I zbliżamy się do finału, ale… jeszcze nie w tym rozdziale. Skończyłam pisać, więc teraz reszta pojawi się w tempie ekspresowym, mam nadzieję. Spekuluję tu o wojnie z Vandenreich, ale coś mało ich było, a o Quincy czystej krwi ledwie napomknęłam, więc teraz może trochę więcej w tych klimatach. Ale spokojnie, Arrancarów też sobie nie mogłam podarować ;)
I.
Wyczuł wrogą moc duchową natychmiast, gdy się pojawiła. Od zawsze był w tym dobry, ale nie miał zamiaru interweniować od razu. Co prawda nie ma żadnej oficjalnej umowy co do reagowania w takich sytuacjach, ale on woli się wstrzymać. Teraz nie potrzebują wewnętrznych wojen, cokolwiek innego sądzą na ten temat pozostali. Sam jest najlepszym przykładem na to, że z naturalnym wrogiem można się dogadać. Chociaż tak naprawdę, żaden z niego wróg, żeby nie powiedzieć, że prawie rodzina. Trochę inna sprawa z towarzyszącymi mu kolegami i koleżankami, ale co do nich też pozbył się już uprzedzeń. Nawet, jeśli za nic nie przyznałby się do tego głośno. Może mieć swoje zdanie na temat „nieoficjalnych sprzymierzeńców", ale zachowuje je dla siebie. Zresztą… w dzisiejszych czasach jest tylko jeden wróg. I trudnym do zaakceptowania, ale oczywistym pozostaje świadomość, że nie są to Hollowy. A w tym przypadku Arrancarzy, bo właśnie jednego z nich przyniosło do Karakury. Chociaż z Arrancarami jest taki problem, że podobno wielu zwerbowało Vandenreich. Więc prawdopodobnie będzie musiał złamać swoje wewnętrzne postanowienie i pozbyć się intruza. To trwa za długo. Jeśli jakiś Shinigami miałby się pojawić, to już by to zrobił. Zanim jeszcze widzi przeciwnika, orientuje się, że jest ich dwóch. Ale drugi… ten drugi ma zupełnie inną aurę. Pulsujący błękit. A raczej słabnący, ledwo wyczuwalny z tej odległości, przy silnym, choć mocno niestabilnym Reiatsu Arrancara. Skoro w pobliżu nie ma nikogo, kto powinien się tym zająć w ramach swojego zasranego obowiązku…
Kiedy jest bliżej, ale nie na tyle, by wzrokiem wyłapać wrogów, niespodziewanie coś się zmienia. Wyczuwa niespodziewane wahania mocy, zarówno u Arrancara, jak i u tego ścierwa. Nie potrafi myśleć inaczej o anonimowym członku Vandenreich. Nie jest żadnym Quincy, a w świetle tego, co on sam wywnioskował po kilkunastokrotnym przeczytaniu i porównaniu starych zapisków, to ścierwo jest gorsze od najnędzniejszego Hollowa. Pierwsze skojarzenie, jakie mu wpadło do głowy, gdy wykombinował, skąd Vandenreich stali się tacy silni i długowieczni, to „kanibalizm". Odrażające, nieludzkie ścierwa.
Nagle zatrzymuje się, bo wie już, skąd zawirowania mocy przybyszów. Dwaj intruzi… walczą ze sobą. I wygląda na to, że Arrancar jest górą. I obydwaj są ranni, albo u kresu wytrzymałości. Sam pamięta dobrze, jak silne są Hollowy po zerwaniu maski. Co do drugiego, nawet szeregowy Soldat powinien skupiać Reishi z większą łatwością, a wygląda na to, że tamten chyba w ogóle nie jest w stanie tego robić. Chyba broni się… mieczem, albo inną bronią, jaką ma pod ręką. Także Arancar nie używa Cero, ani nie jest w Resurrección. Po prostu się tłuką żelazem. Bardzo osobliwe, biorąc pod uwagę, że w tej wojnie wszyscy sięgają do swojego najcięższego arsenału. Czyżby… jakiś zbuntowany, wcielony siłą do ich armii i niesympatyzujący z Vandenreich Arrancar? No tak… i co on z nim zrobi, jeśli tamten pokona ledwo się broniącego przeciwnika?
Skręca za rogiem najbliższej uliczki i widzi, jak Arrancar próbuje dobić osłaniającego się swoim ostrzem Vandenreich. Naciskany i okładany gradem ciosów nie jest jednak zwykłym Soldat, co widać po jego mundurze i technice. Jest jednak ranny i ledwo stoi na nogach, a jego arrancarski przeciwnik dosłownie okłada go swoim mieczem na oślep, w zapamiętaniu, zupełnie nie używając żadnej techniki przy wyprowadzaniu cięć. Po prostu… chce go zatłuc. I prawdopodobnie zrobiłby to, gdyby pojawienie się na ulicy trzeciej osoby nie wybiło go z rytmu. Chwilę nieuwagi wykorzystuje Stern Ritter i naciera na Arrancara, raniąc go w bok. Raniony odskakuje i u furii rzuca się na Vandenreich. I znowu się tłuką. On sam jest tak zdziwiony tą komiczną sytuacją, że przez kilka sekund stoi jak wryty. Wtedy orientuje się, że skądś zna to Reiatsu. O cholera. Jednak będzie musiał interweniować. Wyciąga przed siebie prawą rękę i jego Krzyż Quincy zaczyna absorbować Reishi z otoczenia. Po chwili aktywuje łuk i wypuszcza w kierunku walczących błękitną strzałę. Przeciwnicy od siebie odskakują, ale nie dość szybko. Strzała przebija Stern Rittera, który powoli osuwa się na ziemię, z odbijającym się na twarzy bezbrzeżnym zdumieniem. Kretyn, myślał, że tylko oni mają patent na używanie broni duchowej.
Zaskoczony obrotem spraw Arrancar odwraca się w jego kierunku, a on sam w odpowiedzi powolnym ruchem opuszcza i dezaktywuje swój łuk. Wtedy ocalały wreszcie go rozpoznaje. Albo mniej więcej.
- Ichigo! Uratowałeś mnie. Jak to dobrze, że byłeś w pobliżu…
No tak. Stara się opanować, bo z niektórymi trzeba jak z dziećmi. Specjalnej troski. Sięga po swoją anielską cierpliwość.
- Uryū Ishida. Najwyższa pora zapamiętać. Co ty tu robisz?! Soul Society powinno ostrzegać, że w Karakurze pojawi się jakiś zaprzyjaźniony Arrancar, bo gdyby trafiło na innego Quincy… Kurosaki zupełnie nie ma rozumu, że nie jest w stanie skojarzyć takich rzeczy. Po co cię tu przyniosło, Pesche Guatiche?
- Och, Ichigo… Wszyscy nie żyją. Najpierw pojawili się ci Quincy, tylko kilku, ale Nelliel-sama dała znać Gotei, no i przyszło wsparcie. Ale na tym wzgórzu wszystko się wymknęło spod kontroli. I Nelliel-sama, Shinigami, dziesiątki Arrancarów i ci Quincy… Wszyscy zginęliśmy.
Ishida nie może się w tym połapać. Pesche może pleść trzy po trzy, to bardzo w jego stylu. Ale najwyraźniej coś ważnego się stało. Pomijając to, że skoro wszyscy zginęli, to jakimś cudem Guatiche stoi przed nim.
- Pesche, jeśli WSZYSCY nie żyją, to co TY tutaj robisz?
- Hmm. Dobre pytanie, Ichigo.
- Uryū! Niebiosa, dlaczego musiał mi się trafić najgłupszy Arrancar w Hueco Mundo? Ichigo to ten z rudymi włosami i Zanpakutō. Ja mam łuk i ciemne włosy. Tak trudno załapać?!
- A tak, Uryū. Dlaczego jesteś taki niemiły, myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. Czuję się taki nieszczęśliwy…
- Pesche, gadaj mi o tej walce. Wszystko, ze szczegółami. Kto tam był i co się stało.
Niepotrzebnie użył słowa „wszystko". Po blisko pół godziny, z czego może dziesięć zdań było faktycznie użytecznych, Ishida wie wreszcie, mniej więcej, co miało miejsce w Hueco Mundo. Musi szybko porozmawiać z ojcem. I Kurosakim, bo widocznie tamten nic jeszcze nie wie, skoro nie przedsięwziął odpowiednich kroków. Wreszcie wojna zaczyna się także dla Quincy.
II.
Nie przyszło mu łatwo wyjaśnić obecności Arrancara w salonie, kiedy ojciec pojawił się w ciągu dziesięciu minut po jego telefonie. Starał się unikać słowa „zaprzyjaźniony", bo wiedział, że zadziała to jak płachta na byka. A ostatnio jego układy z Ryūkenem przestały przypominać patologię, więc nie chciał wracać do punktu wyjścia. Dopóki ojciec przejawiał potrzebę, by z nim rozmawiać, mogli lepiej współpracować. A teraz to było cokolwiek potrzebne. Inoue załagodziła sytuację, co było bardzo w jej stylu. Ryūken miał do niej słabość i fakt, że jego syn miał arrancarskich znajomych, zbył jedynie charakterystycznym dla siebie, chłodnym spojrzeniem.
Po godzinie wszystko było gotowe. A może nie gotowe, ale sprawom nadano bieg. Jego ojciec wisiał na słuchawce, a salon zaczęli zapełniać zupełnie nieznani chłopakowi ludzie. To, że wszyscy Quincy się znają, było w jego przypadku kompletną bujdą. Nie kojarzył większości przybyłych, ale bez wątpienia wszyscy oni byli Quincy. Nikt z nim nie rozmawiał o szczegółach, ale z panującej atmosfery i urywanych, zasłyszanych spostrzeżeń wywnioskował, że rzeczywiście szykują się do wojny. A nawet… do inwazji. Jedynym sensownym wnioskiem było, że Quincy ze świata materialnego wiedzą, jak dostać się do Lodowego Wymiaru. Już wcześniej wpadł na to, skąd Vandenreich wzięło swoją siłę. Stali się niemal nieśmiertelni, kosztem dusz zmarłych Quincy. A teraz… Poskładał wszystko do siebie i z niedowierzaniem stwierdził, że najwidoczniej te ścierwa chcą udoskonalić swoje Hōgyoku, czy co tam mają. Arrancarzy potrzebni są im dla jakichś testów. Być może jako brakujący składnik. Hōgyoku Aizena nie było doskonałe. W gruncie rzeczy było oparte na tym, które stworzył dawniej Urahara. To, które miało Vandeneich, jest czymś diametralnie różnym, ale także niepełnym. Ale Juhabach stara się je udoskonalić. Nie można mu na to pozwolić, bo wtedy będzie już po sprawie. Żegnaj piękny świecie.
Nagle sobie o czymś przypomina. Nie dał znać Kurosakiemu. Jeśli tego nie zrobi, to Soul Society nie będzie wiedzieć. Quincy znów mają zamiar wziąć sprawy w swoje ręce. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu dochodzi do wniosku, że nie ma tak daleko idącego zaufania do siły swoich krewnych. Ostatnim razem, a wie o tym z zapisków dziadka, prawie doprowadzili do swojej zagłady, wzmacniając tylko siłę Vandenreich, czy jak się tam wtedy nazywali. Teraz duma nie pozwoli im się nawet skontaktować z Gotei. Dlatego on to zrobi. Kurosaki nie zataiłby przed nim czegoś takiego, gdyby nie chciał potem porządnie oberwać w twarz. Z drugiej strony lojalność wobec swojego ludu nie pozwala mi oficjalnie skontaktować się z Solu Society. Nie są sprzymierzeńcami, nawet jeśli do pewnego stopnia wymieniają się informacjami. Dlatego wyśle oszczędną informację Zastępczemu Shinigami, w nadziei, że nie jest tak głupi i niedomyślny, jak mu się to wcześniej zdarzało.
Kiedy następnego dnia wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, pojawiają się schody. Nie może zostawić Inoue samej. Chad gdzieś wsiąkł i nie sposób do niego dotrzeć. A on nie może pozbawić dziewczyny ochrony. Zabranie jej ze sobą nie jest pewnie najmądrzejszym pomysłem, ale z drugiej strony w nie takich akcjach brała już udział. I jest o wiele silniejsza, niż dawniej. Uryū uzmysławia sobie, że dziewczyna sobie poradzi i jeśli będzie w pobliżu, będzie bezpieczna. Zwłaszcza, jeśli przybędzie także Gotei. Tak czy inaczej, musi z nią porozmawiać. Kiedy nieśmiało puka w uchylone drzwi jej pokoju, a następnie wchodzi do środka, upewnia się, że nie ma innej opcji. Twarz Inoue wyraża taki upór i zdecydowanie, że nie miałby odwagi z nią dyskutować. Więc postanowione.
Jest jeszcze Pesche. Nie mogą zostawić Arrancara samego w Karakurze, pozbawionej obrońców. Nie mogą go zabić, nawet jeśli kilku z przybyłych miałoby na to ochotę. Nie ma takiej możliwości. Dlatego Arrancar też idzie z nimi. Jest w końcu Fracción, więc do czegoś się może przydać. Nawet jeśli jego stan emocjonalny teraz na to nie wskazuje. U licha, od kiedy Arrancarzy mażą się jak dzieci?! No dobrze, jemu samemu także zrobiło się dziwnie smutno, kiedy usłyszał o Nel. To nie powinno się stać. Widocznie Pesche miał więcej szczęścia, bo Stern Ritter, na którego się rzucił, w ostatniej chwili postanowił się ewakuować i przez przypadek wylądowali w Karakurze. Szczęście w nieszczęściu, bo gdyby to był jakikolwiek inny Arrancar z armii Grimmjowa, to sam Uryū by go wykończył w tej uliczce, chwilę po uśmierceniu jego przeciwnika.
Wygląda na to, że użyją tego samego środka transportu, co Vandenreich. On sam o nim nie słyszał, ale jego informacje o technikach i zdolnościach Quincy pochodzą głównie z wykładów i zapisków dziadka, który bywał oszczędny w wyjaśnieniach na niektóre tematy. „Mapę" pozyskali z resztek mocy martwego Stern Rittera. „Cień, który ukrywa tylko wybranych". Zaskakujące, jak Quincy są do tego przygotowani. Może powinien mieć więcej wiary w siłę swoich ludzi.
Wszyscy zbierają się w obetonowanej, wzmocnionej włóknem węglowym i półmetrową warstwą metalu piwnicy. I jednocześnie kilkudziesięciu Quincy, jedna ludzka dziewczyna i Arrancar, który ma się trochę lepiej, zostaje pochłoniętych przez cienie. Po chwili po oczach uderza go biel, a na jego twarzy zatrzymują się drobinki śniegu, chociaż w ogóle nie odczuwa zimna. Nie jest w ogóle świadomy drogi, bo to zupełnie coś innego, niż podróż przez Gargantę czy Dangai. Są na lodowym pustkowiu.
I nie są tu sami, bo po chwili w ich kierunku ktoś odpala Cero. No tak – Arrancarów ostatnio pełno wszędzie. Zapewne Vandenreich zorganizowali sobie z nich małą armię. Inoue automatycznie aktywuje Santen Kesshun, osłaniając całą grupę. Ishida nigdy nie widział, by kiedykolwiek jej technika była tak silna, a reakcja tak błyskawiczna. W międzyczasie sam napina łuk i… nic. W mgnieniu oka strzały z cząsteczek duchowych rozpadają się mu między palami. O cholera. Tu w ogóle nie ma Reishi! Jasny szlag, jak można było czegoś takiego nie przewidzieć. Gdyby skontaktowali się z Soul Society… Widzi, jak na twarzach innych obecnych pojawia się przerażenie.
I nagle z szalejącej dookoła śnieżnej zawieruchy zaczynają się wyłaniać sylwetki przeciwników. No to… są udupieni. Ishida, zupełnie bez związku, uzmysławia sobie, że ostatnio jego słownictwo niepokojąco zbliżyło się do języka rynsztokowego. Odgania tę myśl i przygotowuje się na kolejne uderzenie ze strony skrytych w bieli śnieżycy napastników. I wtedy… Nic. Spodziewany atak nie nadchodzi. Ma miejsce coś innego, co wprawia Uryū w bezgraniczne zdumienie. Widzi wyraźniej postacie, które pojawiają się w zasięgu jego wzroku i… oczom nie wierzy. A także uszom.
- Cóż… Nie takiego wsparcia się spodziewaliśmy, ale nie będziemy wybrzydzać. Macie przy sobie jakąś nieduchowną broń, czy zamierzacie wymordować Vandenreich porażającą dumą Quincy i ciętym językiem?
III.
Otrzeźwia go mocne uderzenie o zamarzniętą ziemię. Nie czuje jej temperatury, ale ból w kościach upewnia go, że grunt pod jego nogami jest jak najbardziej rzeczywisty. Nie spodziewał się, że nadal będzie fizycznie postrzegał otoczenie. Właściwie… nie zakładał, że w ogóle będzie. Powinno się skończyć na duchowych cząsteczkach, a te nie mają jaźni. Patrzy na swoją dłoń i nie różni się ona niczym od tej, którą oglądał wcześniej miliony razy. W zasadzie w ogóle nie czuje się inaczej, no może poza bolesnymi skutkami upadku z wysokości, które pulsującym bólem upewniają go, że chyba nadal żyje. Jedyne, co się zmieniło, to widoki. Chociaż to za dużo powiedziane. Bo wszędzie widzi biel, która przysłania scenerię, ograniczając widoczność do jakichś dwudziestu kroków. I wtedy zdaje sobie sprawę, że nie jest tutaj sam. Obok niego dźwigają się na nogi jego koledzy. On wyszukuje wzrokiem jednej, konkretnej osoby, ale nie może zlokalizować jej twarzy wśród zbierającego się z ośnieżonej ziemi, małego tłumu. Czuje wzrastającą panikę, ale nie boi się o siebie. A jej… nie ma. Nie ma większości z nich, jednak mimo to nie jest sam. A więc… co się do cholery dzieje?!
Niespodziewanie, jeden z spośród grupy rzuca się na mężczyznę, pozostającego w jego najbliższym zasięgu, przebija go mieczem i robi zwrot, by uśmiercić kolejnego, ale reszta reaguje dostatecznie szybko. Agresor nie jest jednym z nich. W zasadzie, już go nie ma. W mgnieniu oka Stern Ritter, który jakimś cudem znalazł się tu z nimi, zostaje rozniesiony na katanach. To nie zwróci życia 18. oficerowi, w którego rozszerzonych w zaskoczeniu źrenicach nie ma już życia, ale wszyscy są tak skołowani, że próbują dojść do ładu sami ze sobą.
- Kogo brakuje? Ej, weźcie się w garść. Dobrze, że nikt inny tego nie widzi. Wyglądacie jak baby z 4. Oddziału. Kapitan by się porzygał na wasz widok.
Tego im było trzeba. Nic tak nie przywraca do pionu, jak porównanie chłopaków z „jedenastki" do korpusu medyczno-sprzątającego. Ikkaku Madarame wie, jak się obchodzić ze swoimi ludźmi, nawet jeśli nie nadaje się do pisania raportów i świecenia oczami na zebraniach sztabu Gotei. Taku także odzyskuje jako taką pewność siebie. Nadal czuje w dłoniach znajomy ciężar Kumade i wygląda na to, że przeżyli, chociaż, jak wszyscy pozostali, zadaje sobie pytanie, gdzie ich licho zaniosło. Przywołuje w pamięci ostatni obraz, który wydaje mu się dostatecznie rzeczywisty. Byli na tym płaskowyżu, błękit szalał i… Zaraz, co było po kolei? Taku czuł, jak się cały rozpada, jak znika jego Zanpakutō. A potem… widocznie wszystkie atomy, na jakie rozpadło się jego duchowe ciało, z powrotem powróciły na swoje miejsce. O cholera, czyżby to oznaczało… że są w Lodowym Wymiarze?
Nie ma pojęcia, co dokładnie zrobił Stern Ritter, ale wygląda na to, że ostatkiem sił próbował się ewakuować z Hueco Mundo. I zabrał ze sobą, prawdopodobnie przez przypadek, grupę Shinigami, którzy byli najbliżej niego na tym płaskowyżu, dostatecznie silnych, by przetrwali tą podróż. No to pozostaje pytanie, co dalej.
- Uwaga chłopaki, uwolnić miecze. Coś się zbliża. Ci popaprańcy już o nas wiedzą.
Madarame ma rację. Przed sobą słyszą głosy, nawołujące się wzajemnie. Kilku, może kilkunastu Vandenreich. Taku nie wyczuwa żadnego Reiatsu, ani aury Quincy, którą normalnie rozpoznałby z odległości kilkuset metrów. Co za porąbany wymiar? Jak mają tutaj w ogóle przetrwać? I nagle przypomina sobie, co mówił Ashige i Kerr. Tutejsi mają takie same problemy z wykrywaniem obecności mocy, jak intruzi z zewnątrz. Ten wymiar nie daje forów jego mieszkańcom.
- 3. oficerze Madarame, oni będą o nas wiedzieli, dopiero, kiedy nas zobaczą. Tak jak my, nie są w stanie wykryć tutaj obecności duchowej. I z tego co mówił Kerr, ten Arrancar sprowadzony przez Ashige, będą starali się nie używać broni duchowej.
Odbity od śniegu promień światła otacza aureolą ogoloną głowę Ikkaku Madarame, a jasny blask zmusza go do osłonięcia oczu. Patrzy na Hayato chwilę spod przymrużonych powiek i jego usta rozszerzają się w drapieżnym uśmiechu. Potem zerka na Ayasegawę, a ten skinieniem głowy potwierdza, że też przyjął to do wiadomości.
- W takim razie – możecie wybierać cele wedle uznania.
Po niespełna minucie ze śnieżnej burzy wyłaniają się Vandenreich i… stają jak wryci. Shinigami nie dają im czasu, by opanowali zaskoczenie. Od razu rzucają się na wroga. Taku uwalnia swój Zanpakutō i rozlewa się po każdej komórce jego ciała znajoma żądza krwi. Najprzyjemniejsze uczucie na świecie, teraz spotęgowane, bo był przekonany, że nigdy go już nie doświadczy. Obiera swój cel i wpada w grupę Soldat, kierując swoje ostrze w pierś stojącego najbardziej z lewej. Żołnierz próbuje aktywować łuk, ale zajmuje mu to za dużo czasu, więc w ostatniej chwili chwyta klingę, którą ma u pasa. Nie jest w stanie nawet jej wysunąć z pochwy. Taku tnie go przez pierś. Nie ma czasu, ani ochoty, by obdarzyć przeciwnika zaszczytem uczciwego, honorowego pojedynku. Vandenreich nie zasługują na takie honory. Już Arrancarzy mają więcej wspólnego z honorem, niż ci tutaj. Soldat, Stern Ritterzy, każdy kto wyjdzie do nich ze śnieżnej bieli zostanie unicestwiony. Takie są prawa tej wojny.
Taku odwraca się od ciała pokonanego wroga, by skrzyżować miecz z następnym, ale nie ma już okazji. „Jedenastka" rozprawiła się ze swoimi przeciwnikami w mgnieniu oka. Był wśród nich Stern Ritter, ale nim zajął się 3. oficer, także nie dając mu czasu na odpowiednie zareagowanie. Stracili jednego nie rangowego. Z , będzie już dwóch poległych. Po przeliczeniu kolegów Taku uświadamia sobie, że jest ich teraz trzynastu. A więc nie wszystkim udało się przejść, a może zginęli jeszcze w Hueco Mundo, ale on nie był już tego świadomy. Nie ma z nimi Arrancarów. Stali za daleko, by Stern Ritter także ich przeniósł. A może zginęli gdzieś po drodze między Hueco Mundo a Lodowym Wymiarem, uwięzieni poza czasem i przestrzenią. Ale większa część grupy z „jedenastki" przetrwała. Na razie nie jest źle, ale nie mogą w nieskończoność odpierać ataków, bo w końcu trafią na silniejszy i liczniejszy patrol. Muszą się stąd wydostać, ale jakoś nie mają pod ręką nikogo, kto dostatecznie sprawnie posługiwałby się Kidō, aby zainicjować otwarcie portalu. To w końcu… 11. Oddział.
I wtedy widzi z lewej potężny wybuch złotawej energii, choć do końca nie jest w stanie stwierdzić, jakiego jest pochodzenia. To może być Kidō, ale rozpoznałby ten rodzaj mocy, dopiero, gdyby nim oberwał. Podobnie, jak koledzy z oddziału, za cholerę nie zna się na demonicznej magii. To może być też Cero, albo jakaś nieznana technika Vandenreich. Ale po rozmiarach eksplozji należy wnioskować, że nie będzie tak lekko, jak z tymi miernotami, które właśnie leżą martwe u ich stóp. I tak stracili już dwóch ludzi. Madarame widocznie to rozumie, bo już się nie uśmiecha.
W ich kierunku zostaje odpalone Cero. Pieprzeni Arranarzy na usługach Vandenreich. Taku cofa w myślach wszystko, co powiedział o ich honorze, dorzucając kilka wyszukanych wulgaryzmów. Są tacy sami, jak te kreatury w białych wdziankach. Mocniej ściska miecz i uderza go moc Kumade. A niech to szlag, raz się żyje. Poprzedni przeciwnik nie był godny jego Zanpakutō. Więc może teraz trafi na kogoś odpowiednio silniejszego. W końcu po to żyje – by walczyć. Tak jak w tym nieskładnym jisei – krew i żelazo znaczą jego ścieżkę. Więc, nie zastanawiając się dłużej, robi krok przed szereg i rzuca się w kierunku niewidzialnego jeszcze wroga. Pozostali reagują podobnie, ale wyprzedza ich o dobre kilka metrów. Wpada wprost na przeciwnika, uderzając z furią. I ratuje go tylko to, że w porę jest w stanie powstrzymać swój miecz, by nie zrobić czegoś, czego żałowałby do końca swoich dni. Stoi jak wryty, ale na twarzy jego oponenta widzi podobny szok, jaki uderzył jego samego. Taku szybciej odzyskuje nad sobą panowanie, a może przywołują go do porządku okrzyki od strony domniemanych wrogów.
- Stop! Nie uwalniać Resurrección! Co ja mówię, kurwa!? Durni Arrancarzy... I widzisz, z jakimi tępymi tłukami ja pracuję, Kurosaki? Ej ty, Shinigami, wszyscy się lubimy, więc zabierz mi ten miecz sprzed nosa, bo ci pomogę.
Taku także opuszcza Kumade i prawie równocześnie robi to stojący naprzeciwko niego mężczyzna. Po czym po prostu kładzie mu rękę na ramieniu. 10. oficer „jedenastki" uśmiecha się i swoim niepoważnym tonem rozładowuje sytuację.
- Coś ty taki zdziwiony? Przecież jesteśmy nieśmiertelni, Ashige.
IV.
Gdyby przemyślał to wszystko tak, jak na porządnego przywódcę przystało, doszedłby do wniosku, że coś tu śmierdzi, zanim opuścili Hueco Mundo. Ale że nigdy nie miał ambicji być wybitnym strategiem i myślenie nie sprawiało mu przyjemności, a zgraja Arrancarów, która tu za nim przylazła, tylko działa mu na nerwy, nie zastanowił się głębiej. Jego czujność obudziło to, że Aidenell Kerr zaczął sprawiać wrażenie lekko zaniepokojonego. Zdążyli nieco zwiedzić to gówniane pustkowie, całkiem niespodziewanie wpadając na grupę Shinigami. Naturalnie, nie podzielił entuzjazmu „sojuszników" na widok kolegów, których tamci spisali już na straty. Przecież mieli tu się połączyć, w umówionym miejscu i czasie, z resztą Soul Society. Jego półsetki Arrancarów, którą stracił na płaskowyżu, nie było z nimi. I wtedy, nie mając nic do roboty i obserwując wybuchy absurdalnej radości dookoła, miał czas chwilę pomyśleć. Po minie Kerra wywnioskował, że tamten robi to od jakiegoś czasu. A przejawia niepokój od chwili, kiedy grupa Shinigami okazała się być całkowicie nie tą, która miała na nich czekać. Są tu od kilkunastu minut, ale nic nie idzie zgodnie z umówionym planem. Gotei 13, które miało tu na nich oczekiwać, gdzieś wsiąkło. A może… wcale nie zamierzało tu dotrzeć?
No pięknie, kurwa mać. A więc tak to sobie ufamy? Grimmjow wybucha śmiechem, angażując uwagę pozostałych, dotąd nieco zaabsorbowanych prywatną wymianą pozdrowień. W jego drapieżnym śmiechu pobrzmiewa nutka autoironii, bo pozwolił zrobić z siebie kompletnego kretyna. Ta cała gadka o zawieszeniu broni zniekształciła jego własny osąd. Gotei pozwoliło tu przybyć Arrancarom, a nawet ich tu wysłało, by… wyludnić Hueco Mundo? Albo zrobić z nich mięso armatnie? Właściwie nie ma pewności, że jacyś Quincy poza Vandenreich tutaj w ogóle są. Może to jedna wielka ściema. A więc tak nieładnie się chcą bawić?
Jest zdrowo wkurwiony. I nie jest pewien, co chce zrobić. Jego armia jest w przewadze, nawet biorąc pod uwagę nieprzewidziane wsparcie po drugiej stronie, w postaci niedobitków z 11. Oddziału. Może spuścić swoich Arrancarów ze smyczy, tak jak miał w planach, ale na inną zdobycz. Mają kapitana, ale on sam jest Espadą. Kurosaki pozostaje niewiadomą, ale nawet jeśli… Nie. Może tu stracić większość armii, nawet jeśli wytłuką do nogi cholernych Shinigami. Chciał się dostać do Lodowego Pałacu. No i cały Lodowy Wymiar stoi przed nim otworem. Pieprzyć Soul Society, na nich przyjdzie kolei. Może już niedługo. Zresztą, on też miał w planach wywinąć Gotei taki sam numer. Jest wnerwiony, bo… oni zrobili to pierwsi.
- No to sayōnara. W tych cholernych czasach nawet Shinigami nie można ufać.
Shinji Hirako nie odpowiada, a jego reakcja, właściwie zerowa, upewnia Arrancara, że się nie myli. Gotei ma zamiar to zrobić po swojemu. A Grimmjow nie jest pieskiem Soul Society. Za to Kurosaki odwraca się do niego gwałtownie, z niemal dziecinnym zaskoczeniem w brązowych oczach. A więc on jednak nie jest wtajemniczony. Naiwny kretyn, musi mieć naprawdę twardą dupę, skoro nadal chce wierzyć, że każdy jest taki nieskomplikowany i prostolinijny, jak on sam. Jakaś część Grimmjowa jest jednak zadowolona. Kurosaki go nie wystawił, a przynajmniej nie z pełną premedytacją. Chyba nawet jeszcze nie połapał się, o co w tym biega.
- Grimmjow, co ty odstawiasz?! Zabierasz zabawki i idziesz do innej piaskownicy? Chociaż raz, dla odmiany, użyj rozumu. A co jeśli Quincy…
- Kurosaki, bo się rozpłaczę, cholera jasna. Gotei kręci coś na boku i nawet tobie nie powiedzieli. Myślisz, że mam gówno zamiast mózgu? Dzięki za podwózkę, ale mam tu Vandenreich do wybicia i Hōgyoku do zgarnięcia. Ej, ej… Spokój, psiamać. Kapitanie, może uświadom swoim pół mózgom, kto tu jest w przewadze liczebnej? Wasze szczęście, że nie mam na was czasu. Chyba, że w drodze powrotnej.
Arrancar z satysfakcją patrzy, jak cały wzrastający w nim gniew Ichigo Kurosaki przelewa na stojącego obok Visoreda. Ile ten gówniarz musi się jeszcze nauczyć… On sam kieruje się przed siebie i słyszy tuż obok kroki Aidenella Kerra, który nie potrafił zachować całkowitej obojętności na wzmiankę o Hōgyoku. On też jest głupi i naiwny. Także jego należy kilku rzeczy nauczyć i to w niezbyt odległej przyszłości. Shinigami za ich plecami widocznie nie mają ochoty tak tego zostawić, ale ostry głos ich kapitana zatrzymuje tamtych na miejscu. A on i jego arrancarska armia wchodzą w burzę śnieżną, nie oglądając się za siebie, a nawet, gdyby spojrzeli do tyłu, nie zobaczyliby nic, poza wirującą ścianą bieli.
Po jakimś kwadransie marszu słyszą przed sobą odgłosy walki. No nareszcie, nie przyszedł tutaj zwiedzać, ani podziwiać krajobrazu, który swoją drogą jest całkiem kijowy. Przyspiesza kroku, ale Kerr go wyprzedza i wyrywa się do przodu. Niech będzie, w końcu obiecał swojemu ex 6. Espadzie, że pozwoli mu zasmakować krwi Quincy, zanim Pantera posmakuje jego posoki. Spomiędzy drobinek lodu, wirujących w powietrzu, zaczynają wyłaniać się sylwetki walczących. Trzech Vandenreich naciera na kogoś, ukrytego za złotawą tarczą, która raczej nie jest barierą Kidō. Ale cholera wie. Kerr dopada najbliżej stojących, widocznie nieświadomych, że ich plecy są niechronione. Pierwszy pada od cięcia pod obojczykiem, drugi ma czas, by się odwrócić i oberwać Zanpakutō w odsłoniętą pierś. Kerr wyrywa z niego ostrze, praktycznie otwierając jego mostek, aż po samą szyję. Arrancar ma w oczach żądzę śmierci, z domieszką lekkiego obłędu. O tak, to w nim nie zaniknęło. Grimmjow, obserwując go z satysfakcją stwierdza, że obiecane starcie przyniesie mu nieco rozrywki. Ale jeszcze nie teraz.
Trzeci Soldat także ginie, ale już nie z ręki Arrancara. Tarcza, która osłaniała broniącego się przed mającymi przed chwilą przewagę Vandenreich, chwilę temu zniknęła i zastąpiło ją coś innego. Przed twarzą zdezorientowanego, jedynego stojącego jeszcze Quincy, wybuchł złotawy pocisk energii, odrzucając go na kilka metrów, prawie pod nogi Grimmjowa. Kiedy upada, jest już martwy, wnioskując po jego wnętrznościach wylewających się wraz z krwią na ośnieżoną ziemię. Podmuch, towarzyszący uderzeniu, zbija z nóg stojącego najbliżej Kerra, także rzucając go o lodową taflę. Grimmjow, chociaż jest prawie pewien, że widzi tę konkretną technikę pierwszy raz, ma narastające wrażenie, że zna ten rodzaj mocy, niemożliwy do pomylenia z żadnym innym. Prawie czuje, jak jego ciało ją rozpoznaje, odpowiadając na nią lekkim napięciem mięśni w lewej ręce. Robi szybki krok naprzód, powstrzymując Kerra, który zerwał się w kierunku anonimowego, czwartego walczącego, by przybić go ostrzem do lodowej pokrywy. Grimmjow chwyta go za przedramię, trzymające miecz, gotowy do zadania ciosu.
- Czekaj, kurwa mać. A podobno to ja jestem narwany i pozbawiony rozumu.
Zaskoczony Aidenell Kerr podporządkowuje się, a przebłysk pierwotnej, krwawej potrzeby, znika z jego oczu. Teraz jest tylko zaciekawiony, co jest tutaj grane. Grimmjow sam chciałby wiedzieć. Odwraca głowę w stronę leżącej na śniegu, nieprzytomnej postaci. Ostatnia technika kosztowała jej autora nadspodziewanie wiele mocy, a może wcześniejsza walka mocno nadwyrężyła jego siły. Tak czy inaczej, migoczący złotem atak był silniejszy, niżby się tego Grimmjow spodziewał. Stała się silniejsza. Widocznie nie nudziła się przez ostatnie dwa lata. Arrancar sięga ręką do nieruchomej, leżącej twarzą do ziemi sylwetki i odwraca ją na plecy. Oczywiście, w ogóle nie jest zaskoczony.
- No dobra. Laska idzie z nami.
Nie patrzy na twarze dookoła, ale zapewne wyrażają spore niedowierzanie. Ale wisi mu to, w końcu on tutaj rządzi i wie, że nawet, gdyby kazał im zeżreć wiadro gwoździ, to nikt nie odważyłby się sprzeciwić. Nie zareagowali słowem na wiadomość o „sojuszu" z Soul Society, więc zaakceptują każde dziwactwo swojego przywódcy. Są Arrancarami i podporządkowanie się silniejszemu leży w ich naturze. Tyle, że sformułowanie „idzie", w odniesieniu do leżącej na śniegu jak kłoda, jest trochę na wyrost. Więc Grimmjow po prostu podnosi ją z ziemi i przerzuca sobie przez ramię, a rude włosy rozsypują się na jego plecach. W sumie dobrze, że jest nieprzytomna, bo brzmienie jej głosu w jakiś sposób go irytuje. Ostatnim razem musiał ją zakneblować. Ostatnim razem… Stare dobre czasy, nieskomplikowane i na swój sposób… czyste. Jasno było wiadomo, kto jest wrogiem, a kto jest… No dobra, z tymi przyjaciółmi nie przesadzajmy. I licho przyniosło Kurosakiego i wszystko szlag trafił. Dwa lata temu zostawiłby tę rudą na śniegu i miałby to gdzieś. Teraz Ichigo Kurosaki, gdyby się dowiedział, srałby mu w ucho przez dekadę. A może nie tylko to. Aidenell Kerr głęboko wierzy, że Arrancarzy mają jakieś poczucie honoru. No więc jego honor nie pozwoliłby mu JEJ tutaj zostawić. Oby tylko była jak najdłużej nieprzytomna. Bo jeśli Grimmjow usłyszy jeszcze raz „Kurosaki-kun~~!", to chyba jej przyłoży.
V.
Tego się nie spodziewał. Zakładał, że Pesche Guatiche miał po prostu dużo szczęścia, bo „jego" Stern Ritter zdążył się ewakuować, zanim całkowicie stracił kontrolę nad mocą, która zabiła wszystkich innych w Hueco Mundo. Ale od Pesche ciężko było coś wyciągnąć, bo do wybitnych strategów i znawców sztuki wojennej na pewno nie należy. A więc pozostali dwaj Vandenreich przenieśli się do domu, zabierając ze sobą resztę. A przynajmniej Arrancarów, bo oprócz Kisuke Urahary, którego głos usłyszał pomiędzy przygotowaną do ataku grupą, na którą tutaj wpadli Quincy, nie widzi innych Shinigami. Guatiche wypada spomiędzy szeregów ludzi i rzuca się na szyję zielonowłosej Nel. A przynajmniej tak się Ishidzie wydaje, bo kobieta o pełnych kształtach w żadnym razie nie przypomina małej, beztroskiej dziewczynki, którą ostatnio widział. Widocznie odzyskała pierwotną moc, Kurosaki chyba coś mu o tym wspominał, ale wtedy miał inne rzeczy na głowie, by przyswoić mniej znaczące informacje.
- O jejku. Szczerze mówiąc, jeśli liczyłem na jakieś posiłki, to na Gotei 13. Ale jeśli Pesche wpadł na Quincy, to raczej Gotei nie zostało poinformowane. Czy może się mylę?
Urahara patrzy teraz na niego. Już trochę go zna, więc zapewne przeczuwa, że Uryū dał znać Kurosakiemu. Oprócz wzroku Shinigami, czuje na sobie także spojrzenie ojca, ale teraz to nieważne. Po tym, jak głupio i bezmyślnie tutaj przybyli, jakoś nie obchodzi go, co Ryūken myśli o jego kontaktach towarzyskich. Tylko potakująco kiwa głową w kierunku Urahary.
- Ach, więc da się jeszcze uratować sytuację. A zaraz zrobi się trochę bardziej gorąco. Znieśliśmy trzy patrole Vandenreich w ciągu ostatnich kilku godzin, więc zapewne pojawią się kolejne, znacznie silniejsze, bo Vandenreich tracą głowę. Nie mogą wiedzieć, co się tu dzieje, bo Hōgyoku ich oślepia. Jestem przekonany, że to właśnie ono całkowicie zniszczyło ten wymiar, pochłaniając całe Reishi i otępiając sensory duchowe. Vandenreich przetrwali, bo nie posiadają Reiatsu, więc Hōgyoku nie wysysa z nich energii, ale nie pozwala też używać broni duchowej. Więc wyprawa tutaj nie była najlepszym pomysłem dla Quincy.
Ryūken patrzy intensywnie na grupę Arranarów, tuż za plecami Urahary. Uryū do tej chwili myślał, że jego oczy odbijają tylko nieskrywaną pogardę i nienawiść, ale to coś innego. Determinacja. Chłopak jest na siebie zły, bo nie może tego jeszcze rozszyfrować. Pomaga mu Shinigami, który cicho się śmieje.
- A więc jednak Quincy to rozgryźli. Ishida-san… Wiesz już, po co Vandenreich potrzebowało Arrancarów i skąd pomysł na włączanie ich do jednostek patrolowych. Quincy nie mogą tu używać Reishi, bo nie ma go w powietrzu, ale Arrancarzy… to chodzące akumulatory. Oczywiście zwykli Soldat nie posiadają umiejętności, by absorbować cząsteczki duchowe z innych istot, ale Stern Ritterzy to o innego. Dostatecznie silni, jak Quilge Opie, potrafią wchłonąć całą istotę duchową, unicestwiając ją, by zaabsorbować dostatecznie dużo Reishi. Zapewne każdy, nawet słabszy Stern Ritter, może sięgać do Reiryoku Arrancarów, którzy są mu podporządkowani, osłabiając ich, ale nie unicestwiając. Muszą też od czasu do czasu odwiedzać inne wymiary, jak choćby Hueco Mundo czy nawet Świat Ludzi, by zaczerpnąć mocy. Spodziewaliście się zastać tutaj Arrancarów w szeregach Vandenreich i ich wykorzystać, by użyć ich Reiatsu do aktywowania broni duchowej, zgadza się Ishida-san?
Jego ojciec nadal milczy. Zapewne tak właśnie planował, ale coś jest nie tak. Nie udało im się nawet utrzymać strzał duchowych, które od razu rozpadły się im w rekach. Wyraz twarzy Urahary się zmienia i ton jego głosu nie jest już beztrosko gawędziarski.
- Z tymi Arrancarami nie pójdzie tak łatwo. Oczywiście wpadłem na to dużo wcześniej i wiem, jak można kontrolować Reiatsu, by przeciwnik nie mógł przebić się przez barierę wokół jego właściciela. W gruncie rzeczy Arrancarzy nie są tak bardzo różni pod tym względem od Shinigami. Mają Reiryoku. Mają Zanpakutō. Są bytami duchowymi. Nie ma się co boczyć i zaprzeczać oczywistościom, Ishida-san… Ci Arrancarzy wiedzą, jak się osłonić przed tą konkretną techniką. Bo im powiedziałem. Więc jeśli chcecie ich użyć, musicie… poprosić.
O cholera. Boi się spojrzeć na ojca, ale dobrze wie, jak nieokiełznana wściekłość szarpie jego duszę. Podobnie jest zapewne z pozostałymi, którzy są widocznie zbyt zaskoczeni obrotem spraw, by choćby dobitnie przekląć. Z drugiej strony, Quincy nigdy nie uzewnętrzniają emocji. Podobnie, rzadko dzielą się głośno swoimi przemyśleniami i zawsze sprawy biorą w swoje ręce. Uryū zaczyna się upewniać co do tego, że jako jedyny nie został wtajemniczony w szczegóły i nachodzi go bardzo nieprzyjemna myśl, że został wykluczony. Po tym, co usłyszał, wpada mu do głowy drugie, przygnębiające spostrzeżenie. Nie może ufać swojemu ojcu. Wbrew wszystkiemu, bardzo żałuje, że obok niego nie stoi Ichigo Kurosaki. On nigdy by go tak nie wystawił. I Inoue. O psiakrew, po co on brał tu ze sobą Inoue? To jednak był bardzo, bardzo zły pomysł.
Jego świat przestał być czarno-biały od czasu wyprawy po Rukię Kuchiki do Soul Society. Od tego momentu wyraźne, sztuczne granice między przyjaciółmi i wrogami nieco się przesuwały. Ale w tej chwili bardzo chciałby wrócić do wyimaginowanej rzeczywistości, kiedy wszystko było jasne i proste, nawet, jeśli skończenie nieprawdziwe. Bo teraz jego własny osąd alarmuje go, że słuszność tym razem leży gdzie indziej. Nie tam, gdzie każe mu jej ślepo szukać jego status rasowy. Quincy znowu wszystko schrzanią, bo są całkowicie skostniali, od stuleci. Nawet nie zauważyli, że wszystko wokół się zmienia. Soul Society się zmieniło, a Arrancarzy… nie są zwykłymi Hollowami, które można zignorować. Ale Quincy… nie potrafią się dostosować. Dlatego od zawsze są skazani na zagładę. Gorzej, bo mogą tę zagładę ściągnąć na wszystkie inne byty.
Ale teraz nie może się skupiać na takich przemyśleniach. Coś się zbliża. Tym razem Vandenreich wyciągnęli wnioski. Urahara miał rację, żołnierzy w białych uniformach jest więcej. I mają taktykę, bo zamierzają ich oskrzydlić i wziąć w ogień krzyżowy. Niewyraźne sylwetki pojawiają się z dwóch stron. Quincy mogą tylko liczyć na obecność w szeregach wroga Arrancarów, którzy nie zostali uświadomieni przez Uraharę. No i mają szczęście. W kierunku atakowanych intruzów lecą duchowe strzały. Uryū widzi czterech… pięciu… sześciu Arrancarów. I po kilku sekundach niespodziewanie zaczynają padać jak muchy. Dostrzega za to, że jego ojciec i pozostali aktywują łuki. Po kilku chwilach ciała wrogich Arrancarów rozpadają się na cząsteczki duchowe, które natychmiast zaczynają być absorbowane przez Quincy. Vandenreich są wyraźnie wstrząśnięci. Teraz ich strzały się rozpadają, więc sięgają po miecze. Sam Uryū jest nie mniej zszokowany. Taki sposób walki… Nie słyszał, by jakikolwiek Quincy sięgał do takich technik. To potężna umiejętność, na miarę arsenału Stern Ritterów. Ale nawet dla Niszczycieli powinno być w tym coś… nieetycznego. Ta wojna rzeczywiście wywraca wszystko do góry nogami. Chłopaka wcale to nie cieszy. Przychodzi mu do głowy, że po takim pokazie żaden Arrancar przy zdrowych zmysłach, z tych stojących za Uraharą, nie użyczy swojej mocy żadnemu Quincy. Prędzej rzuci mieczem w plecy.
On sam nie ma zamiaru korzystać z darmowego ładunku Reishi. W ogóle chciałby, by go tu nie było. Wolałby znowu walczyć do upadłego z Szayelaporro, niż uczestniczyć w TYM. Ale nie ma wyjścia, zwłaszcza, że zaczyna się robić gorąco. W oddziale Vandenreich jest przynajmniej dwóch Stern Ritterów, i to żadne płotki. Uryū obserwuje, jak wycinają sobie mieczami drogę wśród Arrancarów i nadspodziewanie szybko przebijają się w kierunku Quincy. A on nawet nie może użyć Seele Schneidera. W tym ścisku strzały byłyby i tak nieprzydatne…
Nagle czuje, jak wokół niego powietrze zaczyna gęstnieć od cząsteczek duchowych. Zauważają to też widocznie inni, stojący bliżej, ale wyraźnie nie mogą sięgnąć po ładunek Reishi. Jest zarezerwowany tylko dla niego. Rozpoznaje to Reiatsu, bo doskonale zna się na wyczuwaniu istot duchowych, chociaż tym razem aura jest agresywniejsza, jakby ciemniejsza i zdecydowanie silniejsza, niż to zapamiętał. Reiatsu Espady. Stojąca kilka kroków od niego Nel dzieli się z nim swoją siłą. Wystarczająco, by mógł użyć Seele Schneidera. Ale patrząc na sytuację na polu bitwy, na długo to nie wystarczy. Nie żyje już większość Soldat i może niespełna dziesięciu trzyma się jeszcze na nogach, ale oni są nieważni. Spustoszenie sieje dwóch Stern Ritterów, z których jeden jest widocznie w stanie wytworzyć dookoła siebie i kolegi jakiś rodzaj tarczy, czy raczej bariery, która spowalnia wszelkie ataki, nie pozwalając ciosom dosięgnąć celu. Kilkunastu Arrancarów już padło, albo jest na granicy śmierci. A dwaj nacierający są praktycznie nietknięci i zaczynają już przebijać się przez szereg pierwszych Quincy.
Uryū czuje, jak Inoue rozciąga wokół niego, siebie i kilku innych, stojących najbliżej, ochronną tarczę. Ale Santen Kesshun niewiele im pomoże. Po co on brał tu Inoue? Nie powinno jej tu być. Jest głupszy, niż Kurosaki. Kurosaki! Prędzej czy później się pojawi, zapewne z resztą Gotei. Inoue musi się ewakuować z tej rzezi, a wtedy Shinigami jakoś ją znajdą. Zadziwiająco łatwo trafić tu na kogoś w tej szalejącej śnieżnej bieli.
- Nel, mam prośbę. Zabierz stąd Inoue. Za chwilę powinni być tutaj Shinigami. Kurosaki nie odpuści i ich tu siłą ściągnie. Wydostańcie się stąd. Wskażecie Gotei drogę.
Inoue zaczyna protestować, co było do przywidzenia, ale nie ma tu prawa głosu. Nel patrzy chwilę w jego oczy, a jej własne odbijają coś jak… głęboką mądrość i zrozumienie. Zupełnie jej nie poznaje, ale jednocześnie wydaje się mu w jakiś sposób znajoma. Bez słowa chwyta rękę Inoue i siłą wywleka ją do tyłu. Kiedy już są poza zasięgiem wzroku, gdzieś w śniegowej burzy, Uryū wpada na to, że powinien jej podziękować. Dzięki jej Reishi da radę walczyć przez kilka minut, może kwadrans. Albo użyć jednokrotnie jakiejś potężnej techniki. I raczej stawia na to drugie, bo Stern Ritterzy prą do przodu i… nagle przestają. Za to powietrzem wstrząsa czerwona eksplozja, ogłuszając zarówno trzech jeszcze żyjących Soldat, grupę Arrancarów, jak i Quincy. Na nogach stoją dwaj Stern Ritterzy, choć niepewnie, i sprawca całego zamieszania, który ostrzegawczo zwraca się do zbierających się z ziemi.
- Odległość minimum dwustu kroków, jeśli komuś życie miłe. Ten Bankai nie nadaje się do sparingów.
VI.
- Co to ma być, Hirako?! O czym chrzanił Grimmjow? Gdzie jest Gotei?
- Ichigo… Jakie zadanie ma Gotei 13?
- Co?! No nie wiem… pozbyć się w cholerę Vandenreich?
- Nie. Gotei chroni Soul Society i wszystkie dusze w Rukongai oraz w Świecie Żywych. Stoi na straży równowagi światów. Nie może dopuścić do katastrofy, przegrupowując się tutaj i zostawiając przetrwanie reszty wymiarów kwestii szczęścia.
- Więc co my tu robimy? No żesz… i znowu to samo. Czemu o wszystkim dowiaduję się ostatni? Myślałem, że po sprawie Ginjō doszliśmy do czegoś.
- Ehh. Ichigo, w sprawy Gotei wtajemniczani są członkowie oddziałów. Jaką pozycję obejmujesz? Jesteś nominalnie w moim oddziale, ale bez rangi, robisz co chcesz, chodzisz gdzie chcesz i podejmujesz decyzje, mając gdzieś swojego „dowódcę". Nie myślisz jak oficer „piątki", ale jak Zastępczy Shinigami. Oficerowie Gotei słuchają rozkazów. To jest wojsko. Ty masz z tym problem i może lepiej, że jesteś… z boku.
- Zaraz, to teraz chcecie… chcecie mnie wykopać?! Bo mam swoje zdanie?! Jakbym go nie miał, to Rukii by już nie było, Aizen rozsiadałby się teraz w Reiryōkyū i… chyba sobie jaja robisz!
- O jeju. Robimy ci przysługę. Nie mamy zamiaru stawiać cię przed wyborami, które są dla ciebie nie do zaakceptowania. Jeśli będzie to konieczne, Gotei poświęci Arrancarów i Quincy, by zabezpieczyć sytuację w Soul Society i świecie materialnym. Nie przyciągnęliśmy ich tu siłą, ale zamierzamy wykorzystać okazję, na tyle, na ile to możliwe. Jak mielibyśmy dyskutować o tym z osobą, która po całej sprawie z Aizenem przyszła do Hueco Mundo ratować Arrancarów? Wszechkapitan nie może sobie pozwolić na kłócenie się o takie sprawy z… rozpuszczonym nastolatkiem. Łapiesz wreszcie?
- To… No litości. Więc co się tu właściwie wyrabia? Weź mnie oświeć, żebym wam czegoś nie schrzanił. Może Vandenreich to ci „dobrzy", a ja o tym nie wiem.
- Skończyłeś? To zejdź na ziemię i się skup. IBiRS ma zamiar zdobyć możliwie najpełniejsze informacje o technikach i artefaktach bitewnych wroga. Mayuri Kurotsuchi założył, że Urahara posiada odpowiednią wiedzę i doświadczenie, by przeprowadzić udane przejście. To dało nam punkt zaczepienia. Nie przerywaj. Oczywiście wiedzieliśmy o pojawieniu się w Karakurze Pesche Guatiche, bo obecność Arancarra gdziekolwiek poza Hueco Mundo nie może nam umknąć. Quincy nie słuchaliby racjonalnych argumentów i za wszelką cenę wykorzystaliby zdobyte dane, by się tu dostać i zrobić to po swojemu. Grimmjow też zapewne miał zamiar zerwać współpracę i na własną rękę dobijać się do Lodowego Pałacu. Obecność Arrancarów, Quincy i Shinigami sprowokuje Vandenreich, nie wiadomo do czego, ale tego już nie dało się uniknąć. Gotei zminimalizuje straty. Nadążasz? Tak więc do Lodowego Wymiaru przybędzie wsparcie, ale… wyselekcjonowane. Już tu są.
Ostatnim słowom Hirako towarzyszy potężne wyładowanie Kidō i po chwili pojawia się migoczący portal, z którego wychodzi kilka osób. Shinigami z opaskami poruczników, a za nimi postacie w haori. Zaraz… Suì-Fēng, Komamura, Histugaya… Byakuya. Bez wsparcia członków oddziałów. Shinji Hirako nie wydaje się być zdziwiony.
- No, to mamy komplet. Możemy…
Powietrzem wstrząsa eksplozja tak potężna, że oślepiające światło przebija się przez tańczące w powietrzu drobinki lodu, odpychając je od epicentrum, a podmuch mocno uderza w ich twarze. Gdzieś całkiem daleko, z przodu ktoś użył potężnej techniki, a jej skutki odbiły piętno na całym pobliskim obszarze. Chociaż Ichigo nie czuje żadnego Reiatsu, ma już niejakie doświadczenie. To coś na miarę możliwości Bankai kapitana.
- A to… zaskoczenie. Jeśli uwolnił pełną formę Benihime, to musi być tam gorąco. Albo… musimy się tam szybko przemieścić. Urahara chyba przygotowuje dla nas grunt. Nie możemy tego zmarnować.
Chłopak niewiele rozumie z gadania Hirako, ale wie, że jeśli ktoś tutaj potrafi nadążyć za tokiem myślenia Kisuke Urahary, to właśnie Visored. Jemu potrzeba na to setek lat, więc nawet nie próbuje domagać się wyjaśnień. Oświeca go Renji, towarzyszący tu Byakuyi.
- Kapitanowie zamierzają odebrać to, co ich.
Rudowłosy ma prawdopodobnie minę niedorozwiniętego, ale teraz mu to wisi. Renji z pobłażliwym westchnieniem wypuszcza powietrze i tłumaczy, jakby miał rzeczywiście do czynienia z ułomnym.
- Kapitanowie Gotei przyszli tutaj, by odzyskać swoje Bankai. A co myślałeś? Shinigami nie porzuca swojego miecza. Kapitan nie odpuszcza Bankai. Odbiorą je z powrotem, albo zginą, próbując.
VII.
5. Oddział stara się dotrzymać kroku kapitanom, ale niżsi oficerowie i bezrangowi zaczynają zostawać z tyłu. „Jedenastce" idzie jeszcze gorzej, bo ich Shunpo stoi na poziomie kadetów, tych upośledzonych ruchowo. Są twardzi i niezniszczalni, czego dowodziły ich ostatnie dokonania, ale całkowicie nie mobilni i bardzo nieodpowiedni w tym miejscu, przy swojej zerowej znajomości Kidō. W tej bitwie nie o fizyczną siłę chodzi, lecz o odpowiednią taktykę, o czym Shigeko wie, jak chyba nikt inny. Wreszcie pozna odpowiedź na pytanie, czy warto było się przełamywać na tak wielu poziomach, nie tylko fizycznych, zmuszając ciało i duszę do przyswojenia nowych umiejętności. Jakaś jej część nie chce wiedzieć, bo jest przerażająco świadoma, że każdy rodzaj odpowiedzi na swój sposób ją zaboli.
Po kilkudziesięciu sekundach najszybszego biegu w jej życiu, trafiają w sam środek bitwy. Jest tu grupa Quincy, których obecność była oczekiwana, ale też wielu Arrancarów, co trochę ją zaskakuje. Ale przecież jeśli spodziewano się zastać żywego Kisuke Uraharę, to wraz z nim zapewne trafiła tu część arranarskiej armii z płaskowyżu. Ale na pewno nie pół setki… może połowa tego. Początkowo trudno zorientować się w sytuacji, bo wszyscy leżą na zdeptanym śniegu. Po chwili zaczynają się podnosić, ale tylko część z nich. Shigeko wie już, co stało się z resztą. Zmarzniętą ziemię zaścielają zwłoki. Chociaż wydaje się, że polegli Arrancarzy zabrali ze sobą dwukrotnie więcej wrogów. Mieli przewagę. Dlaczego więc Urahara posunął się do użycia Bankai? Kiedy patrzy w jego stronę, nie może wiele dostrzec. Głównie z powodu kilkudziesięciometrowego krateru i wirujących w powietrzu grudek ziemi, wymieszanych z drobinkami lodu. Jaka potężna technika… Najwyraźniej jego Zanpakutō zmiótł przeciwników, przeciw którym został użyty, z powierzchni ziemi. Były kapitan odwraca się w stronę przybyłych i opuszcza ostrze, znów w formie Shikai.
- I po przedstawieniu, bisu nie będzie. Ale chyba nie po to przybyli tutaj kapitanowie Gotei, żeby podziwiać mój spektakularny Bankai?
- Urahara, masz tupet, żeby używać miecza w pełnym uwolnieniu. Myślałem, że wykażesz więcej rozumu.
- Jeju, bez urazy, ale ja wiem, jak pilnować swojego Bankai. Ale za to tutejsi nie podarują uwolnienia drugiej formy Zanpakutō pod swoim nosem. A chyba o to chodziło. Prawda, Hirako-san?
A więc Urahara sprowokował Vandenreich. Czworo kapitanów przyszło tu odzyskać to, co im zabrano. Ale dopóki złodzieje nie pojawią się w ich zasięgu, mogą tylko robić dobre wrażenie i wygrażać się słownie. A Bankai na horyzoncie, tak potężny, to zapewne dla Vandenreich gratka. Wie, że zaraz tu będą. Nie myli się.
Na zdeptanej, zoranej mieczami lodowej pokrywie pod ich stopami jest za ciasno na toczenie pojedynków z prawdziwego zdarzenia. Właściwie stojący prawie depczą ciała poległych, które najwyraźniej potrzebują więcej czasu, by zmienić się w cząsteczki duchowego pyłu. Kapitan Kuchiki znika jej z oczu, a prawie natychmiast traci z oczu także Ichigo i Abaraia. Także Suì-Fēng postanawia zmienić miejscówkę, odczekując wystarczająco długo, by ten właściwy przeciwnik zdążył odczytać w jej zimnych oczach wyzwanie. Sajin Komamura również rusza na poszukiwanie swojego wroga, którego nie ma pośród przybyłych. Zostaje trzeci Stern Ritter i ten najwyraźniej nie ma zamiaru się nigdzie ruszać. Tōshirō Hitsugaya widocznie go rozpoznaje, bo jego naturalnie zielone oczy zaczynają iskrzyć szafirem, kiedy wykrzykuje swoim niskim głosem rozkaz rozproszenia się. Shinigami, Arrancarzy, Quincy… Wszyscy posłusznie robią więcej miejsca dwóm, mierzącym się wzrokiem, silnym przeciwnikom. Vandenreich zsuwa z głowy kaptur, odkrywając czarne włosy i bladą twarz, z ustami przeciętymi szramą. Milczy. Hitsugaya, także darując sobie słowne utarczki, wyciąga przed siebie Zanpakutō w Shikai. Stern Ritter lekko krzywi usta, jakby sama sugestia, że są w tej walce sobie równi, była śmiechu warta. I sięga pod swój płaszcz. A Shigeko cały czas obserwuje, nieco z boku, ale w stanie gotowości. Czeka.
Stern Ritter wysuwa do przodu dłoń, w której trzyma okrągły przedmiot. A więc postanowił zabić kapitana Gotei jego własną bronią. Vandenreich, w swojej pysze i bezkrytycyzmie, sami dla siebie są największym zagrożeniem. Tak jak ten Arnstahl Löwe. Jacy oni przewidywalni. Z medalionu tryska białe światło i momentalnie robi się zauważalnie chłodniej, chociaż i tak stoją w śniegu. Odpieczętowany Daiguren Hyōrinmaru, wypuszczony na wolność, za chwilę przybierze jedną ze swoich zabójczych form. Albo nie zdąży. Ona na to nie pozwoli.
- Stopniej.
Wie, że najprawdopodobniej wszystkie oczy kierują się na nią. Jest pewna, że te, należące do Stern Rittera, wyrażają coś pomiędzy bezgranicznym zaskoczeniem i strachem. Może przerażeniem. On, jako jeden z niewielu wie, co za chwilę się stanie. Ale ten śnieżny świat blokuje komunikację, więc jeśli dostatecznie szybko Vandenreich z blizną zginie, Gotei utrzyma tajemnicę i tym samym przewagę. Shigeko kontynuuje, mocniej ściskając wyciągnięty przed siebie artefakt i czując, jak błękitna moc przepływa między nią, a medalionem.
- Morze staje się chmurami, chmury stają się deszczem, deszcz staje się parą. Wszystkie rzeczy, które mają swój kształt, zniknijcie, na koniec naszej radości rzucamy kielich na ziemię… Teraz.
Gdy wymawia ostatnią zgłoskę, kształtujący się przed chwilą, lodowy Bankai… znika. Towarzyszy temu rozbłysk nieprzeniknionej czerni, która wystrzeliwuje spomiędzy jej palców. Ale Daiguren Hyōrinmaru nigdzie nie znika, chociaż tak to wygląda z boku. Shigeko czuje, jak moc Zanpakutō na nią napiera. Nie potrafi z tym walczyć. W mocy, coraz silniej naciskającej na ścianki medalionu, czuje rozdzierającą, dziką… rozpacz. Jakby obecny stan okaleczał w jakiś sposób zamkniętego w sztucznym więzieniu, oszalałego lodowego smoka. Nie da rady. I nagle uderza ją przerażająca świadomość. Nie wie, jak zatrzymać Bankai. Nie zna komendy, by go uwolnić i pozwolić mu pożreć nadal oniemiałego Stern Rittera. Była taka głupia, gdy pomyślała po treningu z Ishidą, że sobie poradzi. Nie ma na to wystarczającej mocy. Bankai ją zabije. Nie może dłużej walczyć ze smokiem i po prostu zrywa duchowy kontakt z artefaktem, odcinając dopływ błękitnej energii, niewystarczającej, by zapanować nad Bankaiem. Czeka, aż smok ją pochłonie. Modli się, by nie pochłonął wszystkich innych w promieniu kilometrów.
- Bankai. Daiguren Hyōrinmaru.
Shigeko nadal stoi, chociaż nie ma pojęcia, jak się jej udaje nie upaść. Kątem oka widzi, jak lodowy potwór, przywołany niskim głosem, materializuje się na prawym ramieniu swojego pana, rozpościerając za jego plecami potężne skrzydła. Znów jest z nim jednością. Hitsugaya skutecznie przywołuje swój Zanpakutō, a ona nie jest sobie w stanie wyobrazić, jak silny musi być kapitan, by poskromić taki ładunek mocy. A może po prostu nie musi się z nim siłować, tak jak ona. Shinigami i jego Zanpakutō są jednością, a teraz oczy kapitana odbijają gniew, który musi dzielić ze swym mieczem.
- Nie jesteś wart, by zmiażdżył cię Daiguren Hyōrinmaru. Ale tak zginiesz, bo śmiałeś sobie uroić, że możesz bezkarnie po niego sięgnąć. Sennen Hyōrō.
Kiedy jeszcze mówi, obracając miecz, dziewczyna czuje, jak w jej plecy uderzają drobinki śniegu. Zanpakutō gromadzi całą zamarzniętą wodę w promieniu kilkuset metrów, a powietrze pierwszy raz robi się całkowicie przejrzyste. Wszystkie, wirujące ponad ziemią białe płatki, stają się wielkimi filarami, które nacierają na zdezorientowanego, praktycznie bezbronnego Stern Rittera. Vandenreich zaczyna w panice wykrzykiwać do Hitsugayi.
- Ty mały… Nie możesz... Jestem…
- Nie potrzebuję znać twojego imienia. Nikt nie musi go zapamiętywać. Po prosu… giń.
Jak na komendę lodowe kolumny uderzają o siebie, tworząc wielką bryłę lodu i zgniatając uwięzionego w środku, anonimowego Stern Rittera. Po chwili, nie dłuższej niż na złapanie oddechu, lodowe więzienie rozpada się, rozsypując na zmarzniętej ziemi miliony lodowych grudek. Po przeciwniku nie zostaje nic, co nadawałoby się do identyfikacji. Dowódca 10. Oddziału stoi chwilę w bezruchu, po czym… przechodzi w Shikai. Ciszę przerywa jego wice.
- Kapitanie, czy mamy dołączyć do innych walczących?
Tōshirō Hitsugaya patrzy chwilę na Shigeko, jakby oceniał jej stan. Nawet gdyby chciała, nie jest w stanie udawać, że dałaby radę coś takiego powtórzyć.
- Nie. To sprawa między nimi, a ich Zanpakutō. Tylko byśmy przeszkadzali. Matsumoto, niech oficerowie z 12. Oddziału skontaktują się z IBiRS. Wszyscy mają być gotowi w każdej chwili do ewakuacji. Ale przekaż, że wszystkie dane były poprawne. Niech wszechkapitan podejmie decyzję.
VIII.
Jest podekscytowany i nie próbuje tego ukrywać. W jakimś stopniu to zasługa tych dwóch biało odzianych Soldat, których krew napoiła jego miecz. Może nie zawsze chodzi o satysfakcję z walki. Czasem potrzeba po prostu siać unicestwienie, bo nie potrafi inaczej wytłumaczyć ekstazy płynącej z zadania śmierci przeciwnikom znacznie poniżej swojego poziomu. Cóż… jest nadal Hollowem. Nawet jeśli ma humanoidalne ciało, to czas od czasu odzywają się w nim wrodzone instynkty. Potrzebuje zabijać, by być sobą. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby Grimmjow pozwolił mu przybić do ziemi tę dziewczynę. Ale wtedy byłoby też mniej ciekawie. Bo Aidenell za cholerę nie wie, dlaczego władca Hueco Mundo targa ją teraz na swoim ramieniu. Błekitnowłosy zaskoczył go tym chyba bardziej, niż zostawieniem byłego 6. Espady przy życiu. Kim ona jest?
- Kerr, w którą stronę? W tej cholernej śnieżnej zadymie nic nie widać.
- Lodowy Pałac jest gdzieś przed nami, ale trudno powiedzieć, jak daleko.
Spodziewa się, że Grimmjow przeklnie i zacznie się wściekać, i w tym się nie myli.
- No to po co Ty mi tu jesteś potrzebny?! Do takich odkrywczych wniosków sam, kurwa, doszedłem. Jest tam ktoś dostatecznie silny, by zawracać sobie nim dupę? Bo może lepiej trzymać się w pobliżu Shinigami. Kurosaki ściąga do siebie najgorsze tałatajstwo, przynajmniej by się działo… No żesz, odjebało Ci?!
To ostatnie nie było do niego, a do przed chwilą jeszcze nieruchomej dziewczyny, która widocznie pod wpływem podniesionego głosu Grimmjowa, odzyskała przytomność. I z całej siły przywaliła błękitnowłosemu w głowę, aż ta odskoczyła do tyłu. A teraz szamocze się jak obłąkana, bo silne ramię Arrancara nadal ją obejmuje i przyciska do siebie.
- Spokój, bo… Aaaa, no żeby cię…!
Rudowłosa nie daje za wygraną i w zapamiętaniu… gryzie obezwładniającego ją mężczyznę w szyję tak mocno, że na jego skórze, w którą dziewczyna wbiła swoje zęby, pojawiają się kropelki krwi. Grimmjow na chwilę zamiera, w pełnym szoku, po czym odrywa szarpiące się ciało od swojego ramienia, wyciąga przed siebie i bezceremonialnie… rzuca na zmarzniętą ziemię. Od uderzenia o lód chyba wraca jej rozum, bo przestaje się miotać.
- Grimmjow? Co…? Co ja tu robię i co się dzieje? Czy… Kurosaki-kun też tu jest?
- A wyglądam ci na biadolącego gówniarza w czarnym wdzianku? Rusz dupę, albo tu zostaniesz.
-Yyy? Skąd się tu wzięłam? Miałam wskazać drogę… Musimy wrócić. Tam walczą Quincy i Urahara-san… i musimy wskazać drogę reszcie Gotei!
- Ty rzeczywiście jesteś taka głupia, na jaką wyglądasz. Jeśli niechcący byście się z Kurosakim rozmnożyli, to byłyby najgłupsze bachory w historii. Pytam się – idziesz, czy zostajesz?
- Mam z wami… iść?
- A co kurwa – mam cię nieść? Żebyś mi łeb odgryzła? Masz siłę się ciskać, to dasz radę ruszać nogami. Wbij to sobie do głowy – nie jestem Kurosaki i nie będę się nad tobą trząsł jak nad jajkiem. Cierpliwości Ulquiorry też nie mam. Dałaś radę utłuc tego pokręconego Vandenreich, to chyba dasz radę przemieścić się z punktu A do punktu B?
- Ja… zabiłam? Wszystkich trzech?
- Taaa… całą cholerną armię. Ubiłaś jednego, ale skutecznie i spektakularnie. Witamy wśród drapieżników. Kurosaki chyba jeszcze nie miał tej przyjemności. On walczy… miłością~… I zębów nie używa.
Arrancar przyciska dłoń do krwawiącego skaleczenia na szyi. A może raczej do rany szarpanej, bo krew wcale nie przestaje płynąć. I jeszcze „Kurosaki to, Kurosaki tamto". Grimmjow mógłby założyć jego jednoosobowy fanklub. Aidenell powoli utwierdza się w przekonaniu, że świat błękitnowłosego kręci się wokół tego chłopaka. Król Hueco Mundo nie przyszedł tutaj, by zdobywać, a samo Hōgyoku zdaje się mu wisieć i powiewać. Przybył do Lodowego Wymiaru, bo wiedział, że na tym polu walki będzie też Kurosaki. Może tylko sam jeszcze nie wie, czy chce walczyć przeciwko niemu, czy obok niego. To naprawdę fascynujące. Ale Kerr nadal nie ma jasnej odpowiedzi na to, kim jest ta histeryczka. A może zaczyna się domyślać, ale… to już byłby za duży zbieg okoliczności. Jednak dziewczyna podchodzi do Grimmjowa, który odruchowo odsuwa się, bo pazury może mieć równie ostre, jak zęby. Ta jednak dotyka palcami jego dłoni, nadal przyciskającej krwawiącą ranę. Odsłania skaleczenie, zsuwając z niego jego palce, i coś szepcze, a po chwili pojawia się jakiś rodzaj bariery. Zdecydowanie nie jest to lecznicze Kidō. Aidenell pierwszy raz widzi coś takiego i czuje, jak otwiera usta ze zdziwienia, ale nie sili się na zachowanie obojętności. Rana znika, nie pozostawiając blizny, ani nawet smużek krwi. Jakby struktura tkanki została przywrócona do stanu poprzedniego. A więc to jest Orihime Inoue, dziewczyna Sōsuke Aizena z mocą równą bogom.
- Nie umarłbym. Nie rób tego więcej.
Grimmjow jest wyraźnie wkurzony. Skoro ją zgarnęli, ratując jej porzucone na lodowym pustkowiu cztery litery, to naturalnie mogą wykorzystać jej umiejętności. Ale to jest dziewczyna, która zwróciła Grimmjowowi jego utracone ramię i pozwoliła mu tym samym wrócić do Espady. Dlatego ex „szósty" zabrał ją ze śniegu. A teraz jest zły, bo powstaje niejako między nimi nowy rachunek, a za tym pójdą nowe długi. Czyżby nawet on stosował się do jakiegoś „kodeksu honorowego"?
Z mlecznej bieli przed nimi wyłania się pojedyncza sylwetka, słabo widoczna na śnieżnym tle w swoim mundurze Vandenreich. Przybysz nie ma postury rosłego mężczyzny. Zanim jeszcze widzi jej twarz, Aidenell jest już przekonany, że zaszczyciła ich swoją obecnością Bambietta Basterbine. Widział ją w akcji i słyszał o niej na tyle wiele, by wiedzieć, że żarty się skończyły. Choć właściwie ta dziewczyna ma swoiste, czarne poczucie humoru. Mogli trafić gorzej – taki Äs Nödt odstawiłby lekcję psychoanalizy i zagadałby ich na śmierć.Jeśli Grimmjow szuka wyzwania, to z Bambiettą powinien dobrze się bawić.
- Ups. Źle trafiłam. A liczyłam na Ichigo Kurosakiego, albo jakiegoś kapitana przynajmniej. Hollowy są dla Soldat.
- Coś ty powiedziała?!
- Jak się wam śpieszy na tamten świat, to jeszcze pięć minut szybkiego marszu i traficie pod mury Lodowego Pałacu, żebyśmy was szukać w tej kurzawie nie musieli. Tylko bardziej w lewo. Może w rewanżu któryś powie, gdzie znajdę jakiegoś właściciela Bankai?
- Ty suko! Po moim trupie się stąd ruszysz. Wyciągaj co tam masz, bo od miesięcy nie miałem ochoty zwyczajnie kogoś wypatroszyć.
- Tjaa. Baaaardzo wątpię. Mam ciekawsze rzeczy do roboty.
I… po prostu znika. Grimmjow wygląda, jak… Cóż, Aidenell nie jest w stanie znaleźć odpowiednio obrazowego porównania. Coś pomiędzy wygłodniałym psem, pozbawionym wyżerki i dzieckiem, któremu zabrano lizaka.
- Czy ona właśnie… mi spierdoliła? Bez jaj, tego nie było i nie będzie. Ja dam suce Bankaie, kapitanów i Kurosakiego. Kerr, pilnuj rudej. Jestem z powrotem za kwadrans. A ciul z tym, za pięć minut.
- A co z armią Niepodległego Hueco Mundo?
- A rób z nimi co chcesz. Może jakąś twierdzę zdobądźcie. Gówno mnie to obchodzi. Ja jej, kurwa, dam „Hollowa"!
I Grimmjow znika w ślad za czarnowłosą Stern Ritter. A Aidenell, jak na sumiennego żołnierza przystało, ma zamiar zastosować się do rozkazów dowódcy. Też planuje się trochę rozerwać.
IX.
Byakuya Kuchiki może nie mieć Bankai, ale jego Shunpo się nie zmieniło. Gdy oddalają się dostatecznie daleko, by już nie słyszeć żadnych odgłosów, poza swoimi oddechami i tętniącą w żyłach krwią, kapitan się zatrzymuje. W odległości kilkudziesięciu metrów przed nim pojawia się Stern Ritter. Jego długie włosy, upiorne oczy i to coś na twarzy nadają mu wygląd bardzo niepokojący. Byakuya, nie odwracając się nawet do dwóch Shinigami, stojących krok za nim, wydaje im polecenie.
- Bez względu na to, co się będzie działo, nie ważcie się włączać. Jest tylko mój.
Stern Ritter, Äs Nödt, jak sobie przypomina Ichigo z urywków informacji, przechyla lekko głowę. Naprawdę jest na wskroś nieludzki, a kolczasta maska całkowicie ukrywa jego emocje, jeśli w ogóle je odczuwa. Z pozbawionych białek oczu nie da się nic wyczytać.
- A więc jednak żyjesz? Wbiłem cię w ścianę na metr i ozdobiłem twoją krwią cały plac. A więc w tym, co mówią o kapitanach, jest ziarenko prawdy. Dobrze, tamta walka dała mi odrobinę przyjemności. Mogę to powtórzyć, ale tym razem definitywnie wykażę, że Shinigami nie są nieśmiertelni.
Ichigo spodziewa się ataku, ale nie czegoś tak… mało widowiskowego. Są w końcu użytkownikami Bankai, no tak jakby. A w ich kierunku lecą błękitne pociski Reishi, coś bardziej jak szpile niż strzały, zwłaszcza, że ich inicjator nie używa łuku. Ale potrafi skupiać cząsteczki duchowe, których prawie tu nie ma. Chyba, że jest bardziej jak Shigeko – nie potrzebuje absorbować Reishi, bo posiada Reiryoku. Ale nawet w takim wypadku, jego duchowy atak jest śmiesznie słaby. Byakuya nie próbuje się nawet poruszyć, nie schodząc z toru ich lotu. Szpile uderzają w niego, ale rozpryskują się przy zetknięciu z jego skórą, prawdopodobnie nawet go nie kalecząc. Ichigo instynktownie uchyla się, unikając gradu pocisków. Mimo to pozwala jednemu musnąć jego ramię. Renji, chociaż nie wygląda na poważnie rannego, także nie wyszedł zupełnie bez obrażeń. Atak wcale nie był słaby, a fakt, że szpile rozbiły się o ciało Kuchiki oznacza, że to on stał się silniejszy. Niewytłumaczalnie coś się zmienia w powietrzu. Kurosaki czuje napierającą falę, choć nie jest to atak ściśle fizyczny. Jest najwyraźniej wymierzony w kapitana, ale jego emanację daje się wyczuć wokoło. Chłopak ma wrażenie, że naciska na niego coś, co wywołuje w nim niepokój, a nawet… strach. Może dlatego, że tego nie rozumie. A może… to na tym polega zdolność Stern Rittera. To jest niebezpieczniejsze od potężnego, fizycznego uderzenia. Kurosaki nad tym nie panuje. Narasta w nim panika, jakby wszystko dookoła mogło być zwiastunem złej nowiny. Prawie słyszy w głowie krzyki i najgorsze, że je rozpoznaje, chociaż właścicieli głosów nie powinno tu być. Ma ochotę dać stąd nogę.
Byakuya stoi, jego mięśnie się nie poruszają, chociaż Ichigo ma wrażenie, że za chwilę on sam zegnie się pod naporem dziwnej, wszechogarniającej mocy. Widzi, że Renji ma podobnie, bo wicekapitan też mocno walczy ze sobą, by stąd nie uciec. Nagle to wszystko ustaje. Stern Ritter wyraźnie się niecierpliwi. Jego zdolność nie wywołała zamierzonego skutku, jakby w ogóle nie dotknęła kapitana 6. Oddziału. Kuchiki wydaje się nieporuszony, a nawet… lekko… rozbawiony? Niemożliwe, Byakuya nie ma poczucia humoru, a teraz zdecydowanie nie powinno mu być do śmiechu. Ale jego usta wykrzywiają się w czymś, co u kogoś innego byłoby złośliwym półuśmiechem. W głosie nie odbija się jednak nawet cień wesołości.
- Myślisz, że mnie zabijesz, nawet nie wyciągając przeciw mnie miecza? Jeśli kiedykolwiek zginę, to od ostrza. Ale nie od twojego i nie dzisiaj. Dlaczego twoja technika jest przeciw mnie nieskuteczna? Nie ma we mnie strachu. Mogliście najechać Soul Society, zabić wszechkapitana, kazać nam zmierzyć się z nieznanym. Ale teraz stoimy na waszej ziemi. Nawet jeśli zginą kapitanowie, jeśli mnie spotka śmierć, to Gotei przetrwa wszystko. Soul Society przetrwa wszystko. Ktoś inny będzie chronił to, co mi drogie. Dlatego nie ma we mnie lęku.
- Chcesz, bym znów użył przeciw tobie twojego własnego Bankai? To nazywasz walką, godną wojownika?
- Nie jesteś wojownikiem. Ale jeśli chcesz spróbować mnie zabić, to potrzebujesz czegoś więcej. Broń i techniki Quincy nawet mnie nie zadrapią. Nie dam ci walki godnej wojownika. Po prostu cię zabiję.
To wytrąca Stern Rittera z równowagi, a nie zanosiło się na to, by mógł on uzewnętrznić jakiekolwiek emocje. Sięga do pasa i wyciąga miecz, a może raczej długi sztylet. A więc nie tylko broń duchowa. Ichigo upewnia się, że domysły Gotei są bliskie prawdy. Jeśli Stern Ritterzy mogą używać technik duchowych, niezależnie od stężenia Reishi w atmosferze, oraz mają miecze, to są… czy raczej byli jak on i Shigeko. Shinigami z mocą Quincy. Tylko co oni ze sobą zrobili i jak stali się tacy… nieludzcy?
Niespodziewanie Äs Nödt rzuca się do przodu ze swoim ostrzem, a Byakuya zdaje się to bagatelizować. A chrzanić osobiste życzenia, jak Ichigo nic nie zrobi, to z jego ewentualnego szwagra zostanie kałuża krwi. Już chce zablokować sztylet Vandenreich, kiedy ktoś go powstrzymuje, chwytając jego ramię. I nie jest to Renji, który najwyraźniej też miał zamiar interweniować. Ichigo dzieli uwagę między Nödta, przebijającego pierś kapitana 6. Oddziału, a intruza za swoimi plecami. I nie jest w stanie tego ogarnąć. Stern Ritter z satysfakcją wyrywa ostrze długiego noża z ciała, w które je przed chwilą wbił. Ale po sekundzie Kurosaki widzi, jak czarne oczy rozszerzają się bardziej w uczuciu niedowierzania, kiedy „ciało" kapitana rozpływa się w powietrzu. Chłopak słyszy zza pleców głos Byakuyi Kuchiki, ale nie on jest adresatem słów kapitana.
- Utsusemi. Nie pierwszy dałeś się zwieść, ale to najsłabsza wersja tej techniki, jakiej kiedykolwiek użyłem. Zapominasz, że Shinigami walczą nie tylko Zanpakutō. Pycha rozmiękcza grunt pod stopami zwycięzcy. Miałem zamiar cię zabić Senbonzakurą Kageyoshi, ale zmieniłem zdanie. Nie potrzebuję do tego ostrza.
Kuchiki momentalnie przenosi się bliżej przeciwnika i zaczyna inkantować.
-Ty, który nosisz maskę z krwi, unosisz się na tysiącach trzepoczących skrzydeł, utwórz dwa lotosy na ścianie z niebieskich płomieni. Otwórz niebiosa i uderz niebieskim ogniem.
Spomiędzy dłoni Byakuyi wystrzeliwują dwa ogniste promienie, równie błękitne jak duchowe kolce, którymi wcześniej atakował go Quincy. Niebieski ogień uderza w ofiarę, którą siła ataku odpycha do tyłu. Ichigo jest pewien, że tylko Blut Vene pozwoliło mu przetrwać coś takiego. Kiedy niebieski rozbłysk zanika, ich oczom ukazuje się mocno poturbowany Stern Ritter, z charakterystycznymi wzorami na przedramionach i ze śmiercią w oczach. Gdyby mógł, zapewne zmieniłby ich w popiół. Ale jedyne do czego może w tej sytuacji sięgnąć, to medalion. Wyraźnie nie podoba mu się ta ewentualność, ale nie ma wyjścia. To wystarcza. Byakuya nie potrzebuje więcej, kiedy już wie, że jego Bankai jest z zasięgu ręki. Dlatego pierwszy raz sięga po swój Zanpakutō, który do teraz czekał, wsunięty w pochwę.
Shinigami płynnym ruchem wyciąga Senbonzakurę i nawet nie uwalnia pierwszej formy miecza. Do tego, co robi, wystarcza mu postać katany. Ichigo nie musi widzieć, by wiedzieć co się stanie. Kiedyś poczuł to na własnej skórze. Nie ma pojęcia, jak udało mu się wtedy przeżyć, ale teraz Vandenreich nie ma prawa wyjść z tego żywym. Senka będzie ostatnim, czego doświadczy, o ile jest w swoim stanie zdolnym nadążyć, choćby wzrokiem, za kapitanem. A Byakuya, tak po prostu, w pewnym momencie znika i pojawia się tuż za przeciwnikiem. Z ran na torsie i pod łopatką obficie wypływa krew, barwiąc poszarpany mundur, a Äs Nödt opada na kolana i wypuszcza z dłoni artefakt, w którym uwięziony jest Bankai o tysiącu ostrzy. Byakuya sięga po niego, jednocześnie odwracając się do pokonanego wroga.
- Szkoda, że nie ma tu jakiejś ściany. Przynajmniej byłoby bardziej spektakularnie. Bankai. Senbonzakura Kageyoshi.
Uwolniony Bankai chwilę wiruje w powietrzu, jakby jego właściciel nie był pewien, jaką nadać mu formę. Byakuya chwilę stoi z przymkniętymi powiekami, a kiedy je otwiera, wszystko znika. Bankai łączy się z Zanpakutō w jego dłoni, a Shinigami chowa miecz do pochwy. Leżący na śniegu Stern Ritter nie daje już żadnych oznak życia. O cholera. To było coś… pięknego. Renji chyba podziela zdanie Ichigo, bo wreszcie przestaje przypominać posąg, jakim był przez całą walkę, wpatrzony w swojego dowódcę.
- Kapitanie, to było… wspaniałe. A ta inkantacja… ee… doskonała.
- Nie potrzebuję używać zaśpiewu. Zrobiłem to tylko po to, żebyś go sobie przyswoił. Mój wicekapitan ma biegle posługiwać się Kidō.
- Eee… Rozkaz, kapitanie.
- Heh. No dobra, to było niezłe, Byakuya. Ale chyba przesadzasz, taki ochrzan na dzień dobry?
- Ciebie się to samo tyczy, Ichigo Kurosaki. Shiba czy nie Shiba, każdy Shinigami musi opanować demoniczne zaklęcia. Powinieneś mieć do tego wrodzony talent, ale może zanikł w młodszym pokoleniu.
- Yyy. Ty to umiesz zmotywować. A to o miękkim gruncie pod nogami zwycięzcy i Senka… Coś mi się przypomniało, tylko jeszcze Shūkei: Hakuteiken i byłby komplet. Dlaczego go nie użyłeś?
- Ten śmieć nie zasługiwał na śmierć od białego ostrza. Nie był dostatecznie dobry. Nie tak, jak ty.
Ichigo nie bardzo wie jak na to zareagować. Gdyby takie słowa nie padły z ust Byakuyi Kuchiki, to pomyślałby, że to komplement. Ale Kuchiki nie obdarzył go jeszcze takim zaszczytem, a przynajmniej w tej chwili nie może przywołać z pamięci czegoś podchodzącego pod tę definicję. Kapitan 6. Oddziału odwraca się i ma widocznie zamiar dołączyć do reszty. Kurosaki zdaje sobie nagle sprawę, że nie rozmawiał z Byakuyą od Reiōkyū, ukrywając się przez nim w gówniarskim stylu, ale skutecznie. Teraz jakoś czuje lekki dyskomfort i postanawia dać mu pół minuty przewagi. Dyskomfort się pogłębia, skutkując pojawieniem się purpury na twarzy chłopaka, kiedy na odchodnym słyszy słowa Byakuyi, na szczęście na niego nie patrzącego.
- W Seireitei Rukia ma gdzie spać, Ichigo Kurosaki. Nie doprowadź do sytuacji, w której będę musiał cię okaleczyć w imię honoru, bo nie popieram hazardu.
Kiedy kapitan znika, z szoku wyrywa Kurosakiego przyjacielskie szturchnięcie Renjiego.
- Zauważyłeś to?
- Co? Że Byakuya wszystko wie?! Aż się boję pomyśleć…
- Nie. To, że kapitan Kuchiki ma poczucie humoru.
Ichigo już szykuje jakąś kąśliwą ripostę, kiedy przed jego oczami przelatuje ciało Sajina Komamury. W ślad za nim pojawia się złośliwie uśmiechnięta długowłosa dziewczyna w mundurze Vandenreich. A jednak nie wszystkim poszło tak, jak Byakuyi.
X.
Musi użyć fizycznej siły, by skłonić dziewczynę do podążania za sobą. Nie uciekają, po prostu mają ważniejsze zadanie i ich przydatność leży teraz gdzie indziej, a nie pośród wyżynającego się tłumu. Trzeba wskazać drogę Ichigo i wsparciu. Za wszystko, co otrzymała dotąd od niego, a także od Kisuke Urahary, może się tak odwdzięczyć. Żeby nie wiadomo co się działo, sprowadzi pomoc. Ta garstka Arrancarów to w końcu jej ludzie. Skoro Ichigo, na widok tego, co Jagdarmee zrobiło w Hueco Mundo, rzucił się Arrancarom na ratunek, to ona zrobi co w jej mocy, by ich z tego wyciągnąć.
Od zawsze chciała wierzyć, że nie są tylko sztucznym tworem Hōgyoku, bo jako nie-istota nie zastanawiałaby się, dlaczego jest nieszczęśliwa i niepełna. Jeśli czuje, to może jednak ma „duszę" i ma jakieś przeznaczenie. Takie myśli najpierw trzymały ją na powierzchni, a potem niemal popchnęły w obłęd. Gdyby nie Aidenell, chyba pozwoliłaby się zabić któremuś pretendentowi do jej pozycji i wszystko by się skończyło. Ale kiedy odkryła, że on także ma w sobie pustkę, ale zamiast się w siebie zapadać, próbuje ją zapełnić, sama zaczęła szukać ekwiwalentów. Z Dondochakką i Peschem było lepiej. Ale od spotkania grupy Ichigo na pustyni pod Las Noches, a może raczej od Inwazji Vandenreich, kiedy znów stała się sobą, jest naprawdę znośnie. Może nawet jest na swój sposób… szczęśliwa. Aidenell znalazł sobie swój cel, podtrzymujący go na obranym kursie. Ona nie ma czegoś takiego przed sobą, ale zdecydowała, że dla odmiany może chronić innych. Jej egzystencja nabrała sensu, gdy pojawili się w niej inni, więc z czystego egoizmu, by nie stracić celu istnienia, musi starać się utrzymać przy życiu tych, którzy są jej drodzy. A w tej chwili jest kimś takim Orihime Inoue, bo to obiecała Ishidzie. Chłopak jest Quincy, ale ona wie, że nie zawahałby się stanąć w jej obronie. Robi to, zostając na polu bitwy. Więc ona dla niego będzie chronić dziewczynę i sprowadzi pomoc.
Nie będzie to takie łatwe, bo jednak nie wymknęły się niezauważone. Biegnie za nimi pościg. Jeśli to Soldat, to tylko lekko ich spowolnią, ale jeśli… Nagle robi się ciemno i uderza ją potężny ból z tyłu głowy, a nogi tracą punkt zaczepienia. Uderza o lodową pokrywę i kiedy zbiera się z ziemi, powoli zaczyna jej wracać wzrok. Obraz skacze, ale za to słuch mówi jej, że napastnicy są bliżej i jest ich co najmniej kilku, może kilkunastu. A ona oberwała czymś naprawdę silnym i jeśli autor ataku ma tego więcej do dyspozycji, to nie jest dobrze. Patrzy przed siebie i widzi Inoue, która przygotowuje się do otoczenia ich ochronną tarczą. Ale to nie wystarczy, a poza tym nie są tu, by walczyć, ale by dostarczyć wiadomość.
- Inoue, idź. Sprowadź Ichigo.
Dziewczyna się waha, ale racjonalnie patrząc, tylko ona może to zrobić. Tylko ona z nich dwóch jest w fizycznym stanie dostatecznie szybko biec. Inoue to rozumie i coś do niej odkrzykuje, ale tego nie jest już w stanie słyszeć, bo odwraca od niej głowę. Patrzy z niepokojem, jak grupa ubranych w białe mundury żołnierzy się rozdziela. Niedobrze. Musi ich zatrzymać tutaj. Zrywa się ze śniegu i rzuca na grupę Vandenreich. Jeden z nich odpala w jej kierunku Cero. To akurat żaden problem. Gorzej, że do trzyosobowej pogoni za rudowłosą ma zamiar dołączyć kilku Soldat, którzy tracą zainteresowanie nią samą. Na to nie pozwoli. Automatycznie pochłania wystrzelone w nią Cero. Kiedy patrzy na krople swojej krwi, spływające z pokaleczonej dłoni i barwiące śnieg na czerwono, przychodzi jej do głowy tylko jedno. Wyrzuca zranioną rękę przed siebie tak gwałtownie, że czerwone krople zawisają w powietrzu. Wie, co skutecznie przykuje uwagę wrogów. Gran Rey Cero.
Z jej ust wystrzeliwuje potężny ładunek pochłoniętej mocy z domieszką własnej, który, po połączeniu się z jej krwią, przybiera na sile i na miejscu zabija trzech czy czterech przeciwników. Jest całkiem dobrze, jeszcze dwa, może trzy ataki i dołączy do Inoue. I wtedy ponownie uderza ją rozdzierający ból z tyłu czaszki. Teraz wie, że to nie jest atak fizyczny. Jeden z Vandenreich jest Stern Ritterem i to bardzo silnym. Bo nawet nie wie, jak miałaby z nim walczyć. Nie jest z stanie się podnieść na nogi, jakby była sparaliżowana i czeka biernie, aż jeden z Soldat podejdzie bliżej. Przygotowuje się na cios, bo sama nie podniesie w takim stanie miecza.
- Nie, kretynie. Gdzie ty masz oczy? To było Gran Rey Cero. Mamy do czynienia z Espadą, więc musimy ją odstawić do Pałacu. Ty, małomówny? Wiesz kto to jest?
Stern Ritter zwraca się do Arrancara, który wcześniej zaatakował ją Cero. A tamten z wyraźną niechęcią, ale też słabo ukrywanym strachem odpowiada.
- To Nelliel Tu Odelschwanck. Ex Tercera Espada, chociaż nie wiem, jakim cudem w ogóle żyje.
- A to mi akurat wisi. Ale „trójka" to nie byle co, taki biały kruk. A żeby nie było po drodze niespodzianek…
Nelliel czuje, jak w tej samej chwili ból w głowie znów uderza, tym razem intensywniej i po kilku chwilach wie już, że jeśli od tego nie umrze, to na pewno straci przytomność. Po kilku, ciągnących się w nieskończoność sekundach, wita ciemność, zasnuwającą jej czy, z ulgą.
Kiedy wraca do siebie, jest ciemno, ale gdy oczy przyzwyczajają się do mroku, rozpoznaje zarysy ścian. Jest w jakimś pomieszczeniu, prawdopodobnie pod ziemią, a jej ręce są przykute do ściany. Po chwili orientuje się, że nie jest sama. Naprzeciw niej do takiej samej ściany przykuta jest inna Espada, a konkretnie jej następczyni na stołku „trójki". Próbuje jakoś nawiązać z nią kontakt, ale język odmawia jej posłuszeństwa, jakby nadal odczuwał skutki bolesnego ataku psychicznego. Po jakimś czasie drzwi, których istnienia nie była świadoma, otwierają się i do środka ktoś wchodzi. A raczej cicho się wślizguje. Rozpoznaje go – to Arrancar, który ją zaatakował w śnieżnej zamieci. Gdyby nie była teraz obezwładniona, to by mu zrobiła krzywdę. Jak można służyć Vandenreich. Nawet życie nie jest w pewnych sytuacjach warte czegoś takiego. Przybysz zbliża do niej swoją twarz i badawczo się jej przygląda.
- Co się dzieje? Co kwadrans, od kilku godzin, jakieś grupy Soldat wychodzą na patrole i nie wracają. Nawet Stern Ritterzy dostają kręćka. Arrancarom zabroniono dołączać do patroli, a tylko po to nas tu ściągnęli i trzymali przy życiu. Co się tam na zewnątrz dzieje, do cholery? Skąd ty się tu wzięłaś, Tu Odelschwanck? Podobno ktoś uwolnił Bankai… Shinigami tu są?!
A więc to prawdopodobnie Ichigo i Gotei. Może zdążyli. Jeśli Quincy i reszta Arrancarów z płaskowyżu przetrwała, jeśli przybyło całe Gotei, to Vandenreich ma się czym martwić. Nelliel ma szczerą nadzieję, że Shinigami z 11. Oddziału też jakoś wyszli cało. Taku Hayato jest na jej liście osób, które ma zamiar chronić. Ale na to nie ma teraz wpływu. W zasadzie na nic nie ma wpływu, więc z rezygnacją odpowiada.
- Shinigami, Quincy, nawet część arrancarskiej armii Grimmjowa. Hueco Mundo jest w sojuszu z Soul Society. Vandenreich ma… powody do zmatwień.
- Żartujesz sobie?! Grimmjow? W Hueco Mundo? I oni wszyscy go… poparli? I sojusz z Soul Society… Chyba sobie robisz jaja.
- Nie chcesz wierzyć, to nie wierz. Ale kiedy mnie zaatakowaliście, niosłam informację dla Gotei 13. To jest skoordynowana inwazja.
- Ale Grimmjow? To będzie wymagało więcej zachodu i szczęścia. No, ale chyba najwyższa pora… Zresztą, jak im życie nie miłe, to mogą zostać. Vandenreich i tak wybiją Arrancarów do nogi. Dobra, to da się zrobić.
Nelliel na początku zupełnie nie rozumie paplaniny Arrancara, ale po chwili orientuje się, że ten mówi do siebie, jakby coś rozważał i składał w całość kawałki układanki. Więc ona spokojnie czeka. I tak nie ma nic innego do roboty. Wreszcie na twarzy jej rozmówcy odbija się zdecydowanie, o ile dobrze to odczytuje w półmroku.
- Wysoko cenię bezpieczeństwo mojego tyłka i taki pogląd ma tu wielu arrancarskich sympatyków. Z Vandenreich mamy przesrane, ale z Grimmjowem możemy coś ugrać. Będzie tak - damy mu Tier i odstawimy ciebie, może nawet wejdziemy mu kilkakrotnie w dupę, ale jakoś to będzie. Więc sorry za to Cero. Rozumiesz, stan wyższej konieczności.
- Yyyy. Bardzo optymistyczny plan. Masz dużą wiarę w swoje możliwości. Jesteśmy zamknięci w… Gdzie my jesteśmy?
- W Lodowym Pałacu, poziom -2. To nawet lepiej, góra jest mocniej chroniona. Mówiłem, że nie jestem sam. Widzisz, w naszym niepewnym położeniu siłą rzeczy, zanurzeni po szyje w gównie, między francowatymi Vandenreich, musieliśmy się jakoś zorganizować. Psiakrew, nie wierzę, że to mówię, ale jak na arrancarskie warunki całkiem nieźle się dogadujemy. W sumie mieliśmy pod dostatkiem mocnych wrażeń i jakoś nie ciągnęło nas do tłuczenia się między sobą, żeby się rozładować, jak w Hueco Mundo. W którymś momencie załapaliśmy, że współpracując i chroniąc nawzajem swoje tyłki, łatwiej tu przetrwać. Gorzej, że nie ma z tego wymiaru drogi ewakuacyjnej, ale skoro jakoś tu trafiłaś, znaczy, że można w drugą stronę.
- No niezupełnie.
- Nie dobijaj mnie. O tym później. Po kolei, najpierw muszę jakoś przekonać resztę, że mi na łeb nie padło z Grimmjowem i sojuszem z Shinigami. Ale da radę, jedyny mocno niechętny lizaniu butów Grimmjowa Jaegerjaqueza już opuścił to zacne towarzystwo. Szkoda, bo teraz by się przydał.
Arrancar odsuwa się od niej i odwraca do wyjścia, ale na chwilę rzuca okiem na nieruchomą Tier.
- Ona jedna ma tak czy inaczej przewalone. I należy się jej. Gdyby nie Aidenell Kerr, to dwa lata temu roznieślibyśmy ją na progu Las Noches. Szkoda, że to nie on dowodził, bo bardziej tego spieprzyć niż ona, to się nie dało.
XI.
Bezwładne ciało kapitana przelatuje im przed oczami i uderza o zmarzlinę, kilkanaście metrów od stóp Renjiego. Wicekapitan stoi jak skamieniały, a i Ichigo ma problem z połapaniem się w sytuacji. Sajin Komamura został pokonany przez swojego przeciwnika. Zapewne nie miał nawet szansy spróbować odzyskać swojego Bankai. Jego obrażenia nie wskazują na to, by zostały zadane przez Kokujō Tengen Myō'ō. Wszystko nabiera sensu, kiedy ciemnowłosa Stern Ritter wyciąga przed siebie okrągły artefakt.
- No to drugi raz, aż tak twardy to nie jesteś, piesku.
I z medalionu błyska oślepiające, białe światło, a po tym pojawia się wiązka, czy raczej pocisk potężnej mocy. Kurosakiemu przychodzi do głowy, że jest to najbliższe pociskowi jądrowemu. W przebłysku świadomości łapie za ramię Renjiego i dzięki Shunpo udaje im się uniknąć spopielenia, ewakuując się na dostateczną odległość. Co to do cholery było?!
- Jakuhō Raikōben. Ta suka używa innego medalionu, to nie jest Bankai kapitana Komamury.
Słowa Renjiego sprawiają, że wreszcie wszystko do siebie pasuje. W miejscu, gdzie przed chwilą leżał kapitan, zieje wielka rozpadlina. Coś jak krater po wybuchu jądrowym. I nagle powietrze wokół nich staje się gęstsze od Reishi. Do rudowłosego dociera przerażająca świadomość, skąd pochodzą te duchowe cząsteczki. Kapitan 7. Oddziału rzeczywiście nie był dostatecznie twardy, by przetrwać drugi atak Bankai Suì-Fēng. Ichigo mocniej chwyta ramię przyjaciela, bo czuje, jak Renji napina wszystkie mięśnie. Chłopak nie dowierza, że akurat on sam do tego dochodzi, ale teraz potrzebują rozwagi, a nie rzucania się na oślep na przeciwnika, o którym nic nie wiedzą. Poza tym, że jest sadystyczną zołzą. I wtedy dzieje się coś jeszcze. Na zrytym ostatnim atakiem polu walki pojawia się czwarta osoba.
- No i wielkie dzięki, gdyby nie ten wybuch, szukałbym cię na tym zadupiu do usranej śmierci.
Grimmjow wygląda na ostro podkręconego. Dziewczyna zerka na nieoczekiwanego przybysza, ale nie poświęca mu więcej, niż przelotne spojrzenie. Uuu. No to Arrancar się wnerwi, zwłaszcza, po takich słowach.
- Nie szarżuj, kociak. Bo jeszcze wezmę to na poważnie. Mówiłam, że szukam posiadaczy Bankai i trafiłam nawet na dwóch. Poczekaj na swoją kolejkę.
- Jesteś, kurwa, martwa.
Najwyraźniej Grimmjow ma zamiar poważnie się zaangażować w to starcie. Stern Ritter ze złośliwym uśmiechem patrzy jednak tylko na Kurosakiego. A więc postanowione.
- Renji, odszukaj Suì-Fēng. Sama sobie nie poradzi z Bankai innego kapitana bez swojego własnego. Tutaj… my się tym zajmiemy.
Wicekapitan „szóstki" walczy ze sobą, ale skinieniem głowy potwierdza. W końcu ma swój Bankai i jest on potrzebny gdzie indziej. Kładzie przyjacielowi rękę na ramieniu i znika w białej kurzawie. No więc… zapowiada się bardzo ciekawie. Grimmjow ciska swoim spojrzeniem gromy, a jego Reiatsu staje się jeszcze bardziej szorstkie. Właściwie świadomość, że Ichigo może je wyczuć w tym dziwnym wymiarze, świadczy o tym, jak potężnie musiało wzrosnąć. Arrancar pała żądzą mordu. Miła odmiana, że tym razem nie on jest na jego celowniku. I kiedy sam do siebie się uśmiecha, na myśl o tym, w jak nietypowej znaleźli się sytuacji, nagle… traci grunt pod stopami, a przed oczami rozbłyskuje mu tysiąc gwiazd. Drugie tyle dołącza do nich, kiedy jego głowa uderza o lód, na którym sekundę temu stał. Co do cholery?!
- Wygodnie ci? To se leż i nie przeszkadzaj. Nie będziesz mi się pałętać pod nogami, Kurosaki.
- Pogięło cię?!
Grimmjow go… znokautował. Chyba rzeczywiście ostro się napalił na ten pojedynek. Ale przecież on nie będzie sobie obserwował walki z perspektywy parteru. Chociaż z drugiej strony, nawet patrząc na to, co ciemnowłosa zrobiła z kapitanem Komamurą, nadal ma pewne wrodzone opory. Nie jest pewien, czy sam dałby radę zabić… kobietę. Grimmjow nie ma tego rodzaju rozterek. A ta tutaj zasługuje na śmierć.
Arrancar, wbrew swojemu wcześniejszemu zachowaniu, teraz wykazuje się całkowitym skupieniem. Za to młoda Stern Ritter sprawia wrażenie lekko poirytowanej. Nie ma zamiaru dać przeciwnikowi satysfakcji z walki, bo zdecydowała, by zmierzyć się z Kurosakim. Grimmjow jest tylko wkurzającym intruzem. Ichigo współczuje jej odrobinę głupoty, bo zapewne za chwilę zacznie bardziej doceniać błękitnowłosego. Albo nie. Najwyraźniej dziewczyna w ogóle nie ma zamiaru z nim walczyć, tylko usunąć go ze swojej drogi. Sięga po medalion i wyciąga go przed siebie. Ichigo zrywa się z ziemi i poważnie zastanawia się nad uwolnieniem własnego Bankai. Chociaż mu tego zabroniono. Takiego zakazu nie można zignorować, ale jeśli Jakuhō Raikōben zatłucze jego i Grimmjowa, to polecenie i tak straci jakikolwiek sens. Arrancar powstrzymuje go podniesieniem ręki. Nie wygląda na przestraszonego, zresztą Kurosaki nie spodziewał się tego po nim. Ex Espada wygląda na wkurwionego, bo przeciwnik odmawia mu walki. Ichigo dobrze zna to spojrzenie. Nadal robi się mu od niego trochę nieprzyjemnie.
I… nic się nie dzieje, chociaż trwa to już dłuższą chwilę. Chyba coś jest nie tak, bo całkiem miłą dla oka twarz dziewczyny szpeci chwilowy objaw złości, która przechodzi w niepewność. Ale i to znika, zastąpione irytacją.
- Bankai, srankai. Gówniana prowizorka. Wygląda na to, że Bankai potrzebuje czasu, by się zregenerować. I to ma być najpotężniejsze, co macie? Pff. No dobra, to się pobawimy. Bambietta Basterbine, dla przyjaciół… a nie. To sobie podaruję. A tobie jak?
- Grimmjow Jaegerjaquez. Bardzo źle zrobiłaś, że mnie tak podkurwiłaś na wstępie.
Bambietta wybucha śmiechem, ale po chwili chichot się urywa, kiedy miecz Arrancara muska jej policzek, zostawiając na nim krwawą kreskę. Ichigo jest prawie pewien, że Grimmjow mógł ją przynajmniej poważnie zranić, jeśli nie zabić. Ale też ma zamiar się pobawić. W końcu po to tutaj jest – dla rozrywki i zabicia czasu. Dziewczyna szybko odzyskuje nad sobą panowanie, ale już się nie uśmiecha. Od teraz będzie bardziej skupiona. Wyjmuje swój miecz, zdecydowanie krótszy niż katana Grimmjowa, ale czasem takie rzeczy nie mają znaczenia. Bez wahania naciera za przeciwnika i ich ostrza się krzyżują. Jest szybka, naprawdę szybka. Rzeczywiście, długość klingi nie ma wpływu na rozłożenie sił. Bambietta jest od Arrancara mniejsza i zwinniejsza, chociaż ten też porusza się trochę jak… kot. Wyglądają, jakby ze sobą tańczyli i Ichigo musi przyznać, że jest w tym coś pięknego. Musi przyznać, że Stern Ritter jest technicznie niemal doskonała, ale właściwie on sam widzi tylko Grimmjowa.
Nie miał do teraz okazji obserwować go z takiej pespektywy. Zawsze, gdy widział go nacierającego z Zanpakutō w dłoni, skupiał się tylko na tym, by stal nie zanurzyła się w jego własnym ciele. Doceniał umiejętności Grimmjowa, ale nie potrafił ich podziwiać, jak robi to na tej lodowej pustyni. Arrancar jest doskonały, jego ruchy są idealnie wyważone, a uniki odmierzone co do milimetra, by móc skontrować atak. On naprawdę czerpie z walki głęboką przyjemność i się nie ogranicza. Chociaż wszystko jest wyważone, to Grimmjow nie jest jednocześnie zachowawczy. Ryzykuje, szuka jakiejś luki. Rzuca wyzwanie, ale nie swojej przeciwniczce. On sprawdza sam siebie, przekracza własne granice, jakby chciał sobie samemu udowodnić, że może więcej. To jest… fascynujące. Czyni go niebezpiecznym i nieobliczalnym, bo rzeczywiście nie istnieje dla niego nic, poza walką i przeciwnikiem. Ichigo w tej chwili mu tego zazdrości. On sam nigdy nie sięgnie na taki poziom, bo nie walczy z taką euforią. Bije się zawsze po coś i nawet jeśli niekiedy starcie z odpowiednim przeciwnikiem daje mu radość, to traktuje je jako nieuniknioną konieczność. Do teraz nie rozumiał Grimmjowa w najmniejszym stopniu, ale w tej chwili sam chciałby poczuć jego euforię. Miał czasami wrażenie, że sięgał do tego, gdy walczył w masce, a teraz już wie, dlaczego. To był odblask jego Hollowa. Od ostatniego starcia z Ulquiorrą nie czuł nic takiego. Nienawidził tego, ale coś go w tym jednocześnie pociągało. I pierwszy raz mu takiej euforii brakuje, chociaż ledwo, i ze strachem, przyznaje to przed samym sobą.
Wszystko zwalnia. Wrogowie zdążyli już wybadać swoje siły i zacznie się walka na poważnie. Bardziej krwawa zabawa. Grimmjow wbija Panterę w ośnieżoną ziemię i przesuwa dłonią po sztychu. Z jego palców spływa krew. A więc zamierza wytoczyć największe działo. Ichigo obserwuje, jak Arrancar wyciąga przed siebie dłoń. Już to widział. Prewencyjnie odsuwa się kilka kroków do tyłu, gdy spomiędzy palców błękitnowłosego zostaje uwolnione niebieskawe Cero i uderza w dziewczynę, oddaloną o kilkaset kroków. Grimmjow uśmiecha się i Kurosaki sam też nie może się powstrzymać, by nie zrobić tego samego. Byle tylko ten drań nie zauważył. Kiedy powietrze po eksplozji znów staje się mniej więcej przejrzyste, ich oczom ukazuje się Bambietta, w mocno sfatygowanym mundurze i nienajlepszym humorze.
- Gran Rey Cero. Jesteś Espadą?
- O patrz, zapomniałem się przedstawić z pełną tytulaturą, jaki jestem, kurwa, źle wychowany. Sexto Espada w armii Aizena, aktualny pan Hueco Mundo.
- Taki kociak? A to inna zabawa. Więc jednak poznamy się bliżej, ale nie tutaj. Zapraszam ze mną.
Ichigo nie bardzo rozumie, co dziewczyna może mieć na myśli, ale Grimmjowowi wyraźnie nie pasuje taka odpowiedź. Ma zamiar chyba jej poprawić, tym razem mieczem, bo sięga do wbitego w lód ostrza. I nagle upada na kolana, a na jego twarzy maluje się bezgraniczne zaskoczenie. Kurosaki zdaje sobie sprawę, że szorstkie Reiatsu Arrancara, które czuł przez całe starcie, nagle zaczyna zanikać, jakby coś je pochłaniało. I wtedy sobie przypomina Quilge Opie i Ayona. O cholera, ta Stern Ritter absorbuje Reishi bezpośrednio budujące inną istotę duchową. No to żarty się skończyły. Chyba najwyższa pora opuścić ławkę rezerwowych, bo już dostatecznie dużo się naoglądał.
XII.
Odstawił pożałowania godną amatorkę. Nie powinien do tego dopuścić, zwłaszcza, że sam pogardza tą durną dziewuchą za niedocenienie przeciwnika. Żarty się skończyły. Nie powinien tak długo walczyć bez Resurrección. Kerr go ostrzegał, a końcu po to go trzyma, żeby jego informacje do czegoś się przydawały. Gdyby szybciej uwolnił Panterę, ta suka nie mogłaby dorwać się do jego Reiryoku. A teraz cholerny Kurosaki będzie miał z Grimmjowa ubaw. Cholera jasna.
Niemal naginająca jego wolę, niewidoczna siła, która rzuciła go na kolana i zmusza do podzielenia się mocą duchową, nagle przestaje napierać. Arrancar podnosi głowę i widzi przed sobą plecy Shinigami, który najwyraźniej zrobił coś, by rozproszyć tę cholerę, wysysającą z niego życie. No żesz, kurwa mać. Poprzysiągł sobie dwa lata temu, na piasku Las Noches, że nigdy już nie będzie oglądać jego pleców z takiej perspektywy. Cholerny Kurosaki.
- Wygodnie ci, Grimmjow? To sobie poleż i popatrz.
Pieprzony Kurosaki. Ale wyczucia stylu nie może mu odmówić. O niebiosa, jak teraz chciałby się z nim zetrzeć na śmierć i życie. Ale to jeszcze trochę musi poczekać. Na razie obserwuje, jak Shinigami błyskawicznie pojawia się za ciemnowłosą i głęboko kaleczy ją w lewe ramię. Naiwniak, nadal ma opory. Gdyby dostatecznie wykorzystał jej zaskoczenie, mógłby odciąć jej rękę. A ten gentelman powstrzymuje się przy kobiecie. Zaraz zapewne będzie tego żałował. I wtedy Grimmjow zwraca na coś uwagę. Na krótką chwilę z prawej dłoni Bambietty znika ostrze, a na lewym ramieniu pojawia się dziwny, siateczkowaty wzór. A może jednak nie mógłby odciąć jej ręki. Suka zastosowała jakąś technikę, coś jak Hierro. O tym też mówił Kerr. Ale jednocześnie nie mogła użyć swojego miecza. Bo jej klinga nie jest Zanpakutō, a jakimś rodzajem broni duchowej. Najwidoczniej nie może jednocześnie używać kilku technik Quincy. Ciekawe, czy Kurosaki też to zauważył?
Shinigami odskakuje od niej i wyciąga przed siebie Zangetsu. No tak, bo niczego innego nie ma w swoim bitewnym arsenale. Z ostrza uwolniony zostaje błękitny, sierpowaty pocisk, ale Getsuga mija cel. I Kurosaki obrywa krótkim mieczem Bambietty pod obojczyk. Grimmjow bardzo stara się ustabilizować swoje Reiatsu, bo w takim tempie niedługo będzie musiał zmienić Shinigami. Ale tamten nie daje za wygraną, zgodnie z przewidywaniami Arrancara. Temu chłopakowi zawsze wydaje się, że może wygrać. Głupie i naiwne, ale fascynujące. Kurosaki rusza się i zadaje kolejne uderzenia, jakby w ogóle nie był ranny. Ale ta ciemnowłosa bladź jest niezła. Oberwała Gran Rei Cero i nadal nieźle się trzyma. Jej siła leży w szybkości i zwinności. No i diabelnej wytrzymałości, bo w ofensywie zdecydowanie kuleje. Grimmjow musi przyznać, że jest szybsza od niego samego, a przynajmniej od niego bez uwolnionego miecza. Powinien zrobić to wcześniej i już byłoby po sprawie. W sumie nawet nie ma ochoty z nią walczyć. Chce ją utłuc. Jeśli z kimś tutaj naprawdę chciałby się bić, długo i epicko, to na pewno nie z dziewczyną.
Kurosaki nie daje za wygraną i w ramach wymiany ciosów kilkakrotnie ją rani. Jest równie szybki i o ile nie da się zaskoczyć i wykorzysta przewagę, to bez wątpienia ją pokona. O ile będzie w stanie naprawdę ją zabić. Tu akurat Grimmjow powątpiewa. Kurosaki marnuje kilka okazji, by nadziać ją na ostrze i to się zapewne na nim zemści. Zwłaszcza, że przeciwniczka wyraźnie już dostrzegła jego słabość. Na jej ustach pojawia się szyderczy uśmiech i naciera na Shinigami, zupełnie się odsłaniając, a on powstrzymuje się przed zadaniem śmiertelnego cięcia. Stern Ritter, wyczuwając sprzyjającą okazję, tnie Kurosakiego w lewy bok. Dlaczego ten głupek nie uwolni Bankai?! Z łatwością by ją rozwalił Getsugą z ostrza Tensy Zangetsu, nie musząc wcale zanurzać ostrza w jej ciele. Durny masochista. A teraz oczywiście zbiera baty. Grimmjow już nie może na to patrzeć. Jak Kurosaki może być tak doskonałym wojownikiem i jednocześnie takim skończonym idiotą? Dlatego sięga do Pantery i uwalnia swój miecz. Tak czy inaczej, przyszedł tutaj zabijać, a jak na razie nie miał jeszcze okazji nawet nikogo poważnie pokaleczyć.
- Grimmjow? Już ci lepiej? Chcesz się jednak dowartościować?
- A weź. Nie mogę na ciebie patrzeć. Kalasz moje wyobrażenia o tobie. Co kurwa, nie chcesz zarysować Tensy Zangetsu, czy lubisz się zbierać z ziemi? Zapomniałeś, do czego służy Bankai?
- Nie uwolnię tutaj miecza.
Ostatnie Kurosaki wymawia ze śmiertelną powagą, co trochę zastanawia Grimmjowa. O cholera jasna, od kiedy to on się zastanawia?! Ale o to mniejsza. Shinigami nie boi się utraty Bankai, chodzi o coś innego, a nie pora na dłuższe rozmowy. Kurosaki nie wahałby się sięgnąć do silniejszej broni, w końcu używał maski Hollowa, nawet jeśli go to niszczyło. Jeśli powiedział, że nie uwolni Zanpakutō, to nie ma o czym gadać. Za to przejście w Resurrección mocno zaabsorbowało uwagę Bambietty. No, psiamać, najwyższa pora. Czas zacząć zabawę, albo właściwie… Nie no, jednak ją zwyczajnie zajebie.
- Desgarrón.
Arrancar postanawia, że nie będzie się dłużej patyczkował. Ta walka wcale nie daje mu tyle satysfakcji ile oczekiwał. Już bardziej zajmująca była konwersacja z tą rudą, Inoue. No tak, w końcu zostawił w cholerę swoją armię. Nie może sobie pozwolić, żeby Kerrowi przyszło do głowy za bardzo przyzwyczaić się do roli przywódcy. Jeszcze mu tylko takiego syfu brakowało. Trzeba tu skończyć szybko, ale niekoniecznie bezboleśnie. Błękitne, śmiercionośne ostrza z Reishi powinny załatwić sprawę. Na chwilę, po ich uwolnieniu w kierunku czarnowłosej, traci czujność. No i dostaje za swoje. Kiedy nie słyszy oczekiwanego wrzasku agonii, odwraca się w kierunku swojej ofiary. Po ostrzach nie ma śladu. Yyy. Chyba coś przeoczył. Uświadamia go przeciwniczka, uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Aleś ty durny. Wypada tylko podziękować, moje zapasy Reishi były już na wyczerpaniu.
Dziewczyna trzyma w dłoni miecz, ale jakiś inny, niż poprzednio, choćby dlatego, że teraz iskrzy się błękitem. Arrancar zaczyna łapać. Zaabsorbowała cząsteczki duchowe, z których zbudowane były jego ostrza. Nie pomyślał o tym.
- No genialne - pogratulować, Grimmjow. I co, ja jestem żałosny? Nie zorientowałeś się, że ona ma broń duchową, a nie Zanpakutō?
- Zorientowałem się, no i?
- To coś jak Seele Schneider. Rozluźnia wiązania między cząsteczkami duchowymi i ułatwia ich absorpcję. Działa jak piła łańcuchowa, coś koło 3 000 000 drgań na sekundę.
- Drgań? Co ty pieprzysz? Czyli toto pochłania Reishi, załapałem. Nie ględź, Kurosaki.
- Chciałem się elokwencją wykazać. Zresztą… Następnym razem, zanim zrobisz coś głupiego, to mnie ostrzeż.
- Bo co? Co ty zrobisz? „Nie uwolnię Bankai, bo nie". A może ty go nadal nie masz i ściemniasz?
- No i od nowa… Grimmjow, to cię przerasta. Jak mówię nie, to nie. Bardziej to skomplikowane, niż budowa cepa, mózg by ci czaszkę rozsadził.
- Halo? Czy ja wam nie przeszkadzam?
Obydwaj odwracają się w stronę wołającej lekko zirytowanym głosem dziewczyny.
- O, przykułam uwagę. Miło.
I w ich kierunku leci grad pocisków duchowych. Są silne i diabelnie szybkie, na tyle, że Grimmjowowi nie udaje się ich uniknąć, chociaż jego uwolniona forma wydatnie dodaje mu zwinności. Kurosaki też poważnie obrywa, ale nadal może się ruszać. Kilkakrotnie używa Getsugi, ale ta suka jest dostatecznie szybka, by w porę odskoczyć. No tak, Arrancar podładował ciemnowłosą naprawdę pierwszorzędnym Reishi. Nie stanowi dla nich śmiertelnego zagrożenia, ale jest… upierdliwa. Dziewczyna znika im z oczu i po chwili muszą wiać przed atakiem zza ich pleców. Nie mogą w nieskończoność unikać pocisków, wypuszczanych seriami, przy czym kolejne nie są wcale słabsze od poprzednich. Grimmjow może użyć Garra de la Pantera… i co? Będą do siebie walić bez końca? By zadać skuteczny cios, on albo Kurosaki potrzebują przedrzeć się wystarczająco blisko, by walczyć w zwarciu. Wtedy przecinające powietrze strzały będą przeciw nim nieskuteczne. Mogą zaczekać, aż Bambietta wyczerpie zapas Reishi, ale… to poniżające. Muszą skończyć, zanim ktoś ich znajdzie i odkryje, jak dają ciała, zamiast się pozbierać. Robi się żenująco. Koleś, który udupił Aizena, i aktualny władca Hueco Mundo zbierają baty od rozkapryszonej dziewuchy. Koniec tego.
Podejmuje decyzję. Miał zamiar zachować to na specjalną okazję, ale że adresat i tak tutaj jest, więc przynajmniej zamknie wreszcie jadaczkę i nabierze do niego trochę szacunku. Może to przesada, ale naprawdę Grimmjowowi zaczyna się spieszyć, a ta zołza coraz bardziej działa mu na nerwy, nie chcąc zwyczajnie paść trupem. No i nie może sobie podarować widoku miny Kurosakiego. Właściwie, to tylko o to mu chodzi.
- Cofnij się o dziesięć metrów. No może o dwadzieścia. Już wyglądasz jak gówno i nie chciałbym cię zabić niechcący, Kurosaki.
Nie zadaje sobie trudu, by obserwować cień zaskoczenia, jaki maluje się na twarzy chłopaka. Popatrzy sobie za chwilę, bo wtedy będzie ono pełne. Skupia się i obejmuje całą swoją moc, kumulując energię duchową. I kiedy czuje, że osiąga już granicę, uwalnia wszystko. Naprawdę wszystko, na co kiedykolwiek będzie go stać. Ostateczna granica. Moc wybucha w przestrzeń, a powietrze zabarwia się głębokim granatem jego Reiatsu. Kiedy zmarznięte drobinki wody, wymieszane z ciemną ziemią, opadają i odsłaniają widok, obserwuje z satysfakcją stojącą jak kołek Bambiettę, zaskoczoną do tego stopnia, że prawie zbiera szczękę ze śniegu. On sam uśmiecha się drapieżnie, kiedy rzuca jej wyzwanie swoim głębokim, gardłowym, zwierzęcym głosem.
- Przeskocz to, dziwko. Segunda Etapa. Nadal nie jestem godnym przeciwnikiem?
XIII.
Ta walka zaczyna przypominać… właściwie ciężko to porównać do któregoś starcia, z jego bogatej w bitewne doświadczenia przeszłości. Coraz bardziej natrętnie nasuwa mu się na myśl słowo „kompromitacja", ale uparcie je od siebie odpycha. W każdym razie nikomu nie będzie się tym chwalił. Coś muszą zrobić, bo spędzą na umykaniu i próbach oskrzydlenia tej upartej Stern Ritter resztę dnia. Nie ma czasu na coś takiego. Nawet w najbardziej absurdalnych scenariuszach nie zakładał, że jeśli kiedykolwiek jeszcze będzie walczył z Grimmjowem, to razem zbiorą baty od jakiejś dziewczyny. Ex 6. Espada też zapewne widział to inaczej w swoich krwawych snach. Bo to, co ma miejsce tutaj, zaczyna przypominać cyrk. Gdyby nie jego rosnąca irytacja, płynąca z tego, że powinien być już gdzie indziej, Ichigo chyba zacząłby się śmiać z nich obydwu. Grimmjow najwyraźniej też ma już dość. I zapewne ma racje w tym, że Kurosaki wygląda gówniano, bo tak się czuje, nie tylko fizycznie. Zbierał już porządny łomot, kilka razy był na granicy życia i śmieci, w sumie nie jest pewien, czy przynajmniej raz nie umarł. Ale nigdy nie obrywał w tak kiepskim stylu. Dobrze, że nikt tego nie widzi. Tylko co wymyślił ten popaprany Arrancar?
Ichigo zapobiegawczo stosuje się do jego sugestii i robi mu więcej miejsca. I nagle Grimmjowa otacza ciemnogranatowe Reiatsu. Zaraz… granat? A to coś nowego. Energia duchowa, emanująca od Arrancara wciska rudowłosego w ziemię i całą siłę woli wkłada w to, by ustać na nogach. I ciemna, chaotyczna aura się rozprasza. Słyszy w uszach drapieżny, dobrze mu znany głos ex Espady, ale tym razem odbijający jeszcze większą dzikość. Ale to, co widzi między opadającymi tumanami, nie jest Grimmjowem, którego miał przed oczami chwilę temu.
- Przeskocz to, dziwko. Segunda Etapa. Nadal nie jestem godnym przeciwnikiem?
O cholera. Nie, żeby nie doceniał Arrancara. Spodziewał się po nim wszystkiego, bo błękitnowłosy go do tego przygotował w poprzednich starciach. Wiedział, że Grimmjow nie ma limitów i jest nieobliczalny. Ale nie spodziewał się po nim tego. Jeśli chodziłoby o sam element zaskoczenia, to posunięcie Arrancara sprawdziło się doskonale. Po chwilowym szoku spływa na niego inna świadomość. Grimmjow Jaegerjaquez nie jest już tylko byłym „szóstym". On się naprawdę pozbierał i aktualnie jest najsilniejszym Arrancarem w Hueco Mundo. Przyprowadził tutaj armię z prawdziwego zdarzenia. I oczywiście niczego się nie boi. W innych okolicznościach przyrody ta wiedza byłaby powodem do daleko idącego niepokoju.
Bambietta wygląda tak, jakby oberwała czymś ciężkim w głowę, ale nie wydaje się to Kurosakiemu powodem do drwin. Sam czuje się tak samo. Stern Ritter jednak odzyskuje rozsądek dużo szybciej, niż można było oczekiwać. Nie zasypuje ich kolejnym gradem duchowych pocisków. Wygląda na przerażoną i spanikowaną, ale idzie o jej przetrwanie. Sięga do kieszeni munduru i wyciąga przed siebie okrągły artefakt. No i teraz mają problem. O ile czarnowłosa zdoła użyć przeciw nim Jakuhō Raikōben. Bankai ma limity, a ona zwolniła pieczęć i ponownie uwięziła go przynajmniej dwa razy. Arrancar jednak zdaje się tym nie przejmować. Tak jak Bambietta, wciąga przed siebie dłoń… łapę… Cholera, w Resurrección wyglądał dziwacznie i przerażająco, ale teraz to już przeszedł samego siebie. Instynkt Kurosakiego każe mu skierować przeciw Grimmjowowi czarne ostrze Zangetsu. Jego zmysły Shinigami szaleją, nie pozwalając mu zachować spokoju w obecności Arrancara w Segunda Etapa. Jakby pamiętały, jak zakończyła się ostatnia przygoda z innym Espadą w tej formie. Ale Ichigo musi się skupić na ich wspólnym, czarnowłosym problemie.
Bambietta, chociaż z wyraźnym trudem, ponownie zwalnia pieczęć i uwolniony Bankai zderza się z jednocześnie odpalonym przez Grimmjowa, krwistoczerwonym Cero. Kurosaki natychmiast usuwa się z pola rażenia, ale nie ma zamiaru stąd zwiać. Skoro sprawy się tak mają, to może uda mu się wykorzystać okazję. Shunpo pozwala mu zniknąć ułamek sekundy przed tym, nim podmuch dwóch, skumulowanych ataków zmienia epicentrum w wielki krater. Cero Grimmjowa całkowicie niweluje moc Bankai, a nawet napiera na dziewczynę, zmuszając ją do przemieszczenia się. Zgodnie z przewidywaniem Ichigo, Bambietta pojawia się tuż przed nim i prawie sama nadziewa się na jego miecz. Wystarczy przesunąć go o kilka centymetrów. Shinigami widzi jednak tylko jej przerażone oczy i cofa ostrze, po czym tnie ją w prawe ramie. Jest obezwładniona i przestaje być jego zmartwieniem. Jego cel jest inny.
Zdrętwiałe ramię Stern Ritter opada bezwładnie, a palce wypuszczają okrągły medalion. Ichigo chwyta go w swoją dłoń. Niespodziewanie czuje, jak energia artefaktu zaczyna do niego przepływać i łączy się z jego własną. Nie czuł nigdy nic podobnego. Wiedział, że gdzieś tam jest, bo uratowała mu życie w dniu Inwazji, obwieszczając swoją obecność siatkowatym wzorem na jego przedramieniu. Ale, przez kilka dni w Karakurze, Ishida nie zdołał jej z niego wyciągnąć, ani wytłuc na zewnątrz siłą, chociaż bardzo się starał. Teraz Kurosaki ma wrażenie, że jego wewnętrzny błękit pozwala mu zapanować nad medalionem. Nie wie jak, ani dlaczego, ale ma pewność. Chce to zrobić. Więc naśladując gest dziewczyny wyciąga artefakt przed siebie, w kierunku nadal naciskającego, a raczej przygniatanego przez Cero Jakuhō Raikōben.
- Stopniej… Morze staje się chmurami, chmury stają się deszczem, deszcz staje się parą…
Mówi coraz ciszej, a ostatnie słowa zupełnie giną w szumie rozszalałego wiatru. I Bankai odrywa się od czerwonej wiązki energii Arrancara. Towarzyszy temu rozbłysk czerni i cała moc zostaje zapieczętowana w medalionie. Kurosaki czuje, jak początkowo Bankai próbuje się wyrwać poza ścianki artefaktu, ale on sam jest w niewytłumaczalny sposób w stanie nad tą mocą zapanować. Najgorsza w tym nie jest jednak nieokiełznana siła, ale wydzierająca z niej rozpacz. Odblask tego, co zapamiętał z dołu Nimanyi. Jedno z najgorszych wspomnień jego życia. To go wyczerpuje, ale stara się nie stracić kontroli i powoli wszystko się wycisza, choć ma wrażenie, że cały proces trwa wieczność. Nie może ciągnąć się tak długo, bo Bambietta nadal opada na ziemię, jak w zwolnionym tempie. I po chwili jest już przy niej Grimmjow, który nie podziela sentymentów rudowłosego. Arrancar jest zwolennikiem równouprawnienia na polu walki. Wbija długie pazury w klatkę piersiową dziewczyny, nie pozostawiając jej czasu, by zorientowała się, w jaki sposób umiera. Ostre pazury napastnika kaleczą, czy właściwie rozrywają ją, przebijając się przez tkanki na wylot. Grimmjow wyrywa swoje ramię, zanurzone w niej niemal po łokieć, rozchlapując czerwoną posokę na śniegu. Kiedy ciało upada na ziemię, w rozszerzonych w agonii oczach nie ma już życia.
Ichigo robi kilka kroków i upada na kolana. Ma zamiar wstać, ale medalion ciąży mu w dłoni, a za nic w świecie go nie wypuści spomiędzy zaciśniętych palców. Za dobrze wie, ile Zanpakutō i Bankai znaczy dla Shinigami. Więc przechyla się i opada plecami na śnieg. Potrzebuje chwili, by dojść do siebie. Przymyka powieki, chroniąc je przed drażniącymi, wirującymi w powietrzu drobinkami lodu. Po chwili uświadamia sobie, że kilka kroków od niego opada na ośnieżoną ziemię Grimmjow. Słyszy jak jego przyspieszony oddech zwalnia. Najwidoczniej też ma chwilowo dość. Kurosaki, nie ruszając się, przerywa ciszę.
- Segunda Etapa, co? W tej wersji wyglądasz paskudniej, niż w Resurrección.
- A chuj mnie obchodzi twoje zdanie, Kurosaki.
Głos Grimmjowa jest inny niż poprzednio, zupełnie pozbawiony gardłowego brzmienia, choć z wyczuwalną nutką irytacji. Rudowłosy podnosi powieki i przechyla głowę. Spotyka spojrzenie błękitnych oczu Arrancara, który dochodzi do siebie obok, już w swojej nieuwolnionej formie, z Panterą wbitą w śnieg. Może z wyczerpania, a może w związku z absurdalnością całej sytuacji i wszystkiego, co miało miejsce na tym kawałku lodowego pustkowia, Ichigo puszczają hamulce i wybucha nieposkromionym śmiechem. Zwyczajnie… nie może się powstrzymać.
- Z czego rżysz, Kurosaki?
Shinigami zaciska zęby, żeby się opanować, ale zaczynają nim niemal targać konwulsje, więc ponownie poddaje się atakowi chichotu. Grimmjow z wyższością odrywa od niego wzrok.
- Kretyn.
Chłopak zupełnie ignoruje tę uwagę, ulegając kolejnemu napadowi irracjonalnego śmiechu. To robi się naprawdę dziwne, nawet dla niego samego. I wtedy zdaje sobie sprawę, skąd taka reakcja. Wszystko jest nie na swoim miejscu. Przed chwilą do spółki z Arrancarem zabił dziewczynę. Trzyma w dłoni okaleczony Bankai. Wszędzie dookoła toczą się walki. A on od jakiegoś czasu wie już, jak to się skończy. Dla niego i wielu innych. Ale do teraz nie dopuszczał do siebie tej myśli. Trzymając uwięziony Bankai, przeszywający jego duszę nie fizycznym bólem, wreszcie zaakceptował rzeczywistość. Wszystko jest nie tak, jak być powinno. Równowagę światów szlag trafił, ale wszystko musi wrócić na swoje miejsce. Ta świadomość pozwala mu się uspokoić. Kiedy w końcu przestaje chichotać, Grimmjow ponownie się odzywa.
- Za mocno ci w łeb walnąłem? Najgorsza walka mojego pieprzonego życia. Ty chyba też nie będziesz się tym chwalił. Co w tym, kurwa, zabawnego?!
- Wszyscy umrzemy. Niezależnie, jak to się skończy.
- Poważnie, odjebało ci. Sam do tego doszedłeś, czy ktoś inny cię oświecił?
Ichigo zupełnie poważnieje i chwilę milczy. Grimmjow, który mówił do tej pory w przestrzeń, nie zaszczycając go spojrzeniem, odwraca do niego głowę. Shinigami chwilę na niego patrzy, po czym odpowiada prawie szeptem.
- Król Dusz.
