I.

Może mieć pretensje tylko do siebie. To, że znajdują się na tym skrawku pustyni w takim, a nie innym gronie i tych, nie innych okolicznościach, jest konsekwencją jego wyborów. I przypadku, którego istnienie zawsze wypierał ze swojej poukładanej rzeczywistości. Wiedział, ze zazwyczaj obca mu żyłka ryzykanta, która ujawniła się przy jego ostatnim spotkaniu z Grimmjowem, prędzej czy później sprowadzi na jego głowę jakieś nieszczęście. Ale naprawdę nie liczył, że nastąpi to przed upływem dekad. Może za bardzo lubi planować i za duże znaczenie przywiązuje do przyszłości. Jakby miało czekać go w niej coś nadzwyczajnego. A przecież przez ostatnie miesiące wydarzyło się tak wiele, że może powinno to uzmysłowić mu, iż nie ma prawa do odległych planów. Chwilę temu pośrednio doprowadził do masakry blisko setki Arrancarów i Shinigami, w zasadzie nie zdając sobie sprawy, co pociągnie za sobą zabicie trójki nic nie znaczących Stern Ritterów. I wszystko szlag trafił, bo nie wiedział. Nie można wiedzieć o wszystkim, nie da się nad wszystkim panować. Zabił Nelliel, bo wierzył w swoją ocenę sytuacji i nie dopuścił do siebie istnienia niewiadomej. I teraz sam zginie, w świadomości porażki na wszystkich frontach.

- Aidenell Kerr, myślałem, że twoje ścierwo rozkłada się gdzieś w Lodowym Wymiarze. No kurwa, Arrancarzy Tier Harribel to gówniane źródła informacji. Nie ma co, masz jaja, żeby się tu pokazywać.

Grimmjow sprawia wrażenie, jakby się coraz lepiej bawił. Strata kilkudziesięciu Arrancarów to nic, jeśli może sobie poprawić humor w inny sposób. Aidenell zastanawia się, jaką obrać taktykę. Król Hueco Mundo mu nie odpuści, bo sam na jego miejscu pozwoliłby takiemu delikwentowi umierać dniami, wcześniej dosadnie wskazując mu ostrzem miecza, gdzie jego miejsce. Przychodzi mu do głowy, w przypływie wściekłości na samego siebie, że może uda mu się tak wnerwić błękitnowłosego, że utłucze go na miejscu i oszczędzi mu dalszych nieprzyjemności. Ale Grimmjow nie wygląda na kogoś, kto ma zamiar teraz sobie podarować. A Aidenell w gruncie rzeczy chyba ma potrzebę jakoś ukarać samego siebie, bo w tej chwili w równym stopniu współczuje sobie głupoty, co za tę głupotę sobą gardzi. Wiedział na co się pisze, depcząc dumę egocentrycznego przeciwnika przy ostatnim spotkaniu. Nie musiał tego robić, ale dobrze się przy tym bawił. Będzie, co ma być.

- W Lodowym Wymiarze klimat mi nie służył. Jestem patriotą, już ci to kiedyś mówiłem. Możemy przejść do rzeczy, 5. Oddziałowi spieszy się do domu, zdać raport.

Grimmjow wygląda na zaskoczonego. Chyba nie spodziewał się, że Aidenell Kerr będzie się przed nim kulił?! Z drugiej strony ma go zapewne za czubka, bo żaden normalny Arrancar nie zachowałby się tak jak Aidenell. Dwa razy. A teraz przylazł do Hueco Mundo, wiedząc, czyje to podwórko. Kiedy takie myśli wpadają do głowy Kerra, sam dochodzi do przekonania, że coś z nim nie tak. Za to Grimmjow chowa obnażony miecz do pochwy i chyba zmienia zdanie. Mimo tego, widząc zmianę na jego twarzy, obserwujący go Aidenell zaczyna czuć coś, co prawdopodobnie jest strachem. Nie bał się Aizena. Tym bardziej Tier Harribel. Ale odczuwa wzrastający niepokój, stojąc przed Grimmjowem, bo nie potrafi ocenić jego reakcji. Podobała mu się długo myśl, że błekitnowłosy jest jego „zwierzątkiem", bo pozwolił mu żyć, dał mu miejsce w Espadzie, zmienił jego przeznaczenie. Bawił się do pewnego stopnia jego losem. Ale dziś wreszcie jasno widzi, że stojący przed nim ex 6. Espada stał się czymś nieprzewidzianym. Kimś, kogo można się bać.

Teoretycznie nie ma nic do stracenia. Nikogo nie będzie nawet uwierać, jeśli Kerr zejdzie z tego świata. Nie chodzi też o wyszukane formy odsyłania w pustkę, jego próg bólu jest całkiem wysoki. Mógł zginąć wiele razy na tej pustyni, powinien paść z ręki Vandenreich. Ale wtedy wszystko zależało od próby sił, nie miał takiego poczucia beznadziei. Teraz wie, jak się to skończy, niewiadomą są tylko mało dla niego przyjemne detale. Nie ma scenariusza, który pozwalałby mu się z tego wykręcić. No i może jednak jest coś, choć teoretycznie nieosiągalne, to warte wysiłków? Kiedy przysiągł śmierć Aizenowi było to równie ambitne. Może tamto też go tu trzyma. Może boi się, że Grimmjow odbierze mu szansę, by jego egzystencja odcisnęła jakiś ślad na świecie, na który został sztucznie powołany. Boi się, że nie zobaczy własnymi oczami, jak to się skończy. I że się pomylił, nie doceniając błękitnowłosego. A teraz wszystko zależy od Grimmjowa.

Władca Las Noches odwraca się do nich plecami i zaczyna iść. Co oznacza, że reszta musi ruszyć za nim. Na to wskazuje zachowanie towarzyszących mu Arrancarów, którzy nie cofną się przed użyciem w tym celu przemocy.

- Aidenell Kerr nigdzie się nie rusza. Jest jeńcem 5. Oddziału i 5. Oddział ma do jego głowy wyłączne prawo. Na mocy postanowień sojuszu pomiędzy Soul Society i Hueco Mundo możemy zabrać go z powrotem do Seireitei.

Nie jest pewien, czy się nie przesłyszał. Zdezorientowanie na twarzach pozostałych upewnia go jednak, że z jego słuchem jest wszystko w porządku. Grimmjow się do nich nie odwraca, ale zaszczyca zuchwalca odpowiedzią.

- Chyba na łeb upadłeś, jak ci tam… Rozejrzyj się dookoła, Shinigami.

- Shirō Ashige, 9. oficer 5. Oddziału Gotei 13. Kerr jest mój.

Jednocześnie Ashige, w ogóle nie patrząc na Kerra, wyciąga przed siebie Zanpakutō. I uwalnia Shikai. To samo robią pozostali członkowie „piątki", chociaż ich miny wskazują, że nie mają pojęcia, co się dzieje. Aidenell uzmysławia sobie, że Shinigami właśnie się o niego upomniał. Nie ma zamiaru wydać go Grimmjowowi, a z tego, co zostało powiedziane, zapewne wszyscy zorientowali się, jakie plany ma tamten względem niego. Zdaje sobie sprawę, jak groteskowo to musi wyglądać z boku. Jest Arrancarem i… ma na sobie mundurowe kimono Gotei, choć bez oddziałowych oznaczeń. Wszechkapitan nie włączył go w struktury 13 Oddziałów, ale ex. Espada przybył tu z Shinigami, walczył u ich boku. Gdyby nie chodziło o jego gardło, uznałby całą sytuację za niezwykle zabawną. Jeszcze ciekawszą uczynił ją minutę temu 9. oficer, stawiając się Grimmjowowi i ładując siebie oraz swoich ludzi w niezłe bagno. Nie obędzie się bez trupów.

Błękitnowłosy się odwraca i jego oczy wyrażają niepohamowaną ciekawość. I coś jeszcze, od czego pozostałym powinno zrobić się bardzo nieprzyjemnie.

- Coraz ciekawiej. 9. oficerze, nie rzucaj się tak, bo rozmarzę cię na tym piachu. Wypieprzać mi z mojej pustyni, sojusz możecie uznać za niebyły. Chyba, że masz ochotę dalej fikać? To sobie inaczej pogadamy, Shinigami.

Trzeba coś z tym zrobić, zanim wszystko wymknie się spod kontroli. Ashige wyraźnie ma zamiar kontynuować. Grimmjow jest w nastroju jak najbardziej niesprzyjającym negocjacjom. A on, w przypływie lekkomyślności i myśli górnolotnych, złożył godzinę temu Shinjiemu Hirako obietnicę. I na nieszczęście jego słowo ma dla niego jakieś znaczenie.

- Grimmjow, może przystopujmy. To sprawa między mną i tobą, nie potrzebne nam audytorium. Jeśli Gotei miało do mnie jakieś roszczenia, to ty byłeś pierwszy. A Shinigami…

- Weź się zamknij, Kerr. Jesteś moim jeńcem i nie mam zamiaru się z nikim dzielić łupem. Twoja wiedza jest potrzebna Gotei. Niech Arrancarzy złapią sobie swojego informatora, jak są tacy wyrywni.

No żesz… Ashige jest debilem, zdecydowanie zmierza do uśmiercenia siebie i swoich ludzi. Wszystko zaczyna się przykładnie chrzanić. Aidenell przyznaje w duchu, że nie chciałby pociągnąć tego Shinigami ze sobą. Jest w nim coś takiego… Taa. W Grimmjowie też coś kiedyś zobaczył. Jego instynkt musi być upośledzony, bo teraz w ogóle nie mówi mu, jak zachowa się w tej sytuacji błękitnowłosy, taksujący całą grupę drapieżnym wzrokiem.

- A chuj, Shinigami idą z nami, chyba, że chcą się wykrwawić na miejscu. Wszyscy. Te, ty... Nawet o tym nie myśl, mam tu ponad dwie setki Arrancarów. No dobra, minus pięćdziesięciu. Ruszyć dupy, zanim ktoś wam pomoże.

II.

Nic z tego nie miało miejsca i za chwilę się obudzi. Przecież obydwaj są nieśmiertelni. Zalewa go obezwładniająca niemoc. Nie jest w stanie ruszyć żadnym mięśniem, chociaż ma ochotę krzyczeć. Ma potrzebę kogoś zabić. A zwyczajnie stoi, pozwalając rzeczywistości, by jedynie omiatała jego osobę, nie włączając jej do tego, co się teraz dzieje na tej pustyni. Grimmjow rzuca się nad krawędzią rozpadliny, jakby ktoś zabrał mu ulubioną zabawkę. Shirō ma to gdzieś. A potem władca Hueco Mundo odwraca się i patrzy na jego Arrancara, jak na nową zabawkę, zupełnie wyrzucając z głowy utratę pół setki żołnierzy. Grimmjow ma zamiar wziąć sobie JEGO Arrancara. Niedoczekanie.

Gdyby rozważył sytuację na chłodno, pewnie by się odwrócił na pięcie i za pół godziny złożył raport wszechkapitanowi o klęsce grupy Ikkaku Madarame. Ale nie jest zdolny myśleć o tym obiektywnie. Właśnie stracił nakama. Nie wróci do Seireitei, zostawiając tutaj kogokolwiek więcej. Nawet, jeśli to cholerny Arrancar. Kerr jest mu potrzebny. Wie dużo więcej, niż zdążył im powiedzieć, potrafi być użyteczny w czasie walki, ogarnia strategię. Jest maszyną do zabijania. Będzie mu potrzebny, żeby posłać na tamten świat całe zastępy tych biało odzianych sukinsynów. Ashige ma gdzieś, na czym opiera swoje roszczenia do jego głowy Grimmjow. Nie zostawi mu Kerra, żeby egocentryczny dupek po prostu się wyszalał dla sportu. To zwykłe marnotrawstwo.

Kerr sili się na załagodzenie wymykającej się z rąk sytuacji i najwyraźniej nie ma zamiaru pogrążać Shinigami. To niespodziewane, jakby mu w ogóle zależało. W tej chwili nie może liczyć na realną ochronę Soul Society. I wtedy Shirō przypomina sobie innego Aidenella Kerra, który śmiertelnie poważnym tonem złożył przyrzeczenie kapitanowi Gotei. „Nie narażę członków 5. Oddziału na niebezpieczeństwo". Po cholerę on tu przylazł, skoro wiedział, co się kroi?! Widocznie nie tylko dla 9. oficera to wszystko jest co najmniej… dziwne.

Grimmjow nie wyciąga miecza, chociaż jakaś cząstka Shirō chce, by to zrobił. Miałby wtedy pretekst, aby użyć własnego. I prawdopodobnie zginąć. To uciszyłoby narastający szum w jego głowie i ból w okolicy serca. Ale jest z nim kilkunastu ludzi i od niego zależy ich życie. No i ma do kogo wracać, chociaż teraz takie myśli wywołują w nim poczucie winy. Powinien się pozbierać. Może jakoś się da uratować sytuację.

- A chuj, Shinigami idą z nami, chyba, że chcą się wykrwawić na miejscu. Wszyscy. Te, ty... Nawet o tym nie myśl, mam tu ponad dwie setki Arrancarów. No dobra, minus pięćdziesięciu. Ruszyć dupy, zanim ktoś wam pomoże.

Albo i się nie da.

Odruchowo mocniej ściska katanę, ale cofa rękę, zanim Arrancar kończy. Teraz są w bardzo niekomfortowej sytuacji. Grimmjow chwilę temu stwierdził, że uznaje sojusz za niebyły. Szesnastu Shinigami idzie wbrew własnej woli po wrogiej ziemi, pod eskortą Arrancarów z bronią w ręku. W głowie Ashige rodzi się niepokojące przekonanie, że chyba trafili w niewolę. Nie poprawia mu nastroju, kiedy idący obok niego Kerr rzuca do niego „ty debilu", niezupełnie szeptem. Jak kapitan Hirako się dowie, to go chyba przeniesie do „czwórki", albo wyśle do Świata Ludzi na jakieś półwiecze, „zdobywać doświadczenie bojowe". O ile kiedykolwiek wrócą do Soul Society.

Nie lądują w jakiejś ciemnej dziurze, ale wraz z Arrancarami wchodzą do Las Noches. Szczerze mówiąc, zawsze go ciekawił gust Aizena w kwestii dekorowania wnętrz. Kilka ścian wygląda na wyburzone, zapewne stropy też ucierpiały, ale całość trzyma się całkiem dobrze. Aizen musiał mieć jakiś uraz do żywych odcieni. Shirō mógłby się teraz z kimś założyć, że nawet piwnice pomalował na biało. Mimo to, wnętrza wydają mu się całkiem depresyjne. Geniusz geniuszem, ale z wyczuciem estetyki były kapitan „piątki" miał widocznie spore problemy. Od roztrząsania detali architektonicznych odrywa go błękitnowłosy. Obstawa i chłopaki z „piątki" zostają w szerokim korytarzu. Pan na Hueco Mundo wchodzi do obszernego pomieszczenia, sugerując, że Kerr i Ashige mają do niego dołączyć. Na rozmowę w wąskim gronie.

Kiedy przestępują próg sporego pomieszczenia i drzwi się za nimi zatrzaskują, Aidenell Kerr… wybucha śmiechem, od którego Shinigami znów nieprzyjemnie dzwoni mu w uszach. Chwilowo zupełnie nie wie, co się dzieje. Grimmjow widocznie wie, bo bardzo się stara zachować chłodny wyraz twarzy.

- Grimmjow. W Las Noches jest ponad 200 pomieszczeń mieszkalnych, a ty zająłeś… mój pokój?

- To kwatera „szóstego". I mnie na twoim miejscu za cholerę nie byłoby do śmiechu, Kerr.

- Kwatera „szóstego", ale ty jesteś panem Las Noches. Nie byłoby bardziej oczywistym wprowadzić się do apartamentu Tier?

- Kurwa mać, nie będę spał w wyrze Aizena. To jakieś… popieprzone. I stul pysk, albo postaram się, żeby ci się pogorszył humor.

- W porządku. Co my tu robimy Grimmjow? Z tego co pamiętam, miałeś mnie utłuc na miejscu tam, gdzie mnie spotkasz. Nie, żeby mi się spieszyło, ale mam słabe serce. Mogę umrzeć ze strachu.

Teraz Shirō jest na zupełnie sobie nieznanym obszarze. Nienawidzi błądzić po omacku. A kompletnie nie wie, jaka przeszłość łączy dwóch Arrancarów, ale wygląda na to, że jej elementem jest ten pokój. Gdy tylko przestąpili bramę wejściową, Kerr zaczął się zachowywać pewniej. Żaden z Arancarów z ich obstawy nie próbował się do niego zbliżyć. Widać, że tutejsi panicznie boją się Grimmjowa. Ale czują też lęk przed Kerrem. Znają go, a on czuje się w Las Noches… jak w domu. Jak gospodarz. Kim on u diabła jest. „Szósty"… O cholera! Ashige chyba już wie, jaką wspólną przeszłość dzielą mierzący się wzrokiem dwaj lokatorzy tego pokoju. Poniekąd rozumie też, skąd przypływ pewności siebie u Aidenella. I poirytowanie Grimmjowa.

To nie może się zakończyć dobrze.

- Źle ci z tym, że jeszcze oddychasz? Mocno się hamuję, by cię nie zajebać i coraz bardziej mam ochotę udekorować twoimi flakami ściany, po pieprzony, śnieżnobiały sufit. Ale nauczyłem się odrobiny cierpliwości, zapytaj Kurosakiego. Czasem warto poczekać.

- Można jaśniej? Wybacz, ale nadal trawię, że używasz zdań wielokrotnie złożonych, bo wiesz, to takie nie grimmjowowe. Chcesz mnie wypatroszyć, to dawaj, Wasza Wysokość. Po co ten cały cyrk?

- Mój cyrk i moje małpy. Tak to chyba było, co nie, Kerr?

III.

Powstrzymuje się, by znów nie wybuchnąć śmiechem. Drugi raz nie ujdzie mu to na sucho.

Grimmjow jest czymś więcej, niż się tego po nim spodziewał. Prawdopodobnie nie powinien być tym odkryciem uszczęśliwiony, bo to rozszerza gamę nieprzyjemnych zakończeń, jakie mogą go z ręki pana Las Noches spotkać. Ale najwyraźniej nie teraz. Grimmjow wymyślił coś, czego Aidenell nie jest w stanie jeszcze wyłapać. Z jakiegoś powodu nie chce go uśmiercić od razu, choć na zupełne darowanie win też się nie zanosi. Ale kuszenia losu ma dość jak na jeden dzień i zrobi co w jego mocy, by doczekać jutrzejszego poranka. Wschodzące, krwawe słońce zawsze napełniało go pozytywnymi myślami. Widziane z okien pokoju, w którym teraz rezyduje Grimmjow. No dobra, o widoki nie będzie się w takich okolicznościach kłócił.

- Do czego ci jestem potrzebny, Grimmjow?

- Wisisz mi pojedynek, Kerr. A raczej dwa. I jeszcze… już dobrze wiesz, co jeszcze. Nie odpuszczam takich rzeczy, aż tak się nie zmieniłem. Za cholerę nie podaruję walki. Ale mogę sobie dać na wstrzymanie. Jeśli ty dasz mi wejście do Lodowego Wymiaru.

- Nie wiem, czy dobrze rozumiem. Ja umożliwię ci dostanie się do bazy wroga, a ty i tak za to mnie zabijesz w walce. Coś pominąłem?

- Kerr… Mogę cię ukatrupić inaczej, żebyś naprawdę to poczuł. Mogę utłuc tych zasranych Shinigami, nad którymi tak się trzęsiesz. A ja daję ci kilka dodatkowych dni, może tygodni. Pozwolę ci zostać w Las Noches i zatopić miecz kilka razy w ciałach parszywych Quincy. A potem dam ci pojedynek życia.

No nie, wszystko mu w tym nie pasuje. To nie jest Grimmjow. To nie jest pan destrukcji, siewca zniszczenia, zobojętniały na wszystko poza porządnym mordobiciem. Pomysł sam w sobie jest zbyt wysublimowany, by powstał w głowie popapranego, owładniętego manią walki ex 6. Espady. Chyba, że tu tkwi problem. Grimmjow jest teraz władcą Hueco Mundo i to wiele zmienia. Ta myśl wydaje się Aidenellowi co najmniej zabawna, ale szczerzenie zębów nie jest teraz dobrym pomysłem. Błękitnowłosy nie ma zamiaru przechodzić do sedna. Wcale mu się nie dziwi. Więc zrobi to za niego.

- Władza daje się we znaki, co? Grimmjow, ostrzegałem, że to nic fajnego. A teraz musisz coś szybko wykombinować, żeby gromadka Arrancarów nie rozniosła cię na katanach. Właśnie straciłeś czwartą część armii. Możesz być najsilniejszy w Hueco Mundo, ale nie masz wyników. Aizen mógł wytracić Arrancarów do nogi, ale miał Hōgyoku. Bali się go. Ty jesteś tylko ex Espadą i tracisz posłuch. Jak nie dasz im zajęcia, to niedługo nie będziesz miał armii. A rzucenie wygłodniałej watahy na Vandenreich to najlepsze wyjście z sytuacji.

- Pieprzenie. Chcę być tam pierwszy. Wejdę do Lodowego Wymiaru i pozwolę mojemu wojsku poszaleć. Ale nie dlatego, że się boję o swój tyłek. Niech tylko któryś spróbuje podskoczyć. Chcę wytłuc cholernych Quincy na ich terenie. Żaden biały sukinsyn nie postawi więcej nogi na piasku pod Las Noches.

To prawdopodobnie tylko część prawdy, ale i tak jest to mocno zastanawiające dla Aidenella. Grimmjow, tak jak się Kerr spodziewał, drgnął przy Aizenie i Hōgyoku. Chyba wie już, o czym tamten przemilczał. Jeszcze tylko jedna sprawa.

- Co z Tier? Co będzie z królową, kiedy ją znajdziesz w Lodowym Pałacu?

- Z jaką królową?

Nie musiał pytać. W zasadzie go to nie obchodzi. Nie jest nic winien Tier. Zawiodła go. Szczerze mówiąc, nie będzie za nią tęsknił. Pozostanie tylko dla niego wspomnieniem jego osobistej porażki. Może, gdyby wtedy wyszło inaczej, gdyby posunął się krok dalej, może dziś w Hueco Mundo byłoby bardziej tłoczno. Więcej Arrancarów, którzy wnerwialiby go na potęgę. Chyba musi sobie przypomnieć, po co w ogóle pchał się w tą cholerną politykę. Wtedy wypełniał sobie czas, czekając na Nelliel. A teraz? Nie wróci już do Soul Society, nie położy ręki na Aizenie. Od początku to było głupie i przechodzące jego możliwości. Ale po prostu… musiał mieć powód, żeby utrzymywać się przy życiu. Najprostsza rzecz na świecie. Nelliel nie pozwalała się dać zabić, by chronić to, co uznała za warte ochronienia. Nnoitra żył dla walki i poprawienia niskiej samooceny. Po co żyje Grimmjow?

- A co ma do tego 5. Oddział?

Obaj Arrancarzy odwracają się w stronę Ashige. Aidenell prawie zapomniał o jego obecności. Pytanie wydaje się całkiem zasadne. Nie ma pojęcia, w jakim celu Grimmjow przytargał ze sobą Shinigami.

- 5. Oddział mi wisi, ale ty mi działasz na nerwy. Jesteś gównianym 9. oficerem. Za bardzoś wyszczekany. Nie podskakuj mi przy moich Arrancarach. Nie potrzebna mi inwazja Gotei na Hueco Mundo, ale mam delikatne nerwy. Więc nie przeginaj, bo mnie poniesie, Shinigami. I to jest moment, w którym nie otwierasz jadaczki.

Oficer „piątki" bardzo walczy ze sobą, by rzeczywiście zachować milczenie, ale powstrzymuje się od komentarza, choć z wyraźnym trudem. Jego wzrok mógłby zabijać. Jest w tym coś głębszego i nie chodzi tylko dotknięcie jego dumy. Nie chodzi też o 11. Oddział, jest wojna i Shinigami giną. Ashige ma w sobie inny gniew. I raczej nie polubią się z Grimmjowem. Błękitnowłosy nigdy nie grzeszył wrodzonym urokiem osobistym i talentem do zjednywania sobie ludzi.

Z nonszalancją pana domu po prostu otwiera drzwi. Jest środek nocy, a oni są w jego sypialni. Aidenell wychodzi bez słowa, zakładając, że mają wolną rękę w tym, co zrobią ze sobą do rana. Oczywiście nie wystawią nogi z próg Las Noches, nawet za próg pokoju, w którym się ulokują. Bo ktoś im te nogę odrąbie. On sam musi przemyśleć kilka rzeczy. Chyba jednak zobaczy świt. A jeśli o to chodzi, zna jedno miejsce, z którego są dobre widoki. Ashige, idący tuż za nim, zdaje się nie zauważać niczego wokoło. A powinien pozostawać skupiony w tych murach. Najwyraźniej potrzebuje jakiegoś bodźca. Nawet jeśli Aidenellowi nie uda się go rozbawić, to z pewnością przykuje jego uwagę.

- Po której stronie łóżka śpisz?

- Co?

- Pytam po której stronie łóżka śpisz. Jest jedno miejsce, gdzie 5. Oddział może w miarę bezpiecznie przenocować. Ja na podłodze spał nie będę, nie w Las Noches. A dowódca nie może spać w gorszych warunkach od swojego „jeńca".

- O czym ty do mnie w ogóle gadasz? Odwaliło ci, Kerr?

- Mówię, że wiem, gdzie stoi dostatecznie szerokie łóżko, byś nie czuł się niekomfortowo, dzieląc je z Arrancarem. Spodoba ci się. Aizen lubił otaczać się bajeranckimi rzeczami.

IV.

Od miesiąca budził się codziennie, wyrywany ze snu odgłosami porannego poruszenia w koszarach, i nie mógł uwierzyć, że tak teraz wygląda jego codzienność. Nie chodzi o to, że było to powodem jego smutku, wręcz przeciwnie. Co dzień bał się, że znowu obudzi się w kwaterach kadetów, dostanie łomot na zajęciach, a szczytem jego możliwości na resztę życia będzie stanowisko nie oficerskie w 4. Oddziale. Teraz był 16. oficerem w oddziale Shinjiego Hirako. Gdyby jego starszym braciom udało się przeżyć Inwazję, byliby z niego dumni. Jego własna samoocena poszybowała w górę, bo w ciągu tych czterech tygodni odkrył w sobie Shinigami, o istnieniu którego nie miał pojęcia. Przebudziły go w nim krzyk i determinacja Shirō Ashige, który zmusił całą dwunastkę do ogarnięcia się i przejścia całego Seireitei. To, co Ito Kageshi zrobił tamtego przedpołudnia, uważa za swoje największe osiągnięcie od dnia urodzin. Bardzo chciałby mieć szansę je przebić, ale sytuacja, w jaką wdepnęli, skłania bardziej ku podsumowaniu swojego życia, niż planom na przyszłość.

Nocują w Las Noches. Na posadzce ekscentrycznie umeblowanego pokoju, trzy kondygnacje od sypialni Grimmjowa, choć zawsze mogło być gorzej. Co Ashige sobie myślał?! Jakby Gotei nie miało swoich problemów, potrzebny im jeszcze ten Arrancar. Ito musi przed sobą przyznać, że się go boi. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, Arrancar to nie zwierzątko domowe, a ten tutaj potrafi być przerażający. Wspomnienie śladów tego, co zrobił z Soldat, nawet nie wiadomo kiedy, na placyku w tych ruinach, wywołują w Shinigami gęsią skórkę. Nie ma mowy, by zmrużył oko z Kerrem za ścianą. Zresztą, kto wymyślił, żeby spali w opuszczonym apartamencie Aizena?! Pozostałym przeszkadza to chyba mniej, zresztą mogą czuć się pewnie, bo nie są takimi świeżakami, przynajmniej większość z nich. Byli w Sztucznej Karakurze, więc widzieli Arrancarów z bliska. No i jest ich szesnastu, zaścielających każdy kawałek podłogi większego z dwóch połączonych pomieszczeń. W małej sypialni ulokował się Ashige i Kerr. Żadnemu z „piątki" nie spieszyło się do nich dołączyć, wszystko ma swoje granice. I tak mieliby tam koszmary. Zresztą 9. oficer to zupełnie nie ich liga. Kageshi już pierwszego dnia wyrobił sobie o nim zdanie. Ashige albo szybko zginie, efektowną śmiercią w wyszukanych warunkach, albo kiedyś zostanie kapitanem.

Chyba jednak udaje mu się na chwilę odpłynąć, bo orientuje się, że ktoś przemierza duży hol, gdy nocny wędrowiec jest już przy drzwiach. Ito obserwuje plecy 9. oficera, który samotnie wychodzi na ciemne korytarze. Nie ma mowy, żeby on tu został, z Arrancarem pozbawionym kontroli za ścianą. Ma gdzieś, co sobie o nim pomyśli dowódca. Lepszy trochę strachliwy, ale żywy żołnierz, niż pewny siebie i martwy. Za progiem rzeczywiście niewiele widać w mroku, ale Kageshi szybko za ostatnimi drzwiami na końcu korytarza odnajduje Ashige, który najwidoczniej postanowił chwilę poprzebywać w swojej własnej obecności. Nawet nie reaguje na pojawienie się intruza. 16. oficerowi wpada wreszcie do głowy, że dwie godziny temu, z chłopakami z „jedenastki" zginął Taku Hayato. Wszyscy wiedzieli, że Hayato i Ashige są bliskimi przyjaciółmi. Oficer z 11. Oddziału, przez tygodnie po nieudanej misji specjalnej, wyglądał mniej więcej podobnie, jak teraz jego dowódca. Kageshiemu robi się głupio i bezszelestnie ma zamiar wrócić do kolegów i spróbować zasnąć. Kiedy się odwraca, wpada na coś, co na pewno nie jest elementem architektury. Czyjaś silna ręka rzuca go na przeciwległą ścianę.

- Wygląda mi to na misję szpiegowską. A tobie, Dangirre?

- Mnie to wygląda na odrobinę rozrywki. Po co szukać gównianych wymówek?

- Bo mi życie miłe. Grimmjow nic nie powiedział na temat Shinigami, a z nim nigdy nie wiadomo. Ale skoro te ścierwa łażą po Las Noches, jak chcą, to już chyba jest jakiś powód do interwencji.

Kiedy Ito podnosi głowę, widzi przed sobą plecy Ashige, który unosi białą katanę o nadzwyczajnym, połyskującym ostrzu. Paruje pierwsze uderzenie miecza przeciwnika, Dangirre'a, jak go nazwał ten drugi, z jasnymi włosami. Blondyn się nie włącza, tylko zatarasowuje swoim wielkim ciałem wejście. Dwóch Arrancarów to dla niedawnych kadetów katastrofa. O dziwo jednak Ashige odbija kolejne ciosy. Co prawda nie jest w stanie sam zadać przeciwnikowi obrażeń, ale przynajmniej się broni. A raczej z taką zaciętością młóci ostrzem w powietrzu, że nie pozwala się przedrzeć mieczowi przeciwnika, by mógł go poważnie zranić. Kageshi mocno chwyta swój Zanpakutō, a to wywołuje reakcję tego jasnowłosego. 16. oficer gani się w duchu za swoją głupotę. Jakby jeden walczący Arrancar nie wystarczył. Blondyn, jakby od niechcenia, jedynie ruchem dłoni odpala w jego kierunku Cero, a czerwonawy pocisk uderza o jego ciało, odrzucając na kilka metrów. Kageshi, skołowany, osuwa się na ziemię, ścierając plecami ze ściany skruszony tynk. Czuje, jak jego oko i policzek zaczyna zalewać lepka, ciepła krew. Wie, że nie ma ciężkich obrażeń, bo dobrze zna się na ranach. To chyba szok odbiera mu władzę nad mięśniami. Jest wściekły na reakcję swojego organizmu. Pierwszy raz jest ranny. Odrobina jego własnej krwi go sparaliżowała. Co z niego za Shinigami?

Arrancar o jasnych włosach traci nim zainteresowanie. Jakby przyszli tu tylko dla 9. oficera. W końcu jest z całej grupy najsilniejszy. I naprawdę dobrze się trzyma. Co prawda krwawi już w z kilku ran, ale nadal z uporem stoi na nogach. Dangirre jest nietknięty i chyba dopiero się rozkręca. Kiedy ostrze Shinigami mija o milimetry jego krtań, zirytowany Arrancar atakuje pełnią swoich możliwości. Wbija klingę w lewy bok Ashige, a ostrze wychodzi z tyłu, pod obojczykiem. 9. oficer wygląda przede wszystkim na… zaskoczonego. Jakby coś takiego nigdy nie miało prawa się zdarzyć. Kageshi obserwuje, sam z perspektywy podłogi, jak dowódca jego grupy osuwa się na kolana. Opiera się na prawej ręce i najwyraźniej ma zamiar wstać, ale od wysiłku z ust wypływa mu strużka krwi.

Wtedy wzrok Ito przykuwa coś innego, w innym miejscu pomieszczenia. Słyszy nagłe szarpnięcie bezwładnego ciała, któremu towarzyszy charakterystyczny odgłos przesuwania ostrego żelaza w głąb tkanek. Odgłos identyczny z tym, który usłyszał, gdy Dangirre zanurzył klingę w ciele Ashige. Stojący w drzwiach Arrancar uderza o posadzkę, a jego ledwie widoczna w ciemności twarz, nim znika z niej jakikolwiek wyraz, odbija bezgraniczne zaskoczenie. Kiedy wreszcie pada martwy, znacząc krwią podłogę, ścianę i kawałek sufitu, oczom pozostałych ukazuje się napastnik, a wyraz jego bezwzględnych, żółtawych oczu, przeraża Kageshiego.

- Kurwa, 9. oficerze, które słowo w „nie ruszać się za próg holu" jest dla ciebie niezrozumiałe?

V.

Zawsze chciał się przespać w tym łóżku. To prawdopodobnie lekkie skrzywienie, ale fascynuje go wszystko związane z tym skurwielem. Jego lekka, napędzana potrzebą dogłębnego poznania wroga, obsesja. Chociaż i tak nigdy nie uważał siebie za szczególnie normalnego. Wcześniej nocowanie tutaj nie wchodziło w grę – prawem królowej Las Noches to skrzydło kompleksu budynków należało do Tier. A on nie miał zamiaru dla zachcianki narażać ich wspólnego projektu pod tytułem „Niepodległe Hueco Mundo". Umiał wartościować. Bunt i podział w zjednoczonej arrancarskiej armii sprowadziłby mu na głowę same problemy. Dwa miesiące temu wszystko wyglądało tu inaczej. A później licho przyniosło Vandenreich, Tier okazała się słaba i bierna, a on jakimś zrządzeniem losu wylądował na lodowym pustkowiu. I jego zmysły zwariowały. Nagle wszystko inne przestało mieć znaczenie. Wszystko, nad czym pracował przez poprzedni rok, wydało mu się zabawą, kaprysem. Kiedy wyczuł w powietrzu tę niepowtarzalną aurę, pomyślał, że ma zwidy. Znajome uczucie, jakby coś go wołało. Ale w sumie nie do końca pamiętał, jak było wtedy. Tamten okres okrywa mgła, a jemu nigdy nie zależało, by się przez nią przebić. I tym razem kierowały nim zupełnie inne pragnienia. Miał zamiar wykorzystać nową wiedzę. Chyba znalazł sposób, by uczynić niemożliwe bardziej wykonalnym.

Wie, jak zabić Aizena. Inna sprawa, że będzie się musiał mocno nagimnastykować, by doprowadzić sprawę do końca. No i wtedy, gdy doznał olśnienia na lodowej pustyni, nie miał na karku Grimmjowa. To teraz mocno komplikuje sprawę. Albo… wręcz przeciwnie.

Przewraca się na drugi bok i uzmysławia sobie, że Shinigami nie ma tam, gdzie powinien leżeć. Musiał naprawdę mocno skupić się na swoich myślach, że mu to umknęło. Cholera. Aidenell cicho wstaje i lustruje wzrokiem sąsiednie pomieszczenie. Brakuje też któregoś z „piątki". Ashige chyba upadł na mózg. Aidenell, będąc swego czasu drugim najsilniejszym Arrancarem w tych murach, sypiał z mieczem pod poduszką. Las Noches po zmierzchu to miejsce, w którym nie trudno o nieszczęśliwą przygodę. Jakby wiedział, że Shinigami są tacy niedomyślni, pewnie by się nie wyrywał z zapewnianiem ich bezpieczeństwa kapitanowi 5. Oddziału. Dlaczego w ogóle przejmuje się takimi rzeczami? Szczegóły bez znaczenia. Mógłby wygodniej rozwalić się na całym, absurdalnie wielkim materacu, ale… Tak czy inaczej, zapewne rano zjawi się tu pół Gotei, w związku z brakiem wieści od wysłanych grup uderzeniowych. Dobrze by wyglądało, gdyby chociaż Shinigami z „piątki" doczekali świtu.

Od razu wie, którzy z jego arrancarskich kolegów wypuścili się na nocny obchód korytarzy. Doskonale wyczuwa Reiatsu obydwu. Gdyby mieli więcej rozumu i nie pozwolili zagłuszyć zmysłów swoim pierwotnym instynktom, to mieliby czas nawiać. A tak Halcón posmakuje dziś krwi. Nie ma zamiaru robić niepotrzebnego hałasu, zresztą nigdy go nie bawiło robienie wielkiego szumu wokół zabijania. Nie sprawia mu przyjemności wzajemne straszenie się z przeciwnikiem, wygłaszanie deklaracji czy pokrzykiwanie w uniesieniu. Pojedynek ma zaspokoić potrzebę unicestwienia, nie ma co robić z tego teatrzyku. Teraz, gdy klinga Aidenella przebija plecy jasnowłosego, a jego krew zrasza mu skórę, przechodzi go znajomy dreszcz. To się nigdy nie zmieni. Nie szuka ofiar na oślep, ale lubi zabijać. Być może nie zabija tak często i niepohamowanie, jak inni Arrancarzy, by mocniej smakować chwile, gdy kolejny pokonany odchodzi w niebyt. Ciekawe, jak to by było nie czuć tej euforii. Zawsze chciał wiedzieć, co towarzyszyło w takich chwilach Nelliel.

Aidenell wyrywa Zanpakutō z martwego ciała. Nie czułby się lepiej, pokonując go w pojedynku. Martwy Arrancar nie był dla niego żadnym przeciwnikiem. Trzeba się szanować. Ten drugi jest nieco silniejszy, ale nawet się przy nim nie zdąży zmęczyć. Chociaż wygląda na to, że „jego" Shinigami miał już okazję poznać Dangirre'a z nieco bliższa.

- Kurwa, 9. oficerze, które słowo w „nie ruszać się za próg holu" jest dla ciebie niezrozumiałe?

- Aidenel Kerr. Co ty tu… Grimmjow cię za to…

Dangirre nie ma okazji skończyć. Pierwszy cios, wyprowadzony od dołu sprawia, że mówiący gubi wątek. Dwa kolejne wytrącają z ręki miecz i skutecznie oddzielają jego głowę od pokaźnego korpusu. Aidenell nie może pozwolić, by ktoś narobił mu jutro rano nieprzewidzianych problemów. Kiedy znajdą ciała, będą wiedzieli, że to on, albo Shinigami. Ale lepiej, jeśli będzie tylko jedna wersja tego, co miało tu miejsce.

Patrzy na zakrwawionych Shinigami. Ten mu nieznany sprawia wrażenie prawie nietkniętego. Gówniarz najwyraźniej załapał traumę, wypuszczając przy tym miecz z dłoni. Trochę go korci, żeby w nagrodę za męstwo pomalować nim ścianę w czerwone wzorki, ale w końcu Shinigami jest z „piątki". Pewnie i tak wyręczy go niedługo jakiś Soldat, bo taka łajza tylko zaniża średnią całkiem niezłego oddziału.

Ashige za to wygląda mocno nieciekawie. Po krwi na jego ustach i ranie po lewej stronie klatki piersiowej Kerr wnioskuje, że oficer oberwał w płuco. Ma wyraźne problemy z oddychaniem. Nic dziwnego, z mieczem nadal wbitym po tsubę w ciało. Jego lewa ręka jest zupełnie bezwładna. Ale nie jest jakimś tam śmiertelnikiem, przeżyje. Tyle, że coś jest bardziej nie tak. Ashige patrzy przed siebie, jakby czymś mocno zdziwiony, nie reagując w ogóle na pojawienie się Aidenella. Ten, mijając kulącego się pod ścianą młodszego oficera, podchodzi bliżej i jednym ruchem wyrywa ostrze, którego właściciel już stygnie na posadzce, kilka kroków obok. Ashige prawie nie reaguje. Tylko się gapi w przestrzeń. Może oberwał w głowę? Arrancara zaczyna to irytować.

- 9. oficerze, pozbieraj się do kupy. Jak coś mówię, to nie dlatego, że lubię słuchać swojego głosu. Po Las Noches nie łazi się po nocy.

- Ja… on mnie… dźgnął. Pieprzony drań wbił we mnie… miecz.

- Też mi coś wielkiego. Mażesz się gorzej, niż ten niedoszły bohater pod ścianą. Ranny nigdy nie byłeś?

- W zasadzie… to… nie.

- Jak to nie? Do tej pory ulice zamiatałeś wokół koszarów? Jak długo jesteś w Gotei?

- Dwa tygodnie… Niecałe. Albo coś… koło tego.

Ashige może bredzić od rzeczy w przypływie adrenaliny, ale na tyle już poznał 9. oficera, że nie zdziwiłby się, jakby to była prawda. Coraz bardziej podoba mu się "jego" Shinigami, nawet jeśli czasami bywa debilem. "Jego" Shinigami? Kiedyś miał "swojego" Arrancara i ładnie na tym wyszedł. Musi przestać to robić. Ale teraz dosłownie rozbraja go wzrok skrzywdzonego dziecka, bijący z oczu 9. oficera. Chyba jeszcze nie zdążył się zorientować, że taka rana pieruńsko boli. Jak szok minie, będzie zapewne rzucał takimi epitetami, że skojarzenia z dzieckiem będą bardzo nie na miejscu. Zanim naprawdę zacznie jęczeć, trzeba się ewakuować do bezpiecznej strefy, w dawnych pokojach Aizena. Drugi Shinigami jednak na coś się przydaje. Całkiem nieźle idzie mu z leczniczym Kidō. Aidenell, na podstawie tego, co usłyszał o Gotei w Soul Society i doliczając heroiczną postawę tymczasowego sanitariusza sprzed kilku minut, wnioskuje, że gdyby nie wojna, pewnie wylądowałby w 4. Oddziale, trzy razy w tygodniu sprawdzając drożność rur od strony ścieków.

Kiedy Shinigami znika, wcześniej absurdalnie ostrożnie unikając bliskości Arrancara i jego wzroku, Aidenell wybucha śmiechem.

- Z czego rżysz, Kerr? Kurwa twoja mać...! Aaa... Szlag by to...!

- Matki nie mam, ale przyszywany tatuś to rzeczywiście kawał skurwiela. I płakać mam? Pan Destrukcja okazał miłosierdzie, nie wypatraszając mnie spektakularnie na pustyni. Leżę sobie na łóżku Sōsuke Aizena z Shinigami i pilnuję, żeby się nie wykrwawił na atłasową pościel w motylki. Uważasz, że nie ma w tym nic zabawnego, 9. oficerze, Shirō Ashige?

- O ja pier… Weź się zamknij. Pieprzeni Arrancarzy, cholera by was. Jak kurewsko boli…

VII.

Mdlał z bólu i wracał do rzeczywistości przez kolejne godziny, dopóki nie zaczęło się za oknem robić jaśniej. Zaciskał tylko zęby, by Arrancar nie miał kolejnego powodu do wesołości. Shirō doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej głupoty ostatniej nocy. Taku wyśmiałby go jeszcze dotkliwiej, wypominając mu brak rozumu przez kolejne miesiące, przy każdej okazji. Będzie mu tego brakować, nie ma co udawać, że jest inaczej, ale naprawdę musi się ogarnąć.

Walcząc kilka godzin temu z tym Arrancarem w ogóle nie myślał. Prawdopodobnie mógłby go pokonać, a jedynie machał Fujinhikō, w nadziei, że posmakuje krwi. Wisiało mu, co będzie potem. Musi wrócić do równowagi. Nie walczy po to, by po prostu zadawać śmierć, kiedy czuje się gorzej. Walczy o swoje życie, o życie swoich ludzi, o wszystkie dusze w materialnym świecie, o Soul Society. Oczywiście, że przy tym zabija i potrafi czerpać radość z używania mocy Zanpakutō. Ale Fujinhikō miała rację. Miecz podnosi się, by zwyciężyć, a ostrze przepełnione jest pewnością. Nigdy więcej nie uderzy swoją kataną, po to tylko, by unicestwić, bez przekonania, po co to robi. Bez pewności, że chce przeżyć starcie.

Kiedy próbuje się przesunąć o kilka centymetrów, uderza go ponownie fala pulsującego bólu, promieniującego od lewego boku we wszystkie strony. Ale jest zdecydowanie lepiej. W nocy nachodziły go już myśli samobójcze, a teraz prawdopodobnie będzie w stanie ustać na własnych nogach. Kageshi jest niezły w te klocki, za żadne skarby nie pozwoli go przenieść ze swojej grupy. Na tej wojnie użytkownicy leczniczego Kidō na takim poziomie będą na wagę złota.

Shirō podnosi się i w ustępującej ciemności widzi przy oknie sylwetkę Kerra. Z filiżanką herbaty w dłoni. Przebiega mu przez myśl, że może jednak porządnie oberwał w głowę i jeszcze się nie obudził. Arrancar odrywa wzrok od czegoś w oddali i skupia swoje miodowe, niepokojące oczy na Shinigami. Teraz wie już, czyje jeszcze spojrzenie przychodzi mu na myśl.

- Moje osobiste dziwactwo. Jestem uzależniony od herbaty. Jaśniej mi się od tego myśli. Zaraz pewnie narobią szumu o te dwa trupy. Lepiej, żeby mnie słownie nie poniosło. Ty też trzymaj język za zębami. Najlepiej unikaj nawet wzroku Grimmjowa.

- Dobra, wczoraj mi odbiło. Dziś nie mam zamiaru zrobić niczego głupiego, już mi przeszło. Co teraz będzie?

- Za godzinę czy dwie będzie tu połowa Gotei. Dostaniesz od pań w fartuchach jakieś fajne pigułki na regenerację i poprawienie humoru.

- Nie o to pytam.

- Skocz do Lodowego Wymiaru po innego informatora. Na mnie łapę położył Grimmjow i nie odpuści. Zresztą patrząc na to po arrancarsku, to jest nawet dość wyrozumiały.

- Jest inna sprawa. Ci Vandenreich, masz pomysły czego oni mogli chcieć?

Nie ma co owijać w bawełnę. Nie jest nic winien Kerrowi. Patrząc na to oczami Arrancara, zawarli układ. On wyciągnął go z lodowego świata za informacje o Quincy. A ten na razie nie podzielił się z Gotei 13 zbyt wieloma szczegółami. Ochrona za informacje. Tylko że Soul Society nie może objąć Kerra ochroną tutaj, z drugiej strony sam zrzekł się gwarancji, dogadując się z Grimmjowem co do odroczenia spłaty ich porachunków. W nocy, jakby nie patrzeć, uratował Shinigami życie, z tym, że to obejmowała obietnica, dana kapitanowi Hirako w zamian za zgodę na dołączenie do grupy uderzeniowej. Nie jest Aidenellowi Kerrowi nic winien. Ale i tak czuje się z tym paskudnie.

Arrancar przygląda mu się przez chwilę i na jego usta wypełza delikatny uśmiech. Zastanawia się nad czymś, ale się rozmyśla.

- Nasze sprawy uważam za zamknięte. Sam się domyśl, czego Vandenreich tu chcieli. Może nawet wpadniesz na dobry pomysł.

Skubaniec wie. Ale nie musi mu nic powiedzieć. A Ashige potrzebuje wiedzieć, dlaczego zginął Taku. Arrancar go wyprzedza.

- Nic ode mnie nie dostaniesz, mam nowego pana, nawet jeśli nie bardzo mi na rękę taka zamiana. Mam zamiar coś ugrać, w końcu idzie o mój arrancarski tyłek. A nawet o coś więcej.

- Kerr, od kiedy Arrancarzy maja wyższe potrzeby poza utrzymywaniem się przy życiu. No i mordowaniem wszystkiego, co się rusza. W tym jesteś naprawdę dobry.

- No żesz. Mówiłem tyle razy, że nie jesteśmy bezrozumnymi Hollowami. Gdyby nie coś więcej, nie byłoby sensu utrzymywać się przy życiu. A ja mam parę planów na przyszłość, nawet, jeśli nie będzie zbyt odległa. Mam zamiar dobrze się bawić przez najbliższe dni.

Kerr uśmiecha sie tak, że Shirō powinien się tego uśmiechu przestraszyć. Gawędzą sobie, ale Shinigami ma świadomość, że Arrancar zabiłby go na miejscu dla swojego „czegoś więcej". I chociaż Aidenell uśmiecha się i ironizuje, wyczuwalnie boi się nadchodzącego spotkania z Grimmjowem. Wszystkich Arrancarów należy się bać, mówi sobie w duchu Ashige. Nie ma w tym nic ujmującego honorowi Shinigami. Arrancarzy są ucieleśnieniem lęków. Są nienaturalni do granic możliwości. I całkowicie nieprzewidywalni. Bo po co Grimmjow chce iść do Lodowego Wymiaru? Nie ma tam nic do zdobywania. Nawet Reishi. Może dobrze bawić się na swoim podwórku, na przykład w wymyślny sposób wykańczając Kerra. Albo zaczekać, aż znowu sami przyjdą i dadzą się wytłuc. Co może być ważniejszego od zaspokajania naturalnych instynktów? Soul Society i tak weźmie sprawy w swoje ręce i zajmie się Vandenreich i końcem świata. Wystarczy poczekać. No i czego może poszukiwać Arrancar? Kerr też chce iść do Lodowego Wymiaru i układ z Grimmjowem, chociaż mocno chwiejny, jest mu na rękę. Wróci tam z armią, by zrobić to, czego nie mógł w pojedynkę. Co takiego Hōgyoku zaszczepiło w Arrancarach? Czym jest ta potrzeba…

O cholera jasna.

- Kerr, Vandenreich mają Hōgyoku?!

Arrancar odstawia filiżankę i odrywa wzrok od okna.

- Gotei jest bardziej niecierpliwe, niż myślałem. Już tu są. Mówiłem, że możesz mieć niegłupie pomysły.

VIII.

Połowa Gotei to zdecydanie duża nadinterpretacja. Pustynię przemierza góra setka Shinigami, wśród nich kapitanowie Hitsugaya, Sui-Feng, Muguruma, Rose i Hirako. Oryginalny skład, biorąc pod uwagę, że dwoje z nich nie ma aktualnie Bankai, a pozostali to Visoredzi. No i jeszcze Ichigo Kurosaki. On sam, podobnie jak reszta chłopaków z "piątki", stoi z pokaźną grupą Arrancarów. Ashige jakoś się trzyma, chociaż Kageshiemu chodziło w nocy po głowie, że będzie z nim dużo gorzej. Sprawia wrażenie przytomniejszego, a nawet zdeterminowanego, a 16. oficer nie wie i nie chce wiedzieć, o co dokładnie chodzi. I dobrze, jest tu od słuchania rozkazów, nie od myślenia. Wrócą spokojnie do Soul Society i skończy się na jednonocnym incydencie. On sam ma tak dość tego miejsca i tutejszych mieszkańców, że mógłby przez resztę życia czyścić kanały ramię w ramię z 4. Oddziałem, byle nigdy już nie odwiedzić Las Noches. Na zawsze źle zapamięta te mury. Mocno odbiła mu się na psychice wizyta w Lodowym Wymiarze, ale tam przynajmniej oni mieli okazję kogoś zabić, a nie na nich polowano po nocy. I kiedy wrócili, zostali bohaterami. Teraz wrócą na stypę.

Kageshi, jak reszta chłopaków, dołącza do setki Shinigami. 9. oficer składa raport Shinjiemu Hirako, a Ito niewiele z tego słyszy. Po twarzach kapitanów widzi, że wiedzą już co sie stało z 11. Oddziałem i Kisuke Uraharą. Bardzo emocjonalnie reaguje też Ichigo Kurosaki, a Kageshi dałby sobie rękę odciać, że słyszy, jak chłopak wydziera się na mocno rozluźnionego Grimmjowa grożąc, że jeśli tamten nie przestanie się uśmiechać, to włoży mu Zangetsu w... coż, użyje miecza w bardzo niehonorowy sposób. Ashige najwyraźniej próbuje się jeszcze targować o Kerra, ale sam zainteresowany nie sprawia wrażenia, jakby go to obchodziło. Za to Grimmjow wyjmuje swoją katanę, na co z kolei reaguje Kurosaki i od bardzo nieprzyjemnego rozwoju wypadków ratuje wszystkich kapitan Hitsugaya. Kageshi nie wie, jak ten dzieciak to robi, ale zawsze ma posłuch.

Chwilę później, już w Gargancie, 16. oficer uzmysławia sobie, jak źle wszystko wygląda. Powinien cieszyć się, że wyszedł z tego żywy. Miesiąc temu był kadetem, całkiem niezłym w Kidō, ale z wybitnym antytalentem we wszystkich innych kategoriach. Jeszcze na 4 roku zdarzało mu się pokaleczyć własną kataną. Nie wywalili go chyba ze względu na jego nieprzeciętne zdolności, które były mocno poszukiwane w 4. Oddziale. Od zawsze wiedział, że tam trafi i to go dobijało. Po Inwazji wszystko się zmieniło. Może dlatego wreszcie zaczął widzieć przed sobą inną przyszłość. Taki Ashige też ledwo zaliczał egzaminy, a był teraz 9. oficerem. I to naprawdę dobrym. Kageshi po wyjściu cało z misji specjalnej uwierzył, że też nadaje się do „piątki". Ale dziś w nocy nawalił na całej linii, a jeśli okazał się przydatny, to odwalając robotę sanitariusza z „czwórki". Dla Gotei byłoby lepiej, gdyby pochłonęła go tamta błękitna eksplozja, a zamiast niego przeżył ktoś z 11. Oddziału. Boi się, że ktoś jeszcze pomyśli w ten sposób i modli się mocno, żeby to nie był jego kapitan.

Droga przez Gargantę przyponina kondukt żałobny. Zaraz po zamknięciu wejścia od strony Hueco Mundo, Ashige powiedział coś kapitanom, a nowina nimi wstrząsnęła. Kurosaki zaniemówił, a potem rzucił chyba "no to mamy problem, bo Saigo no Getsuga Tenshō to jednorazówka". Ito nie ma pojęcia o co chodzi, ale boi się zgadywać. Doświadczenia ostatnich tygodni nauczyły go, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie było gorzej.

Gdy dotyka stopami bruku Seireitei, nie wie, co ma ze sobą zrobić. Najwyraźniej kapitan nic od nikogo z nich na razie nie chce, no może poza 9. oficerem, z którym cicho rozmawiał całą drogę powrotną. Jeśli Ito wróci do koszar, będzie musiał odpowiadać na wszystkie pytania kolegów, liczących zapewne, że skaleczenie na jego policzku jest chwalebną raną wojenną. Jego życie w 5. Oddziale skończy się, gdy koledzy poznają prawdę o tym, jak widok odrobiny własnej krwi go sparaliżował, wytrącając z jego dłoni miecz. Wolałby umrzeć. Z ponurych rozmyślań wyrywa go głos Ashige.

- Kageshi, mam prośbę. Zrobisz swoim leczniczym Kidō jakieś czary-mary? Nie mam zamiaru odstawiać wielkiego halo i lecieć z tym do „czwórki". Jeszcze mi tylko szpitala dziś brakowało. Musiałbym się tłumaczyć, jakim jestem kretynem, że dałem się tak urządzić.

- Yyy. Jasne. Ale nie wiem, czy moje umiejętności… 4. Oddział lepiej sobie poradzi.

- Bez przesady. Szczerze mówiąc, potrzebuję trochę czegoś znieczulającego. W „czwórce" nie zechcą mi dać prochów, a jak dadzą, to przyćpanego wyślą na przymusowe chorobowe. Rana prawie się wygoiła, ale kurewsko boli. Kageshi… jeśli nie Kidō, to… masz jakieś… uśmierzacze?

No tak, jeszcze mu tego brakowało, żeby zaczął dealować prochy wyższym oficerom. Ale Ashige ma racje, w „czwórce" są mocno przewrażliwieni i chociaż wiele mu nie pomogą, to zatrzymają do jutra. No i tak się składa, że ma coś niezłego na przytępienie bólu. W Akademii nietrudno było o dobre dojścia, jeśli się było fascynatem medycyny. Zawsze miał porządnie zaopatrzoną apteczkę. Może właśnie dlatego, że przy jego szczęściu mógł sobie zrobić krzywdę własnym Zanpakutō. Prosi o pięć minut i szybko wpada do koszar, odgrzebuje na dnie szafki odpowiednie pudełko i znajduje trzy zawiniątka. Bez przesady, aż taki hojny nie będzie. To poszukiwany towar, a jemu samemu zapewne się przyda. Bierze jedno, to i tak końska dawka.

Przed upływem pięciu minut jest z powrotem.

- No dobra. Możesz podzielić na pół, dawka i tak nie będzie słaba. Jakby co… eee…

- Wiem, nie mam tego od ciebie. Dzięki.

- Ashige, to znaczy 9. oficerze, jeśli nie będzie to konieczne i kapitan… Czy mógłbyś nie mówić kapitanowi, że zgłupiałem przy tych Arrancarach. I trzęsłem hakamą ze strachu. To się więcej nie powtórzy.

- Kageshi, nie było sprawy, ale… to naprawdę nie może się powtórzyć. Nie będę tego raportował. To była trudna noc i sam nie popisałem się mądrością. Składanie raportu z akcji to było 10 najdłuższych minut mojego życia i za nic nie miałem ochoty wdawać się w mniej znaczące szczegóły. Zresztą kapitan ma teraz inne rzeczy na głowie. Kageshi, weź się porządnie wyśpij. I od teraz noś przy sobie apteczkę, przyda się tobie i chłopakom, bo niedługo zacznie się dużo dziać. Nie strasz ludzi w koszarach, na dziś im wystarczy, ale bądźcie w gotowości.

- Co się dzieje?

- Jak będzie jakiś plan, to kapitan powie, co mamy robić. Shinji Hirako nie zostawi nas po szyję w gównie, możesz być spokojny. Jeszcze raz dzięki.

No tak. Pierwsze zdanie Ashige wyciągnęło go na powierzchnię, żeby potem znów pozwolić mu się pogrążyć w otchłani czarnych myśli. Oczywiście, że nie będzie nikogo straszył w koszarach. Wystarczy, że sam znowu wpada w panikę, na szczęście umie się już maskować przed dowództwem. Dla niego szklanka była zawsze do połowy pusta i nic na to nie poradzi. To wina jego matki, że urodziła takiego pesymistę.

IX.

Patrząc na znajome wnętrze ma nieprzyjemne uczucie, że jej obecność tutaj jest wysoce nierzeczywista. Jakby jej osoba nie pasowała do koloru ścian, a oczy drażnił nawet widok nowego, dębowego stołu, na który wydała dwutygodniowy żołd. Uparła się, zwalczając nieprzwoite myśli, żeby ten był solidny, ale nie bardzo pamięta swój stan emcjonalny z tamtej chwili. Bardzo nie podoba jej się to uczucie oderwania. Nie czuje się sobą i wie dlaczego, ale nie może nic z tym na razie zrobić. A może poświadomie nie chce i to ją niepokoi. Bardzo potrzebuje równowagi, niezbędny jest jej dotyk jego skóry, dźwięk głosu, cokolwiek. Musiała sobie zrobić przerwę, bo nagle w obunkrowanej piwnicy na przedmieściach Karakury złapała się na tym, że zaczęła go zapominać.

Błękitna moc, która coraz pewniej przepływa przez jej ciało, zaczyna ją zmieniać. Niecały tydzień. Shigeko ze strachem myśli, co będzie za miesiąc.

Jakaś jej część, ta racjonalna, mówi, że powinna dać sobie z tym spokój. Obok, a może nawet zamiast nowej siły, której opanowanie jest co najmniej wątpliwe, może zyskać skrzywienie psychiczne i rozdwojenie jaźni. Problem w tym, że jest coraz lepsza w te klocki, jakby rzeczywiście miała to we krwi. Skupianie Reishi i dowolne formowanie duchowych cząsteczek wprawia ją w stan euforii, konkurencyjny do tego, jaki sprowadza na nią uwolnienie Shikai. To chyba nie jest dobry znak z punku widzenia oficera Gotei. Nie ma z kim o tym porozmawiać, a bardzo potrzebuje się utwierdzić w przekonaniu, że nie ładuje się w jakąś katastrofę. I jak na złość, akurat coś się musiało wydarzyć w momencie, kiedy wzięła sobie kilka godzin wolnego u Ishidy. Na tyle ważnego, że skupiło uwagę pięciu kapitanów i nie pozwoliło Ichigo nawet zdjąć butów po wyjściu z bramy Senkai. Zapewne to jakiś fałszywy alarm w Hueco Mundo, może Gimmjow stroi fochy. IBiRS nie wykrył zmasowanej obecności Vandenreich i poszli kapitanowie... niezupełnie sprawni bojowo, więc musi chodzić o Arrancarów. Byli nadzwyczaj grzeczni i sojuszniczo nastawieni przez te tygodnie, ale to w końcu... Arrancarzy.

Wreszcie, kiedy zaczyna się robić za oknem jasno, słyszy przytłumione kroki na podeście przed shōji. Kilka par nóg. Psiamać, a tak potrzebuje sie teraz rozładować. Trudno, trzeba będzie spławić kolegów Shirō, bez względu na to, kim są. Kiedy jednak shōji zostaje przesunięte, Shigeko natychmiast traci lekki nastrój. Ichigo Kurosaki i Renji Abarai prawie dźwigają na ramionach osobę, z którą zamierzała za chwilę przetestować nowy stół. A 9. oficer 5. Oddziału wygląda jakby… jakby był jedną nogą w grobie.

- Shirō… O niebiosa… Co się stało?!

- Też miło cię widzieć. Tylko się na mnie nie rzuć, bo jestem trochę uszkodzony, mogę nie przeżyć… Shigeko, daj spokój, mam głupie poczucie humoru. Chodź tu i nie wpadaj w histerię. Aaaa… no może nie tak mocno.

Widok Shirō w takim stanie zupełnie ją otrzeźwia. Ma ochotę nie wypuszczać go z ramion, ale chyba rzeczywiście to nie służy jego rekonwalescencji. Wcale nie uspokaja jej, kiedy pięć minut później wie już mniej więcej, co działo się w Hueco Mundo. Ichigo i Renji Abarai nie wyglądają na bardziej radosnych od oficera z „piątki" i wcale się nie dziwi. Taku Hayato, Nelliel, 11. Oddział, Kisuke Urahara. Wojna wkroczyła na zupełnie inny poziom. Po chwili milczenia odzywa się Kurosaki.

- Ashige, powiedz wszystko… no wiesz, o tym ich Hōgyoku.

- Że co?!

Kiedy trzej mężczyźni odwracają się w jej stronę, zdaje sobie sprawę, że mimowolnie wstała i odezwała się na głos. Jeśli Vandenreich mają Hōgyoku… Zaraz. Przecież takie coś nie bierze się z powietrza, potrzebne są dusze. Kiedy Aizen testował swoje własne, były masowe zniknięcia. Skąd można wziąć zastępy dusz, których nikt się nie doszuka? I doznaje olśnienia. Kiedy wreszcie godzi się z prawdą, nogi się pod nią uginają i ponownie opada na matę. „I od czasów odejścia Króla nie pojawił się Shinigami władający mocą Quincy…" Vandenreich dokonało eksterminacji na duszach Quincy, a Soul Society nawet nie szukało! Shinigami myśleli, że to odejście Króla sprawiło, że dusze nie odradzały się po śmierci z błękitną mocą, a po prostu żaden Quincy nie trafił do Rukongai. Nie było ich tak wielu, by rzuciło się to w oczy, zresztą byli oficjalnie gatunkiem wymarłym, ale na przestrzeni setek, tysięcy lat… Jej krewni. Ojciec. Ona została pominięta, bo nie miała mocy, nie umiała jej używać. Gdyby nie ten Stern Ritter i Inwazja, pewnie za kilkaset lat dokonałaby swojego żywota jako Shinigami, nie wiedząc o roziskrzonym błękicie głęboko pod jej skórą.

Pozostali Shinigami w jej pokoju chyba też do tego doszli, albo kapitanowie im powiedzieli. Jeśli dowództwo Gotei się domyślało... Jak oni mogli nic nie zrobić?! Zaraz, to jest zły tok myślenia. Shigeko przywołuje swoje myśli do porządku. Złość i pragnienienie odwetu trzeba ukierunkować gdzie indziej. W końcu jest Shinigami. Pozostali trzej nie zwracają na nią uwagi i kiedy dziewczyna wraca do rzeczywistości, zdaje sobie sprawe, że opuściła frament konwersacji.

- ...mówił, że to jego domysły, ale skubaniec dużo wie. Cwany jest. Naprawdę by się przydał, ale ten skurwiel Grimmjow przeznaczył go do odstrzału. To znaczy po tym, jak go zaprowadzi do Lodowego Wymiaru. Arrancarzy... nie ogarniam ich.

- Grimmjow, który w zapamiętaniu rzuca się z mieczem na wszystko, co się rusza? Który ma głowę tylko po to, żeby mu się deszcz nie lał do środka? Ma jakieś plany?!

- Tak, Ichigo. Ten Grimmjow. Jest zupełnie inny, niż sobie wyobrażałem. Wredny skurwiel, ale na swój sposób... inteligentny. Chyba Arrancarzy są trochę bardziej złożeni, niż Shinigami uważali. Nelliel jest... była zupełnie inna. Kerr to już całkowita zagadka. Zabijanie wyraźnie go nakręca, ale ma jakiś tam... sam nie wiem... kodeks.

- Kim jest ten Kerr? I co ma do niego Grimmjow? Jak sobie pomyślę, że znowu to samo... Może da się z nim jakoś pogadać, bo trochę infomacji by nie zaszkodziło.

- To chyba jakieś espadowe zaszłości. Był 6. Espada, a tam, z tego co wiem, zwykle nie ma żyjących poprzedników. Grimmjow powiedział, że widok ciebie w Bankai tak by go nie ucieszył. Ciary mnie przeszły.

- Co? Najpierw za mną łazi i wnerwia, potem odstawia Wujka Dobrą Radę, a teraz mu się odwidziało?!

- Ichigo, bo pomyślę, że czujesz się niedowartościowany. Chyba dobrze, że będzie trochę spokoju. Przecież nie chcesz się z nim bić. Chociaż, jak dziś zarzekałeś się, że mu włożysz Zangetsu w dupę, to myślałem, że skończy się na czyimś pogrzebie.

- Nie o to idzie Renji. No dobra, poniosło mnie, ale sam wiesz, Nelliel i Urahara. A jego widok tak na mnie działa.

- Taaa... Budzi się w tobie kłótliwa jędza... Jakbyś nie miał większych...

Shigeko przestaje się skupiać na dalszej treści rozmowy. Normalnie czułaby ulgę, że z Shirō wszystko dobrze. Ale po tym co usłyszała… Tyle śmierci. 11. Oddział, dziesiątki pokoleń Quincy, Shinigami z dnia Inwazji. Jej ojciec. Shirō też mógł zginąć, gdyby tylko jego grupa chwilę się spóźniła, nie byłoby go tutaj. Vandenreich to zaraza. Ta wojna jest wojną na wyniszczenie i nie ma chwytów niedozwolonych. Vandenreich muszą zniknąć tak, by historia o nich zapomniała. Jeśli ona sama może się do tego przyczynić, to zrobi to, nawet, jeśli będzie ją to kosztować jakąś część duszy.

X.

Shirō bardzo stara się skupić na słowach, wypowiadanych przez pozostałych Shinigami, ale zaczyna przychodzić mu to z trudem. Przypomina sobie o małym zawiniątku od 16. oficera i wysypuje zawartość papierowego zwitka na dłoń. Kageshi powiedział, żeby podzielić na pół. Medykamenty zawsze działały na niego słabiej, niż powinny. Patrzy na drobne kryształki na dłoni. Chrzanić to, najwyżej dłużej pośpi i może jeszcze jutro będzie mu wszystko przyjemnie obojętne. Raz w życiu, po tym, jak Taku dostał awans na stołek oficerski, zaszaleli z czymś podobnym. On widział różowe smoki i wszystko było rozkosznie świetliste. Nowo mianowany 20. oficer z „jedenastki" podobno doświadczył przyjemności sięgnięcia do Bankai. Ashige nigdy potem nie widział Taku tak nieszczęśliwego, kiedy następnego dnia biały proszek się zmetabolizował i jego przyjaciel wrócił do szarej rzeczywistości. Nigdy potem nie tykali tego gówna. Teraz Shirō wsypuje sobie medykament do ust, co odrobinę przykuwa uwagę współrozmówców.

- Yyy. Zalecenie lekarza, płuco nie daje mi żyć. Niech ten dzień się skończy. Dziś rano obudziłem się na łóżku Sōsuke Aizena, obok Arrancara, konesera porannej herbaty.

- Ashige, po tym, jak Renji z Byakuyą mnie pocięli w Karakurze, przed tym całym odbijaniem Rukii, obudziłem się… pod Tessaiem Tsukabishim. Rany, czułem na sobie jego skórę… Trauma, mówię wam.

- Dobra, to mi poprawiło samopoczucie. Ja chrzanię, chyba już zaczyna mnie brać. Nie zdziwcie się, jak zacznę gadać od rzeczy. Czekaj… nie załapałem tego z kapitanem Kuchiki.

- A tak. No to Byakuyę poznałem chwilę przed tym, jak prawie odesłał mnie w zaświaty. W sumie to dwa razy mnie porządnie przeczołgał. Renji też zdrowo mnie pociął.

- Taa. Stare dobre czasy. Vandenreich nie było, a Ichigo dostarczał rozrywki połowie Gotei.

- Bardzo zabawne. To z Kenpachim odbiło mi się na psychice. Miałem takie… lęki. On ma nierówno pod sufitem.

- Po drodze był też Ikkaku, kto jeszcze… O, z Grimmjowem biłeś się trzy razy. Kandydat na najlepszego przyjaciela jak nic. To twoje ichigowe podejście do ludzi…

- Renji, a to już było wredne. O co chodzi?

- Powiedz mi, czemu nie jesteśmy na zebraniu kapitanów z poszerzonym sztabem? Bez urazy, ale z Ashige mogliśmy pogadać wieczorem, jak zacznie przypominać żywego. Ichigo, to już trwa tydzień.

- Renji, on mnie zabije. Dwa razy prawie mnie zabił, a wtedy jej nawet palcem nie tknąłem...

- I masz zamiar chodzić innymi ulicami do końca życia? No weź, kapitan Kuchiki nie będzie się bawił w nadopiekuńczego brata, Rukia już wyrosła z pieluch. Gdyby to była kwestia honoru... O szlag. No dobra, masz problem.

- Widzisz o czym mówię? No więc prosze bardzo, jestem tchórzliwym gówniarzem, ale jak się spotkamy w jednym pomieszczeniu, to Rukia będzie nosiła żałobę. Wolałbym, żeby nie po mnie, ale śmierć brata też jej nie uszczęśliwi, a Byakuya nie uznaje półśrodków. Rany, jak dobrze, że to nie zaczęło się w Reiōkyū, bo tam nie dałby rady chodzić innymi ulicami.

O czym oni gadają? Przecież to takie oczywiste. Kurosaki chyba nie został w równym stopniu obdarzony rozumem, co talentem do miecza. Ashige zaczyna wkurzać ta jałowa rozmowa, może dlatego, że słyszy słowa z oddalenia i jakby w zwolnionym tempie, a sylwetki Shinigami lekko się rozmazują. Oświeci ich i niech sobie wreszcie pójdą.

- Ehm. Ichigo, z tobą i Rukią Kuchiki… całe Seireitei wie. Wiedziało, zanim poszliście do Królewskiego Wymiaru. Taku przegrał na was kupę kasy, jakieś zakłady były… 14: 1 chyba o to, że Byakuya „Nie Mam Poczucia Humoru" Kuchiki cię skróci o… głowę powiedzmy.

- Ashige, żartujesz sobie..?! No pięknie. Jestem trupem. I jak ja mam twoim zdaniem, Renji, siedzieć od niego trzy metry i myśleć o Hōgyoku? Tutaj mogę się przynajmniej skupić. Czekaj Ashige, całe Seireitei?! Inni kapitanowie też? Nie no, ja się im na oczy nie pokażę.

- Trzeba było myśleć głową, tą na karku. Zresztą przesadzasz, nie takie rzeczy Gotei już przeżyło. Albo nie, drugiego Ichigo nigdy tu nie było.

- Bardzo mi dziś pomagasz, Renji. Wielkie dzięki. Ty chcesz, żeby Byakuya mnie okaleczył? No nie, chyba się o mnie nie zakładałeś?!

- Ty ciągle dzieciak jesteś. I zachowujesz się, jakby Rukia też nie siedziała w tym po uszy. Taki jesteś do przodu, to zachowuj się jak facet, bo na razie to ona wyłazi od ciebie oknem. Zresztą nad hazardem panuje 11. Oddział. O wygranych można na jakiś czas zapomnieć. Cholera, Ikkaku i Yumichika. No i szlag wziął dobry nastrój.

Do Shirō przestają docierać słowa. Może, gdyby bardzo chciał, mógłby wyłapać ich sens, ale w zasadzie zupełnie mu to obojętnieje. Zresztą, jak można się skupić na rozmówcy, kiedy wszystko dookoła skacze jak opętane? Zdecydowanie wziął końską dawkę białawego specyfiku, ale tym razem wie, że nie będzie różowych smoków i złocistego blasku. Teraz ma nierealne uczucie zanurzania się w lepkiej cieczy o lekko metalicznym smaku. Wszystko jest czerwone i bardzo chciałby zamknąć oczy, ale boi się, że zupełnie straci nad tym kontrolę i zaśnie, a wtedy wypełzną z dna jego duszy najgłębsze i najciemniejsze lęki. I nagle przeraża go, że może się z tych snów nie obudzić, bo jakimś cudem Fujinhikō zamknie jego umysł w dziurze czasowej, gdzie czerwień będzie go dręczyć w nieskończoność. A potem robi się głośno i jest nagle w miejscu, którego nie zna. Czuje w ustach smak krwi i ma wrażenie, że znów ktoś go przebił mieczem. Ale w tej rzeczywistości nie ma Zanpakutō, choć w jego ciele tkwi kawałek metalu, a wraz z krwią z jego rany wycieka z niego życie. Ktoś wrzeszczy, drze się tak głośno, że nie pozwala mu się skupić na umieraniu. I wtedy widzi szmaragdowe, przerażone oczy. Chce powiedzieć dziewczynie, że ją poznaje, albo przynajmniej ma zamiar kazać jej się zamknąć, zanim jej krzyk rozsadzi mu czaszkę, ale przestaje widzieć. Skąd u licha ma to wspomnienie? Ale nie może teraz myśleć, bo czerwień znika. Wszystko jest błękitem, od którego bolą go oczy. I znowu jest śmierć, ale tym razem już nad tym nie panuje. Nie chce spokojnie sobie umierać, jakby wiedział, że mu to pisane. Błękit szaleje, nie pozwala nad sobą zapanować. Zabija. Ona jest błękitem, ale jednocześnie nie jest już tak znajoma, jak w tym pociągu. Niesie zniszczenie. Spala się w błękicie.

Oślepia go ostre światło. Nie ma roziskrzonej niebieskiej barwy, w sumie nie wie, dlaczego miałby się spodziewać błękitu. Ostre promienie słoneczne rozlewają się po jego twarzy, świadcząc o tym, że dawno już jest po świcie. Leży w pokoju Shigeko, ale jej już tu nie ma. On z kolei jest przekonany, że miał jej coś ważnego do powiedzenia, ale zupełnie nie pamięta, co. Nie jest świadomy niczego od momentu, gdy wczoraj urwał mu się film. Minęła doba. Nie może sobie pozwolić na marnowanie czasu. Chociaż odpoczynek był mu bardzo potrzebny. Porusza lewym ramieniem i nie czuje już żadnego bólu. Co oznacza, że może się wziąć do porządnego treningu. Stracił szansę na wykorzystanie Kerra, a ma zamiar dać niezły wycisk Vandenreich przy następnym spotkaniu. Będzie sobie musiał poradzić sam. Teraz jest świadomy swoich ograniczeń, ale nie byłby sobą, gdyby tak to zostawił. Musi stać się silniejszy, szybszy, bardziej przewidujący. Ma do wygrania wojnę.

XI.

Sprawy wymknęły się nieco spod kontroli, ale nigdy nie był maniakiem porządku. Planowanie nie leży w jego naturze, chociaż teraz zapewne będzie potrzebował się odrobinę dostosować. Nie dlatego, że musi. Nic nie musi i może robić, co mu się podoba. A w tej chwili ma ochotę przewieźć swój tyłek do Lodowego Wymiaru. Właściwie spodziewał się, że ktoś z tutejszych zainteresuje się 5. Oddziałem, nocującym w Las Noches. Dwóch Arrancarów to niewielka strata w porównaniu do satysfakcji, że chojrakowały oficer dostał małą lekcję życia. Grimmjow musiał się trochę powściekać, dla zasady, nawet bawiła go wymiana uprzejmości z Ichigo Kurosakim, który też zrobił się ostatnio bardziej wygadany. Ale teraz ma inne rzeczy na głowie.

Jest zaintrygowany tym, czego się dowiedział, a wiele więcej może się domyślać. Trochę śmieszy go, że w ogóle chce mu się ładować w coś tak nie spontanicznego. Ale zaczęło się jeszcze kilka tygodni temu, od tego niedoszłego pojedynku z Kurosakim. Wkurza go, bo nie bardzo wie, co o tym myśleć, ale po chwilowym wkurwieniu ucieszył się, kiedy tamten stanął przed nim bezradny jak dziecko. Był zadowolony, że nie musiał z nim walczyć. Jeszcze nie teraz. Nadal tego pragnął i to go napędzało, ale może właśnie to jest jego problem.

Niezależnie od wyniku tego upragnionego pojedynku coś się skończy. Jeśli zabije Kurosakiego… to co wtedy? Będzie jeszcze Aidenell Kerr, ale w związku z tym starciem nie ma nawet przyjemnego uczucia niepewności. Wie, że go wypatroszy i będzie po wszystkim. Potem znajdzie się następny… i następny. Ma na to całą wieczność. Ale coś się zmieniło. Nie chodzi tylko o zabijanie. Chyba nigdy nie chodziło, chociaż wcześniej nawet o tym nie myślał. Chodzi o przekraczanie granic swoich możliwości, czerpanie przyjemności z sięgania coraz dalej. Co by mu dało zabicie Ichigo Kurosakiego, który nawet nie mógłby się bronić? Zero satysfakcji.

Ma problem z Kurosakim. Może jednak powinien wreszcie się z nim zmierzyć i przeciąć mieczem wątpliwości. Wygląda na to, że Shinigami znów jest w pełnej formie, może nawet ponad oczekiwania Grimmjowa. To by była walka jego życia. Ale gdyby go pokonał, po chwilowej euforii przyszłoby… No właśnie, co? Poczucie niespełnienia. Ten mały, uparty, pokręcony Kurosaki działa mu na nerwy. Jest wyszczekany, zawsze zdeterminowany. Jest cholernym Shinigami. Porywa się na niemożliwe, często w ogóle nie używając mózgu. Walczy na żywioł. Mnóstwo cech, których Grimmjow nie znosi u innych, jakby miał na nie immunitet. Pieprzony Kurosaki jest zniekształconą wersją jego samego, tylko obdarzoną uciążliwym bagażem ludzkich emocji. Dlatego błękitnowłosy od zawsze wierzył, że może z nim wygrać. On w stu procentach może się skupić na walce, w dupie mając koniec świata. Kiedy trzyma Zanpakutō, nie ma nikogo poza nim i jego przeciwnikiem. Kurosaki zabiera ze sobą na udeptaną ziemię obcy mu ciężar. Zawsze będzie miał w sobie lęk, że zawiedzie innych. Ale mimo to jest niemal doskonały na polu walki, może dokonywać niemożliwego, ma nawet coś w rodzaju fantazji. Grimmjowa cieszyła każda minuta starcia z tym Shinigami nie dlatego, że przybliżała go do jego zabicia. Ichigo Kurosaki go zaskakiwał, zmuszał do wysiłku, wnerwiał swoim uporem i przez to podkręcał. I na końcu go nie dobił.

Ma dwa problemy. Drugi nazywa się Aidenell Kerr. Kurosaki to inna bajka i jeśli chodzi o satysfakcję ze starcia, to były Sexto Espada nie dorasta pogromcy Aizena do pięt. Zresztą Kerr nadepnął Grimmjowowi na odcisk i nagrabił sobie w zupełnie inny sposób. Tu już nie chodzi o przyjemność z walki, ale o zemstę. Chociaż uczciwie musi przyznać, że zanim na horyzoncie pojawił się Kurosaki, śnił o zmierzeniu się ze swoim poprzednikiem, którego miejsce zajął w bardzo niesatysfakcjonujący sposób. Ale teraz Aidenell Kerr jest… nikim. Śmierdzi od niego strachem, chociaż raczej na pewno nie boi się błękitnowłosego. Czego, oprócz śmierci, może bać się Arrancar?! Jeśli już jesteśmy przy tym, to czego on sam się boi? Nie ma rzeczy, ani osoby, która wywoływała by w nim strach. Nie bał się Aizena, a jeśli zginał przed nim kark, to dlatego, że musiał sobie udowodnić, że stać go na wszystko. Potulnie odszedł, chwilę po utracie ramienia i miejsca w Espadzie, bo chciał do niej ponownie trafić na własnych warunkach. I wtedy miał już Kurosakiego na celowniku. Po co dawać się bezsensownie zabić, skoro można jeszcze tyle osiągnąć. Czerpał głęboką, dziką przyjemność, gdy zabijał tego gnojka Luppiego, bo wrócił do składu, wydeptując ścieżkę w kałuży krwi poprzednika. Jako jedyny odzyskał utraconą rangę w Espadzie. Nie ma nic, czego Gimmjow Jaegerjaquez mógłby się bać.

Nie jest pewien, dlaczego stojący obok niego Arrancar jeszcze oddycha. Ta sprawa z Hōgyoku jest mocno naciągana. Normalnie koło dupy by mu nie szumiało, żeby się w to pakować. Z drugiej strony jednak, dlaczego nie miałby sobie go wziąć? W Hueco Mundo nie ma nic do osiągnięcia, nikogo wartego pokonania. Z Kurosakim… to zbyt skomplikowane. Jak sprawa z Vandenreich się skończy, będzie mógł wrócić do odciągania w nieskończoność pojedynku swojego życia i prowadzenia niekończących się, nierozstrzygniętych wojen z Soul Society. Przecież i tak są sobie nawzajem potrzebni i na siebie skazani. A jeśli z cholernymi Quincy wyjdzie inaczej… Cóż, jego zmartwienia tak czy inaczej się skończą. Pechowo, taka perspektywa wydaje się kurewsko nudna. Hōgyoku jest niewiadomą. Nie wie nawet, czy potrafiłby go użyć. Ale Soul Society na pewno będzie chciało mieć je dla siebie i dlatego Grimmjow też chce Hōgyoku. Do tego potrzebuje wiedzy Kerra. Sam nie jest dobry w kombinowaniu i mu to nie przeszkadza. I tak zawsze dostaje to, czego chce.

- Jak dostać się do Lodowego Wymiaru?

- I tu się zaczynają schody. Arrancarzy nie są w stanie tego zrobić. Może Szayelapporo mógłby, ale to w grę już nie wchodzi. Będziemy potrzebowali technologii IBiRS. To taki ich odpowiednik szayelowego laboratorium.

- Może być. W końcu to nasi serdeczni sojusznicy. Byle nie wybrali się tam sami.

- Yyy. Grimmjow, Soul Society wie o Hōgyoku.

No żesz. Aidenell Kerr jest skończonym kretynem i błękitnowłosy ma ochotę go rozwalić na miejscu. Z tym Arrancarem jest coś nie tak. Wszystko wypaplał Gotei. Idiota.

- Kerr, no kurwa mać. Jesteś teraz pieskiem Shinigami? Chyba anuluję naszą umowę.

- Grimmjow, obaj wiemy, że mnie ot tak nie zabijesz, więc daruj sobie zastra…

Tego już za wiele.

Nigdy nie był szczególnie cierpliwy. Kerr ledwo jest w stanie zorientować się, że błękitnowłosy sięga po Zanpakutō. Ułamek sekundy później, gdy dłoń tamtego ledwie chwyta za rękojeść katany, Grimmjow trzyma już ostrze swojej przy szyi Kerra. Bardzo go korci, żeby się nie hamować, ale… Srać na powody. Nie zabije go teraz, bo tak zdecydował, ale pokaleczyć może. Chwilę później, gdy tamten wyciera wierzchem dłoni krwawiący policzek, z lekkim zaskoczeniem w oczach, Grimmjow spokojnie chowa Panterę do pochwy.

- Weź sobie wbij do łba, że nie mam twojego popieprzonego poczucia humoru. I jestem niestały w decyzjach. Hōgyoku samo w sobie lata mi koło dupy. Nie pomyl się więcej, bo… lepiej się nie pomyl. W tym przypadku bardziej bawi mnie podróż, niż jej cel, ujmując poetycko. Więc miej się, kurwa, na baczności.

- Więc po co ci Hōgyoku?

- Nic ci do tego. Jakbyś gnił ostatnie tygodnie w otoczeniu tępych Arrancarów, też miałbyś ochotę się przewietrzyć. A ciebie nosiło po różnych wymiarach, ale nic się nie nauczyłeś. Kurwa, nie jesteś nawet jak Kurosaki. On zbiera baty i wyciąga wnioski, a ty siedzisz w jakiejś dziurze, a potem zadowalasz się ubiciem szeregowego Arrancara. Jesteś Espada, a nawet nie zorientowałbyś się, kiedy nadziałbym cię na miecz. Nic dziwnego, że armia Harribel dała dupy na całej linii. Żaden z ciebie wojownik. W Lodowym Wymiarze chcę mieć wojowników. Teraz wstyd by mi było się z tobą bić na poważnie. Wojen nie wygrywa się elokwencją, dociera?

Kerr miał go zapewne za tępego psychopatę. I może trzeba było tak to zostawić, ale z drugiej strony Grimmjow chce, by tamten się czegoś nauczył. Dawno już rozgryzł swojego poprzednika na stołku 6. Espady, chociaż zupełnie nie rozumie jego motywacji. Aidenellowi Kerrowi najwyraźniej wydaje się, że jest ponad to wszystko i chce sięgnąć poziomu Aizena. Dla Kerra wszystko kręci się wokół Aizena. Grimmjowa nie obchodzi dlaczego, bo jemu samemu były pan Las Noches myśli nie zajmuje. A Kerrowi wydaje się, że jak pośpi w jego łóżku, wypije herbatę z jego kubka i wyrobi w innych przekonanie, że jest wszechwiedzący, to stanie się tym, czym życzyłby sobie być. Naiwny kretyn.

Kto chciałby być zdeformowanym Shinigami, jeśli jest Arrancarem? Jego samego nic lepszego nie mogło spotkać.

XII.

Nie będzie miał swoich kilku tygodni. Po tym, co wczoraj rano usłyszał od Grimmjowa, doszedł do wniosku, że sam nie jest taki cwany, jak mu się wydawało. Ani taki wyjątkowy. Od bardzo dawna nie dał się też nikomu nawet skaleczyć. Największym odkryciem było jednak to, że najwyraźniej Grimmjow jest cwany i ma w głowie dużo bardziej poukładane, niż to okazuje na zewnątrz. Jego poza sadystycznego pasjonata krwawej jatki to do pewnego stopnia gra pozorów. Nowy władca Las Noches bardzo szybko się dopasowuje do aktualnych warunków. Na pewno jest na swój sposób bardzo wyjątkowym Arrancarem. Aidenell kolejny raz dochodzi do wniosku, że niedocenia swoich braci i sióstr, a to kiedyś doprowadzi go do grobu. Może rzeczywiście za dużo myśli. Nawet, jeśli dotrze do Aizena, to nie zabije go ostrością swojego umysłu. Zmarnował kupę czasu, który wszyscy wokoło wykorzystali, by podrasować swoje umiejętności. Dałby sobie rękę uciąć, że nawet zabetonowany w Muken Aizen cały czas kombinuje. Jemu nie jest potrzebna przestrzeń, ani miecz w dłoni, by stworzyć kolejny przerażająco doskonały plan. A nawet zapieczętowany, były Shinigami nosi w sobie Hōgyoku, które zapewne napędza jego pragnienia i ukierunkowuje myśli. Aizen w kajdanach jest nie mniej groźny, niż na czele armii. Zwłaszcza, że najwyraźniej Vandenreich się nim zainteresowali. Ale po kolei.

Bardzo przydałyby mu się dodatkowe tygodnie, czy choćby dni na przyzwoity plan i trening. Gotei jednak nie mogło zignorować biegu wypadków. Nie ma czasu na daleko idące plany. Jeśli nie będą w stanie pokonać wroga teraz, to nie zrobią tego, dając mu czas na zreorganizowanie. No i jeszcze ta wiadomość, widocznie z pewnego źródła. Hueco Mundo musi ruszyć tyłki, jeśli nie chce ominąć całej zabawy. W Lodowym Wymiarze są już Quincy, ci z materialnego świata. Miło ze strony Soul Society, że postanowiło zabrać ze sobą także arancarski kontyngent. Grimmjow jest tym nie mniej zdziwiony, niż on sam. Brakuje tylko Aizena, by na lodowym pustkowiu spotkali się wszyscy śmiertelni wrogowie.

Jest podekscytowany. Nie pamięta, kiedy było tak ostatnio. Prawdopodobnie półtora roku temu, kiedy zmierzył się z Grimmjowem i fartownie tamten nie był w formie. Teraz powinien myśleć o wyjściu awaryjnym, bo nawet, jeśli jakimś cudem zwyciężą, a Hōgyoku niespodziewanie wpadnie w ręce Arrancarów, to dla niego nie ma stamtąd powrotu. Po wszystkim czeka go rozliczenie rachunków z Grimmjowem. Ale tym razem dla odmiany nie ma ochoty planować. Nie mógł się spodziewać, że wpadnie na patrolu z Arnstahlem na Shirō Ashige i tylko za sprawą niebywałego szczęścia udało im się wrócić. Błękitnowłosy zachował się zupełnie inaczej, niż Aidenell oczekiwał. Cały ten sojusz arrancarsko-shimigamiowy wychodzi poza wszelkie zdroworozsądkowe ramy. W Lodowym Wymiarze spotka ich zapewne coś, czego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Po co martwić się na zapas. Postanowił tym razem iść na żywioł. Stoi obok swojego fatum, w otoczeniu Arrancarów, od których zawsze go odrzucało, i czuje się częścią tego… czegoś. Tym razem dla odmiany nie musi się oglądać za plecy, bo wszyscy zasmakują krwi niearrancarskiej. Z jego planów może zupełnie nic nie wyjść, ale ma okazję znowu poczuć się tym, czym został stworzony. Bycie drapieżnikiem nie jest wcale złe. Jest w tym cząstka czegoś, co kocha.

Po chwili z Garganty, rzut kamieniem od zgromadzonej na wydmach armii, wychodzi spora grupa Shinigami. Nic nadzwyczajnego, w końcu Arrancarzy do przejścia dzięki technologii IBiRS potrzebują przewodników i bez 12. Oddziału nigdzie się nie ruszą. Tyle, że po mundurach Kerr ocenia liczbę ludzi z „dwunastki" na najwyżej dziesięciu. Reszta to „piątka". I Ichigo Kurosaki.

- Tu cię przyniosło, Kurosaki?

- Uszczęśliwia mnie to w równym stopniu, co ciebie, Grimmjow. Ktoś musi was niańczyć, a chętnych nie było. No może poza Hirako, a jemu truł dupę Ashige.

Aidenell podąża za wzrokiem Zastępczego i trafia na twarz „swojego" 9. oficera. No proszę. Nie wie, jak to interpretować. Ludzie i Shinigami są tacy śmieszni.

- Co się gapisz, Kerr. Nadal jesteś moim jeńcem i mam zamiar skorzystać z twojej wiedzy. Głąby z „dwunastki" nawet nie wiedziałby, o co pytać.

- Taka troska? Po jednej wspólnej nocy? Shirō Ashige, bo się zarumienię. A myślałem, że będziesz mi miał za złe, że tak się rozpychałem w łóżku.

- Kurwa, Kerr… Jeszcze słowo i zabieram chłopaków powrotem do reszty Gotei.

Zanim Aidenell zdąża odpowiednio dowcipnie zripostować, Shinji Hirako wybucha śmiechem. Nie serdecznym, czy wesołym. Raczej takim przez zęby, z nutą sarkazmu i zrozumienia. Shinigami, który ma swoje porachunki z Aizenem. Kerr bardzo ma ochotę bliżej go poznać. O ile będzie miał okazję. Kapitan 5. Oddziału milczy i bacznie obserwuje, podczas gdy jego ludzie niespokojnie się rozglądają dookoła. Wielu z nich ma świeżo w pamięci nocne polowanie sprzed dwóch dni. Niezręczną ciszę przerywa gospodarz Hueco Mundo.

- Skoro tak się lubimy, to może mi ktoś powie, skąd wzięli się tam Quincy? Z nimi też się już przyjaźnimy? Dobrze byłoby wiedzieć, zanim Arrancarzy któregoś rozwalą.

- Ehmm. W zasadzie, to ciężko powiedzieć. Ale chyba jest ich wielu, więc niech cię nie poniesie. Nie powinni zaatakować Arrancarów, mamy wspólny, większy problem. Ale raczej współpracować też nie będą. Ani z wami, ani… z nami.

- Kurosaki, więc wysłali wiadomość, żeby zaklepać miejsce z przodu? Nie leć sobie ze mną w chuja i mnie oświeć.

- Może by grzeczniej? Sam chciałbym wiedzieć co jest grane, Grimmjow. Nie porozumieli się z Soul Society. To wiadomość od… przyjaciela. Może kojarzysz? Był tu kiedyś, wtedy jak spuściłem ci łomot. Ja, Tensa Zangetsu, ty, piach… Coś dzwoni? Jeszcze jakieś pytania?

- Ichigo Kurosaki, weź mnie nie wnerwiaj. Trzeci dzień jestem nie w humorze. Nie chcesz mnie widzieć naprawdę wkurwionego. Po cholerę tu przylazłeś? Życie ci zbrzydło?

- Taaa. Strasznie się boję. Ciekawe jakby zareagowały zastępy Quincy, gdyby za plecy wyskoczyła im armia Arrancarów. Też byś się im odgrażał? A nie – rzuciłbyś się na nich z mieczem, do tego głowa nie potrzebna.

- Żesz… Przypomnij mi, czemu nadal pozwalam ci kłapać jadaczką? A mogłem Cię zajebać za pierwszym razem, nawet bez ręki mogłem cię jak psa utłuc.

- Ehh. Z mojej perspektywy inaczej to wyglądało. Obydwaj przestańcie jazgotać, mam sygnał od Mayuriego Kurotsuchiego. Trzydzieści sekund.

Aidenell Kerr jest w najwyższym stopniu zafascynowany tą wymianą zdań i gdyby kapitan „piątki" jej nie przerwał, informując o zainicjowaniu procedury teleportacji, to posłuchałby sobie dłużej, przyswajając cenne informacje. Kurosaki i Grimmjow obrzucają się złośliwościami… jak najlepsi przyjaciele. Tego jeszcze nie było. Błękitnowłosy może się rzucać i odgrażać, ale ani trochę nie ma zamiaru walczyć z tym Shinigami, przynajmniej nie tu i teraz. Z kolei Kurosaki mógłby zostać w Soul Society i stamtąd wyruszyć do siedziby Vandenreich. Plan zakłada połączenie sił po zakończeniu przejścia przez portal. Ale nie wiedzą, co zastaną na miejscu. Quincy nie zaatakują sił Soul Society, nawet jeśli nie mają zamiaru współpracować, to nie będą sobie przeszkadzać. Z kolei Arrancarzy to co innego. A Ichigo Kurosaki ma tam „przyjaciela", więc widok rudowłosego na przedzie arrancarskich oddziałów pozwoli uniknąć kłopotliwej sytuacji. Kurosaki jest tu, żeby chronić ich tyłki. Ale się porobiło.

W tej chwili pojawia się przed nimi spore, migoczące przejście, które ludzie z „dwunastki" dość szybko stabilizują. Niemile wspomina ostatni raz, ale bardziej komfortowego środka transportu nikt mu nie zaproponuje. Wchodzi w złociste pole, wytworzone przy użyciu nienazwanego Kidō i widzi, jak przed nim znikają plecy Shinigami z 5. Oddziału. Po chwili czuje nieprzyjemne mrowienie, rozbijające jego ciało na duchowe cząsteczki, by po drugiej stronie ponownie odbudować je, co do atomu. Ma nadzieję, że pierwszym, co poczuje w tamtym zwariowanym wymiarze, będzie głębokie wołanie, przenikające do rdzenia duszy, podsycone nutą obietnicy.