I.
Przez szparę wkradło się trochę światła, ale te odrobinę jasności przyćmiewa sylwetka, która się pojawia w uchylonych drzwiach. A za nią ktoś jeszcze. Żaden z Arrancarów nie jest tym, który odwiedził ją poprzednio.
- Ja pieprzę. Rzeczywiście, to Nelliel Tu Odelschwanck. A już się zastanawiałem, co zrobię D'ashetowi za takie naiwne łgarstwo. Te, w Lodowym Wymiarze rzeczywiście są inni Arrancarzy? Grimmjow? Całe cholerne Soul Society?
Nie ma siły odpowiedzieć, więc tylko potakuje ruchem głowy. Czuje się całkowicie bezsilna i kiedy drugi z tajemniczych gości uwalnia jej ręce z metalowych oków, które trzymały jej ciało w pionie, automatycznie opada za zimną posadzkę. To nie może być tylko osłabienie po walce. Czuje, jak jej moc od niej cały czas odpływa i nie ma już kontroli nad swoim Reiatsu. Ten, który ją uwolnił wywleka jej osłabione ciało na zewnątrz i słyszy za sobą przytłumiony głos tego drugiego.
- Tier też musimy zabrać. Potrzebujemy jakiejś karty przetargowej. Psiakrew, wygląda jak kupa gówna, królowa od siedmiu boleści. Spadajmy stąd, bo skończymy ledwie żywi, jak te dwie.
A więc to ta cela. Może ściany są zrobione z jakiegoś wysysającego Reishi budulca. Nieważne. Ma wrażenie, że nagle nacisk destrukcyjnej siły ustaje. Jakby opuścili miejsce otoczone jakąś barierą. Już po kilku chwilach czuje się trochę lepiej. Da radę iść o własnych siłach. Musi się stąd wydostać. Ma za zadanie odnaleźć Ichigo i resztę. Inoue. Kiedy odrywa się od wlokącego ją Arrancara, po chwili ktoś rzuca w nią białym płaszczem Soldat. Musi wyglądać na dezorientowaną, bo zirytowany długowłosy brunet, którego rysy rozpoznaje, wyjaśnia pobłażliwym głosem.
- Zarzuć ten łach na plecy. Masz maskę, więc w mundurze będziesz dla Soldat tylko arrancarskim psem. Duże się nas tu kręci, o ile nie trafimy na Stern Rittera, nikt się nie zorientuje. Tylko wychodzimy małymi grupami. Najwyżej po trzech. Ale mamy coś jeszcze do zrobienia.
- D'ashet, darujmy sobie. Niby co z tym zrobimy. Po pierwsze, nie przejdziesz przez drugą barierę. Ktoś zawsze pilnuje. Po drugie, nie dotkniesz tego, bo wessie całe twoje gówniane Reishi. Nawet Stern Ritterzy trzymają się z daleka i zadołowali to gówno pod ziemią. Spieprzajmy stąd.
- I rozwalą nas, jak tylko się zorientują, co jest grane. Jakbyśmy to mieli… użyj głowy dla odmiany.
- Jak położymy na tym łapę, to na pewno się zorientują i nam nie popuszczą. Nie taki był plan. Nie pogrywaj sobie z nami.
- Ale z was cieniasy. Pomyśl. Mając to, bylibyśmy nietykalni. Mogą nas ścigać, ale z mocą Hōgyoku rozwalilibyśmy każdego chętnego do bitki.
Niemożliwe. A więc to jest za ścianą. Gdzieś w pobliżu. Dotknąć Hōgyoku. Zawsze o tym marzyła. Dowiedzieć się, po co w ogóle została powołana do życia.
- Alarm. Pieprzeni Soldat. Dwie grupy, mamy przesrane.
Rzeczywiście, za nadbiegającym z końca korytarza Arrancarem podąża kilkunastu Soldat. Z kolei ich jest siedmioro. A za szeregowymi Vandenreich widzi żołnierza w innym uniformie. Stern Ritter. Nie jest dobrze. Czuje, jak znów naciska na nią destrukcyjna błękitna energia, próbując dobrać się do jej Reiryoku. Ale jest słabsza, niż ta w celi, chociaż bardziej ukierunkowana. Ale ona wie już, co zrobić. Ktoś jej to powiedział, chwilę po wylądowaniu na śniegowym pustkowiu. Chwyta Gamuzę i skupia na niej swoją moc, trochę zdziwiona, że w ogóle jej ją zostawili przy boku. Ale dla Vandenreich ona i jej podobni to tylko uciążliwe, choć przydatne robactwo. Przecież żaden nie odważy się zwrócić przeciw swoim panom. No to ten konkretny Stern Ritter trochę się zdziwi. Kątem oka widzi, jak reszta, stojąca obok niej, pada, jeden po drugim, kiedy Vandenreich przebija się bez trudu przez ich naturalne bariery i zaczyna absorbować ich moc. Ona też upada na kolano, by przyjąć dogodniejszą pozycję. Po chwili odbija się od posadzki i jednym, długim skokiem dopada do zaskoczonego Stern Rittera, tnąc go przez pierś. Nacisk ustaje. Kiedy Pozostali Arrancarzy zdają sobie z tego sprawę, przejmuje nad nimi kontrolę inna siła – ich wrodzone instynkty. Po kilku sekundach od krwi Soldat posadzka staje się śliska.
- Jak to zrobiłaś, do jasnej cholery?!
Odwraca się do D'asheta i wie, o co ten pyta. Musi im powiedzieć, jeśli mają opuścić te mury. I tak nie wykorzystają tego przeciw niej, bo nie są w stanie.
- Zanpakutō chroni przed absorpcją Reishi. Żeby być zabezpieczonym przed takim atakiem, trzeba uwolnić Resurrección, albo przywołać moc Zanpakutō. Coś jak niepełne uwolnienie.
Kiedy tamci przyswajają nową wiedzę, ona skupia myśli na czymś innym. Hōgyoku. To szaleństwo. Żadne z nich nie będzie w stanie władać taką siłą i najpewniej każdy, kto tylko spróbuje, zginie. To Hōgyoku jest inne, jak… jak antymateria. Jest kuszące dla Arrancarów, dla niej samej, ale zbyt niebezpieczne. Nie powinno istnieć. Z tym, że nie są w stanie go zniszczyć, tak jak Soul Society nie mogło unicestwić Hōgyoku Aizena, zresztą zapewne nikt z nich nie podzieli jej poglądu. Ale Vandenreich nie może go użyć. Tylko co można… Można ich spowolnić. Lepsze to, niż nic.
- Nie możemy przejąć Hōgyoku. Jeśli macie zamiar się stąd wydostać, to ruszenie Hōgyoku zaprowadzi wszystkich do grobu. Ale tak po prostu się stąd nie wyjdziemy, bo ruszy pościg. Powinniśmy ich czymś zająć.
- Co ty chrzanisz?! Ja osobiście mam Hōgyoku głęboko w poważaniu. Spadamy stąd, a jak się nie podoba, to se zostań.
Nelliel automatycznie pojawia się przy leżącej na podłodze Tier i przykłada jej sztych do gardła.
- Zabiję waszą kartę przetargową i sama się stąd nie ruszę. Jak wyjdziecie za próg, zginiecie z ręki Vandenreich, Quincy, Shinigami albo ludzi Grimmjowa. Nie macie jak opuścić Lodowego Wymiaru.
- Nie wkurzaj mnie, bo się nie pohamuję. Jak ci zaraz…
- Spokój. Tu Odelschwanck ma rację. Zajmiemy czymś cholernych Vandenreich i kupimy sobie przychylność reszty. Pomyśl o swoim tyłku, tłuc się będziesz mógł do woli, jak już wylądujesz na ojczystym piachu Hueco Mundo.
- Co ty pierniczysz, D'ashet?!
- Tu Odelschwanck się nam przyda, bo bez niej rzeczywiście nas skasują. Tier… a od bidy możemy też ją ze sobą targać. A Vandenreich… No nie mówcie, że nie żywicie delikatnej urazy. Więc w ramach rozrachunków spalmy im tę budę. Trochę ich to powinno zająć.
II.
Niebieskie oczy Grimmjowa instynktownie rozszerzają się jeszcze bardziej, a z tonu jego głosu znika kpiarska nuta. Ichigo nie jest pewien, czy rozmawiał kiedyś z poważnym Grimmjowem, bez szaleństwa w drapieżnych oczach, ale z drugiej strony jego niedawny napad obłąkańczego śmiechu na pewno dał Arrancarowi do myślenia.
- Gadałeś z Królem Dusz?
- Niezupełnie. On nie jest… osobą. To było najdziwniejsze doświadczenie mojego życia. Ale po prostu wiem. Kiedy się skończy z Vandenreich… wszystko się dla nas skończy.
- „Nas"? Kurwa, gadasz jak potłuczony. Albo mów konkretnie, albo mi dupy nie zawracaj.
- Arrancarzy, Visoredzi, wszystkie rasowo nie czyste istoty są zakłóceniem równowagi. A ja jestem najmniej normalny w tym składzie. Jeśli Król Dusz będzie musiał się wmieszać… nie potrafię powiedzieć, co się stanie. Ale świat znów będzie taki, jak na początku. Czysty.
Grimmjow podnosi się w milczeniu i wyrywa Panterę z lodowej tafli. Wyciąga przed siebie Zanpakutō i przykłada sztych do szyi wciąż leżącego na śniegu, lekko zaskoczonego Kurosakiego. Chwilę patrzą sobie w oczy, obaj śmiertelnie poważni, a w spojrzeniu chłopaka odbija się zrozumienie. Wreszcie Grimmjow podnosi ostrze i wkłada je do pochwy.
- A więc z bicia nici. Kurwa, słowu Shinigami nie można ufać.
- I tyle?
- A co, może sobie z tobą usiądę i się rozpłaczę, cholera jasna? Nie uwolnisz Bankai, a jedna żenująca walka na dziś mi wystarczy. Mam gdzie indziej do zabicia przynajmniej jedną osobę i muszę ją znaleźć na tym zadupiu, zanim nadzieje się na miecz jakiejś innej łajzy. Skurwiel jest durny jak ty, więc na jego instynkty nie ma co liczyć.
Odwraca się na pięcie i jakiś czas wpatruje się w wirującą na wietrze biel, a potem… po prostu znika. Ichigo także podnosi się ze śniegu. Teraz czuje się jak kretyn, bo Grimmjow drugi raz postawił go do pionu. To naprawdę musi być koniec świata. Ale nie będzie się przecież mazał. Musi oddać medalion i sprawdzić, co z pozostałymi. Pociągnie to dalej, bo złożył inną obietnicę. Doprowadzi wszystko do końca na swoich warunkach, a kiedy opadnie postapokaliptyczny pył, Rukia będzie w jednym kawałku. Ona jest jego światem do uratowania.
Dzięki Shunpo dociera do reszty w ciągu kilku chwil. Są tutaj wszyscy, łącznie z mocno poturbowaną Suì-Fēng. Kobieta opiera się o ramię Renjiego, który z kolei wygląda… cóż, jakby wrócił ze spaceru. Najwyraźniej on nie miał większych problemów z przeciwnikiem, skoro są już tutaj, choć wygląda na to, że dołączyli do pozostałych zaledwie przed momentem. Wiedział, że nowo przekuty Hihiō Zabimaru jest potężniejszy, ale to chyba nie tylko to. Renji też jest na zupełnie innym poziomie, niż przed wizytą w Reiōkyū. Ale myśli Ichigo zaprząta co innego. Podchodzi do kapitan 2. Oddziału i wyciąga do niej na dłoni okrągły artefakt. Czuje, jak wzrok wszystkich skupia się na nim, a on z kolei koncentruje całą swoją błękitną moc, która mu się poddaje, i bez wymawiania jakichkolwiek słów zrywa jej więzy z medalionem. Jakuhō Raikōben, w oślepiającym rozbłysku światła, uwalnia się ze sztucznego więzienia, ale nie przybiera formy, którą Kurosaki widział, gdy manipulowała nim Bambietta. Chłopak po prostu go uwalnia, pozbywając się ciężaru okaleczonego, gniewnego Bankai, i nie ukierunkowuje jego mocy na konkretny cel. Suì-Fēng, czując utraconą moc swojego Zanpakutō, przywołuje go i Jakuhō Raikōben łączy się z wyciągniętym ostrzem jej Shikai, dokładnie tak, jak wcześniej Sebonzakura Kageyoshi powróciła do Byakuyi. Nie pyta nawet o Bankai kapitana Komamury. To nie ma już znaczenia. Ciszę przerywa Hirako Shinji, nie spuszczając wzroku z Ichigo, któremu robi się pod jego skupionym spojrzeniem bardzo niekomfortowo.
- A więc tak się mają sprawy. W takim razie… Urahara, chyba jednak ogłaszamy pełną mobilizację. Tak jak zakładał plan B.
Urahara porozumiewawczo kiwa głową. Kurosaki jest zaskoczony. Przecież mieli tylko zebrać informacje, odzyskać Bankai i się przegrupować. To usłyszał pół godziny temu.
- Więc… inwazja? Ale… dziś?
- Ehh, Ichigo. Przecież kiedyś trzeba to skończyć. Teraz jesteśmy gotowi.
A więc Hirako też wie. Pewnie wszyscy kapitanowie Gotei wiedzą. Dlatego z nim nie rozmawiali. Dlatego są tu wszyscy: Arrancarzy, Shinigami, Quincy… Zapewne pojawią się Visoredzi. Naprawdę nie myślał, że ostateczne starcie będzie miało miejsce tutaj. Dzisiaj. Nawet zabierając się z Hueco Mundo z arrancarską armią podświadomie wierzył, że Lodowy Wymiar to tylko przystanek. Ale nie mogą przecież wpuścić Vandenreich do żadnego wymiaru bogatego w Reishi. W żadnym razie nie do Reiōkyū. Tylko jakoś nie może uwierzyć, że chodziło jedynie o odzyskanie Bankai. Nadal patrzy intensywnie w oczy Hirako, a ten chyba rozumie jego nieme pytanie.
- Taaa… Nie chodziło tylko o Bankaie, nadal nie wiemy, w jaki sposób zapobiec ich „kradzieży", więc właściciele nie powinni nimi szarżować. Ale przynajmniej osłabiliśmy przeciwnika, uniemożliwiając ich wykorzystanie przeciw Gotei. Dlatego nadal nie zalecam uwolnienia nierozważnie Tensy Zangetsu. Ale to też wiesz, zapewne Nimaiya zabronił ci go tutaj używać.
- Skąd..? Wiesz… o wszystkim?!
- Jesteś nadal dzieciakiem, Ichigo. Ja jestem kapitanem Gotei 13, z moją wiedzą i znajomością historii, wnioski nasunęły się same. Visored, pół-Quincy, człowiek… nie ma znaczenia. Żyjemy by chronić. Tutaj dokładnie to robimy. To bardzo dobry powód, by wyciągnąć Zanpakutō i stanąć przeciwko czemukolwiek, co wyjdzie z tej śniegowej burzy. Nie ma nic ważniejszego.
- Ale pół godziny temu usłyszałem coś innego. Ludzie… naprawdę mam dość niewiedzy.
- Pół godziny temu… pół godziny temu mogłeś być dla nas problemem na miarę Vandenreich. Dopóki nie panowałeś nad częścią mocy, którą dostałeś po swojej matce. Nie mogłeś się tego zwyczajnie nauczyć. Ty nie przyswajasz wiedzy o nowych umiejętnościach jak każdy inny Shinigami. Ty je opanowujesz… samorzutnie. Tak było z Bankai, z mocami Hollowa, z Saigo no Getsugą Tenshō. To jest niebezpieczne, i to nie tylko dla ciebie samego. Pogodzenie mocy Shinigami i Quincy to coś bardziej złożonego, niż rozprawa z wewnętrznym Hollowem. Gdybyśmy nie wiedzieli, że nad tym zapanowałeś… odesłalibyśmy cię do domu. I sami też się stąd zebrali. Mamy jedno podejście i nie możemy sobie pozwolić na wtopę.
- Chyba żartujesz?! Zresztą, ja nie umiem się posługiwać mocą Quincy. Po prostu z tym medalionem… tak wyszło.
Do rozmowy włącza się Urahara, lekko się uśmiechając. Ichigo zna ten uśmiech i nie ma on nic wspólnego z wesołością.
- Tak wyszło? Byłeś go w stanie zapieczętować i uwolnić. Związać Bankai mocą, zamykając w medalionie. Błękitna energia Quincy poddała się twojej woli i scaliła z mocą Shinigami. Tylko Quincy może posługiwać się medalionem zgodnie z jego przeznaczeniem. A jedynie Shinigami potrafi panować nad Bankai, choćby tylko zamkniętym w artefakcie. Przy twoim obecnym poziomie mocy nie obawiałbym się, że ktokolwiek byłby w stanie cię pozbawić twojego własnego, Kurosaki-san. Chociaż nadal nie zalecam go używać, jeśli to nie będzie bezwzględnie konieczne. Tensa Zangetsu spod ręki Nimaiyi należy do takich Bankai, które nie nadają się do sparingów.
III.
A więc tutaj się wszystko skończy. Na dobrą sprawę teraz nie powinno go być ani tutaj, ani gdziekolwiek indziej. Wczoraj zastanawiałby się, czy za kilka minut nie przeleci mu przed oczami całe dotychczasowe życie, ale dziś wie, że to bujda. Nie było żadnych ckliwych slajdów z przeszłości. Doświadczenia z rodzaju takich, jakim stawił czoło w ciągu ostatnich godzin, pozwalają patrzeć na świat z innej perspektywy. Był przekonany, że zginie i przyjął to, objął całym sobą i zaakceptował. Chociaż nadal nie wierzy, że przywołał ten tandetny wiersz. Musi wymyślić lepszy. Teraz nie boi się umrzeć, jednocześnie jeszcze mocniej ceniąc swoje życie. Ale wie, że sam będzie zadawał śmierć, by nie zginęli inni. Jest cząstką ostatniej linii obrony, której zadanie to ocalenie świata… wszystkich światów przed zagładą. Stanie obok innych, obok Ashige, kapitanów, nawet Arrancarów i Quincy, bo jest Shinigami. Nigdy nie traktował z pietyzmem swojego „powołania", jakim jest strzeżenie równowagi dusz. Po prostu kochał walczyć z Kumade w dłoni, pod dowództwem Kenpachiego, wspólnie z bandą tych sadystycznych popaprańców z „jedenastki". Teraz czuje naprawdę, że jest nie tylko oficerem 11. Oddziału, ale częścią siły, którą Król Dusz postawił na straży równowagi. To cholernie dobre uczucie.
Jakby w odpowiedzi na słowa Shinjiego Hirako, które Taku dosłyszał, mimo, że nie on był ich adresatem, przez wirujący w powietrzu biały puch przebijają się złotawe rozbłyski Kidō. Pojawia się wsparcie. A więc inwazja. Shinigami dostrzega z kilku kierunków złotawe światło, przytłumione przez szalejącą śnieżną burzę. Prawdopodobnie armia tej wielkości potrzebuje kilkunastu portali, by bezpiecznie dokonać przejścia. Jest gównianym taktykiem, ale nawet on nie zaryzykowałby wysłania całego Gotei jednym kursem. Po chwili widzi już zbliżających się przybyszów. Ale jednak… wygląda na to, że Shinigami nie przybyli w pełnym składzie kadrowym. Z jego punktu widzenia to mało ważne, stoi tu przecież z najsilniejszą ekipą z „jedenastki", a na horyzoncie widzi Kenpachiego Zarakiego, oczywiście ze swoją wicekapitan na ramieniu.
- To gdzie są te dupy wołowe? No, akurat tym razem nie było do was, Ikkaku… Yumichika... Gdzie ci cali Stern Ritterzy? Soldat gówno mnie obchodzą, nawet się przy nich nie rozgrzeję.
Taku czuje, jak jego usta rozciągają się w uśmiechu. Jest z nimi Kenpachi i wygląda, jakby był w szczytowej formie. Teraz znów czuje się nieśmiertelny i zapewne to przeświadczenie podziela reszta chłopaków z 11. Oddziału. Znowu ma irracjonalne przekonanie, że dla Kenpachiego nie ma przeciwnika, którego nie byłby w stanie pokonać. Kumade podziela jego myśli. Woła o krew. Zapewne za moment jej posmakuje, bo przybycie takiego wsparcia nie może przejść niezauważone. A właściwie… Vandenreich już tu są.
Taku uwalnia swój Zanpakutō i to samo robi stojący najbliżej, po jego lewej ręce, 9. oficer 5. Oddziału. A także Soichi, trzymająca się zawsze w pobliżu Ashige. Hayato na chwile pozwala sobie stracić koncentrację, bo widzi coś, co od dawna napełniało go ciekawością. Shikai Shigeko Soichi. I jest zafascynowany, spodziewa się bowiem jakiejś bajeranckiej, kidō-strzelnej, tajemniczej broni. Ale widzi w jej dłoni… ostry kawałek żelaza. I to całkiem brzydki. Czuje się tym lekko zawiedziony. I to miała być ściśle strzeżona tajemnica dziewczyny? Patrzy na bliźniacze ostrza Kumade i ogarnia go fala euforii. Jest dumny ze swojego Zanpakutō. W podzięce, że tak wspaniałe ostrze wybrało właśnie jego, pozwoli mu zasmakować krwi wrogów, których szeregi wyłaniają się z nieprzeniknionej bieli. Muszą być naprawdę blisko Lodowego Pałacu, bo reakcja Vandenreich jest naprawdę szybka. Taku widzi przynajmniej jednego Stern Rittera, ale nawet o tym nie myśli. Są tu kapitanowie, a Kenpachi naprawdę mógłby go zabić, gdyby 10. oficer sprzątnął mu sprzed nosa mniej pośledniego przeciwnika. Więc rzuca się na Soldat, nawet nie wybierając konkretnego celu.
O kilka kroków wyprzedza go Ashige, któremu widocznie Shikai wydatnie podnosi szybkość. Tak pewnie wygląda Shunpo, o którym Taku nie ma bladego pojęcia. Cóż… Soldat dla wszystkich wystarczy. Dopada już pierwszego w swoim zasięgu, ale ten unika cięcia jego krwawej klingi. Biało odziany skubaniec nie ma zamiaru tanio sprzedać życia i sam zadaje cios mieczem o błękitnym ostrzu. Taku paruje uderzenie i natychmiast orientuje się, że przeciwnik jest od niego szybszy. Nawet, jeśli jest przy tym słabszy i nie może w pełni wykorzystać mocy swojej duchowej broni, to może unikać ataków Shinigami. Bliźniacze, wygięte ostrza są śmiercionośne, ale wielkość zmniejsza zakres ich użyteczności w takim kłębowisku. Taku klnie pod nosem, bo nienawidzi takiego rodzaju walki. To nie pojedynek, ale walenie mieczami na oślep, w nadziei, że przeciwnik padnie i zrobi więcej miejsca na pojedynek z prawdziwego zdarzenia z następnym w kolejce. Psiakrew, to całkowicie odziera walkę z jej istoty, pozbawiając walczących miana wojowników. Gdyby nie blokowali go koledzy w czarnych mundurach, o których ciągle się obija, szukając miejsca do skutecznego użycia swoich mieczy, rozniósłby tego Soldat w pięciu pchnięciach. Drań jest szybszy i mu ucieka, ale gdyby Taku mógł zamachnąć się od dołu ostrzem w lewej dłoni, jednocześnie parując prawą cios Quincy, to skróciłby go o głowę. A tak… robi się coraz bardziej wkurzony.
Rzadko pozwala, by cokolwiek zaćmiło jego osąd w czasie walki. Jest stuprocentowo skoncentrowany, ale z drugiej strony teraz jest także zmęczony. Najpierw wyczerpała go niemal do nieprzytomności ta szalejąca błękitna moc na płaskowyżu, potem był rozkładany na czynniki pierwsze w czasie przejścia, a już w Lodowym Wymiarze od razu trafili na patrol Vandenreich. Za dużo myśli, zamiast się skupić. Prawie przypłaca to życiem. Soldat znika mu na chwilę, pojawiając się za jego plecami. Taku czuje, jak niematerialne ostrze z Reishi przecina jego skórę i przewiduje, że za chwilę przebije kręgosłup. Jednak ostrze się zatrzymuje, jedynie lekko go kalecząc. Za dużo wie o ranach, by nie być tym zaskoczonym. Kiedy patrzy za siebie, widzi upadającego Soldat, który odsłania mu sylwetkę wybawicielki. Tylko… jak?! Dziewczyna nie jest szybsza od Taku, a jej dziwaczny miecz był co najmniej nieporęczny, jak na te warunki. Shinigami skupia wzrok na ranie z plecach martwego szeregowca, z której Soichi lewą ręką wyszarpuje krótki sztylet. Drugi podobny zwyczajnie trzyma w zębach, dopóki zakrwawione ostrze… nie znika. Taku, zaskoczony do granic możliwości, widzi, jak sztylet w jej dłoni na chwilę traci kontury, po czym dzieli się na dwa poręczne miecze, zbliżone długością do wakizashi. Dziewczyna wybucha śmiechem, którego nigdy u niej nie słyszał. W ogóle wygląda trochę, jakby była na haju.
- Hayato, ogarnij się. Jak cię tu zabiją, to Ashige wpadnie w depresję i… Wolę, jak jest w lepszym humorze. Kupiłam nowy stół.
I znów wybucha śmiechem, odwraca się na pięcie i rzuca się w tłum, wycinając sobie w nim drogę. Jest naprawdę dobra. Taku nie ma najmniejszego pojęcia, o czym ona gadała i z czego się śmiała, ale w niczym nie przypomina wiecznie spiętej Soichi, jaką zna od dekad. Ostrze w dłoni czyni z niej inną osobę. Nigdy by o tym nie pomyślał, ale widocznie dla niej też walka jest jak narkotyk.
Niespodziewanie łatwo idzie im z oddziałem Soldat. Taku robi rozeznanie w sytuacji i orientuje się, że starcie skutkowało rozproszeniem sił. Każdy szukał więcej miejsca i część Shinigami oraz Quincy zupełnie zniknęła z pola widzenia. Dostrzega swojego kapitana, który stoi obok Kurosakiego i czarnowłosego Quincy, naprzeciw jednego z niewielu ocalałych przeciwników. To Stern Ritter, którego Taku widział na początku. 10. oficer przedziera się bliżej, bo cała sytuacja wydaje się dziwna. Kiedy jest już w zasięgu głosu, słyszy strzępki rozmowy.
- … i mam informacje. Cenne. Mogę przyprowadzić tę dziewczynę. Jeśli… mnie puścicie.
- Jaką dziewczynę? Tier Harribel?
Ta rozmowa wydaje się głupia. Kurosaki musi być bardzo cierpliwy, albo ma problem z dobijaniem godnych pożałowania tchórzliwych szczurów. I to są dumni Stern Ritterzy… Taku ma ochotę rzucić w to ścierwo swoim mieczem. Ale sam staje jak wryty, kiedy przestraszony Vandenreich znów się odzywa.
- Tier? A co Shinigami po Tier Harribel? Ludzka dziewczyna, chociaż nie Quincy. Była z 3. Espadą. Patrol je ścigał i miał odstawić do Jego Wysokości, kiedy mnie skierowano tutaj.
Taku słyszy, jak nieznany mu Quincy w okularach głośno wciąga powietrze i zastyga w bezruchu. Kiedy się odzywa, w jego głosie czuć nutę desperacji.
- Kurosaki, gdzie jest Inoue? Trafiliście na nas, bo przyprowadziła was Inoue?!
Czarnowłosy Quincy wygląda na mocno wytrąconego z równowagi. Przestraszonego. Kurosaki najwyraźniej nie ma pojęcia, o co tamtemu chodzi.
- Ishida, jaka Inoue? Przecież była w Karakurze. Ty nie chcesz powiedzieć… Ty skończony debilu! Przyprowadziłeś tu Inoue?! Spuściłeś ją z oczu?!
- Zabijesz mnie później, nie będę się bronił. Kazałem Nel zabrać ją z pola bitwy. Wszystko wymknęło się spod kontroli…
- Nel też? No żesz ty… Gdzie one są? Ludzka dziewczyna i Arrancar, która z nią była?
Ostatnie pytania Kurosaki kieruje do Stern Rittera, który mógłby pomyśleć, że zyskał jakąś kartę przetargową, gdyby nie mordercze spojrzenie chłopaka. Taku też mocno porusza wzmianka o arrancarskiej towarzyszce rudowłosej. Nelliel.
- Są w drodze do Lodowego Pałacu… albo są już w Pałacu.
Kurosaki bez słowa znika im z oczu, chociaż Taku ma wrażenie, że Quincy… Ishida, czy jak mu tam… pierwszy ginie w śnieżnej kurzawie. Stern Ritter wygląda na zdezorientowanego, kiedy stojący dotąd bez słowa Kenpachi odwraca się do niego plecami. Na odchodnym rzuca w przestrzeń.
- Cholera, niech ktoś utłucze to ścierwo. Ja straciłem zainteresowanie. Może gdzie indziej jest ktoś wart wyciągania miecza? Heh… z Nnoitrą to było zajebiście…
IV.
Uryū wyprzedza Kurosakiego o kilka kroków. Jego Hirenkyaku znacznie się poprawiło przez ostatnie miesiące, a właściwie tygodnie, najintensywniejsze pod względem treningu w jego życiu. Z drugiej strony Shinigami nie uwolnił Tensy Zangetsu i zapewne tylko dlatego został z tyłu. Patrząc na to chłodnym okiem, Bankai Kurosakiego prawdopodobnie bardzo by się im przydał. Ale czarnowłosy wie, że niebezpieczeństwo, jakie sprowadził na Inoue, to tylko i wyłącznie jego wina. Żeby wszystko wyprostować, jest gotowy stanąć przeciwko całej armii tych wynaturzeńców. Nie jest już taki słaby, jak dwa lata temu w Hueco Mundo, a wtedy był w stanie opierać się Espadzie. Od tamtego czasu pod względem poziomu mocy dzieli go przepaść. Problemem jest to, że do użycia potężnych technik, które opanował krwawiąc i prawie padając na twarz, potrzebuje Reishi. Ale w Pałacu będzie go pod dostatkiem. Mnóstwo Reishi, na dwóch nogach. Wzdryga się w duchu przed sięgnięciem do takiej techniki, nie godził się z tym chwilę temu, zanim odesłał Nel i Inoue. Ale teraz jest w stanie złamać tabu, byle tylko zapobiec ich śmierci. To wszystko jego wina. Cała ta apokalipsa to wina Quincy, więc musi wziąć na siebie swoją część odpowiedzialności.
Niespodziewanie na ich drodze staje dwóch odzianych w biel nieznajomych. Nie mogą sobie pozwolić na spowolnienie i wdawanie się w walkę. Ciemnowłosy, niedogolony osobnik, stojący przed drugim, jasnowłosym, nie ma jednak zamiaru ich przepuścić. Chwilę taksuje ich wzrokiem, a jego usta rozszerzają się w złym, morderczym wręcz uśmiechu, zanim się do nich łaskawie odzywa.
- Jaka miła niespodzianka. Wiedziałem, że prędzej czy później sam do mnie przyjdziesz, Ichigo. A ty… jak widać, szukanie ciebie było tak samo niepotrzebne.
Uryū jest lekko zaskoczony, kiedy przybysz zwraca się do bezpośrednio do niego. Chłopak odwraca się do Kurosakiego i nim zadaje głośno pytanie, jego przyjaciel doskonale odczytuje je z oczu Quincy.
- To jest skurwiel, który zabił Yamę-jii i obrócił Soul Society w ruinę. Juhabach. A ten gnój z tyłu złamał Tensę Zangetsu.
- Co do części się zgodzę. Ale Juhabach… Nie ma już nikogo, kto znał mnie osobiście pod tym imieniem. Wolę Yhwach, moje imię Quincy. Ale to niewiele znaczące szczegóły.
- Quincy?! Gówno nie Quincy. Obrażasz wszystkich, którzy są… byli naprawdę dumni z tego, że mogli siebie tak nazywać. Jesteś cholernym mordercą i zejdziesz nam z drogi, albo cię zmuszę. Skoro tak bardzo chciałeś mnie ponownie spotkać, zaczekasz, aż zrobię to, co mam do zrobienia w Lodowym Pałacu.
Yhwach tylko się uśmiecha. Ishida jest mocno poruszony, bo słowa, które odbijają się echem na wietrze, nie padły z jego ust, chociaż sam nie ująłby tego inaczej. Kurosaki go tym poniekąd zaskoczył, bo Ishida nie był świadom, że stojący obok niego Shinigami tak właśnie czuje. Ale w końcu to jest też w jego krwi, nawet, jeśli nie żył w świadomości spuścizny po przodkach, po swojej matce od zawsze, tak jak on sam. Uryū znów przychodzi do głowy, że pomimo wszystkich różnic, jakie mogłyby ich dzielić, doskonale się nawzajem rozumieją i nikomu nie mógłby zaufać bardziej, niż Kurosakiemu. I to akurat jest najwidoczniej przeświadczenie obustronne, bo Shinigami, zdając sobie sprawę, że intruzi nie usuną im się na życzenie z drogi, zwraca się do niego półgłosem.
- Ishida, dotknij ostrza Zangetsu.
- Yyy… co?
- Jedziesz na końcówce Reishi, a ci dwaj nie puszczą nas grzecznie. Zaczerpnij z mojego Reiryoku. No co się gapisz, nie zapakuję ci porcji Reishi ze wstążeczką, jestem beznadziejny w kontrolowaniu Reiatsu. Musisz sobie sam wziąć. Mam tego w cholerę.
Już po pierwszych słowach Uryū wie, o co chodzi Kurosakiemu. Ma w pamięci, jak Reiatsu Shinigami przepływało przez niego i jego łuk w tamtym parku, kiedy spotkali pierwszego Menosa. Wspomnienie jak z poprzedniego życia, ale dokładnie wie, jak to zrobić. Jest zły na siebie, że sam na to nie wpadł. To on był w tym duecie od myślenia. Pozwolił, by zawładnęły nim emocje. W walce to bardzo niebezpieczne. Musi być znowu sobą, ze swoją chłodną oceną sytuacji i wyłapywaniem potknięć przeciwnika. Teoretycznie powinien być w stanie absorbować duchowe cząsteczki bez fizycznego kontaktu z Zanpakutō, ale Kurosaki rzeczywiście jest beznadziejny z kontrolowaniu mocy, i czując nacisk obcej siły mógłby Ishidę utłuc niechcący. To wszystko trzeba dobrze rozegrać.
Kiedy czuje Reiatsu czarnego ostrza, w głowie dopasowuje do siebie fragmenty zarysowującego się powoli planu. Zawsze zaczyna się od słabszych przeciwników, a więc… Wyciąga przed siebie prawą rękę, jakby chciał aktywować łuk, by zasypać gradem strzał stojącego bliżej Yhwacha. Nie ma najmniejszego zamiaru tego zrobić. Ale tamci o tym nie wiedzą. Kurosaki też nie, ale liczy, że Shinigami nie wyskoczy z czymś głupim. Reakcja jest bardzo szybka, ale zgodna z jego przewidywaniami. Czarnowłosy Vandenreich rzuca się do przodu, odsłaniając stojącego za nim blondyna. To ten drugi jest celem Ishidy. Chłopak wyrzuca przed siebie prawą dłoń i skupia Reishi na koniuszkach palców, formując pocisk. Przede wszystkim chce coś sprawdzić, ale może będzie miał farta i ugra coś więcej. Uwalnia pocisk i kieruje w stronę długowłosego blondyna. Atak nie dosięga celu, bo tamten kryje się za plecami Yhwacha. Więcej – czarnowłosy mężczyzna zasłania sobą atakowanego, a z jego twarzy znika uśmiech. Uryū momentalnie zmienia pozycję i atakuje zza ich pleców. I sytuacja się powtarza. Tyle chciał wiedzieć.
- Kurosaki, ten lalusiowaty ma Hōgyoku.
Shinigami, który najwyraźniej nie załapał, co się dzieje, głośno wypuszcza powietrze. A więc jednak wszystko po staremu. To Ishida jest tutaj od myślenia. Więc wyjaśnia jak dziecku.
- Vandenreich jest atakowane na swojej ziemi, Shinigami, Arrancarzy, Quincy mogą być wszędzie, więc przywódca nie zostawiłby Hōgyoku poza zasięgiem. Jeśli miałby go ten niedogolony, wtedy drugi by go osłaniał. Jeśli przywódca osłania podwładnego, to chroni Hōgyoku. Jeśli je chroni, ale nie używa jako broni, to znaczy, że nie jest w stanie sam go użyć, albo Hōgyoku nie jest kompletne.
Yhwach znów się uśmiecha, ale tym razem w jego oczach pojawia się jeśli nie podziw, to przynajmniej szacunek dla przeciwnika. Uryū ma ochotę go rozwalić na miejscu, ale potrzebuje porządnego planu. Musi mieć chwilę, by coś wykombinować. Może szczerzący zęby mężczyzna jest narcystycznym typem, który lubi słuchać swojego głosu. Jeśli się rozgada, to da chłopakowi czas, by wszystko przeanalizować.
- Bardzo dobrze. Przechodzisz moje najśmielsze oczekiwania, Uryū Ishida. Nie musisz już używać artefaktów, by kondensować Reishi. Nieszczęśliwie dla ciebie, nie mogę teraz tak tego zostawić. Jesteś jednak skończenie głupi, że się tutaj pojawiłeś. Trzeba było posłuchać taty.
- Mojego ojca? A on co ma do rzeczy?
- Więc jednak nie macie bliskich relacji synowsko-ojcowskich. Ale zapewne nie był zadowolony, że nawiązałeś kontakt z Soul Society, że mieszasz się do polityki, o której nic nie wiesz. Że w ogóle używasz swoich mocy Quincy. Ryūken… Ukrywał istnienie Masaki Hotaro, utrudniał jej trening, trzymał ją z dala od jej korzeni. Musiała być bardzo utalentowana, w końcu była czystej krwi. Ale nie szkoliła umiejętności, no i zabił ją Hollow, zanim do niej dotarliśmy. A ty możesz być podobnie utalentowany, nawet jeśli jesteś ze słabszej linii. Ciebie też Ryūken trzymał z dala, ale jesteś taki uparcie głupi…
- Co ty do licha pleciesz?! Co ma do tego Ishida? Polowałeś na moją matkę, a teraz chcesz czegoś ode mnie. Po moim trupie to dostaniesz.
Kurosaki jest wyraźnie wytrącony z równowagi, chociaż sam Uryū też gubi się w natłoku informacji. Nie wiedział nic o matce Kurosakiego, nawet o tym, że jego ojciec ją znał. Chociaż… „wszyscy Quincy się znają". A już zupełnie nie ma pojęcia, czego Yhwach może chcieć od Quincy o czystej krwi. Odpowiedź dostaje na tacy.
- Ichigo Kurosaki, ty akurat jesteś mi potrzebny żywy, zanim dostanę to, czego od ciebie potrzebuję. Za to Quincy czystej krwi usatysfakcjonuje mnie pod warunkiem, że będzie martwy. Jestem bardziej zapobiegawczy, niż Aizen. Nie mogę sobie pozwolić na potencjalną konkurencję.
W głowie kłębi mu się tysiąc myśli. Nie może się dostatecznie skupić na słowach Vandenreich, ignorując to, że tamten najwyraźniej informuje Ishidę o jego planowanym uśmierceniu. Ale jego samego alarmuje świadomość, że dawno już powinni być w Lodowym Pałacu. Kiedy upewnią się, że Inoue i Nel są bezpieczne, mogliby się skupić na…
Powietrzem wstrząsa potężny wybuch, a fala podmuchu na chwilę oczyszcza powietrze z bezładnie krążących w nim płatków śniegu. Na moment widzą przed sobą zawalisko, które przed chwilą było jeszcze Lodowym Pałacem. Kilkaset metrów od nich. Byli tak blisko…
- No to teraz macie z głowy to, co wzywało was pilnie do Pałacu. Możemy skupić się na naszych sprawach.
- Ty skur…
- Ichigo, wyrażaj się przy starszych. To my jesteśmy od rzucania mięsem. Twoja matka by mnie zabiła, gdyby zobaczyła, na jakiego nieuprzejmego dla przyszywanych krewnych wyrosłeś. No więc panie Yhwach, może przestaniesz molestować słownie nieletnich i pogadamy w języku wojowników? No więc na czym to… aha… masz zdrowo przejebane.
- Jeden raz mogę się z tobą zgodzić, Kurosaki.
Uryū czuje dłoń, która zaciska się na jego ramieniu, chwyta go i odpycha do tyłu. Zaskoczony najpierw słyszy jego głos, a dopiero później widzi swojego ojca. I niemal natychmiast obok Ryūkena i Isshina Kurosakiego, którzy przybyli tu przed sekundą, pojawiają się kapitanowie Gotei.
V.
Nie bardzo wie, jak zamierzają się do tego zabrać, ale najwyraźniej mają jakiś plan. Sam taki pomysł nie mieści jej się w głowie, ale jest zbyt porażona zorganizowaniem i karnością Arrancarów, wśród których wylądowała, by się czemukolwiek dziwić. Przypominają jej… oddział Gotei. D'asher wydaje się być przywódcą i nawet jeśli pozostali pozwalają sobie na słowne docinki, okazywanie niezadowolenia czy nawet groźby pod jego adresem, to na tym się kończy. Po prostu słuchają poleceń, klnąc pod nosem. Każdy wie, co ma robić i najwyraźniej doskonale znają swoje umiejętności. Żaden normalny Arrancar w Hueco Mundo nie ujawniłby swoich atutów i słabości, bo to kwestia przeżycia. Ale tutaj można przetrwać jedynie w grupie, a oni najwyraźniej dość szybko przyswoili sobie tę wiedzę. Kiedyś szczerze mówiąc marzyła, by czegoś takiego doświadczyć, ale nawet Aidenellowi nie zwierzała się z takich pomysłów. Nawet, jeśli by jej nie wyśmiał, to zacząłby się bardziej martwić jej stan psychiczny. Szczerze powiedziawszy nie jest pewna, czy nie oberwała za bardzo w głowę i nadal nie leży na granicy przytomności w tej piwnicy, oddzielona ścianą od Hōgyoku. Ale kiedy potrąca ją jeden z Arrancarów, na których czekają we wnęce korytarza, uderzenie o ścianę odczuwa bardzo realnie.
- Dobra, wszystko jest cacy. Mamy jakieś trzy do pięciu minut, zanim ostro walnie. To kilkanaście kontenerów z Gintō, a ja się na pirotechnika nie prosiłem.
- Ale bardziej trzy, czy bardziej pięć? Bo to robi różnicę, cholera jasna.
- Wzięło się wam na konwersacje. O niebiosa, jacy debile… Ruchy, Tu Odelschwanck.
D'ashet zadecydował, że najefektywniej będzie użyć gotowej „beczki prochu", jak to ujął obrazowo. Kapsułki, czy raczej spore tuleje ze skondensowanym Reiryoku… nie ma pojęcia, co to w ogóle jest… nadają się idealnie. Wysoka temperatura powinna zrobić swoje, jak zapalnik. Trochę to absurdalne – są istotami duchowymi, w wymiarze rządzącym się swoimi prawami, gdzie śnieg nie wydziela zimna i ciężko wyczuć obecność duchową osoby, która stoi obok. A oni po prostu… podkładają ogień w magazynie i wieją. Jeśli to się uda, to słowo „niemożliwe" przestanie funkcjonować w jej słowniku.
Wypadają w pusty korytarz, biegnąc, ile sił w nogach. Niespodziewanie coś się zmienia i Nelliel wie, że destrukcyjna obecność Hōgyoku znika z Pałacu. Nic nie mogą na to poradzić. Ale nadal mogą za to puścić budynek z dymem, co sprawi trochę problemów Vandenreich… No właśnie – od pokonania dwóch grup Soldat, przy celach na poziomie -2, nie spotkali nikogo więcej. Nie martwiło jej to, bo mieli wolną rękę. Ale w sumie cały gmach wygląda na opuszczony. Vandenreich walczy na zewnątrz. Cała zabawa w pirotechnikę jest zbyteczna, ale grupa D'asheta za nic by sobie tego nie odpuściła. Są Arrancarami i jeśli nie mogą uśmiercić swoich wrogów, to i tak potrzebują odreagować. Arrancarzy są pamiętliwymi popaprańcami. A ona w zasadzie… naprawdę dobrze się bawi. Nie ma pojęcia dlaczego, ale ma ochotę się śmiać. Pośmieje się, kiedy będą już dostatecznie daleko od typowanego epicentrum. Co nie zmienia faktu, że ta ucieczka przed przewidywanym wybuchem przypomina jej dziecięce zabawy z Dondochakką i Peshem. Może jednak ma coś z dziecka.
Niespodziewanie coś im zasłania światełko na końcu tunelu. Tylko nie teraz. Nelliel sięga po Gamuzę i reszta robi to samo. Dziewczyna kątem oka spostrzega, że wszyscy przygotowują się do uwolnienia swoich Zanpakutō. A więc wzięli sobie jej ostrzeżenia do serca. Może jednak przebiją się przez mur napastników. Ale tamci nie wyglądają, jakby mieli zaatakować. I przede wszystkim nie mają na sobie białych uniformów Vandenreich. A jeden na przedzie ma za to mundurowy strój Shinigami. Nie przychodzi jej nic innego do głowy, więc po prosu wykrzykuje przed siebie, chwilę przed tym, nim grupa z nią i D'ashetem na czele zrównuje się z przybyszami, których nie jest w stanie rozpoznać pod światło.
- Jesteśmy z armii Grimmjowa! Jesteśmy swoi! A teraz w nogi, jeśli wam życie miłe!
Wpada na stojącego jak kołek Shinigamiego, więc zwyczajnie łapie go za przedramię, w nadziei, że ten w naturalnym odruchu jej nie zaatakuje. Ale czarno odziany po prostu pozwala się ciągnąć do wyjścia. Wszyscy wybiegają w szalejącą śnieżną burzę. I chwilę po tym, na pewno szybciej, niż przed upływem trzech minut, słyszą za sobą eksplozję, a podmuch rzuca ich na ziemię. Nelliel także upada, obok Shinigami, którego za sobą ciągnęła kilkadziesiąt kroków. Dziewczyna zamyka oczy, by uchronić je przed oślepiającą bielą światła, odbijanego przez miliony lodowych drobinek. I uśmiecha się. Na jej twarzy nie gościł uśmiech od czasu… od czasu, kiedy ganiała się z Ichigo po piasku pod Las Noches dwa lata temu. Ale szybko się uspokaja, bo trzeba zapanować nad sytuacją. Ona sama, tak jak reszta „jej" ekipy, ma na sobie płaszcz Vandenreich. Trzeba wyjaśnić sytuację, zanim Shinigami skróci ją o głowę.
- Jesteśmy sojusznikami. Grimmjow potwierdzi… Właściwie to Gotei też potwierdzi. Który oddział?
Shinigami nie odpowiada, a ona czuje na sobie jego wzrok, chociaż nadal ma przymknięte powieki, nie mogące od razu przystosować się do oślepiającego światła. I ktoś na nią wpada, rzuca się jej na szyję.
- Nel, tak się martwiłam. Przepraszam, straciłam przytomność, nie mogłam wrócić…
- Inoue. Znalazłaś Gotei! Który to oddział?
- Żaden oddział. I to my jesteśmy z armii Grimmjowa. Skąd wy… skąd ty się tu wzięłaś?
Zna ten głos. Nie pomyliłaby go z żadnym innym, chociaż nie spodziewała się go już usłyszeć. Szukała jego właściciela w Hueco Mundo, ale zupełnie bezowocnie. Odwraca się. Mężczyzna w czarnym mundurze nie jest Shinigami.
- Aidenell Kerr, no nie wierzę. A myślałem, żeście się z Arnstahlem pozabijali. Musisz mieć sentyment do tego gównianego miejsca, ja bym tu w życiu nie wrócił. Co to za Arrancarzy? Ty mi nie powiesz, że jesteś teraz pieskiem Grimmjowa?!
Aidenell patrzy na nią, nie wydając nawet dźwięku. Kiedy odrywa wzrok od jej twarzy, odwraca się do D'asheta.
- Ty debilu. Co to ma być? Kto wpadł na taki kretyński pomysł? Zabiję… normalnie zabiję.
D'ashet wygląda na przestraszonego. Aidenell potrafi wywoływać strach. Nelliel szybko składa do siebie strzępki informacji. A więc był tu wcześniej. Jagdarmee zabrało go razem z Tier Harribel. Wydostał się, ale wrócił. Dobrze zna jego obsesję na punkcie Sōsuke Aizena i jeśli wrócił, jeśli jakoś się dogadał z Grimmjowem, na którego liście do odstrzału był od czasów Espady, to wrócił po Hōgyoku.
- Aidenell, Hōgyoku nie ma w Pałacu. Zabrano je jeszcze, zanim wysadziliśmy magazyny. To mój pomysł, nie wina D'asheta.
Wydaje jej się, że drgnął, kiedy wymówiła jego imię, ale nigdy nie był wylewny. Nie oczekiwała, że rzuci się jej na szyję. Rzeczywiście mają inne problemy. I skąd u licha ma na sobie mundur Shinigami?! Nie ma okazji, by zadać choćby jedno pytanie, bo Aidenell dostrzega osłabioną Tier, wleczoną przez jednego z Arrancarów. Jego królowa. I gdzieś tutaj jest Grimmjow. Sytuacja mocno się komplikuje. Wszyscy to natychmiast dostrzegają. Arrancarzy nie są głupi, nawet jeśli tak o nich myślą inni, a nierzadko i oni sami. D'ashet szybko odnajduje się w nowych okolicznościach.
- Kerr, chyba doszło do przejęzyczenia. W zasadzie jesteśmy Arrancarami Tier Harribel. Ale możemy być Arrancarami Aidenella Kerra. Rozumiesz, to tylko kwestia…
D'ashetowi nie jest dane skończyć, a gdy słowa nagle się urywają, jego ciało przebija ostrze miecza. Kiedy czarnowłosy Arrancar osuwa się na śnieg, wszyscy rozpoznają właściciela zakrwawionej katany o jasnobłękitnej rękojeści, którą ten wyszarpuje z martwego ciała.
- Na moment zostawić i do łba wpadają durne pomysły. To jak, bracia i siostry, nadal ktoś ma wątpliwości i nie czuje się członkiem armii Grimmjowa Jaegerjaqueza?
VI.
Wie, że musi szybko myśleć. Nelliel… Jej obecność w pierwszej chwili wytrąciła go z równowagi, ale pozwoliła też podjąć decyzję. Nie zakładał, że uda im się tu trafić na Tier, a przynajmniej na żywą Tier. Zanim pojawił się Grimmjow, on sam rozważał kilka opcji i skłamałby, gdyby powiedział, że niektóre z nich go nie kusiły. Jakaś część jego świadomości dopuszczała, że błekitnowłosy nie wróci, bo Bambietta należy do przeciwników, których niedocenienie kończy się zazwyczaj szybko i dość boleśnie. Jeśli wrócił, naświetla to niejako szanse Aidenella w ich pojedynku. A więc los tak postanowił. Jest tylko jeszcze jedna sprawa, którą musi zamknąć, by z czystym umysłem przyjąć to, co nadejdzie. Robi kilka kroków naprzód, wyciąga z pochwy Zanpakutō, co przywołuje rozdrażnienie na twarz Grimmjowa. Rozdrażnienie przechodzi jednak w lekkie zaskoczenie i ciekawość, kiedy Kerr go mija i staje przed Tier Harribel. Jego królowa. Jest wyczerpana i nie chodzi tylko o jej gówniany stan fizyczny. W jej oczach widzi całkowitą rezygnację, coś jeszcze głębszego i bardziej beznadziejnego, niż poczucie klęski po upadku Aizena. Aidenell opuszcza katanę i wyciąga do niej lewą rękę. Pomaga jej wstać i kiedy zaskoczona lekko rozchyla usta, by coś powiedzieć, jego prawa ręka przebija ją ostrzem Halcóna. Źrenice rozszerzają się, kiedy dociera do niej, co się właśnie dzieje.
- Aidenell… ale Grimmjow…? Sojusz z Shinigami… naprawdę?
Tier osuwa się na śnieg, a w jej oczach jest niedowierzanie. I obłęd. Nie dziwi go to. Harribel nie rozumie. Nie podjęłaby się współpracy z Soul Society. Jej wewnętrzny Hollow nigdy nie godziłby się z takim rozwiązaniem. Tier Harribel nie nadaje się na królową.
- A to… ciekawe. Interesujący sposób na ocalenie tyłka. Bardzo nietrafiony, jeśli liczysz, że to wyprostuje nasze sprawy, Kerr.
- Tier była moją porażką. Pomyliłem się. Nigdy nie powinna zostać królową Hueco Mundo. To nie ma nic do „naszych spraw".
Grimmjow przez chwilę wygląda, jakby się zastanawiał. Jakby… myślał. To upewnia Aidenella, jak bardzo się kiedyś pomylił, źle lokując sympatie polityczne. Teraz jest wszystko tak, jak być powinno. Usta błękitnowłosego rozciągają się w uśmiechu, ale nie takim, który mógłby podnieść na duchu. Chyba załapał, co się właśnie stało. Aidenell Kerr zabił władczynię Hueco Mundo. Stał się bezpośrednim zagrożeniem dla władzy, do jakiej rościł sobie prawa Grimmjow. Arrancarzy to drapieżnicy, nawet, jeśli nie żerujący stadnie, to uznający pozycję silniejszego. Nie może być dwóch królów. Grimmjow to rozumie.
- No to chyba możemy przejść do realizacji naszej umowy, wasza królewska mość.
- Kurwa, wszystko odzierasz z przyjemności, Kerr. Zetrę ci ten uśmiech z pyska. Mógłbyś chociaż poudawać, że się mnie boisz. Bo chyba nie liczysz, że podzielę los ledwo żywej wywłoki, która nie trzymała nawet miecza?
- O nie, ja potrafię docenić przeciwnika. Tylko dzięki dalekowzroczności jeszcze żyję. A swoją drogą… długo cię nie było. Zdecydowanie dłużej, niż pięć minut.
Grimmjow wyraźnie wpada w zły humor. Coś poszło nie tak. Może wkurwianie przeciwnika nie jest jednak najlepszą taktyką w tych okolicznościach.
- Nic ci do tego. Mała, wredna suka. Zero radości, odbiję to sobie teraz. Proszę, nie daj się szybko zabić, Kerr.
Aidenell mimowolnie się uśmiecha, wywołując taką samą reakcję u przeciwnika. Czuje to. Coś pierwotnego, głębokiego i dzikiego. Wszystko inne, poza jego łupem, przestaje mieć znaczenie. Właściwie, to i tak nie ma już nic, za czym mógłby gonić. Hōgyoku szlag trafił. To nie miało się prawa udać, zresztą było tylko środkiem do jeszcze bardziej odległego celu. Czymś, co utrzymywało myśli na właściwym torze. Teraz ma to w dupie. Ma głęboko w poważaniu Hōgyoku i Sōsuke Aizena. Vandenreich jeszcze mniej go obchodzą. Teraz, kiedy o tym myśli, chce mu się śmiać z siebie. Ze wszystkich działań, jakie podjął ostatnio, za najważniejsze uważa zabicie Tier. Nie dlatego, że chciał się zemścić, albo wkupić w łaski Grimmjowa. Ze wszystkich głupich rzeczy, które zrobił po drodze, umocnienie pozycji Harribel było tym, czego prawdziwie żałował. Nie miał żalu do niej, w zasadzie nie wiązały się z nią dla niego żadne uczucia. Nie darzył jej szacunkiem, a już na pewno nigdy się jej nie bał. Dając jej poparcie, przyczynił się do zniszczenia Hueco Mundo przez Jagarmee. A ze wszystkiego, co uwalniało do jego krwi endorfiny, najbardziej kochał smak powietrza, naelektryzowanego duchowymi cząsteczkami, wirującego ponad piaskami Las Noches. Chyba naprawdę, przy całym swoim ambiwalentnym stosunku do reszty Arrancarów, jest w jakimś stopniu pieprzonym patriotą.
I jeszcze Nelliel. Kiedy ją zobaczył, uśmiechniętą z przymkniętymi powiekami, jeszcze nieświadomą, kto leży na śniegu obok, przyszło mu do głowy, że nigdy nie widział jej szczęśliwej. I dlatego nagle zaczął mieć gdzieś całą resztę, z Aizenem na czele. To nie krew tego zdradliwego sukinsyna zapełni rozdzierającą pustkę w jego duszy. Od zawsze wiedział, że wiąże się to z Nelliel, od dnia, kiedy razem wyłonili się z piasku i oboje postanowili się nie pozabijać. A teraz doznał olśnienia. Może są jak Starrk i Lilynette. Nigdy nic nie zapełni dziury w jego wnętrzu, bo po prostu zielonowłosa Arrancar jest w jakiś sposób jego częścią. Uzupełniają się. Aidenell zabrał jej naturę drapieżnika, a Nelliel obarczyła go swoją potrzebą szukania obecności innych. To podświadomie robił, umieszczając w swoim życiu Grimmjowa, Tier, nawet tego Shinigami, Ashige. Nawet, jeśli chciał się czuć samotnikiem, podświadomie potrzebował innych. To była jej potrzeba. A jeśli rzeczywiście są jak Starrk i Lilynette, to musi zabić Grimmjowa. Jeśli sam zginie, to w jakiś sposób okaleczy Nelliel. Ta myśl jest dla niego nieznośna.
- Masz zamiar jeszcze chwilę pomedytować, czy możemy przejść do rzeczy?
Aidenell nie odpowiada. Nie lubi wdawać się w jałowe konwersacje z przeciwnikiem. To odbiera walce jej naturalne piękno. Rzucanie uszczypliwościami uwłacza wojownikom. Walka to zniszczenie, szaleństwo, poddanie się instynktom. A to starcie jest pojedynkiem jego życia. Tak naprawdę nie traktował tego nigdy, jak części umowy. Chce się zmierzyć z Grimmjowem. Nie może być dwóch Sexto Espada. Chociaż jest wiele powodów, dla których to błękitnowłosy powinien przeżyć, Aidenell nie jest aż takim altruistą. No i Hōgyoku zrobiło go Arrancarem, obdarzając niewyobrażalnym instynktem samozachowawczym. Gdyby kiedyś wybrał inaczej, być może stworzyliby w Hueco Mundo z Grimmjowem coś niesamowitego. Ale teraz wie, że jeśli przetrwa, zbuduje to z Nelliel. A potem dorwie Aizena i ozdobi jego flakami salę tronową Las Noches. Każdy ma jakieś małe marzenia.
Sięga po swój Zanpakutō i przywołuje jego moc. Nie będą się bawić w półśrodki. Zanurzą się w czerwieni i będą siać destrukcję. Obaj są drapieżnikami.
VII.
Naprawdę ma ochotę zabić. Wydawało mu się, że taka potrzeba pulsowała w jego żyłach, kiedy myślał o Aizenie, ale nie było to tak intensywne. Nawet wtedy, z czarnym, niematerialnym ostrzem Mugetsu, kiedy moc niemal rozsadzała jego ciało, chociaż był gotowy na wszystko, chciał po prostu to skończyć. Chciał chronić. Był narzędziem sprawiedliwości. Właściwie po wyjściu z Dangai nie było w nim emocji, żadnego gniewu, ale też niczego cieplejszego, i wspomnienie tamtego stanu niepokoiło go w snach. Teraz naprawdę ma potrzebę zadać śmierć, powolną i bolesną. Jakąś jego część trawi lęk, że zanurzył się za głęboko. Ale inna przypomina, jakie piętno na świcie odcisnął ten sukinsyn, który po prostu się uśmiecha, kiedy pod gruzami nieopodal giną przypadkowi ludzie, Arrancarzy, jego Soldat. Senjumaru Shutara miała rację. Yhwach jest wcielonym złem. Aizen działał metodycznie, wszystko było częściami jego układanki. Był diabolicznym psychopatą, ale w jakiś pokrętny sposób dawało się umotywować jego posunięcia i przez to przewidzieć kolejne ruchy. Ten tutaj to emanacja chaosu. Zabija, czy raczej decyduje o śmierci setek, tysięcy istnień, może całych wymiarów tętniących życiem, i nie można znaleźć w tym żadnej logiki.
Ichigo zwyczajnie nie może zdzierżyć jego wzroku. Mocniej ściska Zangetsu i samowolnie ciśnie mu się na usta przekleństwo. Nagle ktoś go chwyta, coś mówi, a do niego nie docierają słowa, ale rozpoznaje głos swojego ojca. Za chwilę słyszy kolejny i kiedy jest już w stanie nad sobą zapanować, zaczyna rejestrować, jak wokół pojawiają się nowe postacie. Chociaż w pierwszym odruchu miał ochotę przebić mieczem intruza, który nie pozwolił mu zrobić tego samego czarnowłosemu ścierwu, to teraz jest wdzięczny. Przed chwilą nie był w stanie myśleć. Nie może się drugi raz doprowadzić do czegoś takiego.
- Kwiat Gotei 13. Szkoda, że nie mam na was czasu.
Yhwach cedzi słowa i znika nagle, odsłaniając tego z tyłu, Haschwaltha, ale chłopak także jasnowłosego traci z oczu. Naprawdę traci z oczu, nie mogąc za nim nadążyć wzrokiem. To nie jest zwykłe Hirenkyaku. Ichigo coraz silniej czuje, że musi uwolnić Bankai. Z Tensą Zangetsu będzie w stanie za nimi nadążyć. Ale ostrzegano go, by tego nie robił. Nauczył się już, by słuchać dobrych rad. Chociaż w tym przypadku, z takimi przeciwnikami… Kim… czym do cholery oni są?!
Nie zastanawia się nad odpowiedzią, bo dostrzega napastnika tuż obok siebie, ale nic się nie dzieje. Przez chwilę. Po sekundzie obryzguje go lepka krew stojącego za nim Tōshirō Hitsugayi. Niemożliwe. To samo niedowierzanie widzi w oczach rannego w pierś kapitana, kiedy pada na ziemię. Ma wrażenie, że miecz napastnika zahacza jeszcze o coś, nim jego właściciel odskakuje do tyłu. Z kolei z lewej strony Ichigo słyszy metaliczny odgłos skrzyżowanych ostrzy. I po ułamku sekundy wszystko wraca na swoje miejsce. Znakiem, że coś się przez tę chwilę jednak wydarzyło, jest krew sącząca się z poważniej, jednak nie śmiertelnej rany, znacząca ślady pod stopami kapitana 10. Oddziału. Nie dał rady nadążyć za atakującym Yhwachem. Bo to jego ostrze teraz spływa czerwienią. Hitsugaya uniknął jednak widocznie poważniejszych obrażeń dzięki interwencji Shinjiego Hirako, który przypłacił to skaleczeniem przedramienia. Z kolei miecz Haschwaltha jest czysty. Stojący przed chłopakiem jego ojciec… kapitan Shiba uśmiecha się niewesoło. On dał radę dojrzeć swojego wroga. Tak czy inaczej, nie wygląda to kolorowo. Kapitanowie Gotei nie uwolnią Bankai. Nie wzmocnią swoich możliwości. Ale tak czy inaczej… to przecież kapitanowie Gotei 13.
- Haschwalth?
Zanim przebrzmiewają ostatnie głoski blondyn ponownie się przemieszcza z uniesioną klingą, ale tym razem trafia na jeszcze lepiej przygotowane do obrony ostrze Isshina. Nim odskakuje za plecy swojego pana, dosięga go z kolei Zanpakutō Suì-Fēng, znacząc jego lewy bark kwiecistym znamieniem. Kiedy wraca na wcześniejszą pozycję, jego oczy ciskają płomienie, ale poza tym nie okazuje żadnych emocji. Jest w tym skończenie nieludzki.
- I co, jeszcze raz?
W głosie jego ojca pobrzmiewa wyzwanie. I groźba. Jeśli jeszcze raz Suzumebachi dosięgnie celu, jasnowłosego będą mieli z głowy. Jeśli on ma Hōgyoku, to wszystko stanie się prostsze…
- Suì-Fēng, mogłabyś się powstrzymać? Chyba mamy bardziej złożony problem, niż tylko szybkość naszych przeciwników.
Głos Kisuke Urahary wprowadza zamęt w przed chwilą uporządkowanych myślach chłopaka. Coś jest nie tak. Kiedy Ichigo odwraca się w stronę byłego kapitana, napotyka spojrzenie Ishidy. Tego młodszego. Swoją drogą, chyba najwyższa pora zacząć mu mówić po imieniu, bo ta sztuczna wyniosłość zaczyna być już męcząca. W każdym razie czarnowłosy Quincy chyba też na coś wpadł, bo wygląda na mocno zaniepokojonego. Jednak to Urahara głośno dzieli się swoimi spostrzeżeniami z resztą.
- Jak wcześniej zauważył trafnie Uryū Ishida, Haschwalth najwyraźniej kontroluje Hōgyoku. Jednak to konkretne nie ma wiele wspólnego z Hōgyoku Sōsuke Aizena. Tamto dodawało siły i podwyższało poziom mocy, nawet, kiedy było niekompletne. To, jak widać, nie chroni swojego „opiekuna", nie wzmacnia jego możliwości. Zaryzykuję stwierdzenie, że wręcz je osłabia. Jeśli nie włada nim Yhwach, to zapewne nie bez powodu. Haschwalth posiada jakąś szczególną zdolność, która pozwala mu panować nad taką potężną mocą. Bezpieczniej się dowiedzieć, na czym ona polega, zanim stanie się coś… nietypowego. Musimy zaczekać.
Yhwach na chwilę traci nad sobą panowanie, ale tylko na ułamek sekundy. Nie chciał, by go zbyt szybko rozszyfrowano. Ichigo kompletnie nie ogarnia, co Kisuke Urahara ma na myśli, ale ważne, by kapitanowie to zrozumieli, a widocznie taki cel już osiągnięto. Widać to po zaniepokojeniu na ich twarzach. Przywódca Vandenreich ma najwyraźniej inne plany. I lubi sobie pogadać.
- Nie zobaczycie końca. To Hōgyoku nie jest przygotowane dla was. Nie potrzebuję go, by wasze truchła zaścieliły zdeptaną ziemię poniżej. Ale dowiecie się, jak mam zamiar zmienić świat, którego nie dane będzie wam oglądać. Król Dusz się pomylił. Źle wybrał. Bogowie Śmierci… Najdoskonalsi… I to wy jesteście przedłużeniem jego ramienia? Możecie decydować o tym, co jest, a co nie jest zachwianiem równowagi? Mieszańcy… Visoredzi… Z podkulonym ogonem dogadaliście się z Arrancarami. Z Hollowami, a właściwie czymś niższym. Soul Society, wypowiadające się w imieniu Króla Dusz, zaakceptowało sztuczne twory, wynaturzenia. Vandenreich są czyści. Doskonali. Nie posiedliśmy tylko mocy Zanpakutō, jak zwykli Shinigami, którzy ponoć sami przez się powinni być bytami najbliższymi doskonałości. Mamy wrodzoną błękitną moc. Naturalną. Jeśli rzeczywiście Król Dusz dał temu początek, to nas stworzył idealnymi. A Soul Society nas odrzuciło. Król odszedł, odciął się, uciekł poza ochronne bariery obcego wymiaru. Przestraszył się, że jesteśmy, możemy być potężniejsi. Od niego samego. I tu miał rację. Żaden Królewski Wymiar go przed nami nie ukryje. Wyrównamy równowagę. Sami wyznaczymy nowe zasady.
- Yare, yare… Gadasz jak bazarowa wieszczka. Chcecie doprowadzić do katastrofy? Do zapadnięcia się światów? Wstałeś lewą nogą?
Choć Ichigo ma przez chwilę wrażenie, że Yhwach rzuci się na wszechkapitana, który traktuje go tak lekko, Vandenreich jedynie rozciąga usta w imitacji uśmiechu.
- Przyroda nie zna próżni. Nic takiego nie nastąpi. Po prostu… zastąpimy Króla Dusz.
Tym razem Byakuya wyprzedza reakcję kolegów z Gotei. Niemal wycedza słowa, swoim wyniosłym, głębokim, ostrym jak jego katana głosem.
- Nie ma nic, co byłoby w stanie unicestwić Króla Dusz. To się rzeczywiście skończy. Dla was. Tu i teraz.
Yhwach nie zaszczyca kapitana 6. Oddziału bezpośrednią odpowiedzią. Nie odwracając nawet głowy, wymawia imię Haschwaltha, a ten, jakby odczytywał myśli swojego pana, wyciąga przed siebie zaciśniętą dłoń. Kiedy rozchyla palce, oczom wszystkich ukazuje się mała, okrągła kula, jakby zawieszona… w próżni? Nie przypomina Hōgyoku Aizena, w zasadzie nie ma nawet kształtu i idealnych konturów. Jest jakby zbiorem przemieszczających się cząsteczek. Ciemnych i przywołujących nieprzyjemne skojarzenia. Ichigo nie potrafi tego nazwać.
- To jest sznur, który ukręcił sobie na swoją szyję Król Dusz.
VIII.
- Cholera, niech ktoś utłucze to ścierwo. Ja straciłem zainteresowanie. Może gdzie indziej jest ktoś wart wyciągania miecza? Heh… z Nnoitrą to było zajebiście…
Shirō od zawsze wiedział, że Kenpachi ma nierówno pod sufitem, no i jest pieprzonym masochistą. Nie dziwi się, kiedy kapitan całkowicie ignoruje zestrachanego Stern Rittera. Nie będzie miał z nim żadnej zabawy, a przy takim szczurze jego perwersyjne, masochistyczne potrzeby w żaden sposób nie zostaną zaspokojone. Nie wygląda na to, by był jakikolwiek chętny, aby „zająć się" tym ścierwem, bo Madarame i Yumichika także nie chcą kalać swoich Zanpakutō krwią parszywego tchórza. On sam zastanawia się, czy ich nie wyręczyć, bo chociaż nadal są tu kapitanowie, to dla nich także pojedynek z kimś takim nie jest czymś, co mogliby przyjąć bez ujmy na honorze. Ten głupi Stern Ritter chyba naprawdę liczył, że po prostu sobie stąd odejdzie i przeczeka w jakiejś dziurze. Po tym, co Vandenreich zrobiło w Soul Society i w Hueco Mundo, powinien wiedzieć, że w tej wojnie nie funkcjonuje termin „jeniec". Przed szereg Shingami wychodzi Shigeko, nim ktokolwiek jest w stanie ją wyprzedzić, wydaje się jednak lekko onieśmielona obecnością dowódców. Akurat ten problem się sam rozwiązuje. Gdzieś przed nimi coś się dzieje, potężna eksplozja wstrząsa ziemią, a powietrze na chwilę robi się przejrzyste, by przebiło się między płatkami śniegu błękitne światło – ślad po wybuchu mocy. To natychmiast angażuje uwagę kapitanów i po sekundzie znikają, jeden po drugim, chociaż pozostałych wyprzedzają Isshin Shiba i Ryūken Ishida. Shinji Hirako pojawia się na chwilę przy swojej 3. oficer i wydaje jej polecenie.
- Kiedy tu skończycie, ewakuujcie całą grupę do Soul Society. Arrancarów… też. Nie wolno im opuścić dziedzińca pod IBiRS, natychmiast mają Gargantą przejść do Hueco Mundo. Potem niech kapitan Kurotsuchi ustawi bariery. Jeśli Quincy będą potrzebować pomocy, to ewakuujcie ich na tych samych zasadach. Żadnych pytań, Gotei zajmuje się tylko Soldat, reszta to sprawa kapitanów. Oprócz tego jednego Stern Rittera, ten jest twój.
Shirō być może powinien czuć niepokój, w końcu jeszcze niedawno informacje Instytutu przyporządkowały Stern Ritterom poziom mocy równy przynajmniej wicekapitanom. Ale sam już skutecznie odesłał na tamten świat nie jednego, no i widział Shigeko w akcji. O wynik tego starcia jest zupełnie spokojny. Za to Vandenreich widocznie odzyskuje nieco pewności siebie. Bał się kapitanów i Ichigo Kurosakiego, oficerowie to w jego odczuciu żaden przeciwnik. No i… jasny szlag. Czemu zawsze się to dzieje w takich momentach? Cholera wie skąd, na horyzoncie pojawiają się kolejni Soldat.
- Więcej was matka nie miała?
Coś jest w słowach Ikkaku Madarame, bo z kurzawy wyłaniają się kolejni… i kolejni… Tak na oko trochę ich za dużo. Nawet, jeśli każdy Shinigami jest wart dwóch, trzech takich, nawet jeśli doliczyć siły ocalałych kilkunastu Arrancarów. No i nadal jest tu dwudziestu kilku Quincy, tyle, że stoją jak kołki. Ich moc, oparta na absorpcji Reishi, tutaj w deficycie, jest teraz o dupę potłuc. I nagle Shirō czuje nacisk z tyłu głowy, jakby ktoś odłączył mu wszystkie nerwy, jakby wyjął wtyczkę. Traci władzę w całym ciele i pada na lód. To samo dzieje się z Arrancarami i resztą Shinigami, poza 3. oficer 5. Oddziału. Tylko Quincy stoją nieporuszeni, strasząc Vandenreich swoim widokiem. Najwyraźniej ta technika nie działa na władających roziskrzonym błękitem, a jej inicjatorem wydaje się być ten cholerny, trzęsący chwilę temu portkami Stern Ritter, teraz zdecydowanie pewny siebie. A Quincy, chociaż nie dotknięci psychicznym atakiem… są tu bezużyteczni. Mimo to jeden z nich wysuwa się do przodu, z nieporuszonym wyrazem twarzy i wyższością w spojrzeniu. Ten jego egalitaryzm. Quincy działają Shirō na nerwy chyba bardziej, niż Arrancarzy, a do niedawna to był poziom nie do przeskoczenia. Ciekawe, czy ten chce przestraszyć Vandenreich na śmierć górnolotnymi deklaracjami.
- To, że skierowaliście swoją moc przeciwko ludziom i siejecie destrukcję, jest niewybaczalne. Nigdy już nie użyjecie mocy Quincy. Jesteście naszym błędem, naszym problemem i my go rozwiążemy. Za wszelką cenę.
Temu Quincy odwaliło, zdecydowanie. Ma zamiar rzucać we wrogów śnieżkami? Shinigami czuje, jak robi mu się zimno na plecach. Shigeko nie poradzi sobie ze wszystkimi, będzie pierwszym celem. A on nie jest w stanie ruszyć żadnym mięśniem. Może tylko patrzeć, jak reszta Quincy dołącza do pierwszego i nie bardzo wie, dlaczego, ale zwraca uwagę na charakterystyczne artefakty, których z całą pewnością teraz mają zamiar użyć. Nie są to krzyże Quincy, ani nic ze znanego wyposażenia Vandenreich, z czym zapoznano ich na szkoleniu w IBiRS. Przypominają raczej rękawice, które sięgają aż do przedramienia. Tylko jak chcą z nich skorzystać? Odpowiedź przychodzi sama. Wokół grupy Quincy zaczyna pulsować powietrze, naelektryzowane… czymś, czego Shinigami nie potrafi nazwać. To nie Reishi, zaczerpnięte z powietrza. Quincy chyba… uwalniają całą swoją moc. Dosłownie wyrywają ze swojej duszy rdzeń, który czyni ich tym, kim są. Poświęcają swoje moce Quincy.
Coś w niego uderza, ale jakby jednocześnie go omija, muskając tylko jego Reiatsu. Widzi zaskoczenie innych, leżących na śniegu. A potem bezgraniczne przerażenie na twarzach Soldat, gdy fala dociera do nich. Teraz oni zaczynają padać, jeden po drugim. Shirō nie wie dokładnie, co zrobili Quincy, a tym bardziej jak to zrobili, ale najwyraźniej poświęcili swoją moc, by odebrać ją wrogom. Twarze Soldat kurczą się, jakby trawił ich wewnętrzny ogień. Błękit, uwolniony przez Quincy, wypala moc w ciałach ich przeciwników. Nie, to coś więcej. Vandenreich giną. Ich wrogowie, choć w liczbie zaledwie dwudziestu kilku, byli od nich potężniejsi. Byli w stanie wybić do nogi dziesiątki słabszych od nich Soldat. To właśnie się dzieje. Jest przerażające. I nie trwa długo. Po chwili wycieńczeni Quincy patrzą na pobojowisko, zaścielone trupami w białych mundurach. W ich oczach nie ma triumfu, nie ma złości, są puste. Właśnie poświęcili część siebie. Najwyraźniej z takim celem tutaj przybyli. Wyrównali rachunki, ale nie ma co świętować.
I po chwili nacisk, paraliżujący jego ciało, znika. Ale Shirō rejestruje to opóźnienie i wie, że przyczyną przerwania więzów, jakie nie pozwalały mu się ruszyć, nie jest destrukcyjny atak Quincy. Natychmiast podnosi się z ośnieżonej ziemi, chociaż kolana nadal mu się trzęsą z wyczerpania, i szuka wzrokiem Shigeko. Z nią wszystko w porządku. Z cholernym Stern Ritterem najwyraźniej także. Zrezygnował z używania techniki, która więziła tutaj Shinigami i Arrancarów, by skupić się na przeciwniczce. Sytuacja diametralnie się odwróciła. Stern Ritter powinien już wiedzieć, że ma zdrowo przejebane, nawet jeśli nie stracił swojej mocy. Shirō widzi to w postawie, ruchach, oczach dziewczyny. Teraz ona go przeraża.
Patrzy, starając się ustać, chociaż zaczynają nim targać torsje. Stern Ritter uwolnił ich spod swojej techniki, bo wie, że nie są w stanie zrobić kroku w jego stronę. Większość nadal nie może się podnieść z ziemi. Będą się regenerować dniami, nawet na pigułach od 4. Oddziału. Ten skurwiel chyba liczy, że uda mu się pokonać czarnowłosą oficer „piątki" i nawiać. Ale traci pewność siebie, kiedy Shigeko uwalnia miecz. Katana traci kontury i dzieli się na dwa sztylety, chociaż właściwie przypominają one rzeźnickie noże. Shirō czuje, że wolałby tego nie oglądać. Zaczyna się naprawdę o nią martwić. Zupełnie nie dlatego, że wątpi w jej wygraną. Boi się, że w jej szmaragdowych oczach, kiedy już skończy ze Stern Ritterem, zobaczy coś straszniejszego, niż widział chwilę temu w oczach Quincy. To nie będzie taniec. Nie będzie śmiechu i euforii. Shigeko będzie zniszczeniem i śmiercią. Jeśli pozwoli sobie, by puściły jej wszystkie hamulce, to umrze też jakaś cząstka jej samej. Shirō może się tylko modlić, by ciemność jej nie pochłonęła.
IX.
Musi się opanować, bo nawet, jeśli nadal ma swoje moce Shinigami i Quincy, to może przestać być sobą. Potrzeba krwi, która rozlewa się falą po jej ciele, wydaje się niemal zwierzęca. Przychodzi jej nawet do głowy, że mogłaby rozszarpać tego Stern Rittera zębami, w ogóle nie używając miecza. Ale ten degenerat zginie od Zanpakutō, bo jako oficer 5. Oddziału jest zobowiązana działać według zasad. Przynajmniej mniej więcej. Ale już to, jak długo i jak boleśnie będzie umierał… to już inna historia. Jakoś nie wierzy, że ktokolwiek z obecnych mógłby donieść do jej kapitana na nieregulaminowe zachowanie, nielicujące ze stanowiskiem 3. oficera. To ma gdzieś. Właściwie śmieszy ją, że jej umysł rozważa takie szczegóły. A może to objaw utraty rozumu?
Uwalnia Saisho no Kiri i chwilę zastanawia się, jaki kształt nadać ostrzu. Decyduje, że Stern Ritter zginie tak, jak na to zasłużył. Ubije go rzeźnickim nożem. Przeciwnik także sięga do miecza. Opowieści, że Vandenreich używają tylko łuków, można między bajki włożyć. Z jego mocami Quincy prawdopodobnie jest tak, jak u niej. Wypalająca fala w jakiś sposób ją ominęła, zapewne właśnie za sprawą Zanpakutō. Jej przeciwnika też osłoniła wieź z mieczem. To jeszcze bardziej ją złości. Nie zasłużył, by panować nad błękitem, a już na pewno to, że może używać Zanpakutō, jest profanacją. Rzuca się na mężczyznę i ostrzem w prawej dłoni uderza w jego klingę, równocześnie tnąc go głęboko bronią w lewym ręku. Odskakują od siebie, ale nie daje mu chwili na wytchnienie. Nie ma zamiaru czerpać z tego radości, próbować przeciwnika, bawić się starciem. Chce go zabić. Ale wcześniej mocno pokaleczyć. Ponownie naciera i sytuacja się powtarza, choć tym razem zadaje mu ranę jej prawe ostrze. I znowu. Do skutku.
Niespodziewanie za którymś razem jej ostrze nie trafia na zasłonę długiego miecza, a przeciwnik, zamiast napierać, odskakuje. I natychmiast uderza ją pocisk, odrzucając do tyłu. Sukinsyn użył przeciw niej duchowej broni, zdając sobie sprawę, że w zwarciu jest na przegranej pozycji. Shigeko jest zła. Głównie na siebie. Atak sam w sobie nie był śmiertelnie groźny, bagatelizuje też to, że pozostawił w jej ciele krwawiącą ranę, przecinającą prawe przedramie. To nieważne, jest naturalnie leworęczna. Złość wypływa stąd, że nie walczy, jak powinna. Owładnięta żądzą mordu przestała myśleć. To do niej niepodobne. Ale atak duchowy? Tutaj już przegiął. Dziewczyna zmienia zdanie. Nie zarżnie go ostrzem Zanpakutō.
Jej sztylety zlewają się w jedno i Saisho no Kiri wraca do formy katany. Na pytający wzrok przeciwnika daje mu odpowiedź, uwalniając błękit, przepływający w jej żyłach i tętnicach. Nigdy nie nauczyła się korzystać z krzyża Quincy, a jedynym artefaktem, z którym pracowała, był medalion, który Urahara wydobył z martwej dłoni Quilge Opie. Nie potrzebuje jednak wymyślnych technik, by pokonać Stern Rittera w możliwie najbardziej upokarzający dla niego sposób. Po prostu uwolni swoją moc, nawet nie nadając jej formy zmaterializowanego pocisku. Może skorzystać z własnego Reiryoku, przeskakując ograniczenia, które wiążą Quincy bez mocy Shinigami.
Już po chwili, kiedy jej moc zderza się z mocą Stern Rittera, wie, że to za mało. Jej próba ataku to coś zupełnie innego, niż manipulowanie błękitem, w czasie używania medalionu. Tam chodziło o nagięcie swojej własnej siły. Nie potrzebowała do tego Reishi. By zadać obrażenia atakiem bezpośrednim, konieczne jest skondensowanie cząsteczek duchowych do formy materialnego pocisku. Bez krzyża Quincy, czy innego artefaktu bitewnego, to naprawdę skomplikowane. Oczywiście jej przeciwnik to wie, bo zaczyna się uśmiechać, napierając na nią. Nie ma mowy, by teraz sobie odpuściła.
I nagle… wyczuwa wokół siebie całe mnóstwo Reishi. Zaskakuje ją to, bo przed chwilą nic tu nie było. Wreszcie się orientuje. Czuje swoimi zmysłami cząsteczki duchowe, budujące wszystkie istoty duchowe, których pełno na śniegu wokoło. Arrancarzy i Shinigami. Ma wrażenie, że wystarczyłaby jej odrobina. Szczypta Reishi… cokolwiek, aby tylko nadać swojej mocy formę fizyczną. Wie, że sięgając do tej odrobiny, dla kilkudziesięciu obecnych nie zrobiłoby to różnicy. To nie będzie przecież atak na ich własną moc, teraz zupełnie niebronioną na skutek wyczerpania. Kiedy tylko zabije tego Vandenreich, będą się mogli ewakuować i „czwórka" się wszystkim zajmie. Zamierza nagiąć naturalne osłony Arrancarów, ale kiedy ich dotyka swoimi duchowymi receptorami, po prostu przez nie przechodzi, jakby ich nie było. Czuje, że tych kilkunastu jest na skraju wyczerpania. Shinigami są w dużo lepszej formie. Jakby na próbę sięga do któregoś oficera i przebija się także do jego Reiryoku, chociaż z większą trudnością. Po chwili czuje, że może już uformować materialny pocisk. I oblatuje ją strach. Zdaje sobie sprawę, że przeciwnik robi to samo. Zorientował się, że ma do dyspozycji całe pokłady chodzącego Reishi.
Nie pozwoli mu, nawet, jeśli będzie musiała sama mocniej zaczerpnąć. Będzie ostrożna. Jeszcze trochę. Odrobinę. Nawet nie zdaje sobie sprawy, kiedy inni wokoło zaczynają tracić przytomność. Arrancarzy i… Shinigami. Jest przerażona. Nie może przestać. Jakaś jej część nie chce przestać, przypominając, że musi wykończyć tego sukinsyna. I coś jeszcze. Odrobina jej jaźni jest w euforii, smakując moc, która w niej szaleje. To przeraża ją jeszcze bardziej. Chyba ktoś zaczyna krzyczeć. A ona nie może tego przerwać, chociaż bardzo chce. Już nie widzi nic, poza błękitem, który nie pozwala jej siatkówkom rejestrować innych barw. I nagle napierająca siła, z którą walczyła, znika. A ona, w braku jedynej bariery, na której koncentrowała swoją moc Quincy, uwalnia ją w przestrzeń. Zupełnie już nad tym nie panuje. Chyba ktoś ją szarpie, a może nie… Nie czuje swojego ciała, nie widzi, słyszy tylko przytłumione głosy. Nie może wrócić.
Niespodziewanie, jakby od uderzenia, wszystko ustaje. W jej głowie znów jest pełno dźwięków, chociaż potrzebuje chwili koncentracji, by je umiejscowić. Kiedy wraca jej wzrok, widzi nad sobą wciąż lekko rozmazaną twarz. Shirō. Nad sobą… Leży. Teraz czuje też twardy grunt pod plecami, a kiedy próbuje się podnieść, jej ciało przechodzi dreszcz. Ból, promieniujący w okolicach jej lewego boku. Sięga ręką i trafia na lepką ciecz. Czerwoną. Zaczepia o coś, czego nie powinno tam być. Odwraca głowę w dół i rozpoznaje szarą rękojeść oraz kredowobiałe ostrze, które tkwi poniżej jej żeber. A więc to Shirō sprowadził ją z powrotem.
Napotyka jego oczy i widzi przerażenie, którego nigdy nie spodziewała się w nich zobaczyć. Chce się uśmiechnąć, ale chyba słabo jej wychodzi, bo kiedy napina mięśnie, znów uderza ją ból w boku i mimowolnie zaciska zęby. Ktoś jeszcze się pojawia, zna jego twarz… Kageshi, 16. oficer.
- Ashige, to trzeba wyjąć. Nie jest tak źle, jak wygląda. Ale ktoś z „czwórki" powinien…
- Nie mamy tu, kurwa, polowego szpitala! Zrób coś. Cholera jasna, wpakowałem jej pod żebra Zanpakutō. Nie jest tak źle?!
- Dobrze będzie. Trochę Kidō i będzie gotowa do transportu.
Transport… ewakuacja… A więc ktoś się zajął tamtym. Musi wiedzieć, zanim straci przytomność.
- Stern Ritter..?
- W porządku, Ikkaku Madarame go zdjął. Nie mów. Cholera, Shigeko… Co ci odbiło?! Nie mogłem… to trzeba było przerwać. Co ci do łba strzeliło...?
- Spieprzyłam.
Nie ma nic więcej do powiedzenia. Zaciska mocniej zęby, kiedy Shirō ostrożnie wyjmuje ostrze. Bierze ją w ramiona i razem z resztą wkraczają w złotawy portal. Tym razem przeprowadzi ich 12. Oddział i obejdzie się bez polegania na nieznanej mocy Fujinhikō.
Miecz. Uderza ją nowa świadomość. Tam, gdzie zawsze czuła obecność, bez której nie pamięta już innego życia, jest pustka. Saisho no Kiri milczy. Jakby go wcale nie było. Zostawił ją. Ona sama, kiedy wreszcie to do niej dociera, ma ochotę przestać być. Po tym, co się tutaj stało, nie może spojrzeć w oczy żadnemu z członków 5. Oddziału. Nie wytrzyma spojrzenia Shinjiego Hirako. Nie jest już Shinigami, nawet jej Zanpakutō nie chce mieć z nią nic wspólnego. W Soul Society nie ma dla niej żadnej przyszłości.
Shirō. Nigdy nie wyrazi swojej wdzięczności w taki sposób, by to zrozumiał. Za to, że ją sprowadził z powrotem i to przerwał. A on nigdy sobie nie wybaczy. W jego oczach zawsze będzie widziała cień przerażenia sprzed chwili, rozdzierający serce. Ona spieprzyła, a on weźmie na siebie winę. Będzie jej to wynagradzał do końca świata. Nigdy nie wrócą do tego, jak było dotąd. Taka perspektywa jest nie do zniesienia. Sprawia, że chce jej się płakać.
Shigeko sięga znów w głąb duszy i szuka czegoś jeszcze. Oddycha z ulgą, kiedy udaje jej się uchwycić to, czego właściwie nie spodziewała się znaleźć. Nadal ma swoje Kidō. Co z drugiej strony nie jest takie dziwne – Zanpakutō nie zabrał jej całej mocy, bo nadal widzi byty duchowe. Ale potrzebuje tylko Kidō. Skupia całą swoją siłę, która jej jeszcze została. Nie może wrócić z resztą Gotei do Soul Society. Stara się nie myśleć nad tym, jak Shirō się poczuje, kiedy zda sobie sprawę, co zrobiła. Najlepiej dla niego, jeśli ją znienawidzi. Odrywa się od grupy, wymykając się zza ochronnych barier, nałożonych na nich przez IBiRS na czas przejścia, zanim Kidō rozłoży ją na czynniki pierwsze i zmaterializuje na dziedzińcu w Seireitei. Po chwili jest sama w próżni, cierpiąc nasilający się fizyczny ból. Jakby do teraz ramiona Shirō były jego uśmierzaczem. Mogłaby tu zostać, gdzieś między światami, i odpuścić. Naprawdę ma wszystkiego dość. Postanawia jednak wrócić na lodowe pustkowie. Tam się wszystko skończy. Inkantuje z pamięci formułę Kidō, trochę zaskoczona, że ją zapamiętała.
Wszystko zaczyna się zamazywać. Straciła dużo krwi, a lecznicze wiązanie Kageshiego najwyraźniej puszcza. Nie wyczuwa obecności Zanpakutō. Nie próbuje zamortyzować upadku i opuszczając portal uderza o lód z impetem. Wie, że traci kontakt z rzeczywistością, kiedy zaczyna czuć w powietrzu zapach kwiatu wiśni. Umysł tłumaczy jej, że to niedorzeczne, ale nie walczy z omamami. Kto chciałby umierać na lodowej pustyni? Gdzieś w oddali dostrzega rozbłysk, a może raczej eksplozję czegoś nieprzyjemnie ciemnego, szpecącego piękno tego miejsca. I nagle drobinki lodu, które dla niej są różowymi płatkami, zawisają w powietrzu. Na chwilę jest idealnie. A potem wszystko zaczyna się zapadać. Tuż obok pojawia się pęknięcie, które się rozszerza, pochłaniając odłamy lodu i ciemnej, spopielonej ziemi. To ostatnie, co rejestrują jej zmysły, zanim pochłania ją ciemność.
X.
-To jest sznur, który ukręcił sobie na swoją szyję Król Dusz. Nie potrzebuję Hōgyoku, by pokonać kapitanów. Mam Zanpakutō. I kiedy nauczyłem się go w pełni wykorzystywać, żadnego z was nie było jeszcze na świecie.
Yhwach wyciąga miecz przed siebie i coś szepcze, ale Ichigo dopiero po chwili orientuje się, że Vandenreich właśnie uwolnił Shikai. Przynajmniej ma nadzieję, że to Shikai i na nim kończą się możliwości czarnowłosego w zakresie władania Zanpakutō. Bo to, co widzi on i reszta, nie napawa optymizmem. Miecz staje w płomieniach. Nie, w zasadzie to Yhwach staje w słupie ognia, a jego Reiatsu skrapla lód w promieniu kilkudziesięciu metrów. Drobinki unoszącego się w powietrzu śniegu wyparowują, a Kurosaki, patrząc na doskonale przejrzyste powietrze ma wrażenie, że zostali zamknięci w idealnie szczelnej kuli, oddzielającej ich od reszty lodowego pustkowia.
Narzucone warunki już na starcie eliminują z walki Hitsugayę. Jest ranny, a cała woda z powietrza w odległości wystarczającej, by Hyōrinmaru ją wchłonął i się wzmocnił, wyparowała, odkrywając ciemną, jałową ziemię, przypominającą popiół. Ichigo wpada do głowy, że to naprawdę jest dobre miejsce na odstawienie końca świata. Za takim miejscem nikt tęsknił nie będzie. Nie muszą się ograniczać w sianiu zniszczenia. O ile będzie im dana ku temu okazja. Na pierwszy ogień i to dosłownie, idzie Byakuya, a rudowłosy obstawia, że to w nagrodę za jego ostatni komentarz. Kapitan zostaje otoczony przez mur płomieni, który odcina go od reszty Shinigami. Nim pierścień się zamyka, Kuchiki jakimś cudem wydostaje się na zewnątrz. Ichigo poprawia się w duchu – nie jakimś cudem, ale dzięki Shunpo i bez większych trudności. Niespodziewanie za jego plecami pojawia się Haschwalth i teraz rzeczywiście tylko cud ratuje skórę Byakuyi. A raczej bliźniacze miecze Shunsuia Kyōraku, które parują cios i przygotowuję się do kontrataku. Ale blondyn w białym uniformie jest już gdzie indziej, atakując innych kapitanów ostrzem miecza. W tym czasie Yhwach próbuje bezskutecznie spopielić Hirako i naciska na Isshina, ale ten w porę się ewakuuje kilka kroków do tyłu, ciągnąc za sobą syna.
Ichigo za tym nie nadąża i to wywołuje w nim daleko idący niepokój. Wie, że wszystko rozbija się o Bankai. Z Tensą Zangetsu będzie mógł dorównać kapitanom, a nie zawadzać, jak teraz. Ale powinien pozostać w Shikai tak długo, jak się da. Nie wie dlaczego, ale coraz mocniej rośnie w nim przeświadczenie, że kiedy przejdzie w pełne uwolnienie, stanie się coś złego. Ale jednocześnie jest coraz bardziej pewien, że uwolnienie Bankai będzie nieuniknione. Miga mu przed oczami Ishida ze swoim ojcem. Psiakrew, wszyscy są od niego szybsi i coś robią. Kapitanowie najwyraźniej są w stanie dotrzymać kroku atakującym Vandenreich, ale do cholery jasnej… Siedmiu Shinigami na poziomie kapitańskim i dwóch silnych Quincy jest spychanych do defensywy. Ciągle zmieniają pozycje, ale wciąż muszą się bronić przed ponawianymi atakami. Zaraz… obrywają wszyscy, oprócz niego. Yhwach chyba naprawdę chce go żywego. Można to wykorzystać… Szlag, dlaczego nie ma takiego daru do wymyślania na poczekaniu posunięć taktycznych, jak Ishida?!
Sytuacja znów się zmienia, bo wszystko zwalnia. Kapitanowie, przynajmniej ci bez naturalnego talentu do Shunpo, mają lekką zadyszkę. Oprócz tego wydają się niegroźnie pokaleczeni i gdzieniegdzie osmoleni. To nie do końca była walka. Yhwach chyba odstawił pokaz siły. Prawda, że wszyscy są w Shikai, ale skubaniec jest potężny. Jego Zanpakutō jest potężnym ognistym mieczem. Być może o sile zbliżonej do Ryūjin Jakki. Zaraz… Jeśli to był pokaz siły, to nie na kapitanach miał wywrzeć wrażenie. Ichigo uświadamia sobie, że to był pokaz dla niego. By zmusić go do wskoczenia na wyższy poziom. Niedoczekanie. Taktyk z niego mniej niż przeciętny, ale nawet on wie, że nie jest najlepszym pomysłem uleganie manipulacji przeciwnika.
I nagle ogień jest wszędzie. Oddziela go od reszty ściana z szalejących płomieni. Teraz zaczyna ogarniać go przerażenie. Kapitanowie, Ishida… jego ojciec… Wszyscy zostają zamknięci w wielkiej kuli ognia. Wszyscy poza nim. Sytuacja jest beznadziejna. Próbuje się przemieścić. Zaatakować. Dosięga ostrzem Zangetsu Yhwacha, ale ten zatrzymuje jego miecz. Gołą dłonią. Tak dalej być nie może. Nie ma wyjścia.
- Bankai. Tensa Zangetsu.
Jego Reiatsu wybucha czernią i czerwienią. Właściwie wszystkimi kolorami. Różni się to od uwolnienia, które dziesiątki razy aktywował. Jest inaczej, niż w Reiōkyū, pod okiem Nimaiyi. Moc przepływa przez niego z o wiele większym natężeniem. Czuje się… czuł się już podobnie. Kiedy był jednością ze swoim mieczem. Kiedy walczył w Mugetsu. Ale wie, że to coś innego, że teraz moc nie odejdzie, kiedy zada ostateczny cios. Na swój sposób to trochę przerażające. Władanie taką mocą napełnia go strachem. Wie, co miał na myśli Hirako. Gdyby coś takiego wymknęło się spod kontroli… Ale nie ma takiej opcji. Naprawdę jest jednością ze swoim Zanpakutō. Nie pozwoli, by jakakolwiek siła ingerowała w tę więź. Czarne ostrze Tensy Zangetsu jest przedłużeniem jego ramienia. Ichigo stabilizuje swoje Reiatsu, a kiedy szalejąca aura się uspokaja i odsłania mu widok, dostrzega Yhwacha. Skurwiel śmieje się od ucha do ucha.
- Nareszcie. Teraz możemy przejść do rzeczy. Więc może kilka słów wprowadzenia? Chłopak… Ishida się mylił, podobnie Kisuke Urahara. Hōgyoku nie jest niekompletne. Po prostu… na razie nie mogę go użyć. Albo raczej mogę, ale nie tak, jakbym chciał. Haschwalth?
Jasnowłosy ponownie wyciąga Hōgyoku przed siebie. Czarne jądro unosi się kilkanaście centymetrów nad jego dłonią. Jakby rzeczywiście było zawieszone w powietrzu. A może nie?
- W jednym Urahara miał rację. To Hōgyoku jest inne. Nie jest zabaweczką, którą podrasowuje się swoje umiejętności. Aizen był skończonym głupcem. Gdybym nie zakładał, że może być do czegoś użyteczny, w ogóle nie byłoby Inwazji. Myślałem, że to Hōgyoku potrzebuje jego własnego, by stało się idealne. Ale moje odrzuciło jego. Czarne Hōgyoku uznało, że nie potrzebuje świecącej zabawki Aizena. Można było sobie podarować wizytę w Soul Society, ale z drugiej strony przynajmniej się wyszaleliśmy. O tak… Spojrzenie w oczy Yamamoto, z których uciekało życie, warte było reszty niedogodności.
- Ty…
- Nie przerywaj, kiedy mówią dorośli. Inni, bardziej doświadczeni słuchali i postanowili nie podejmować głupich działań. Teraz zapewne masz zamiar zaatakować Haschwaltha, ale radziłbym dwa razy się zastanowić. Jak mówiłem, to Hōgyoku jest przeciwieństwem aizenowego. Nawet Sōsuke Aizen nie mógłby nad nim zapanować. Jest esencją destrukcji. Skondensowaną antymaterią. Haschwalth potrafi wpływać na strukturę materii – to moc jego miecza. Jedynie próżnia, w jakiej więzi je mocą swojego Zanpakutō, blokuje jego naturalną moc. Jak myślisz, dlaczego cały ten wymiar jest zupełnie jałowy, pozbawiony śladowych nawet oznak życia, Reishi? To właśnie moc Hōgyoku. Ono pochłania wszystko, karmiąc się mocą. Jeśli bariera, w której zostało odizolowane, ulegnie zniszczeniu, cóż… nastąpi koniec. Jest już dostatecznie silne. Wchłonie ten świat, zapewne wszystkie istniejące wymiary. Chociaż, jeśli użyję go na Królu Dusz, powinno czuć się zaspokojone tylko nim samym.
- Jesteś obłąkany.
- Ja tylko przywracam naturalny porządek. Samo to, do czego Vandeneich doszło, co osiągnęło, powinno dobitnie świadczyć, że jesteśmy doskonalsi, niż Shinigami. Mamy wystarczającą moc, by panować nad światem i strzec jego reguł. Reguł, które sami ustalimy, gdy skończymy w Reiōkyū. Król Dusz nie powinien był uciekać z podkulonym ogonem, kryjąc się za plecami Straży.
- Król Dusz nie uciekł. Zrobił to, co było najlepsze dla świata, nad którym sprawuje ochronę. Zaczekał, aż byty będą w stanie wziąć za ten świat odpowiedzialność. Król Dusz usunął się, odseparował, bo zobaczył, że Shinigami podjęli dobrą decyzję, zostawiając was przy życiu i pozwalając wam decydować o sobie. Nigdy nie wydawał poleceń, po prostu był. Shinigami, Quincy, ludzie… wszyscy decydowali za siebie, słuchając, co mówiły im ich rozum i dusza. Kiedy do Shinigami dotarło, że pierwsza eksterminacja Quincy mogła być błędem, Król Dusz wiedział, że jego „dzieci" dorosły na tyle, by widzieć swoje pomyłki. Dlatego wybrał Shinigami i podzielił się z nimi odpowiedzialnością. Bo dla wyższego dobra postanowili zaryzykować trwanie w niepewności, że Vandenreich, którym darowali, mogą kiedyś wrócić.
Ichigo słucha jak zahipnotyzowany. Po pierwsze, nigdy nie pomyślałby, że Nimaiya może mówić z sensem i bez kiczowatych wtrąceń. Po drugie, nadal nie może przyjąć do wiadomości, że właśnie pojawił się Oddział Zerowy. Mimowolnie na jego usta wypełza delikatny uśmiech, ale Senjumaru go gasi swoimi słowami.
- Ichigo, nie jesteśmy tu, by walczyć, jak Gotei. Nie jesteśmy Gotei 13. Jesteśmy tu przedłużeniem ramienia Króla Dusz. Naszym zadaniem jest strzec równowagi i nie dopuścić, by to szaleństwo przeniosło się poza Lodowy Wymiar. Nie ratujemy skóry innym Shinigami. Nawet, jeśli nikomu nie będzie dane wyjść stąd żywym. Jesteśmy Królewskim Kluczem. Mamy zadanie, które wymaga od nas skupienia całej mocy. W tym przypadku bez naszej woli, bez woli Króla, nikt nie postawi stopy poza tym światem.
XI.
Kiedy rzucił wyzwanie Grimmjowowi dawno temu, zostawiając błękitnowłosego, ciskającego przekleństwa i plującego krwią, na posadzce w ciemnym korytarzu w Las Noches, nie zrobił tego lekkomyślnie. Chociaż tamten Arrancar był tylko cieniem tego, który stoi przed nim na śniegu, jakąś cząstką siebie czuł, że jeśli pozwoli mu żyć, będzie kiedyś tego zapewne żałował. Ale jednocześnie już wtedy wiedział, że Grimmjow jest jedynym, który może dać mu walkę jego życia. Z tego powodu nie zabił go za drugim razem. Jego następca na stołku Sexto Espada był wyzwaniem. Aidenell lubił wyzwania.
Już po pierwszym ataku wiedział, jak bardzo styl walki i naturalne przymioty ich różnią. To może być jego atut, bo on sam nigdy nie postawiłby na wojownika, którego bronią były kły i pazury, przeciwko takiemu, który trzyma ostrze. Aidenell w Resurrección nadal miał miecz i to sprawiało, że czuł się niepokonany. Jego ciało pokrywał pancerz, który chronił skutecznie przed ranami szarpanymi. I był szybki, diabelnie szybki. Ten zestaw do tej pory się sprawdzał. W takiej formie już raz pokonał Grimmjowa. Tyle tylko, że wtedy błękitnowłosy nie uwolnił Zanpakutō. Teraz… teraz to inna historia.
Zdołał już lekko skaleczyć przeciwnika w przedramię, sam też oberwał zdrowo w skroń i w ustach czuje metaliczny posmak krwi. Od tego jeszcze bardziej odpływa i poddaje się naturalnym instynktom. Chociaż to wciąż nie jest walka. Na razie się próbują. To coś nowego. Grimmjow, z którym walczył wcześniej, rzucał się jak wariat, od razu próbując utoczyć krwi przeciwnikowi, jakby chciał ją spijać z jego ran. Aidenell nie wie, co go zmieniło, ale ten inny Grimmjow jest bardziej niebezpieczny. Walczył z nim dwukrotnie i w żadnym razie nie dla zabawy, poznał jego limity, a teraz ma wrażenie, że nic o nim nie wie. Nie chodzi tylko o to, że nigdy nie widział jego Resurrección, a to jest naprawdę imponujące. Musi sam przed sobą przyznać, że jest zaskoczony. Spodziewał się bestii, która będzie próbowała rozszarpać mu tętnicę, skopać tyłek i przerobić jego ciało na bezkształtną masę, nie nadającą się do identyfikacji. A ma przed sobą drapieżnika, który najwyraźniej sięga do taktyki. Grimmjow myśli i to go nadal zaskakuje, a powinien się już przyzwyczaić do Grimmjowa myślącego. Będzie jeszcze trudniej, niż zakładał, ale naprawdę lubi wyzwania. To część jego natury. Na tym polu ma bardzo wiele wspólnego z przeciwnikiem, który po raz kolejny go dopada, znów jedynie lekko raniąc jego bok. Skubany… przebił się przez łuskowaty pancerz.
- Będzie tego. Napatrzyłeś się? Możemy już przejść do konkretnej zabawy, zanim odwalę kitę z nudów?
A więc… niemożliwe. Grimmjow narzucił taki styl walki ze względu na niego. Aidenell poprzednio pokazał mu swoje Resurrección, za to sam nie widział jego uwolnionej formy. Błękitnowłosy pozwolił mu na dokonanie oceny przeciwnika. On sam jest świadom, że ataki tego drugiego nie były zupełnie na serio, ale z drugiej strony, nawet jeśli nie zagłębiały się w jego ciało tak, jak powinny, to ukazywały faktyczną zwinność, szybkość reakcji i siłę Grimmjowa. Przy czym jego przeciwnik się nie popisywał. Po prostu… cholera wie. Chciał czystej walki?
- Co to było, Grimmjow? Czy ty właśnie pozbyłeś się przewagi zaskoczenia?
- Robiłem już bardziej popieprzone rzeczy. Kiedyś sprowadziłem jednego kretyna prawie zza grobu i stanąłem na głowie, żeby nadawał się do walki. Jeśli chodzi o walkę, prawdziwe starcie, a nie tylko utłuczenie jakiegoś pokurcza, to mam pewne zasady, egoistyczne dość… Zrobię wszystko, żeby mieć z tego maksimum przyjemności. Doceń mój gest i do cholery – nie zdechnij za szybko, Kerr.
Pewnie coś takiego z ust przeciwnika powinno irytować i wytrącić z równowagi. Aidenella to nie rusza, a może raczej wywołuje odmienny skutek. Śmieje się w duchu. Wygląda na to, że on i błękitnowłosy mówią w tym samym języku. Oddaje to, jak w takim razie Kerr musi być popieprzony. On też ma zamiar wynieść ze starcia tyle przyjemności, ile będzie w stanie. A potem zabije Grimmjowa, chociaż zapewne z niechęcią. No, trzeci raz akt łaski już nie przejdzie – wszystko ma swoje granice. Nie ma miejsca w żadnym ze światów, w którym mógłby się schować przed Grimmjowem po czymś takim.
Doskakują do siebie i od pierwszej wymiany ciosów wie, że żarty się skończyły. Teraz błękitnowłosy Arrancar naprawdę walczy, by zabić. Jego pazury tną głęboko, jego kły szukają nieosłoniętych tętnic. Jest wszędzie. Aidenell ocenia, że wcale nie jest od niego wolniejszy, a do teraz nie spotkał jeszcze nikogo, kto w tej materii mógłby mu dorównać. On sam nie odczytuje dostatecznie wcześnie jego ruchów, by się rozluźnić i pozwolić sobie na ryzykowanie. To wszystko sprawia, że krew szybciej płynie mu w żyłach. Nie czuł czegoś takiego. Każdą sekundę walki wypełnia przeświadczenie, że może zginąć. To nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia poza jego przeciwnikiem. Nie chce go pokonać, by ostatecznie zadać mu śmierć. Chce go przewyższyć, ubiec, lepiej to rozegrać. Udowodnić, że jest tutaj silniejszym drapieżnikiem. I, co zaskakujące, nigdy nie była tak pewny, że jest w stanie to zrobić, jednocześnie uzmysławiając sobie, że Grimmjow jest silniejszy, niż przewidywał. Do cholery, Aidenell jest przecież Espada i nawet jeśli oddał tytuł, to nigdy nie został pokonany. Nigdy. Kiedy na Hueco Mundo spadło Jagdarmee, zwyczajnie kalkulował, pozwolił się zabrać do Pałacu, jednocześnie ukrywając, że był pierwszym Sexto Espada. Potrafi przetrwać wszystko. Nie uległ nikomu w walce. Nie nastąpi to w pojedynku z Arrancarem, którego dwukrotnie pokonał.
Mogą być na wielu poziomach do siebie zaskakująco podobni, ale Kerr kieruje się swoimi zasadami. W pewnym momencie nawet zasady przestają mieć znaczenie. Kiedy krew go woła, zagłusza inne głosy w jego wnętrzu. To jest moment, w którym przestaje pamiętać, dlaczego walczy. Staje się ucieleśnieniem śmierci. Dlatego zawsze decyduje wcześniej, zanim kontrolę zupełnie przejmie jego hollowowa natura. Zanurza się w pragnieniu niesienia destrukcji i ten stan jest najbliższy temu, czego przebłyski pojawiają się niekiedy w jego głowie z czasów, nim odmieniło go Hōgyoku. Zawsze uważał to za niedorzeczne, bo wprowadzenie się w taki stan sprawia, że zaczyna postrzegać przeciwnika jako zdobycz, w bardzo kulinarnym znaczeniu. Arrancarzy nie zabijają, by się wzmocnić ciałem pokonanego. Nie mogą się stać czymś więcej i ta potrzeba fizycznego zaspokojenia głodu znika, gdy z truchła przeciwnika uciekają ostatnie oznaki życia. Ale kiedy walczą na pełnych obrotach, tak właśnie czują. Grimmjow jest zdobyczą i dlatego musi go dorwać. Wie, że błękitnowłosy czuje to samo. Wie też, że do tego pojedynku musiało dojść. Nie tylko tamten go chciał. Aidenell poczuł to już przy pierwszym spotkaniu, gdy cichcem opuszczał Las Noches. Nie zabił Grimmjowa tak, jakby chciał, bo nie mógł sobie na to pozwolić w tamtych warunkach. Były i inne powody. Ale, wtedy jeszcze będący nikim, zainteresował ustępującego Sexto Espada. Aidenell Kerr nie chciał uwolnić Zanpakutō, bo wiedział, że się nie powstrzyma. W tamtym momencie świadomie oznaczył go jako swoją zdobycz. Wiedział, że to nie było jednostronne i prędzej, czy później, „jego" Arrancar go znajdzie. Nikt nie wpierdala się między Arrancara, a jego zdobycz.
Grimmjow dopada go i wbija ostre pazury, właściwie cała dłoń, w jego prawe ramię. Spodziewał się czegoś takiego, próbował to nawet sprowokować, ale nie na tyle nachalnie, by przeciwnik rozszyfrował jego taktykę. Potrzebował mieć go blisko. Na tyle rozproszonego własnym atakiem, by zrezygnował na chwilę z obrony. Aby nie miał czasu zareagować. Błękitnowłosy nie może spodziewać się takiego kontrataku, bo nie miał okazji zdobyć o nim wiedzy. Aidenell sięga do swojego Reiatsu i skupia je na swoim ciele w jednym punkcie. Bardzo przydatne, że akurat on nie potrzebuje do tego wolnych rąk. Drugą część odwalił Grimmjow, samodzielnie kopiąc sobie grób w chwili, gdy zalał go strumień krwi z przebitego jego dłonią ramienia Kerra. Teraz orientuje się, że coś jest nie tak. Za późno.
Ciałem Aidenella wstrząsa lekki dreszcz i po chwili uwalnia ono potężny pocisk energii. Nie, właściwie impuls, który rozchodzi się falą z siłą, która jest w stanie poważnie okaleczyć. Zmieszana z jego krwią, jest w stanie zabić. W niebieskich oczach pojawia się bezgraniczne zaskoczenie i złość. Aidenell nie wie, czy bardziej skierowana przeciw niemu, czy samemu Grimmjowowi, który dał się tak podejść. Destrukcyjne Cero uderza w błekitnowłosego, odrzucając go na kilkanaście metrów i dotkliwie raniąc. Sukinkot w ostatnim odruchu zablokował atak własnym Cero, ale siła uderzenia zmasakrowała jego ramię do tego stopnia, że teraz będzie jak najbardziej bezużyteczne. Aidenell przekłada ostrze do lewej dłoni, bo mięśnie prawego przedramienia odmawiają posłuszeństwa. Podchodzi powoli do leżącego Grimmjowa.
- O ty skurwielu, co to było? Gran Rey Cero?
- Jestem Espada. Akurat Ty powinieneś wiedzieć. Do trzech razy sztuka? Jakbym był skończonym skurwysynem, to bym zapytał, kto tu jest prawdziwym drapieżnikiem. Ale przez wzgląd na stare czasy… Co za kretyn ujawnia przed walką swoje atuty? Grimmjow… chyba wiesz, że czwartego razu nie będzie.
XII.
Siła uderzenia go ogłusza, a może to tylko zastrzyk adrenaliny. Wreszcie zobaczył coś, na co czekał. Najwyższa pora, bo stracił prawie całkowicie nadzieję. Zaczął już myśleć, że Kerr nie dostarczy mu nawet minimum rozrywki. No, może niezupełnie. Jest silny, silniejszy, niż Grimmjow zakładał. W końcu to też Espada i widocznie gięcie karku przed Vandenreich i Gotei nie wypleniło jego naturalnych odruchów. To nie tak, że błękitnowłosy do tej chwili dawał mu fory. Po prostu nie chciał go za szybko wypatroszyć, by nie zepsuć sobie zabawy. I był ciekawy. Czekał, aż Kerr odpłynie, wejdzie na ten sam poziom szaleństwa, co on sam. Nie chce walczyć z desperatem, który broni swojego gównianego życia. Chce się zmierzyć z wojownikiem, który wierzy, że może zwyciężyć. Wtedy jest nieporównywalnie ciekawiej. I musi przyznać, że to Gran Rey Cero go zaskoczyło. Przez sekundę poczuł się bardzo niepewnie, a po tym przyszła fala ekscytacji. Teraz on też może się rozkręcić. Kerr najwyraźniej jest jednak wart tego, by potraktować go poważnie.
Nim jeszcze tamten kończy zdanie, Grimmjow jest znów na nogach. Dokucza mu rana, a właściwie całe mnóstwo nie tak znowu powierzchownych zranień po uderzeniu Cero. Ale to nieważne. Dopóki utrzymuje się w pionie, może wszystko. Nawet, jeśli już nie będzie mógł ustać, także nie odpuści. Jeśli Kurosaki jednak nie paplał od rzeczy, to nie ma się co oszczędzać. Pieprzenie – i tak by się nie oszczędzał. Balansowanie na krawędzi jest sensem jego istnienia. Nie zrobi tylko jednego. Choćby jakimś cudem Kerrowi udało się go przycisnąć do muru, nie uwolni Segunda Etapa. Ten arsenał jest przeznaczony dla oczu jednego jedynego przeciwnika i w żadnym razie nie jest to stojący przed nim Arrancar. A poza tym ma zamiar się wyszaleć. Ma cichą nadzieję, że Kerr jest na tyle twardy, by nie odwalić kity, zanim błękitnowłosy sobie na nim poużywa.
Po wymianie kolejnych ciosów widzi w miodowych oczach narastające poczucie porażki. Wkurwia go to niemiłosiernie. Kerr nie przestaje go ścigać, sięgać do niego mieczem i szuka okazji. Ale chyba skończyły mu się pomysły. Nie może użyć Gran Rey Cero bez wcześniejszej regeneracji, a na tym ataku najwyraźniej opierała się jego taktyka. To nie tak, że tamten jest przeciętniakiem. Po prostu Grimmjow jest od niego lepszy, bardziej doświadczony i coraz silniej zniechęcony. Kerr nie jest Kurosakim. Błękitnowłosego nie cieszy ta walka tak, jakby sobie tego życzył. Po prostu… tutaj już skończył. Garra de la Pantera zakończy sprawę.
Podchodzi bliżej słaniającego się na śniegu Kerra. Już od jakiegoś czasu jego prawa ręka była wyłączona z walki, zwisając bezwładnie. Teraz próbuje się podeprzeć na ostrzu, trzymanym w lewej dłoni, by nie uderzyć twarzą o lód pod stopami. Grimmjow doskakuje do niego z kocią gracją i kopie w twarz, odrzucając do tyłu. Pokonany z trudem łapie powietrze, ale nadal próbuje się podnieść. Zwycięzca unieruchamia go, przyciskając nogą jego głowę do ziemi.
- Kerr… I ty… ty byłeś Sexto Espada? Rzygać mi się chce… Zdychaj.
- Grimmjow, nikt nikogo nie będzie tutaj zabijał.
Odwraca się w kierunku dziewczyny, która z zupełnie nieznanych mu przyczyn wymawia słowa, wprawiające ich obydwu w osłupienie. Także żółtawe oczy Kerra, krztuszącego się własną krwią, skupiają się na nieoczekiwanym wsparciu. Grimmjow ma trąconego nerwa i tylko dlatego, że jest zbyt zaskoczony, nie ucisza irytującego głosu, rozrywając krtań namolnej dziewuchy, która kładzie mu dłoń na przedramieniu.
- Na łeb ci padło, ruda?
- Nie pozwolę ci nikogo zabić.
- Bo się będę ciebie o zdanie pytał. I nie jazgocz, nic mnie tak nie wkurwia, jak twój jazgot. Nie mam już żadnego układu z Kurosakim. Powiedzmy, że wygasł. Permanentnie. Spieprzaj, bo ci pomogę.
- Kurosaki-kun..? Coś ty mu zrobił?!
Inoue przestaje nad sobą panować. Uwalnia moc, a złotawa tarcza… nie, raczej wiązka, pocisk złotawej energii uderza błękitnowłosego, odrzucając go do tyłu. Gdyby nie zablokował ataku swoim Cero, to prawdopodobnie poważnie by go raniła. Tego już nie zdzierży. Zrywa się ze śniegu jak oparzony.
- Kurwa. Jeszcze jedno „Kurosaki-kun" i cię rozwalę! Chwilę temu ubiłem jedną wnerwiającą sukę, a ona mnie nie irytowała nawet w połowie tak, jak ty. W odróżnieniu od Kurosakiego, nie mam oporów przed zatłuczeniem dziewuchy. I będzie zabijanie, cała masa zabijania, o to się mogę nawet założyć.
Trafia na twarde spojrzenie jej oczu. Cholera, jednak ma trochę ikry, nigdy by nie pomyślał, wspominając, jak robiła za kukłę i dawała się przerzucać z rąk do rąk wtedy, kiedy gościła w Las Noches. Ma to wkurzające spojrzenie, którego tak nie cierpi. Które wykrzykuje przekonanie tej dziewczyny, że może wszystko. Wszyscy rudowłosi tak mają? I nagle napięcie tak gęste, że można by je koić nożem, przerywa nieartykułowany odgłos z boku, z perspektywy ośnieżonej ziemi. Kerr… chyba się śmieje. Albo próbuje, bo dźwięk, jaki wydobywa się z jego gardła, naznaczony jest fizycznym cierpieniem.
- Grimmjow… będziesz bić… kobietę?
- Masz siłę jeszcze kłapać gębą? Obrońca się znalazł, psia jego mać. Czy ty jesteś jeszcze Arrancarem, czy postanowiłeś się zshinigamić, żeby sięgnąć poziomu swojego pojebanego guru?
Wyraz twarzy Kerra, a właściwie pytających oczu, bo tylko te widać wyraźniej spod krwawej, lepkiej maski, która pokrywa jego głowę, zdaje się mówić, że leżący u jego stóp nie załapał aluzji. Widocznie wraz z upływem krwi opuścił go rozum. Grimmjow wyjaśnia, z narastającą irytacją.
- Aizen. Twoja jedyna obsesja. Te pieprzone skrzynki z herbatą, wyprawa po Hōgyoku, zbieranie informacji w Soul Society. Jesteś kompletnie popieprzony na jego punkcie. Nawet łazisz w szmatach 5. Oddziału. Chcesz być Aizenem-strategiem, Aizenem-politykiem, Aizenem-zdobywcą, a wpadasz z jednego gówna w drugie, jeszcze głębsze. Jesteś skończenie głupi. Wisiał mi sukinsyn, obchodził mnie o tyle, że dawał okazję, żeby się wyszumieć. Ale żeby mieć tak nasrane i myśleć, że się jest drugim Aizenem…
- Heh… drugim Aizenem? Żyję po to, by… by zabić tego zdradzieckiego skurwysyna.
Błękitnowłosy nie wierzył, że przeciwnikowi uda się jeszcze go czymś zaskoczyć, a teraz zaskoczenie powstrzymuje jego rękę od ciosu. Na chwilę. Wyznanie tamtego niczego nie zmienia. Aidenell Kerr jest jego łupem, choć jest i coś więcej. Kerr uroił sobie, że może kierować jego losem, pozwalając mu dołączyć do Espady… pozwalając mu żyć po przegranej. Grimmjow sam jest panem swojego przeznaczenia. A ostrze Pantery może kształtować przeznaczenie tych, którzy próbowali się postawić nad nim, depcząc jego dumę. Jest destrukcją.
Staje nad wykrwawiającym się Arrancarem i jednym szybkim, idealnie wymierzonym ruchem przebija się pazurami przez jego twardą, chropowatą skórę poniżej szyi. Kiedy zagłębia w ranie całą dłoń, rozszarpując tkanki i tętnice, łuskowaty pancerz znika, a ciało Kerra wraca do nieuwolnionej, ludzkiej formy. Z rozerwanej krtani nie wydobywa się już żaden dźwięk. Kiedy przestaje czuć pulsowanie krwi, wyszarpuje rękę z rany. Po chwili łapie się na tym, że dokładnie tak samo odesłał już z tego świata tę czarnowłosą Stern Ritter i jest trochę zły. Mógłby się wykazać większą inwencją. Robi krok w tył i napotyka mordercze spojrzenie, tym razem nie rudowłosej. Nelliel Tu Odelschwanck sprawia wrażenie, jakby się miała na niego rzucić i odgryźć mu łeb. Grimmjow nie ma nic przeciwko kolejnemu starciu. Dziś nie obejdzie się bez całej masy śmierci. Chce się znów z kimś zmierzyć, lawirować na krawędzi, pozwolić by zabijająca go wzrokiem ex Espada spróbowała szczęścia. Nie ma okazji.
Powietrzem wstrząsa eksplozja nieznanej mocy, całkowicie inna niż wcześniejszy wybuch, towarzyszący obróceniu się Lodowego Pałacu w kupę gruzu. Na horyzoncie pojawia się czarna smuga, jakby zasysając z otoczenia światło. Getsuga Tenshō? A może jednak nie. Przez chwilę nie widzi wyraźnie, ale po sekundzie płatki śniegu, zamazujące obraz w oddali, zawisają w powietrzu. Jakby nagle ktoś wyłączył grawitację. Popieprzony wymiar. I wtedy, chociaż jeszcze nie traci gruntu pod nogami, wie już, że za moment wszystko zacznie się zapadać. W oddali już się to dzieje. Chodzi mu po głowie jedno słowo i sam się dziwi, że je zna. „Implozja".
- Mogłem się domyślić, że Kurosaki da dupy. I co ruda, nadal się nie chcesz założyć, że wszystko szlag trafi?
Nikt mu nie odpowiada, bo wszyscy wpatrują się w dal. Jakby było na co się gapić. Grimmjow czuje coraz silniejsze drżenie ziemi pod stopami i obserwuje, jak ciemne grudy i odłamy lodu odrywają się od gruntu. Wpada mu do głowy, że gdyby Kerr był trochę silniejszy, to on sam nie musiałby teraz stać jak kołek i czekać. Wkurwia go wymuszona bierność. I kolejna myśl, która łagodzi irytację i przywołuje na jego twarz drapieżny uśmiech. Przynajmniej rudowłosy Shinigami go nie przeżyje. Zamyka oczy i nawet nie wie, kiedy dosięga go ciemność.
XIII.
Przebije się przez tę cholerną ścianę ognia, choćby miał do tego zużyć całe zmagazynowane Reishi, a zaczerpnął go po brzegi. Kolejne próby pogłębiają tylko jego frustrację. Najpierw próbowali kapitanowie, ale zarówno Shikai Suì-Fēng, jak i Hirako są zupełnie w tych warunkach niepraktyczne. Hitsugaya ledwo się trzyma. A Urahara i Kyōraku zgodnie stwierdzili, obserwując poczynania Byakuyi i Isshina Kurosakiego, że od środka się nie przebiją, jeśli im życie miłe. Po tym, jak Kuchiki użył Senbonzakury, by zrobić wyłom w ognistej powłoce, Urahara musiał ekspresowo postawić potężną barierę Kidō, żeby ochronić resztę przed tysiącem odbitych ostrzy. Ojciec Kurosakiego też nie dał za wygraną i prawie dobił pozostałych uwięzionych Getsugą, która także trafiła na opór płomieni i walnęła w nich rykoszetem. A potem „kapitan Shiba" i kapitan Kuchiki zaczęli wymieniać się uprzejmościami, jakby tylko im cała sytuacja wydawała się beznadziejna. Isshina rozumie doskonale, w końcu tam samotnie walczy jego syn. Ale jeśli Byakuya zdecydował się zwerbalizować emocje, uzewnętrzniając je niezmiennie chłodnym tonem, ale za to w bardzo nie arystokratycznych słowach, to Uryū jeszcze mocniej rozumie powagę sytuacji. Chociaż przecież po drugiej stronie został Ichigo Kurosaki, który stawał do walki z Aizenem, z kilkoma Espada i niedawno z Yhwachem. Taaa. I Inoue musiała go dwa razy wskrzeszać z martwych, przed Aizenem został uratowany przez pieczęć Urahary, a spotkanie z liderem Vandenreich skończył ledwo żywy i bez miecza. Inoue. Nie chce, nie może teraz o tym myśleć. Jeśli skupi się na porażkach i zatopi w poczuciu winy, nigdy się nie uwolnią. A zdecydowanie muszą się stąd wydostać i Uryū stanie na głowie, ale wymyśli sposób.
Nie przychodzi mu do głowy żadna technika, która mogłaby być dostatecznie przydatna i silna, biorąc pod uwagę zaobserwowane, nikłe skutki, jakie wywołały w strukturze ognistej osłony ataki kapitanów. Zaraz… Kurosaki by się nie zastanawiał. On sam nie ma pojęcia, jak rudowłosemu udało się zapanować nad Medalize, zupełnie podświadomie uaktywnił też wcześniej Blut Vene. Ten narwaniec, przy zupełnym braku cierpliwości i naturalnej skłonności do brawury, tak niepożądanych u Quincy, nie byłby w stanie się tego nauczyć przy miesiącach intensywnego treningu. Ale Kurosaki rzeczywiście nic nie robi tak, jak Bozia przykazała. Nie wgłębia się w technikalia, po prostu… działa. Jakoś „samorzutnie" mu to wychodzi, jak zwięźle ujął to Hirako. Więc, czemu by nie. Uryū skupia w sobie błękit, w myślach wizualizując skutki, jakie jego nienazwana technika ma w jego zamiarze wywołać. I po prostu uwalnia moc, ale nie celuje w określony punkt ściany płomieni. To bezcelowe, bo zarówno Getsuga Isshina, jak i atak Byakuyi zostały nie tyle zneutralizowane, co odbite przez osłonę, którą otoczył ich Yhwach. Uryū wie, że musi zniszczyć ją całą. Pozwala, by odpłynęło z niego dostatecznie wiele energii duchowej, by równomiernie otuliła ognistą barierę od środka. I kiedy jest już gotowy, zmusza swoją moc Quincy, by jednocześnie uderzyła w każdy punkt, każdy centymetr otaczającego ich, żarzącego się muru. Od eksplozji błękitu robi się… cóż… niebiesko. I płomienie się najpierw cofają, a po chwili już ich nie ma.
- Używanie mocy Quincy w ten sposób jest niebezpieczne. Nie wolno stosować nienazwanych technik, jeśli się chce wyjść z tego z życiem, Uryū.
- Oj, weź się zamknij. Trzeba było pomóc, a nie stać jak kołek. Jakiś czas temu przestałeś mi udzielać ojcowskich rad i bądź konsekwentny, Ryūken.
- Heh. Jesteś pewien, że nie ma tu żadnych bliższych koligacji? Narasta we mnie przekonanie, że nasze pociechy mają wiele wspólnego, co nie, Ishida? Mój chłopak chyba zepsuł twojego… Nieźle.
Uryū nie zawraca sobie głowy obserwowaniem spojrzenia swojego ojca, które zapewne, gdyby tylko mogło, zabiłoby Isshina za spostrzeżenia, którymi postanowił się głośno podzielić. Ale chłopak nie ma czasu zajmować się takimi szczegółami. Upadająca bariera odsłania mu rudowłosego Shinigami w Bankai oraz dwóch Vandenreich, wyraźnie poruszonych niespodziewanym rozbiciem ognistego więzienia. I widzi coś jeszcze. Za plecami wrogów, zaaferowanych nagłą zmianą sytuacji, pojawia się jeden… nie, dwóch intruzów. Pierwszy, tak potężnie zbudowany, że jego cień mógłby ukryć obydwu Vandenreich, uderza od góry Yhwacha, który orientuje się na tyle wcześnie, by częściowo się odwrócić. Nie unika jednak wyszczerbionej klingi, która tnie jego lewy bok, rozchlapując krew na twarzy agresora. Haschwalth, który idzie mu z pomocą, trafia na zasłonę ostrza, a siła sparowanego uderzenia odrzuca go lekko do tyłu. Obydwie pary przeciwników odskakują od siebie. Uryū kątem oka obserwuje, jak uwolnieni kapitanowie oskrzydlają dwóch wrogów, zamykając wokół nich pierścień, cały czas gotowi, bo się przemieścić i zadać cios. Jakby żaden z obecnych nie miał zamiaru tylko obserwować, jak inny odwala całą robotę. Ktoś się zaczyna śmiać, ale tym razem nie jest to Yhwach. Temu skurwysynowi nie jest do śmiechu. Psiakrew, od kiedy to on sam zaczął używać takiego rynsztokowego słownictwa? To nie Kurosaki go „zepsuł". Tak chyba wygląda dorastanie na wojnie, ale ta myśl jakoś nie poprawia czarnowłosemu chłopakowi samopoczucia. Poprawie mu je Kenpachi Zaraki, który koniuszkiem języka zlizuje z kącika swoich ust krew Yhwacha. I jak on, siedemnastolatek obracający się w takim towarzystwie, nie miał przejąć nieco z ich brutalności i żołnierskich manier?
- No, jakby nie ta świecąca, ognista kula, to by mnie znów zabawa minęła. Pieruńsko łatwo zabłądzić na tym szajskim zadupiu. Ej, stul pysk, Abarai, wcale się nie zgubiłem. Wybrałem… drogę okrężną. Ale tego szczura wyczułbym ślepy i głuchy, to chyba zasrane przeznaczenie.
- Mayuri cię jednak poskładał? A może Retsu Unohana? Musiała wyjść z siebie, żeby cię postawić do pionu, Kenpachi Zaraki.
- Hę? Unohana… Kenpachi Unohana przesyła pozdrowienia.
Nim jeszcze kończy, jego już zakrwawiona klinga ponownie sięga do Yhwacha i mija jego ramię dosłownie o milimetry. Za to dzieje się coś innego. Z końca ostrza wystrzela, jakby wcześniej tam skupiona, fala o sile tak potężnej, że w miejscu, gdzie chwilę temu stał niedogolony Vandenreich, teraz zieje wielka rozpadlina o nieregularnym kształcie. Uryū wie, że to nie było Reiatsu kapitana. To też nie czysto fizyczna, skondensowana energia Zanpakutō. W zaśnieżoną, zdeptaną ziemię walnęło potężne Kidō i autorem zaklęcia nie był żaden z pozostałych kapitanów, nie Kurosaki, który jest zielony w te klocki, ani Renji Abarai, przybyły z Kenpachim, nieumiejący nawet zapalić demoniczną magią świeczki. To był kapitan 11. Oddziału.
-Taa. Czasem tak odwala, jak każę mu się przymknąć w mojej głowie. Stulecia nie zbierało go na rozmowę, a teraz tylko by gadał i gadał. Wkurzające. To całe Kidō jest takie wkurwiające. I bez tego mogę utłuc takiego pokurcza.
Zaraki mówi do wszystkich, ale wpatruje się w swój miecz. Yhwach wygląda, jakby skończyła mu się cierpliwość. Nie jest zaniepokojony, ani zdekoncentrowany. Wygląda na… znudzonego.
- Mówiłem już, że nie mam na was czasu, Shinigami.
Najszybciej reaguje Kurosaki i nie dlatego, że stoi najbliżej. Uryū uzmysławia sobie, że przez cały czas tylko obserwował scenę, słuchał i najwyraźniej analizował. Jego Bankai różni się od tego, jak je Quincy zapamiętał. I rudowłosy Shinigami z czarnym ostrzem w dłoni, którego kształtu Ishida nie jest w stanie opisać, także jest jakiś… inny. Wcześniej, w Shikai, wyraźnie za nimi nie nadążał, ale teraz on sam nie jest w stanie wyśledzić jego ruchów wzrokiem. Kurosaki dopada do lidera Vandenreich i wytrąca mu coś z ręki. O cholera jasna! O ułamek sekundy za późno. Nim medalion sięga ziemi Yhwach niszczy artefakt, by nikt nie mógł zapieczętować uwolnionego przed chwilą Bankai. Dookoła Ziemia pod ich stopami zaczyna pękać, a z unoszącego się pyłu wyłaniają się dziesiątki, całe zastępy postaci. Właściwie zjaw, które instynktownie obracają się w poszukiwaniu wroga. Uryū przechodzą po plecach dreszcze, kiedy dopada go świadomość, że już nikt nie panuje nad obłąkaną armią widm. Yhwach zniszczył medalion, by uniemożliwić zapieczętowanie Zanka no Tachi. Chłopak przygotowuje już się broni przed przypadkowym przeciwnikiem, kiedy słyszy słowa Kurosakiego, wycedzone przez zęby.
- Zginiesz. Nikt nawet nie wspomni twojego imienia. Jakby Vandenreich nigdy nie było. Zginiesz, choćbym się miał z tobą wybrać w zaświaty.
Uryū nie słyszy odpowiedzi Yhwacha, bo desperacko przyciska dłonie do uszu, by nagły skok energii duchowej nie rozerwał mu bębenków. A potem otwiera szerzej oczy, zafascynowany, kiedy czarny kieł księżyca przecina niebo.
XIV.
Nie czuje żadnego Reiatsu. Jest dokładnie tak, jak chwilę temu, zanim uwolnił Bankai. Jest źle. Jakaś część jego podświadomości mówiła mu, że moc Tensy Zangetsu zneutralizuje działanie Hōgyoku, bo już zdołał się domyślić, że to czarne migoczące jądro, zamknięte w próżni, otępia jego zmysły Shinigami. A może ktoś mu o tym mówił wcześniej, ale wtedy jakoś mu umknęło. No tak, powinien być bardziej ogarnięty. Wie na pewno, że jeśli nadal jego duchowe receptory są zagłuszane, to Hōgyoku Vandenteich jest silniejsze, niż to aizenowe. Tamto przytłaczało i wciskało w ziemię. Teraz nie czuje nic.
Jego Getsuga jest potężna na tyle, by wywalić za plecami Yhwacha, któremu udaje się jej umknąć, wielki, dymiący od skroplonego śniegu kanion. To nie jest żadna taktyka, chociaż udało się przynajmniej pozbyć kilkudziesięciu, może kilkuset widmowych wojowników, przywołanych Bankai Yamamoto. Ale wiele to nie zmienia. Kapitanowie, Ishida, wszyscy opierają się armii zjaw, której szeregi zdają się nie mieć końca. Zenka no Tachi. Senbonzakura Kageyoshi. Daiguren Hyōrinmaru. Cała reszta. Po co Vandenreich one wszystkie? Bankai zawsze były kluczem.
- Stopniej…
Ichigo podrywa głowę do góry, w stronę inkantującego Yhwacha. Ten sukinsyn chce jego Tensy Zangetsu! Po to potrzebował Kurosakiego żywego. Dlatego chciał go zmusić do pełnego uwolnienia miecza. Nie chodzi tylko o pozbawienie go najsilniejszej broni z jego arsenału. Yhwach potrzebuje jego Bankai. Tylko po co? Skupia wszystkie swoje myśli na Zanpakutō, gotowy przyjąć nacisk błękitu, przepływającego z trzymanego w dłoni Vandereich medalionu. I nic. Nic się nie dzieje. Rozszerzające się źrenice tamtego ostatecznie upewniają chłopaka, że próba Yhwacha zawiodła.
- Zaskoczony? Tylko niech ci szczęka nie wypadnie z zawiasów. Po cholerę ci mój Bankai?
Tamten chwilę nie odpowiada, ale Ichigo wie, że lider Vandenreich lubi sobie pogadać. Aizen też lubił. I Ginjō. Wszyscy ci popaprańcy muszą się dowartościować i jadaczki się im nie zamykają. Więc czeka, całe pół minuty.
- Nie musisz wiedzieć. To tylko mała niedogodność. Zużyłem za dużo energii na uwolnienie Bankai Yamamoto. Za dwie, trzy minuty wydrę to z ciebie siłą. Jesteś tylko… Shinigami.
- „Jesteś tylko człowiekiem, tylko Ryoka, jesteś nikim"... „Jesteś tylko Shinigami" jeszcze nie było, a to akurat mi pasuje. Potrzebujesz mojego Bankai. Bez niego się nie ruszysz do Reiōkyū, bo już by cię nie było. Mną mógłbyś się zająć później. Po co ci Tensa Zangetsu?
Yhwach nie stara się już nawet ukrywać, że jego cierpliwość sięgnęła granicy. Nie uśmiecha się, jak wcześniej. Nie stara się już nad sobą panować. Ichigo dostaje olśnienia. Jest swoim odkryciem zaskoczony prawie tak, jak tym, że sam do tego doszedł. Wie.
I wtedy napiera na niego błękit po raz drugi i rzeczywiście – tym razem atak jest silniejszy. Opiera się mu, walcząc z naciskającym błękitem Yhwacha. I kiedy zaciska powieki czuje, jak jego dusza się rozpada, jakby wyrywano z niej rdzeń. Reiatsu miecza oddziela się od jego własnego i poziom jego energii duchowej drastycznie spada. Tensy Zangetsu z nim nie ma.
Otwiera oczy i wie, że jest w nich rozpacz, która rozchodzi się po każdej komórce jego duchowego ciała. To po prostu odruch. Tłumi go w sobie. Ma coś jeszcze do zrobienia i nie może teraz się złamać. Nadal może być dobrze. Powtarza to sobie drugi raz, kiedy słyszy śmiech Yhwacha. Haschwalth wyciąga przed siebie dłoń, a Ichigo może tylko patrzeć, jak czarnowłosy zwalnia pieczęć i Tensa Zangetsu zostaje wchłonięta przez czarne, nieustabilizowane jądro, odizolowane barierą. Nie – raczej otula Hōgyoku dookoła. I czarna kula przestaje drgać, nabiera konturów i staje się bliźniaczo podobna, poza onyksową barwą, do Hōgyoku Aizena. Jasnowłosy na skinienie swojego pana neutralizuje próżniową osłonę, a połyskująca czernią kula opada na dłoń Yhwacha. Może nie tak to sobie wyobrażał, ale skutek jest zgodny z przewidywaniami.
Czarnowłosy Vandenreich wpatruje się w swoją potężną dłoń i najwyraźniej już układa plany, jak jej użyje. Niedoczekanie jego. Ciemne Hōgyoku zaczyna lekko drgać. Yhwach mocno wciąga powietrze. Jest przerażony, bo to, co się dzieje, pozostaje poza jego wolą. Ichigo patrzy na niego z politowaniem. Aizen… on był naprawdę przerażający. Ten tutaj dla odmiany jest gównianym antagonistą.
- Potrzebowałeś Bankai, dostatecznie silnego, by móc podporządkować sobie Hōgyoku. Tylko ktoś dostatecznie silny, z dostatecznie potężną mocą, jak użytkownik Bankai, jest w stanie ujarzmić taką siłę, jak ta zamknięta w czarnej kuli. Urahara, Aizen, Ichimaru… Mogli je trzymać w dłoni i ich nie zniszczyło, bo przeciwstawiało się mu ich Bankai. To Hōgyoku jest silniejsze, niż tamto, z którym obnosił się Aizen. Nie wystarczyły Bankai kapitanów. A może nie o to chodzi. Może Sōsuke Aizen ci naściemniał, kiedy odwiedziłeś go w dniu Inwazji?
- Ty mały… O czym ty mówisz?!
- Nie można zapanować nad tak potężną siłą pożyczonym Bankai. Nigdy tego nie zrozumiesz. To wieź z Zanpakutō, z częścią duszy Shinigami pozwala na właściwe czerpanie z mocy miecza. Bankai zamknięte w medalionie jest okaleczone, słabsze. Kiedyś byłeś Shinigami, być może nawet byłeś w stanie dokonać pełnego uwolnienia Zanpakutō, ale teraz tego nie masz. Vandenreich nie są wcale idealni. Zarówno ich moce Quincy, jak i Shinigami są okaleczone. Nie masz swojego Bankai, bo twój miecz, nawet jeśli jakoś zmuszasz go do przejścia w Shikai, odmawia ci całej swojej siły. Zanpakutō to nie tylko narzędzia. To one decydują, czy dopuścić użytkownika do siebie, czy go odciąć.
- Brednie. Najgłupsze, co w życiu słyszałem. Tensa Zangetsu jest mój.
- Akurat.
Hōgyoku, spoczywające na dłoni Vandenreich, drga jeszcze silniej i tamten, z przerażeniem w ciemnych oczach wypuszcza je spomiędzy palców, a czarna kula zawisa w powietrzu. I dzieje się coś jeszcze. Widmowe zastępy zjaw z pyłu i popiołu odrywają się od walczących z nimi kapitanów, poddają się woli naciskającej na nie mocy. Zostają wchłonięte przez migoczące czernią Hōgyoku. Na twarzach elity Gotei, na których przez ostatnie minuty, od kiedy Yhwach sięgnął po Bankai Kurosakiego, gościł strach, pojawia się coś pomiędzy ulgą, a niedowierzaniem. Kenpachi nie zajmuje się takimi szczegółami. Dopada do Haschwaltha i wbija mu wyszczerbiony miecz w plecy, a wyrywając ostrze oddziela jego tors od reszty ciała. Ichigo też ma dość tej zabawy. Teraz zrobi się poważnie.
- Yhwach, jak myślisz, kto jest panem Hōgyoku?
Ichigo domyśla się, że nie tylko zapytany zachodzi w głowę, co tutaj się dzieje. Ale wie też, że Shinigami szybciej do tego dojdą. Yhwach prawdopodobnie nigdy nie zrozumie. Po tym, czego rudowłosy doświadczył w tej dziurze, pełnej Asauchi, nie ma siły, która byłaby w stanie zerwać jego połączenie z Zanpakutō. Przekucie ostrza przez Nimaiyę było tylko kosmetyką. W tej czarnej dziurze Ichigo wykuł duchową więź ze swoim mieczem. Są jednością. Nawet, jeśli fizycznie rozdzielą ich ścianki medalionu, Tensa Zangestu będzie słuchał głosu Kurosakiego, a chłopak będzie reagował na wezwanie swojego ostrza. Po prostu.
Poprzez Reiatsu swojego miecza czuje moc Hōgyoku. Jest potężne. Zdecydowanie potężniejsze, niż to, z którym miał wcześniej do czynienia, chociaż tamtego nigdy nie dotknął. Z czymś takim mógłby… wszystko. Pozwoliłoby mu chronić wszystkich, którym taka ochrona byłaby potrzebna. Nie pozwoliłby z taką bronią, by kiedykolwiek pojawiła się podobna sytuacja. Nigdy więcej Vandenreich. Nigdy więcej Aizena. Z czymś takim… stałby się Aizenem.
Wie, że Tensa Zangestu odczytuje jego myśli. Nie musi nawet ubierać ich w swojej głowie w słowa. Znakiem, że jego miecz dobrze rozumie intencje Ichigo jest to, co dzieje się z czarną kulą, zawieszoną w przestrzeni. Chłopak czuje, jak moc jego miecza zaczyna naciskać na strukturę Hōgyoku, a to walczy. Próbuje się wyrwać. Nie pozwala się unicestwić. Po kilku chwilach na Kurosakiego spływa świadomość, że to się jednak nie uda. Nie jest wszechpotężny i, o dziwo, ta myśl go jakoś szczególnie nie smuci. Liczył, że śmierć Yhwacha zakończy sprawę, a jemu jakoś uda się zniszczyć Hōgyoku. Ale w gruncie rzeczy wiedział. Usłyszał to w Reiōkyū. Po tym całym bajzlu trzeba posprzątać, a on już wyczerpał limit cudów.
Najbliżej siebie ma Ishidę i stara się złagodzić wyraz swojej twarzy, kiedy odzywa się do czarnowłosego przyjaciela.
- Zmywajcie się stąd. Wszyscy. To znaczy… miło by było, jakby ktoś łaskawie skasował Yhwacha. Mam trochę zajęte ręce.
Nim wymawia ostatnie słowa, wszechkapitan wyrywa już swoje ostrza z ciała Vandenreich. Tak… prosto. Do rozprawy z Aizenem się nie umywa. Uryū Ishida patrzy na rudowłosego zdezorientowanym wzrokiem, a kiedy dociera do niego, co tamten ma na myśli, z całej siły przywala mu w potylicę.
- Pogięło cię?! Chcesz wszystkich zabić? Jakbym się teraz oderwał od Tensy Zangetsu…
- Ciebie chyba pogięło. Aleś ty tępy. Uwolnij Hōgyoku. Spadamy stąd. Wszyscy. Albo nikt. Za tym badziewnym, lodowym światem nikt i tak tęsknił nie będzie.
- Nie rozumiesz. To się może rozszerzyć. Nad taką destrukcją mógłby chyba zapanować… no nie wiem… Król Dusz?
- No nareszcie. A co tu robi „zerowy"? Są wolą i ramieniem Króla. Nie dopuszczą, by to się wymknęło spod kontroli.
- Ale… ja… Cholera, ja wiem, jak się to musi skończyć. Król Dusz mi powiedział.
- Kurosaki, jak masz życzenie śmierci, to wytłumacz ze szczegółami Byakuyi, co Rukia Kuchiki robi po nocach. A teraz wezwij Tensę i już nas nie ma.
No dobra. To ma sens. Jeśli Ishida do tego doszedł, to musi mieć sens. „Jeśli wmiesza się Król Dusz…" Jeśli nie chce, by wyszli z tego cało, by Kurosaki wyszedł z tego cało to jego „wola" ich tu zatrzyma. A jeśli przeciwnie…
Skupia swoje Reiatsu i dotyka mocy Zanpakutō. Kiedy Tensa Zangetsu ponownie do niego fizycznie wraca, zostaje uwolnione piekło, czarne, jak najgłębsza otchłań. Przez chwilę ma wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu, bo ustaje ruch powietrza. Jedynie na moment. Po sekundzie bezkresna czerń, wylewająca się z chaotycznych cząsteczek rozpadniętego Hōgyoku, zaczyna pożerać wszystko. Więcej nie widzi, bo ktoś go chwyta i zaciąga do złociście migoczącego portalu.
Yhwach był przez dłuższy czas Juhabachem, bo Kubo-sensei zdecydował prawie po roku umieścić wreszcie oficjalną transkrypcję jego imienia w ostatnim tomie mangi. A ja - z lenistwa - nie zmieniałam, ale taki myk sobie wymyśliłam :)
Poszalałam, przepraszam za moje sadystyczne napady. Rozdział zmieniany tyle razy, że już nie pamiętam, jak się pierwotnie kończył. Ale zawsze jest coś więcej. Reszta w epilogu, który... zmieniałam jeszcze więcej razy ;))
