedział, gdzie był początek, ale tym się nie przejmował. Od przejmowania się była ona.

Wyglądało na to, że wypełzli na powierzchnię razem, a przynajmniej w tym samym miejscu i czasie. Jego instynkt łowcy kazał mu ją pochłonąć. I to był jedyny raz, kiedy oparł się wewnętrznemu głosowi. Nie potrafił powiedzieć, dlaczego. Wszystko wskazywało na to, że ona też nie miała zamiaru poddać się instynktowi. Chociaż, z biegiem lat, zaczynał wątpić, czy w ogóle kierowały nią te same potrzeby, co nim samym. Nie, żeby siebie uważał za odmiennego i szczególnego na tle naturalnego porządku rzeczy. Pochłonął wystarczającą ilość tutejszych, by mieć pewność, że na chwilę przed końcem dzielili te same odczucia i szukali tego samego, co on. Z kolei ona, odkąd wynurzyła się z piasku, była dla niego zagadką. W egzystencji, która opiera się na parciu do przodu i zaspokajaniu wielorakiego głodu, ona była czymś tak niezwykłym, że od pierwszej chwili, chociaż uświadomił to sobie później, zdecydował, że dzięki niej pozna odpowiedź, czym jest najgłębsze, najciemniejsze pragnienie, które zżera go od środka. Od tego przebłysku, w równoległych światach, podatnych na zmiany, minęły pokolenia. Ale jemu nigdzie się nie spieszyło, bo wiedział, że o ile nie trafi na silniejszego, a na to szanse malały z każdym kolejnym, unicestwionym przeciwnikiem, to miał przed sobą wieczność.

II.

Coś się zmieniło, oboje to poczuli. Coś do nich sięgnęło, przebijając się przez podświadomość, chociaż było trudnym do uchwycenia. Ale znaczącym w rzeczywistości, w której nic się nie dzieje. Na tyle znaczącym, że postanowili się ze sobą porozumieć. Nie polowali razem. Prawdę mówiąc, nie był pewien, czy ona w ogóle polowała, gdy nie było jej z nim. Nie miał pojęcia, jak udawało jej się przetrwać i nie cofnąć się w ewolucji. Było to dla niego zupełnie niezrozumiałym, ale najwyraźniej… nie sprawiało jej żadnej radości zabijanie. Właściwie nie był pewien, czy można nazwać radością poczucie zaspokojenia nie fizycznego głodu. Jeśli to nie była radość, to w takim razie nie był zdolny do odczuwania żadnych emocji.

Ona jednak w jakiś sposób trwała i była silna, może nawet jej siła rosła tak jak jego własna, ale nie miał pojęcia jakim cudem. Oczywiście niejednokrotnie był świadkiem, jak rozrywała na kawałki pechowców, którzy stanęli na jej drodze. Ale sama ich nie szukała, a z czasem zaczęła unikać. Nie szukała także jego towarzystwa, a przynajmniej nie zamierzała utworzyć z nim sojuszu przeciw reszcie świata. Od początku nie było między nimi agresji i na tym się kończyło. Jej obecność, czas od czasu, traktował jak remedium na zabicie nudy. Wtedy jeszcze nie był w stanie przyznać, że bez tego wizja wieczności stałaby się nieznośna.

Ale teraz stało się coś ważnego. Kiedy wyczuli swoją energię, na długo zanim byli w stanie się zobaczyć, wiedział już, że jej Reiatsu, tak jak jego własne, odbija niepokój i ekscytację. Do ich świata, pozbawionego barw i dźwięków, trafiło coś, co trudno było zaklasyfikować jako byt. Wyczuwali jednak niezwykłą moc z odległości całych dni drogi, a głos, który pojawił się w ich umysłach, składał kuszące obietnice.

Urzeczywistnię twoje najgłębsze pragnienia.

III.

Wszystko wskazywało na to, że teraz może odczuwać emocje. Całą gamę emocji, w tym konkretnym momencie od zaniepokojenia, przez poczucie zawodu i narastającą złość, do wszechogarniającego wkurwienia. Pierwszy raz chciał kogoś zabić, własnowolnie i świadomie, nie popychany pierwotną potrzebą.

Został perfidnie oszukany. Jego pragnieniem było pozbyć się ze swojej jaźni tej cholernej, bezdennej dziury. Teraz, nie dość, że potężne uczucie braku nie zniknęło, to nowa świadomość, pozwalająca widzieć pełniej i jaśniej, odczuwała ten brak w sposób spotęgowany. Na dobrą sprawę nie był pewien, czy minione stulecia, walki, wędrówka pod nijakim niebem, cokolwiek poza tą dojmującą pustką, w ogóle go dotyczyły. Jakby urodził się na nowo. To nie było przyjemne uczucie.

I chwilę późnej zobaczył ją, poznał ją natychmiast, chociaż w tej formie widział pierwszy raz. Nie był w stanie powiedzieć, jak wyglądała wcześniej, jako Vasto Lorde. Swojego poprzedniego wyglądu też nie był świadomy, ale nie miało to żadnego znaczenia. W tym momencie poczuł pierwszy raz satysfakcję wszystkimi swoimi zmysłami Arrancara. Z czasów, zanim dotknęło go Hōgyoku, oprócz problematycznej pustki zabrał świadomość istnienia jej. Tylko te dwie rzeczy. A więc miał rację, od zawsze wiedział, że koniec końców to ona pomoże mu zbliżyć się do odpowiedzi. W tej chwili to było nawet ważniejsze, niż nienawiść, jaka chwilę wcześniej zrodziła się w nim do Sōsuke Aizena. Na niego przyjdzie pora. Jest drugim powodem, dla którego warto będzie egzystować.

Podeszła do niego i po prostu się przedstawiła. Wcześniej nie mieli imion. W jej oczach widział to samo poczucie zawodu, które uderzyło jego samego chwilę wcześniej.

- Nelliel Tu Odelschwanck. Chyba się pomyliliśmy. Bardzo.

- Aidenell Kerr. Wyciągniemy z tego wnioski. Mam kilka pomysłów, jak uczynić to bardziej znośnym.

IV.

Nie zdawał sobie sprawy, że jego siła na tle innych poszybuje ponad przeciętną. To dało mu pozycję 6. Espady. Nelliel okazała się bardziej utalentowana, co w zasadzie wcale go nie zdziwiło. Wszystko inne z kolei było zaskakująco trudne do zniesienia. A najbardziej obecność innych Arrancarów, w szczególności kolegów i koleżanek z Espady. Z każdym dniem upewniał się, że Hollowy nie bez powodu były samotnikami. Powietrze w rozległym, pełnym zakamarków Las Noches, którego Aidenell także nie znosił, było naelektryzowane wrogą energią. Gdyby mordercze intencje mogły robić fizyczną krzywdę, Espada wymordowałaby się, rzucając jedynie wzrokiem na prawo i lewo, przy popołudniowej herbacie. Herbata… Napar z dziwnych liści, lekko cierpki w smaku, bez wyraźnych właściwości. Herbata była jedyną rzeczą, sprowadzoną tu przez Aizena, której nie potrafił znienawidzić, chociaż bardzo się starał. Oczywiście nikomu by się nie przyznał do swojej dziwnej fascynacji gorzkawym płynem o nieciekawym kolorze. Ale i tak nie miał tu do kogo otworzyć ust. Wszyscy chodzili uzbrojeni po zęby, wiecznie podkręceni i jedynym hamulcem przed ogólną rzezią był strach przed Aizenem.

Za to gardził nimi wszystkimi, bo chociaż nie był pewien, co naprawdę myślą, włazili temu Shinigami w dupę, prześcigając się w zgadywaniu jego myśli. Kilka razy przyszło mu do głowy, że może czują to, co on i w takim razie był wśród potencjalnych sprzymierzeńców, bo niemożliwe, by Hōgyoku okłamało tylko jego i Nelliel. Ale potem dochodził do wniosku, że w tej jaskini żmij kotłowało się od rasowych Arrancarów, przepełnionych żądzą zadawania cierpienia. By spuszczono ich ze smyczy i obdarzono większa mocą, byli gotowi być na każde zawołanie Aizena.

Odruchowo zawsze klasyfikował siebie i Nelliel w innych kategoriach niż wszystkich pozostałych. Któregoś razu poważniej się nad tym zastanowił. A chwilę potem nad tym, że w ogóle się zastanawia. I wtedy doszedł do pierwszego ze swoich wielkich odkryć. Gdzieś po drodze między piachem, z którego razem się narodzili jako Vasto Lorde, a Las Noches, gdzie stali się świadomi na całkowicie innym poziomie, stał się do niej bardzo podobny. To pierwsze odkrycie najpierw go lekko zaniepokoiło, a potem rozbawiło. Pomyślał wtedy, że świat się skończy, kiedy tak jak ona przestanie czerpać przyjemność z walki i rośnięcia w siłę.

Po jakimś czasie, chociaż nadal szczerze nienawidził tego miejsca i jego lokatorów, o dziwo zaczął czerpać przyjemność z obcowania z nimi. Tym większą, im mniejsza była ta przyjemność dla nich. Nie tykał nikogo z pierwszej piątki, unikał też otwartych utarczek z ich Fraccion. Za to poprawiał sobie samopoczucie, wkurwiając do granic wytrzymałości niższych Espada. Nnoitra był jego ulubiony celem, bo idealnie pasował mu do obrazu Arrancara, którego chciał stworzyć na własne potrzeby Sōsuke Aizen. 8. Espada był wiecznie gotowy do bitki, pozbawiony rozumu, naładowany negatywnymi emocjami i łatwy do wyprowadzenia z równowagi. A najlepszą częścią ciągle powtarzającego się rytuału, była sekwencja pojedynku. Do którego doszło jednokrotnie i nie do końca na poważnie, bo szybko zorientował się, że „ósmego" szlag trafiał, gdy ktoś odmawiał mu okazji do użycia idiotycznie wielkiego ostrza. Gdyby Aidenell miał do siebie więcej szacunku, nie zniżały się do uskuteczniania tak prymitywnych rozrywek. Ale był przecież Arrancarem.

Z kolei z Nelliel działo się coś skrajnie odwrotnego. Za wszelką cenę próbowała się… zintegrować z Espadą. Jakby uparcie wierzyła, że jest jej naturalną częścią, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jest z zupełnie innej bajki. Jakby samą siebie próbowała przekonać, że należy do tej „społeczności", złożonej z wrogo do siebie nastawionych jednostek. Było to tym dziwniejsze, że ewoluowała jej osobista filozofia, zgodnie z którą należy szukać jakiegoś szerszego obrazu, celu, powodu do istnienia poza wrodzonymi, prymitywnymi instynktami. Tłumacząc na arrancarski – trzeba mieć powód do walki. Inni zaczęli traktować ją jak wariatkę, niezupełnie nieszkodliwą, bo ze śmiercionośną Gamuzą, więc nie odważyli się swoich przemyśleń ubierać w słowa i czyny. Nie dało się jednak nie zauważyć, że Nelliel stała się pariasem. Nie potrafiła przed nim ukryć, że jest coraz bardziej nieszczęśliwa. Kiedyś, w chwili szczerości powiedziała mu, czego sobie życzyła od Hōgyoku, w zamian zgadzając się dołączyć do przyszłej armii Aizena. Powiedziała, że jej pragnieniem było być taką, jaką być powinna, jacy byli wszyscy inni Espada. Poprosiła o instynkt drapieżnika.

Wyglądało na to, że Hōgyoku spełniało życzenia na opak.

V.

W końcu powiedział jej, że odejdzie. Nie podając konkretnej daty, ani konkretnej przyczyny. I tak wiedziała, że Aidenell to zrobi, bo zmienił się, nawet bardziej, niż sam sobie zdawał sprawę. Nie stał się taki jak ona, po prostu doszedł do wniosku, że chyba w jego świadomości skrystalizował się cel, dla którego warto utrzymywać się przy życiu. I nie miało to nic wspólnego z maszerowaniem w szeregach Białej Armii. Wiedziała, co to było, bo widziała nienawiść w jego oczach, jeszcze w dniu, gdy odrodzili się jako Arancarzy. Aidenel Kerr był bardzo dobry w zabijaniu i zakończył egzystencję wielu istot. Wielu tutejszych Arrancarów z przyjemnością wysłałoby go na tamten świat i z wzajemnością. Poprzysiągł jednak bolesną, krwawą śmierć Sōsuke Aizenowi, a to było co najmniej ambitne. Być może byłoby też sposobem na zapełnienie jego mrocznej pustki. A nawet jeśli nie, zdecydowanie poprawiłoby mu nastrój. Jeśli teraz jeszcze nie był w stanie go zabić, to był przynajmniej w stanie zdezerterować z jego armii. Mało to bohaterskie i nie przybliżało do realizacji głównego celu, ale wtedy przypomniał sobie, że jest pieprzonym Arrancarem, a te nie mają godności w śladowych nawet ilościach. A jeśli on ma jakieś tam poczucie dumy, to już pozwala jemu samemu klasyfikować swoją osobę ponad tą zbieraniną.

Czuł, że sytuacja dojrzała do radykalnych kroków. Nelliel zaczęła się od niego odsuwać, a może raczej rozpoczęła urządzanie sobie rzeczywistości na wypadek, gdyby jego w niej nie było. Zaczęła od Fraccion. Niemal wszyscy Espada mieli „swoich" Arrancarów i chociaż nie było to obowiązkiem, było bardzo oczekiwane. Nelliel wybrała dobrze, o ile w ogóle można mówić, że jakikolwiek Arrancar może być godny zaufania. Jej udało się znaleźć dwóch. Do jej nowej rutyny weszło też uskutecznianie typowych dla Espady rozrywek, jak choćby wnerwianie Nnoitry odrzucaniem jego ponawianych wyzwań. „Ósmy" znalazł nowego przyszłego przeciwnika, bo wszyscy inni dawno przestali na niego reagować. Z Nelliel było o tyle inaczej, że nie podjęła wyzwania ani razu, nawet nie wdając się w polemikę, zawsze traktując go tak, jak na to zasługiwał. Jak wijącego się insekta, straszącego jedynie wyglądem. Nic, czym warto by się przejmować.

Gdy zdecydowanym krokiem opuszczał korytarze Las Noches, spotkał na swojej drodze przeszkodę, której nie obejmował jego plan. Przeszkoda miała drapieżny uśmiech, brutalność z domieszką szaleństwa w oczach i wyciągnięty miecz, gotowy do uwolnienia. Aidenell, chociaż nie lubił niespodzianek i unikał niemieszczącego się w jego planach ryzyka, uśmiechnął się w duchu. Najbliższe miesiące, lata, a może dekady spędzi w jakichś norach, nie wychylając się, by przeczekać Aizena i wymyślić, jak uwolnić świat od jego obecności. Ostatnia szansa, żeby się rozerwać.

- Lepiej, żebyś tego nie żałował, Grimmjow.

VI.

Przyznał przed samym sobą, że Grimmjow Jaegerjaquez nie był do końca Arancarem według jego własnej definicji. Miał wypełniający jej znamiona instynkt łowcy, może nawet bardziej rozwinięty, niż wielu innych, był też sadystycznym mordercą. Ale obok tego, chociaż nie znalazł się w Espadzie, nawet nie był jednym z wielu Fraccion, najwyraźniej w ogóle nie bał się Aizena. Nie, żeby jakoś zaczepnie się ze swoim brakiem lęku obnosił. Po prostu sprawiał wrażenie ryzykanta i wydawało się, że kuszenie losu było powodem, dla którego egzystował. Czerpał czystą, dziką przyjemność z balansowania na granicy życia i śmierci, ale w zupełnie innym wymiarze, niż na przykład Nnoitra. Tamten popapraniec zabijał, by udowodnić coś, w sumie nie wiadomo co, wszystkim dookoła. Ten z kolei wyraźnie potrzebował przekonać samego siebie, że może wszystko. To sprawiało, że chociaż zupełnie różnił się od Aidnella, „szósty" czuł do niego coś, co w innych okolicznościach, innym miejscu i czasie, mógłby nazwać nicią sympatii. Najwyraźniej u Grimmjowa wysoko na liście rzeczy, dzięki którym wykaże swoją wartość samemu sobie, było trafić do elitarnego grona Espady. To sprowadziło ich do tego korytarza.

Aidenell nie był pacyfistą. Uczciwie należało przyznać, że nie różnił się w podstawowych sprawach od reszty, prawie już byłych kolegów. Potrzebował czas od czasu porządnej walki, odczuwał euforię, przychodzącą z chwilą, gdy ulatujące życie opuszczało niematerialne ciało przeciwnika. W zasadzie nie czuł się nieszczęśliwy z powodu tego, kim był, jak to było w przypadku Nelliel. Problemem było, że lubił panować nad swoim losem, a prawo do tego odbierały mu te mury. A to była sprawa między nim i kimś innym, zupełnie nie dotycząca błękitnowłosego kandydata na „szóstego". Nie do końca był pewien, czy chce z nim walczyć, ale najwyraźniej Grimmjow nie miał zamiaru ustąpić mu z drogi dobrowolnie. Mimo wszystko spróbuje po dobroci.

Zaskoczyła go zwinność przeciwnika. Nigdy z nim nie walczył, nie znał jego mocnych stron, właściwie nie widział z bliska jego uwolnionej formy. Miał zamiar przemknąć obok niego przy użyciu Sonido, ale został zatrzymany. Ostrze katany Grimmjowa zatrzymało się kilka centymetrów obok jego krtani. I nie poruszyło się. Miał zamiar zająć jego miejsce, wywalczywszy sobie stołek pomiędzy Wielką Dziesiątką. To się Aidenellowi zdecydowanie podobało. Ciekawe, jak wyglądałaby Espada, gdyby jej członkowie mieli iskrę, którą dostrzegł teraz w błękitnych oczach. Szybko uskoczył i oddał cios, który musnął bark przeciwnika. Po kilku kolejnych musiał przyznać, że Grimmjow jest niezły. I chociaż pojedynek sprawiał Kerrowi wyraźną przyjemność, nie mógł sobie pozwolić na marnowanie czasu.

Jeśli się za bardzo rozkręcą, dojdzie do uwolnienia mieczy. Nie mógł na to pozwolić. Resurrección na terenie Las Noches nie przejdzie niezauważone, tym bardziej dwa. Musiał jakoś szybko oderwać się od walki, która zaczynała go wciągać. Już zdecydował, że pozwoli Arrancarowi żyć, choćby dlatego, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Może nawet… pozwoli mu spełnić jego pragnienie. Pomyślał o Hōgyoku i wpadł na wredny pomysł. Da Grimmjowowi to, czego tamten chce, ale w przewrotny sposób, tak, jak zabawka Aizena spełniła jego życzenie.

Aidenell Kerr był w końcu w niemałym stopniu rasowym sukinsynem.

VII.

Wyprowadził trzy cięcia. Mógł to zrobić od razu, ale wtedy prawdopodobnie ostatnie przybiłoby Grimmjowa do kamiennej podłogi. Kilkuminutowe starcie pozwoliło mu podjąć inną decyzję. Wyciągnął swój Zanpakutō z rany pod obojczykiem Arrancara i wytarł go o brzeg swojego białego uniformu. I tak wywali ten łach, kiedy tylko wyjdzie na pustynię. Odwrócił się plecami od leżącego Grimmjowa i postawił pierwszy krok w stronę nowego życia na wygnaniu.

- Gdzie ty się wybierasz, do kurwy nędzy?!

Nie odwracając się, zaszczycił pokonanego odpowiedzią.

- Moje gratulacje, witam w Espadzie, „szósty".

- Chyba sobie kurwa żartujesz… Wracaj tu, Kerr!

Zatrzymuje się i odwraca, bo w głosie leżącego, obok wyzwania i gniewu, słyszy coś, co przypomina strach. Grimmjow nie boi się jego, a raczej tego, że właśnie wślizgnął się do Dziesiątki tylnym wejściem. Zupełnie niespodziewanie i nie dzięki samemu sobie. Nie na swoich warunkach. Wyraźnie mu to nie pasuje. I dobrze, nie można mieć wszystkiego.

- Grimmjow, kiedy podniesiesz się z tej podłogi nie będzie „szóstego", który rościłby prawa do tego tytułu. Baw się dobrze.

- W dupie mam, gdzie się wybierasz, ale nie ma mowy, żebym tak został Espadą. Co ci odwala? Prędzej zdechnę, niż…

- Aizen dostarczy ci okazji do prób samobójczych. A ja… tutaj już skończyłem. I po prostu lubię być wrednym sukinsynem.

VIII.

Od czasu do czasu wychodził na spacery, w miejsca, w których mógł się natknąć na pojedynczych Arrancarów. Namnożyło się ich tak wielu, że na pustkowiach pod Las Noches zrobiło się tłoczno. Nikt nie przejmował się zniknięciem czas od czasu jednego czy dwóch, zwłaszcza, że zakaz okazywania otwartej agresji obowiązywał tylko Espadę. Niżsi Arrancarzy mordowali się aż miło, a Aizen zaludniał Hueco Mundo ich podrasowanymi następcami.

Cała krucjata, do której były kapitan Gotei 13 przygotowywał swoich podwładnych, wydawała mu się pozbawioną sensu. On sam wszędzie doszukiwał się wzorów i logicznych wytłumaczeń, a to, co się działo pod skrzydłami nowego władcy Hueco Mundo, wymykało się wszelkiej logice. Zagłada Shinigami, a tym bardziej Króla Dusz, była równoznaczną z końcem Hollowów i ich zmutowanych następców. Nie można było założyć, że Arrancarzy będą postępować racjonalnie, ale uczestnictwo w planowanej eskapadzie do Królewskiego Wymiaru kłóciło się z ich naturalnym instynktem samozachowawczym. Nie mógł stwierdzić, że znał Aizena, bo tak naprawdę chyba nikt nawet nie zbliżył się do prawdy o jego prawdziwej osobowości. Ale wiedział wystarczająco, by przypuszczać, że Shinigami nie dzieli się z nikim swoimi rzeczywistymi zamiarami. Żeby znaleźć jakiś punkt zaczepienia, potrzebował wiedzieć więcej.

Pechowcy, zanim odchodzili za jego sprawą w nicość, służyli mu za bardziej lub mniej rzetelne źródło informacji. Tak dowiedział się o Nocy Zmiany Straży, jak szumnie nazywali ją tubylcy. Dwóje Espada wypadło z zestawienia i na ich miejsce wskoczyli Grimmjow Jaegerjaquez i Tier Harribel. Pozbycie się „szóstki" mogło wzbudzać pytania, ale zastąpienie „trójki" skutecznie odwróciło uwagę od Grimmjowa. Aidenell od początku był pewien, że za zniknięciem Nelliel stoi Nnoitra, chociaż zagadką było, kto mu pomagał. Sam Gilga nie był nawet w stanie zajść 3. Espady od tyłu. Tak czy inaczej, nikt nie wiedział, co się stało z Nelliel Tu Odelschwanck. Właściwie nikogo to nie obchodziło. Arrancarzy mieli krótką pamięć i nie odczuwali sentymentów. Aidenell, chociaż bardzo się starał dotrzeć do skrawków informacji, przy okazji zaspokajając bardziej pierwotne potrzeby, co chwilowo poprawiało jego samopoczucie, niczego sensownego się nie dowiedział.

Wtedy doświadczył drugi raz olśnienia. Jego odkryciem było, że Arrancarzy mogą odczuwać smutek. Nelliel wydawała się być cała zbudowana ze smutku, który odbijał się w jej poważnych oczach, ale ona była poza wszelkimi klasyfikacjami. Smutek Aidenella szybko się ulotnił, nagle, tak jak się pojawił. Doszedł do wniosku, że Nelliel w jakiś sposób przetrwała. Gdyby jej nie było, wiedziałby. Tak jak czuł jej nastroje i potrafił zlokalizować jej moc, nawet jako Vasto Lorde, wiedział teraz, że Nelliel nadal istnieje. Nie potrafił umiejscowić, ani też uargumentować swojego przeświadczenia, ale od zawsze był przekonany, że dzięki niej pozbędzie się swojego odwiecznego balastu. A bezdenna, męcząca czarna pustka w jego duszy nadal była tam, gdzie wcześniej i miała się dobrze. Nie było mowy, żeby nigdy już miał nie zobaczyć Nelliel.

Przy okazji zbierał inne informacje. Potrzebował wiedzieć, by przetrwać, a miał przed sobą bardziej ambitne plany i dobijało go, że nie potrafił jeszcze ubrać ich w żadne konkrety.

W Espadzie się pozmieniało. Cholerny Nniotra awansował, trójka z podium trzymała się mocno. A „jego" 6. Espada zaczynał zmieniać się w psychopatę. Wyglądało na to, że Aidenell pomylił iskrę w błękitnych oczach z czymś innym. A może to on go zniszczył, wrzucając do Espady niejako na siłę. Może Grimmjow nie powinien znaleźć się w tym gronie wtedy, może wcale. Jakimś kontrargumentem było, że nieźle sobie radził, nie dał się zepchnąć ze stołka i zorganizował sobie komando, złożone z sadystycznych popaprańców na miarę Fraccion Barragana. I najwyraźniej teraz potrzebował udowadniać swoją wartość wszem i wobec. Mógł być jego bombą zegarową, która miała szansę mocno namieszać w szykach Aizena. Wbrew założeniom Aidenella nie wniósł czegoś nowego do Espady, a raczej dopasował się do panujących w niej warunków. Po jakimś czasie dowiedział się, że „szósty" stracił swoich Fraccion i swoją pozycję, razem z ramieniem i dumą. Mimo wszystko odczuł z tego powodu delikatne niezadowolenie. Kolejna informacja, że Grimmjow wrócił do składu, zabijając dzieciaka, który zajmował jego pozycję, wiele wyjaśniła. Aidenell nabrał przekonania, że błękitnowłosy bardzo potrzebował znaleźć się w Dziesiątce na tych samych zasadach, co pozostali, wchodząc do niej po trupie poprzednika. Istniała szansa, że teraz odzyska równowagę.

W końcu któregoś dnia sale Las Noches opustoszały. Jeszcze zanim to nastąpiło, Aidenell wyczuł, że nadchodzi zmiana. Reiatsu byłych kolegów z Espady zaczęło zanikać w Hueco Mundo, podobnie jak energia kilku Privaron i Fraccion. Pojawiło się nowe Reiatsu, bardzo silna moc Hollowa i jednocześnie niemająca z Pustymi wiele wspólnego. I kilka innych. W Hueco Mundo robiła porządek grupa Shinigami i jakichś innych istot, o aurze zbliżonej do… ludzi. Ciekawiło go to, ale nie dotykało na tyle, by porzucić kryjówkę. Aż w którymś momencie umysł Aidenella wyłapał znajome Reiatsu, którego poszukiwał nieustannie, nie tracąc wiary, że w końcu je wyczuje. Na pustyni pod Las Noches Nelliel Tu Odelschwanck dawała wycisk Nnoitrze.

Zanim udało mu się skutecznie zlokalizować walczących, energia Nelliel ponownie zniknęła, tak nagle, jak się ujawniła. Był pewien, że stało się to, co wcześniej, w noc opuszczenia Las Noches. Dziewczyna nie zginęła, ale… coś się z nią stało. I było poza jego możliwościami odnalezienie jej, chociaż wiedział, że jest gdzieś niedaleko. Kiedy bił się z myślami i wyładowywał frustrację w przestrzeń, stało się coś jeszcze. Sōsuke Aizen zebrał kwiat swojej armii i zostawił Hueco Mundo w cholerę.

Kiedy w Gargancie zniknął ostatni po nich ślad, Aidenell bezradnie opadł na piasek. Co prawda niewiele zrobił, by zrealizować swoje odległe plany względem swojego byłego pana. Ale teraz, raczej bezpowrotnie stracił nadzieję, że kiedykolwiek mu się to uda. Aizen nie będzie go przecież szukać, by mu to umożliwić. Arrancar uświadomił sobie, że ponownie utracił Nelliel, przynajmniej tymczasowo, a z wymarszem Białej Armii ulotnił się drugi powód jego egzystencji. I całkowicie nie mógł ustalić, co chce ze sobą zrobić, kiedy wywlecze się ze swojej kryjówki na dobrowolnym, bezsensownym wygnaniu.

IX.

Nie można było oczekiwać, że z wielkiej wojny z Soul Society ktokolwiek wyjdzie na własnych nogach. Jeśli chciałoby się w tym względzie trzymać tego stwierdzenia ściśle, to większość ocalonych wróciła na plecach innych Arrancarów. To było zaskoczenie. Nigdy nie uwierzyłby, dopóki nie zobaczył tego na własne oczy. Być może do pewnego stopnia mylił się względem swoich braci i sióstr. Do Hueco Mundo zaczęły ściągać niedobitki Białej Armii, nieścigane przez zwycięzców i pozostawione samym sobie. I, o dziwo, zaczęły się organizować, nieudolnie próbując stworzyć imitację tego, co powołał sztucznie do istnienia Aizen.

Do Hueco Mundo zawitała polityka.

Nie było już Espady, Fraccion mocno przerzedziło swoje szeregi. Mimo to na pustyni, wokół ruin Las Noches, zaczynało robić się tłoczno. Arrancarzy byli zdezorientowani, bo nie panowała nad nimi silna ręka dotychczasowego pana. Instynkt kazał im bronić swojego życia, a potencjalnym wrogiem stał się każdy, spośród setek porzuconych żołnierzy pokonanej armii. I stało się coś nadzwyczajnego. Pojedynczo słabi i skazani na zagładę, Arrancarzy zaczęli skupiać się w grupach. Różniło się to o tyle od wcześniej istniejącej praktyki, kiedy wędrujący Adjuchasi czy Vasto Lorde tworzyli nieformalne sojusze, by wspólnie wzrastać w siłę, atakując słabszych przeciwników, że teraz nikt nikogo nie atakował. Na pewno miało to nastąpić późnej, gdy przyzwyczają się do nowej sytuacji. Na chwilę obecną niespokojnie patrzyli na rozwój wypadków, wyczekując zmiany. Być może wpływ Hōgyoku był powodem, dla którego ze swej natury samotnicy i drapieżcy, zaczęli rozglądać się za przywódcą. Hueco Mundo stanęło na głowie.

Nie miał najmniejszego powodu, ani ochoty dłużej się ukrywać. Widząc stan powracających i kalkulując rozkład sił, szybko zdał sobie sprawę, że być może jest tu najsilniejszym Arancarem. Tyle, że nic to dla niego nie znaczyło. Nie miał ambicji przewodzić, chociaż taka pozycja zapewniała mu bezpieczeństwo i mogłaby zaspokoić jego próżność. Zresztą nie wierzył, że to się uda. Nie ma mowy, żeby cholerne, wiecznie nastawione na walkę, egocentryczne, sztucznie powołane do istnienia popłuczyny z Hollowów mogły się ze sobą dogadać. Jego postrzeganie w tym temacie zmieniło spotkanie z Tier Harribel. A właściwie z jej Fraccion.

Jakimś cudem 3. Espada wróciła, chociaż o własnych siłach nigdy by tego nie dokonała. Przytaszczyły ją ze sobą jej Fraccion. Nagłe pojawienie się na pustkowiu, zapełniającym się istotami z morderczymi zapędami, potencjalnej przywódczyni wzbudziło spore zamieszanie. W pierwszym odruchu kilku bardziej porywczych rzuciło się w jej kierunku. Była w takim stanie, że wystarczyłoby ją mocniej kopnąć, by przeniosła się do wielkiej pustki. I tych kilku pechowców stało się przykładem dla reszty. Tres Bestias nie miały zamiaru dopuścić nikogo na odległość trzech metrów do swojej pani. Były jej Fraccion i de facto najsilniejszymi Arrancarami w tym tłumie. Były gotowe zginąć za nią, tak jak z założenia miały obowiązek zrobić według wytycznych Aizena. Ale byłego Shinigami tu nie było i nic nie zapowiadało, że wróci. Nie kierował nimi strach przed nim. Wystarczyło wbić miecz w ranną Tier, by zająć jej miejsce. Tak nakazywał niepisany arrancarski zwyczaj. Zjedz, albo zostań zjedzonym. Ale wiele wskazywał na to, że w Hueco Mundo zaczynało się coś nowego.

Rozważył dogłębnie swoją sytuację, zanim zdecydował się podjąć jakieś kroki. Był nauczony cierpliwości i nawet jeśli kiedyś uważał siebie za porywczego, co nadal zdarzało mu się ujawniać, gdy w czasie walki puszczały mu hamulce, to w sprawach wymagających rozwagi potrafił nad sobą panować. Jego pojawienie się pod Las Noches wzbudziło nie mniej emocji, nie poszły za tym jednak żadne czyny ze strony obecnych. Nie był ranny, jak Tier, i nie sprawiał wrażenia, że ktokolwiek miałby szansę przetrwać ewentualne z nim starcie. Strach w oczach Appachi i pozostałych upewnił go, że jeśli miałby na to ochotę, mógłby teraz wszystko. Ale przyszedł tu z ciekawości, a może także dlatego, że zaczął mieć już mgliste pomysły, jak spędzić resztę wieczności. Nelliel miała rację, nie wystarczy być, bo nawet euforia wywołana zadawaniem śmierci mija. Czymś trzeba zapełnić czas pomiędzy.

Tier najwyraźniej podzielała obawy swoich dzielnych strażniczek i była przygotowana na rozstanie się ze światem. Wyczuł w niej coś, czego się nie spodziewał. Była głęboko zawiedziona. Być może była zawiedziona rzeczywistością, jak on i Nelliel. Tylko zgadywał, bo właściwie nie znał Tier Harribel. Weszła do elitarnego grona Espady, gdy jego już tam nie było. Kiedy teraz patrzył w jej oczy, w jego głowie pojawiła się myśl, że być może ona była jego Grimmjowem.

W tym momencie postanowił, że zrobi z niej królową Hueco Mundo.

X.

Nikt nie odważył się przez długie dni i noce nieproszony postawić stopy w pustych salach Las Noches. Ci, którzy się tu znaleźli, najpierw odpowiednio upewnili się, że uzyskali na to wyraźną zgodę. W ten sposób, w przeciągu tygodnia, dawną siedzibę Aizena zaadaptowała do swoich potrzeb nowopowstająca gwardia Tier Harribel. Ex „trójka" doszła do siebie dużo szybciej, niż wskazywałyby jej obrażenia. Jak by nie patrzeć, nosiła na sobie ślady mieczy chyba połowy Gotei i… Sōsuke Aizena. Aidenella nie zdziwiło to w najmniejszym stopniu. Jeśli ktoś na zewnątrz murów miał jakieś wątpliwości co do formy samozwańczej królowej, to ta je rozwiała, zapisując ostrzeżenie przed nierozważnymi posunięciami krwią dwóch Privaron, którą ozdobiła wszystkie kolumny na północ od głównej bramy. Żadne sprzeciwy się nie podniosły. Arrancarzy zaakceptowali nowe przywództwo i odetchnęli z ulgą. Stworzyli sobie na nowo świat, nad którymś ktoś miał kontrolę. Teraz mogli się w spokoju skupić na wyładowywaniu agresji, która w nich kipiała, na pierwszym lepszym napotkanym obiekcie.

Aidenell wiedział, dlaczego powstrzymywali się na początku, zaraz po klęsce. Hueco Mundo, zanim poznało Aizena i doświadczyło mocy jego Hōgyoku, było niebezpiecznym, dzikim miejscem, wyłamującym się wszelkim zasadom. A jego mieszkańcom to nie przeszkadzało. Po prostu sobie istnieli, nie czuli nad sobą niczyjej kontroli i ich pomysłowość w zadawaniu śmierci ograniczały tylko naturalne możliwości i poziom mocy. Ginęli, a na ich miejsce z piasków poniżej pojawiali się nowi. Istnieli, by odczuwać oszołomienie walką i zaspokajać potrzeby, nad którymi nie próbowali panować. Nawet nie kołatało im z tyłu głowy pytanie „po co". Shinigami i jego zabawka zniszczyli ten sielski, a przede wszystkim naturalny obraz rzeczywistości. Nagięli wolę Vasto Lorde, dając im człekokształtne ciała i otwarte umysły. Arrancarzy różnili się od Hollowów tym, że ich instynkt samozachowawczy sięgał dalej. Nie chodziło o przetrwanie najbliższego starcia. Nawet, jeśli nie szanowali swojego życia, to mieli coś, co wprawiało ich w euforię. Nawet Nnoitra, uosobienie instynktów Hollowa, był czymś więcej, bo Hollow zabijał z potrzeby. „Piąty" robił to dla przyjemności, której jako Hollow nie był w stanie odczuwać.

Nowopowstałej, dziwnej, sztucznej społeczności potrzebny był ktoś, kto zapobiegnie rozpanoszeniu się w ich niepodległym Hueco Mundo nowego Aizena. Ktoś, kto poprowadzi ich, zawsze chętnych do walki, przeciw każdemu wrogowi. Nie kochali Tier, marzyli, by zająć jej miejsce i zapewne przybiliby ją swoim mieczem do ściany, gdyby mieli okazję. Ale potrzebowali przywódcy na gorsze czasy. By mogli w spokoju mordować się nawzajem, nie bojąc się, że jakiś nieprzewidziany kataklizm spadnie im na głowy. Dodatkowo przyzwyczaili się, że kto inny podejmuje za nich decyzje. Podobało im się ich egzystowanie i nie mieli zamiaru zrezygnować z przyjemności, jaką z niego czerpali. Czysta arrancarska logika.

Jego potrzeby aż tak bardzo się nie zmieniły. Obracanie się w gronie naładowanych agresją kolegów potęgowało w nim konieczność rozładowania swojej własnej. Nie była ona jednak tak wszechogarniająca, by szukał obiektu do wykrwawienia na oślep. Prędzej czy później, z naciskiem na prędzej, obiekt sam się napatoczy. Z lubością oddawał się za to osobistemu dziwactwu, jakim było raczenie się po kryjomu jasnobrązowym, aromatycznym płynem. Znalazł w Las Noches całe skrzynie suszonych liści, którymi nikt poza nim nie wykazał zainteresowania. Kiedy czuł się naprawdę wkurzony, a zdarzało mu się to nierzadko, zamykał się w jakimś oddalonym pomieszczeniu i oddawał się błogiemu uzależnieniu. Stał się herbatoholikiem. Nawet Arancar może mieć swoje dziwactwa.

Szło tak dobrze i w zasadzie bezproblemowo, że Aidenell zaczął wyczekiwać zwiastuna złych nowin. Miał do czynienia z Arrancarami, więc wszystko mogło się schrzanić w każdej chwili. I doczekał się. Jedna trzecia świeżej armii Harribel zdezerterowała. Zaczęły chodzić słuchy, że nowym kandydatem na pana Las Noches był Grimmjow Jaegerjaquez.

XI.

Takiej rzezi Hueco Mundo nie widziało. Przeszli samych siebie. Pustynia, tak lepka od krwi, której było tyle, że na piasku, niezdolnym wchłaniać jej więcej, utworzyły się kałuże. Zapewne wielu spośród zwycięzców będzie powracać w marzeniach sennych do tego krajobrazu po bitwie. Arrancarzy Harribel wycięli w pień buntowników. U ich stóp leżała jedna trzecia mieszkańców tego pustego świata. Zrobi się na tyle mniej tłoczno, że będą mieli może nawet dziesięciolecia względnego spokoju. Dzisiejszy dzień zaspokoi pragnienie na długie miesiące. Pozostał jeden problem, który nierozwiązany sprowadzi kolejne. Wśród zabitych nie było Grimmjowa.

Wziął to na siebie. Nie widział innego wyjścia. Jeśli ktoś inny zabije drugiego spośród oficjalnych, żyjących niekoronowanych Espada, to spowoduje wiele komplikacji. Aby samemu nie znaleźć się na celowniku takiego ewentualnego pretendenta do pozycji zastępcy Harribel, musiałby wykończyć także jego. Na dzisiaj ta jego potrzeba była w pełni zaspokojona. Zabicie „szóstki" nie sprawi mu dodatkowej radości, ale nie zawsze robi się tylko to, na co ma się ochotę. Z drugiej strony to on dał Grimmjowowi możliwość dotarcia tak daleko. I wszystko poszło w innym kierunku, niż przewidywał. Nie ma zamiaru drugi raz się pomylić. Jeśli w Hueco Mundo ma zapanować jako taka równowaga, to nie można zostawiać niedokończonych spraw. Żadnych niedopowiedzeń.

XII.

Grimmjow nie wyglądał na rannego. Właściwie wkurw w jego oczach upewnił Aidenella, że pojedynek dostarczy mu nieco rozrywki. Natarł na niego z dziką wściekłością. Był silniejszy, o wiele silniejszy, niż poprzednio. Jego technika stała się niemal doskonała, szybkość co najmniej się podwoiła. Miecz przepełniała wściekłość, której ślad odbijał się nawet w jego Reiatsu. Aidenell uśmiechnął się do siebie. Zapowiadało się na walkę jego życia.

Po wymianie kolejnych cięć, z których dwóch nie udało mu się kompletnie zablokować, uśmiech z jego ust zniknął. To nie była zabawa. Błękitnowłosy zasługiwał na pozycję Sexto Espada. Aidenellowi przebiegło przez myśl, że jest od niego samego silniejszy. Ale był przy tym pchany wściekłością i pod ścianą. Nawet, jeśli wyjdzie stąd zwycięzcą, Tier nie pozwoli mu żyć. Oderwał się od przemyśleń, bo ostrze przeciwnika prawie przyszpiliło go do ziemi. Nie mógł sobie pozwolić na porażkę, z oczywistych względów. W nieuwolnionej formie wytrzymałby w równym starciu może kilka minut. Już zaczynał krwawić. Ledwie godzinę temu jego miecz powrócił do zapieczętowanej postaci, ale trudno. Odskoczył od przeciwnika, wyciągając przed siebie Zanpakutō.

- Shukketsu*, Halcón**.

Nigdy nie widział siebie w Resurrección. Od Nelliel wiedział, że ta jego forma robi wrażenie. Sam był świadom, że maska, zazwyczaj okrywająca jego prawy policzek, rozszerza się, tworząc osłonę dla jego twarzy. Pancerzem dla reszty jego ciała była łuskowata zbroja ze sztywnych, odpornych na żelazo i zęby wypustek, pokrywająca jego szyję, ramiona, plecy i klatkę piersiową. Nie miał kłów, pazurów, rogów, macek, ani nic innego z zestawu, którym zwykle obdarzani są Arrancarzy w uwolnionej formie. Nadal miał za to swój miecz i chociaż wygladał jak kawałek żelaza, rzesze jego wcześniejszych przeciwników, gdyby tylko mogły cofnąć czas, z pewnością nie zlekceważyłyby niepozornego ostrza. Drugi raz nie oceniłyby też mocy Aidenella po wyglądzie jego Resurrección. Nie zyskiwał w nim na sile, nie otrzymywał dodatkowych kończyn, wymyślnej broni czy monstrualnych rozmiarów. Otrzymywał ostrze, gotowe do zasmakowania krwi, pancerz, by nie paść od ciosu w plecy i nieprzeciętną szybkość. Do dzisiaj ten zestaw sprawdzał się znakomicie. W ogólności w tej formie czuł się najbardziej sobą. Był mniej ludzki, niż w humanoidalnym ciele Arrancara, a to oddawało jego właściwą naturę. W Resurrección Aidenell był prawdziwym drapieżnikiem.

Patrzył teraz na Grimmjowa swoimi nieludzkimi oczami, czytając jego ruchy. Czuł, że odzyskał kontrolę i czekał, aż tamten uwolni swój miecz. Ale nic takiego się nie działo.

Grimmjow ruszył na niego, nacierając tak mocno, że uderzenie odepchnęło Aidenella do tyłu. Z łatwością je jednak sparował. Był po prostu szybszy. Bez względu na to, jaką siłą i jakimi technikami dysponował przeciwnik, dopóki mógł uprzedzić jego posunięcia, nic nie było w stanie mu zagrozić. Z ciekawością czekał na uwolnienie Pantery. Być może pierwszy raz od bardzo dawna miał ochotę zaryzykować, zetrzeć się z kimś na śmierć i życie. Nadal nie miał pewności, czy to, co chciał zbudować z Tier było ważne. Niech los zdecyduje. Tyle, że jego przeciwnik nie podnosił rzuconej rękawicy. To było do niego niepodobne. Więc postanowił go zmusić do poważnej walki.

Już po trzecim ciosie udało mu się ciąć czysto, kalecząc bark Grimmjowa. Tamten wściekł się jeszcze bardziej i odpowiedział potężnym uderzeniem. Oczywiście bez większego powodzenia. Po wymianie kolejnych uderzeń Grimmjow upadł na piach. Ale się podniósł. Sukinsyn uparł się, że pokona go, nie uwalniając Zanpakutō. Czyżby chciał mu zrobić na złość, za to papierowe zwycięstwo ostatnim razem? Wyciągnął przed siebie dłoń, odpalając Cero, tak słabe, że Fraccion by się go wstydził. Gdy Aidenell w rewanżu ponownie zanurzył klingę w ciele błękitnowłosego, zdał sobie sprawę, że zachowanie tamtego nie wynikało z przekory. Grimmjow był naprawdę bliski granicy swoich możliwości.

Nie uwolnił Resurrección, bo nie mógł.

- Grimmjow, po jaką cholerę przylazłeś do Las Noches i rzuciłeś wyzwanie Tier? Nie jesteś nawet w stanie uwolnić miecza.

- Pieprz się. Nie przylazłem tu po jej gównianą koronę. Jestem… jestem cholernym „szóstym".

No jasne. Grimmjow nie odzyskał pełni sił po walkach z ekspedycją z Soul Society. Nie był dostatecznie mocny, by upominać się o władzę. Wcześniej nie miewał takich aspiracji. Jeśli nawet chciałby korony, to nie dla realnej władzy, która się z tym wiąże, ale by sobie samemu udowodnić, że może sobie ją wziąć. Zrobiłby to, gdyby poczuł, że to go dowartościuje. W zasadzie aż tak bardzo się nie zmienił. Poprowadził jedną trzecią Hueco Mundo, bo był „szóstym". Jego duma nie pozwalała mu zginać karku przed pokonaną, słabą „trójką". Był egocentrycznym dupkiem. „I kto to mówi", pomyślał Aidenell po chwili. Tak czy inaczej, trzeba było coś z tym zrobić, bo nie może być dwóch Sexto Espada, tak jak nie może być dwoje pretendentów do władania Hueco Mundo.

Tyle, że naprawdę nie miał ochoty go zabijać. Zaczynał kalkulować, jak mogą potoczyć się sprawy. Biorąc pod uwagę, że ma do czynienia z Arrancarami, bezpieczeństwa swojej głowy też nie mógł być pewien. Teraz Tier go potrzebowała, zwłaszcza, że pomagał jej z własnej woli. Ale kiedy królowa się umocni, silna prawa ręka stanie się wrzodem na tyłku. Może jednak powinien zrewidować swoje plany…

- Do kurwy nędzy, tylko mi tu nie odstawiaj Kurosakiego. Jak się bijemy, to się bijemy, psia mać.

Dopiero po chwili dociera do niego drugie dno, ukryte pod wyzwaniem Grimmjowa. Który ledwo trzyma się na nogach, ale nie ma zamiaru sobie odpuścić. Skubaniec walczył z Kurosakim. Z Kurosakim, który zrobił porządek z Aizenem. A jeśli tak, to Grimmjow nie miał prawa pokonać tego Shinigami. Jeśli walczyli, to dla „szóstego" nie mógł być tylko sparing. Walczyli na poważnie, na śmierć i życie.

Grimmjow Jaegerjaquez wyszedł żywy spod miecza Ichigo Kurosakiego.

Aidenell nie miał pojęcia, co to dokładnie oznaczało, ale było dla niego sporym odkryciem. Jeśli Kurosaki puścił Espadę wolno, to może on sam też się nie pomylił, bo instynkt go zazwyczaj nie zawodził. Ale bez względu na to, Grimmjow nie nadawał się na króla, którym najwyraźniej nie miał nawet ochoty być w obecnych warunkach. Trzeba jakoś to rozwiązać. I wtedy wpadł na pomysł, zupełnie do niego niepodobny, bo mącący jego własny plan. Tak czy inaczej, nawet Aidenell Kerr był w maleńkim stopniu hazardzistą. Niespiesznie podniósł ostrze, parując desperackie uderzenie rannego Arrancara. Skupił swoje myśli na mieczu i ten powrócił do zapieczętowanej formy, zabierając łuskowatą zbroję z jego ciała. Mocno chwycił katanę i nie czekając na kolejną, nieudolną próbę ataku, sam uderzył, a jego ostrze zanurzyło się w ciele Grimmjowa, zmuszając go do opadnięcia na kolana.

XIII.

- Nie wrócisz do Las Noches. W Hueco Mundo Aizen zrobił wystarczający burdel.

- Pogięło cię?! Co jest z tobą nie tak?

- Jestem Arrancarem, żaden z nas nie jest normalny.

- Gówno, nie Arancar. Co z twoim instynktem, do kurwy nędzy?! Nie krzyczy do ciebie o moją krew? Nie będziesz sobie ze mną pogrywał, jak z jakimś ścierwem…

- Stul pysk. Zrobię, co mi się podoba. Bo mogę. Różni Arrancarzy – różne potrzeby. A mnie zaczęła bawić polityka. To wyższa forma drapieżnictwa. Nie wrócisz do Las Noches, bo ci nie pozwolę. To mój cyrk i moje małpy. Jak znowu zaczniesz się zbroić, to skończysz zakrwawiony, patrząc na mnie z perspektywy posadzki. I tak w kółko, aż stracisz do siebie resztki szacunku. Jesteś tym, czym ja ci pozwoliłem być. Będziesz żył i trzymał się z daleka, bo ja tak mówię. Bo mnie to bawi. Bo jestem silniejszym drapieżnikiem.

- Żesz ty… Lepiej mnie zatłucz tutaj, bo jak cię dorwę, to ubiję na miejscu… Ty…

Na dalsze słowa szalejącego Grimmjowa już nie zareagował. Odwrócił się, z nadzieją, że dostatecznie mocno go pociął, by jego pleców nie sięgnął desperacki cios błękitnowłosego. Nie do końca był pewien, dlaczego to zrobił. Ale dreszcz, który towarzyszył jego myślom o przyszłości, był przyjemnym uczuciem. Jeśli Grimmjow nie odstawi czegoś autodestrukcyjnego, to dojdzie do siebie. Stanie się silniejszy. Jeśli będzie mógł użyć Resurrección, to sytuacja się odwróci. Aidenell wiedział, że z potyczki z Grimmjowem w najwyższej formie nie ma prawa wyjść cało.

Ta myśl na swój sposób go jednocześnie niepokoiła i cieszyła. Od teraz trzy sprawy będą kierowały jego egzystencją. Ma roszczenia do głowy Aizena, który ponoć jest nieśmiertelny, ale Arrancar jest gotów znaleźć antidotum na życie wieczne, byle móc – po jego zaaplikowaniu – skutecznie wykończyć swojego byłego władcę. Wie, że siedzi zapieczętowany w Soul Society, pod kilkoma metrami betonu. Ale jemu się przecież nigdzie nie spieszy. Druga sprawa to Nelliel, która prawdopodobnie nadal gdzieś tu jest. Przeszuka pustynię ziarenko po ziarenku, ale nie odpuści. Czymś trzeba zająć czas. Chociaż nudno być nie powinno, bo resztę wieczności spędzi na trzymaniu się z daleka od Grimmjowa. Miał przed sobą jeszcze kilka tygodni rozluźnienia, wnioskując po aktualnej kondycji pokonanego, taplającego się w swojej krwi Arrancara. A potem Aidenell będzie musiał wyhodować sobie oczy z tyłu głowy i przyzwyczaić się do spania z mieczem w dłoni oraz unikania samotnych spacerów.

Znów przeszedł go dreszcz. Prawie poczuł, że żyje.


*Shukketsu (出血, wykrwaw)

**Halcón (hiszp. Sokół)