I.
Jest tak cicho i spokojnie, że mimowolnie, nauczony doświadczeniami ostatnich tygodni, czuje się z tym nieswojo. Nie potrafi się cieszyć z kolejnej, niezakłóconej żadnymi nieprzewidywanymi wypadkami nocy. Nic się nie dzieje. Jakby wszystkie Hollowy gdzieś wcięło. Od czterech dni w Karakurze nie pojawił się nawet jeden. Od razu go to zaalarmowało, ale zdaniem IBiRS to nic nadzwyczajnego. Albo raczej nic, czym można by się martwić, bo okoliczności są jak najbardziej niecodzienne. Spędził dwie doby w Seiteitei, po tym, jak udanie dokonali przejścia, nim Lodowy Wymiar przestał istnieć. Wyczekiwał zwiastunów globalnej katastrofy, ale nic więcej się nie stało. Poza tym, że Soul Society zostało odcięte na ponad 48 godzin od reszty światów. Zapadnięcie się wymiaru trochę namieszało, bo w końcu zmieniło dynamikę na poziomie wszechświata. Przynajmniej Mayuri Kurotsuchi coś takiego twierdził. Aby na nowo otworzyć Senkaimon, należało wszystko ponownie skalibrować, wprowadzić nowe dane… mnóstwo naukowego gadania. Nadal nie udało się odtworzyć Garganty, a jeśli największe umysły z 12. Oddziału miały z tym problem, to bezrozumnym Hollowom zajmie to dłuższą chwilę. Prędzej czy później, wszystko będzie po staremu. Na razie powinien się cieszyć, że nie musi odwalać swojej roboty w Karakurze. Ale jakoś nie umie.
Nie było wiwatów, świętowania, hektolitrów sake. Po prostu podnieśli tyłki z zimnych kamieni na placyku pod Instytutem i rozeszli się do swoich kwater. Na bruku został Shirō Ashige i chyba siedział tam kilka godzin, ale nikt nie odważył się go ruszać. Nikomu nie zbierało się na rozmowy. Ishida się do niego nie odezwał, a on nie nalegał. Szczerze mówiąc Ishida chyba do nikogo się nie odezwał przez te cztery dni. Ichigo w jego oczach widział coś, co napełniało jego samego strachem i wiedział, że to wiązało się z jego poczuciem winy z powodu Inoue. Dlatego nie pytał. Sam też nie chciał o tym rozmawiać. Dlatego, choć wie, że nocny patrol po przedmieściach jest zupełnie zbyteczny, nie chce wracać do swojego pokoju. Będzie tam na niego czekał telefon załadowany nieodebranymi połączeniami od Tatsuki. A może ona sama, bo zapewne już się jakimś cudem dowiedziała, że Kurosaki wrócił. Nie wie jeszcze, jak wyjaśnić jej, że nie wróciła z nim Orihime Inoue. Dlatego ugania się po dachach. Żeby jakoś wszystko poukładać w głowie.
Bardzo potrzebuje Rukii, ale sam prosił ją, by wróciła do Soul Society. Nie chce, by go teraz oglądała. Powinna się cieszyć tym pięknym, spokojnym, ocalonym światem. Jemu zapewne niedługo przejdzie na tyle, by się uśmiechać. No może niektórych myśli nigdy nie wyrzuci z głowy, ale musi pamiętać. By mieć do życia odpowiednią perspektywę. To się chyba nazywa dorastanie na wojnie. Nie jest już dzieckiem i skoro schrzanił, to musi stawić czoła swoim porażkom. Wini siebie za Inoue, za Nelliel, za Shigeko. Ta ostatnia tylko przez niego się w to wplątała, a on obiecał, że nie wciągnie jej w nic skrajnie niebezpiecznego. Nie powinien składać takich obietnic. Jest na siebie zły także za Grimmjowa, chociaż nie wie dokładnie, dlaczego. Może, gdyby Arrancarzy nie odłączyli się od Gotei… Jasne. Jemu samemu jakoś się upiekło, nadal nie wie, dlaczego. Ale Arrancarzy… Z tym nic nie dało się zrobić. Udało się przejść grupie, w której był Pesche i reszta z płaskowyżu, ale to było przed przybyciem „zerowego". I w sumie nic o nich nie wiadomo, bo Garganta nadal jest nieczynna. Może wcale nie dotarli do Hueco Mundo, jeśli tak zdecydował Król Dusz. Te wszystkie myśli go dobijają. Nie znosi tego uczucia, bo jego natura nie pozwala mu godzić się z przeciwnościami. Ale, koniec końców, jest tak, jak być powinno. Uratowali ten cholerny, piękny, pełen kolorów świat. Nawet jeśli on nie potrafi jeszcze cieszyć się każdym haustem podeszczowego powietrza i spokojem uśpionego miasta, to dla wielu ta wojna zmieniła coś na lepsze.
Myśli o poranku, następnego dnia po powrocie z Lodowego Wymiaru i mimowolnie delikatny uśmiech pojawia się na jego ustach. Jedną z osób, które ta cała głupia wojna odmieniła, jest na pewno kapitan Kuchiki. A drugą – jego wice. Chyba jeszcze wice. Rano, po bezsennej nocy, bynajmniej nie spowodowanej bliskością Rukii, Ichigo został bezceremonialnie wywleczony z pościeli przez Renjiego. Chyba nigdy nie widział go tak wyprowadzonego z równowagi. Wicekapitan „szóstki", trochę się jąkając, urywając w pół słowa i chaotycznie gestykulując wydusił z siebie, że kwadrans wcześniej odwiedził go wicekapitan „siódemki" i w niezbyt zakamuflowany sposób zasugerował, że nie miałby nic przeciwko, by zwracać się do niego „taichō". Wszystko można było potraktować jak żart, gdyby nie to, że Ibie złożenie porannej wizyty w koszarach „szóstki" zasugerował z kolei Ikkaku Madarame, posiadający informacje z „pewnego źródła". Nocna rozmowa Ikkaku i Iby zbiegła się w czasie z zakończeniem spotkania z wszechem, które Kenpachi Zaraki opuścił w doskonałym humorze, głośno docinając kapitanowi Kuchiki, który „strzela sobie w stopę", pozbywając się ze swojego oddziału takiego Shinigami, jak Abarai. Renjiemu najwyraźniej zajęło jakiś kwadrans załapanie, że jego dowódca polecił go na vacat w 7. Oddziale. Chociaż chyba dopiero, kiedy wyrzucił to z siebie przed Kurosakim, wreszcie dotarło do niego, co się dzieje. Ichigo był szczerze uszczęśliwiony i już zaczął mu gratulować, ale lekko się zaniepokoił, widząc reakcję Abaraia. Jego przyjaciel wyglądał, jakby spotkało go największe nieszczęście, jakie tylko mogło na niego spaść. I wreszcie oświadczył, że nie ma zamiaru się zgodzić.
Na pytające spojrzenie rudowłosego wyjaśnił, że nie stanie w jednym szeregu z Byakuyą Kuchiki takim, jakim widział go w czasie walki z Nödtem. Zaczął zarzucać Kurosakiego irracjonalnymi argumentami, ale kiedy stwierdził, że Kuchiki, jest gotowy zrobić z niego kapitana, byle się go pozbyć z powodu jego legendarnie kiepskiego Kidō, Ichigo puściły nerwy. I spędził kolejny kwadrans uzmysławiając Renjiemu, dlaczego wcale go nie dziwi pomysł Byakuyi. Nie koloryzował. Sam wiedział, jak bardzo Abarai zmienił się po Reiōkyū. Stał się silniejszy po przekuciu Zabimaru, ale nie tylko to. Przestał szarżować i zaczął panować nad temperamentem. Ichigo dostrzegł to, kiedy wicekapitan odpuścił walkę z Bambiettą, bo był potrzebny gdzie indziej. I w jakiś sposób poradził sobie ze Stern Ritterem, władającym Bankai Sajina Komamury. Wyszedł z tego prawie bez zadrapania. A na koniec, kiedy przyjaciel dziesiąty raz stwierdził, że jeśli dosięgnie kapitana Kuchiki i nie będzie już nic, w czym mógłby się sprawdzić, to straci cel swojego życia, Ichigo z rozbrajającą szczerością oświadczył, że zawsze może pretendować do stołka wszechkapitana. Byakuya, szlachetny przedstawiciel najświetniejszego rodu w Seireitei, zapewne też ma takie aspiracje. I obaj wybuchnęli śmiechem, a Ichigo pierwszy raz od prawie doby poczuł, że naprawdę żyje.
W Soul Society udało mu się śmiać drugi raz, chociaż najpierw przeszedł prawdziwą mękę. Szczerze żałował, przez jakieś trzy kwadranse, że nie potrafił utrzymać hakamy na tyłku, a do tego nawet siebie samego nie był w stanie przekonać, że upiecze mu się dzięki zwaleniu wszystkiego na burzę hormonów. Wiedział, że całe Gotei zakładało się o reakcję Byakuyi na rewelacje o rzeczywistych relacjach Kurosakiego i jego siostry. Kuchiki przez bite dwanaście godzin okazywał Ichigo jawną niechęć i rudowłosy naprawdę zaczął się bać. Oddziały obstawiały zgodnie, że skończy się na przykrym okaleczeniu i, jako że w zakłady wciągnięto już chyba wszystkich Shinigami, postanowiono nazajutrz rozstrzygnąć sprawę. Ku przerażeniu chłopaka, doszło do tego niedługo po jego rozmowie z Renjim, gdy jeszcze Rukia spała smacznie w jego kwaterze w „piątce". Byakuya zaszedł mu drogę, kiedy Ichigo zmierzał do budynku 1. Oddziału i swoim wyzutym z emocji, odmierzonym tonem zaprosił chłopaka na śniadanie po spotkaniu u wszechkapitana. Pełen nienajlepszych przeczuć, Ichigo wietrzył podstęp, podobnie jak większość obecnych na placu Shinigami, jawnie przysłuchujących się całemu zajściu, niezbicie przekonanych, że Kuchiki ubierze wreszcie swoje niezadowolenie w czyny. Kiedy członkowie Oddziałów bawili się w najlepsze jego kosztem, Kurosaki zaczął układać w głowie najczarniejsze scenariusze, wizualizując sobie własne zwłoki, zagrzebane pod stertą kamieni w ogrodzie rezydencji Kuchiki. W kompletne oszołomienie wprowadziły go jednak słowa Byakuyi, który jakby od niechcenia zapytał, czy gość ma jakieś specjalne życzenia co do menu, bo Rukia zdaje się preferować… truskawki. Idący za jego plecami Renji stłumił wybuch wesołości, odkaszlnąwszy w rękaw, ale Zastępczemu nie było do śmiechu na myśl o śniadanku w arystokratycznym stylu, w jaskini lwa. Jakby Vandenreich, zagłada świata, utrata przyjaciół i całe to pyrrusowe zwycięstwo na ten tydzień nie wystarczyły.
Ze śniadania Ichigo wyszedł bardziej głodny, niż na nie przyszedł. Stres ścisnął mu żołądek, nie był w stanie przełykać, a do tego starał się niczego nie rozlać, stłuc czy połamać, nie chlapnąć czegoś głupiego, ani spojrzeć niewłaściwie na równie spiętą Rukię oraz jej brata, z twarzą obleczoną w maskę wystudiowanej obojętności. Po trzech kwadransach, w przeważającej części wypełnionych niezręczną ciszą, zakłócaną jedynie szumem wiatru, bądź skrzypieniem podłogi na zewnątrz, chłopak uwolnił się szczęśliwie spod badawczego spojrzenia Byakuyi i przekraczając bramę rezydencji dziękował niebiosom, że mieszka po drugiej stronie Senkaimonu i nie będzie musiał tego powtarzać częściej niż raz na kwartał. A jawna, choć typowo dla niego chłodna uprzejmość kapitana Kuchiki, jaką zaszczycał wciąż spanikowanego Kurosakiego przez resztę dnia, ostatecznie upewniała rudowłosego, że jednak Senbonzakura nie pozbawi go szansy na posiadanie dzieci. W bardzo, ale to bardzo odległej przyszłości.
Soul Society tego ranka przeżyło pierwsze załamanie finansowe w historii. Członkowie Oddziałów przegrali fortunę. Gotei było zdruzgotane. Zakład był tak przewidywalny, zwłaszcza pod koniec, że niektórzy postawili swój półroczny żołd przeciwko Kurosakiemu. I teraz już naprawdę nie było powodów do świętowania. Nikt nie miał zamiaru pić na smutno i to na kreskę. Tajemnicą poliszynela stało się, że jest jeden jedyny zwycięzca, który zgarnie całą pulę. Gotei ogarnęło szaleństwo. Z przyjemnością zaczęliby obstawiać, kto stanie się milionerem, gdyby nie to, że nie mieli przy sobie złamanego kana. Pod koszarami 11. Oddziału tłumy czekały na anonimowego szczęściarza, który wyczuł sytuację. I blady strach padł na Shinigami na widok kapitana Kuchiki, stąpającego po schodach budynku „jedenastki". Spodziewali się zrugania za brak szacunku do munduru, zbesztania za zszarganie nazwiska Kuchiki, ochrzanu za uprawianie hazardu. A Byakuya podszedł do stołu, wyjął kupon i… zażądał wydania puli zwycięzcy. Kiedy wszyscy doszli do siebie, a podobno było kilka zawałów i jedna próba samobójcza, wieczorem gruchnęło, że kapitan 6. Oddziału przeznacza całą wygraną, która dla niego rzeczywiście nie była żadną fortuną, na remont… oddziałowych toalet. Stwierdził przy tym, że nie popiera hazardu. A Ichigo wreszcie przyznał w duchu, że Renji miał rację w Lodowym Wymiarze. Byakuya Kuchiki ma poczucie humoru.
Rzeczywiście, zanim Kurosaki wrócił do Karakury, nie wszystko wydawało mu się takie beznadziejne. Jakoś się ułoży i tutaj. Musi porozmawiać z Tatsuki. Ishida zapewne nadal nie jest w stanie. Z Ishidą też musi pogadać, ale później. A teraz wróci do domu i… Nagle doznaje olśnienia. Powinien wyczuć to wcześniej. Hollow. A więc wszystko wraca do dawnego rytmu, teraz będzie łatwiej. Zaraz… Włosy jeżą mu się na głowie. To jakiś silny sukinsyn, a jego Reiatsu wskazuje na pobliskie osiedle. Na jego osiedle. Ten sukinsyn kręci się koło jego domu.
W mgnieniu oka jest na miejscu. Ale niczego podejrzanego nie widzi. Reiatsu jest cholernie silne. I umiejscowione… w jego pokoju. Kiedy wskakuje na parapet, z mieczem w dłoni, dostrzega kątem oka kawałki wybitej szyby. Powinno go to zaskoczyć. Ale dopiero to, co czeka na niego w środku, wywołuje u niego prawdziwy szok.
- Co… ale skąd... Jak się tu dostałeś?!
- Oknem, debilu.
Na jego łóżku leży Grimmjow. I czyta mocno sfatygowanego Jumpa.
II.
Nie musiał wybijać okna, ale bardzo miał na to ochotę. Korciło go też, żeby zrobić w pokoju Kurosakiego rozkipisz, wywalając zawartość szaf i biurka na podłogę, ale uznał, że nawet jak na niego to zbyt... No, w ogóle zbyt. Zresztą, coś takiego wyglądałoby jak objaw chorobliwej obsesji na punkcie rudowłosego, toczącej ex Sexto od środka. Grimmjow nie miał żadnej obsesji. No, może nie chorobliwej. A nawet jeśli – Arrancarzy też mają swoje dziwactwa. Więc, wsunąwszy ręce w kieszenie hakamy, jedynie omiata wzrokiem wnętrze skąpanego w świetle księżyca pokoju. Jego wizyta tutaj wydaje mu się ponownie głupia i jakaś… niewłaściwa, ale w Hueco Mundo szlag go już trafiał.
Zaczynał się tam czuć Ulquiorrą, a taka wizja straszyła go swego czasu w koszmarach. Gdyby niebieskowłosy miał osobowość odrobinę bliższą dawnemu koledze po fachu i w charakterystyczny dla niego sposób uzewnętrzniał swoje odczucia, to… chyba rozwaliłby łeb o kant ściany. Ale i tak spostrzegawczy obserwator zauważyłby już u Grimmjowa pierwsze objawy depresji. Nie dlatego, że wszystko go wkurwiało. To akurat nic niecodziennego. Pierwszy raz, chyba pierwszy raz od zawsze nie bardzo miał pomysły, co będzie dalej. Stał na piasku pod Las Noches, uziemiony, otoczony pokurczami i bez perspektyw na walkę z kimś na jego poziomie.
Najpierw śnieżny świat się zapadł, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo tego nie oglądał. Przymknął powieki i czekał, a nadchodzące wydawało się takie nieuniknione. Był zły. Nie dlatego, że wszystko się skończy, ale dlatego, że to nie zależy od niego. Nienawidził nie mieć kontroli. Poczuł szarpnięcie, a chwilę potem jego ciało uderzyło o jakieś podłoże. Nic nieprzyjemnie twardego. Piasek. Piasek Hueco Mundo. I nie rozpierała go ochota, by skakać z radości. Jego pierwszą myślą było, by tam wrócić. Nie wiedział po co, po kogo, po kiego grzyba. Nie mógł przywrócić portalu. Garganta też się nie otwierała. Przez cztery dni Hueco Mundo było odcięte. Grimmjowa nosiło po Las Noches. Normalnie by mu wisiało, w końcu wyniósł z tego tyłek, zwyciężył swój pojedynek i niezgorzej się bawił. Ale teraz go nosiło, bo musiał wiedzieć, co się stało. Potrzebował wiedzieć, czy Kurosaki się przypadkiem nie pomylił. Więc z marszu, kiedy tylko udało się otworzyć Gargantę, postanowił się przespacerować pod zdobyty adres, by dostać swoje odpowiedzi.
Uzyskał pewność, że Kurosaki też się śmierci wywinął, kiedy tylko zobaczył Karakurę w dole, pod swoimi stopami. Smugi jasnobłękitnego Reiatsu rysowały nad miastem mozaikowy wzór. Było tego pełno, aż powietrze świeciło na niebiesko. Ten kretyn jakoś udupił Aizena, rozwiązał kwestię Vandenreich, a nie umie zapanować nad przepływem własnej energii duchowej. Żenada. Może w jej wyczuwaniu jest odrobinę lepszy. Arrancar postanowił zaryzykować.
Po kwadransie, zirytowany i zniechęcony, leżąc rozwalony na całkiem wygodnym łóżku Kurosakiego, uwolnił taką ilość własnego Reiatsu, że na sonarach IBiRS wskaźniki pewnie zaświeciły się na czerwono. Może zanim pojawi się tu batalion szeregowych Shinigami, Zastępczy wreszcie się skapnie, że Arrancar zrobił mu wjazd na chatę i łaskawie się pojawi. Tym razem pomogło. Trzydzieści sekund. Po pół minuty Grimmjow podnosi wzrok znad czarnobiałych stron i obserwuje z satysfakcją, starając się to ukryć, minę rudowłosego. Więc jedna sprawa z głowy – jego Shinigami ma się najwyraźniej dobrze, więc może jednak renegocjują poprzednią umowę dotyczącą bitki. A teraz…
- No dobra, całego dnia nie mam. Jak zostawię moje pieprzone arrancarskie owieczki bez pasterza, to znów coś im do łbów strzeli. Kurosaki… Co to ma być?
Grimmjow odkłada Jumpa i jednym, zwinnym ruchem podnosi się z łóżka. Siada, opierając łokcie na kolanach. Chociaż nie pyta wprost, rudowłosy dokładnie wie, powinien się domyślić, jak brzmi niewypowiedziane pytanie. Kurosaki w swoim stylu głupawo się uśmiecha, kiedy zeskakuje z parapetu i na nim siada, pochylony do przodu. Wymawia jedno nazwisko.
- Aizen.
Na twarzy Grimmjowa odbija się bezgraniczne zaskoczenie. A ten tu czego?! Sukinsyn, ponoć zagrzebany na dnie Muken, od miesięcy nie zajmował jego myśli. Na usta ciśnie mu się tylko jedno pytanie, więc wypowiada je głośno.
- Aizen? A co ma do tego pierdolony Aizen?!
- Grimmjow, jeśli jesteś w jednym kawałku, jeśli ja jestem w jednym kawałku, to nie da się tego inaczej wyjaśnić. Myślałem, że Królowi Dusz chodziło o coś innego. Ale zawsze chodzi o równowagę. Nikt nie miał prawa stamtąd wyjść bez jego wiedzy i woli. Tylko że… równowaga nie jest prostym zestawieniem… jak by to… nic nie jest czarne, albo białe. Król Dusz…
Taaa. Teraz mu zacznie doktrynalnie to wykładać. Takie to wszystko transcendentne. Bla… bla… bla. Zaraz… „transcendentne"? Skąd Grimmjow wie w ogóle, co to znaczy? Pieprzony Kerr i jego filozofowanie. Pieprzony Kurosaki i jego tendencja do przynudzania.
- Hola, będzie tego. Srać na Króla Dusz. Co ma Aizen do niedoszłego końca świata? I czemu nie gryziemy piachu?
- No żesz, a skończyć mi dasz? Dobra, podaruję sobie część filozoficzną. Siedzisz? Aizen dał nogę.
- Że… co?!
- Aizen nałgał Yhwachowi, kiedy tamten przylazł do jego celi w dniu Inwazji. Jakoś namówił lidera Vandenreich, by spróbował wchłonąć swoim czarnym Hōgyoku jego własne, zespolone z jego ciałem. Nic z tego nie wyszło i Yhwach był przekonany, że Hōgyoku Aizena było za słabe i zbędne, skoro wystawione na ekspozycję tego czarnego, destrukcyjnego, nie dało się pochłonąć. A tak naprawdę Aizen, uwięziony, unieruchomiony, zabetonowany Aizen użył Yhwacha, żeby zwiać. Pieczęć Urahary była nałożona nie na samego Sōsuke Aizena, ale na trwale połączone z nim Hōgyoku, bo było jego najsilniejszą, najbardziej niebezpieczną bronią. No i nie dało się ich od siebie oddzielić, dlatego stał się nieśmiertelny. Nie dało się tego zniszczyć. Tak twierdzi Urahara. A Yhwach przyniósł do Aizena silniejsze, niszczycielskie Hōgyoku, które… zainicjowało rozpad tego drugiego, zamiast się z nim połączyć. A kiedy rozpadło się Hōgyoku Aizena, została zdjęta pieczęć. Nadążasz? No więc Aizen wykorzystał okazję, że Gotei było zaangażowana w Lodowym Wymiarze i zwyczajnie nawiał, roznosząc przy tym Muken i połowę podziemnego kompleksu pod koszarami 1. Oddziału.
- Ty mi mówisz, że Aizen zrobił w chuja Shinigami i Vandenreich? A to dobre. Jakby mi w ogóle zależało, to poważnie bym się bał o przyszłość tego świata, jeśli taki numer wam można bezkarnie wywinąć. No ja pierdolę, ale syf… A jak to się ma do mojego nie martwego tyłka, bo nadal nie łapię.
- Yyy. No więc chodzi o równowagę, ale chyba nie o taką… rasową. Nie śmiej się, Grimmjow. Arrancarzy są chyba elementem, bez którego się to sypnie. Sam nie wiem. W sumie przeciwko Vandenreich walczyliście razem z Shinigami. W jakiś sposób… no cholera… włączyliście się w przywrócenie tej równowagi. Chyba jakoś… jesteście przeciwwagą dla Aizena. Albo ja wiem?
Grimmjow nie ma ochoty się śmiać. Domysły Kurosakiego są tak głupie, że nawet nie zaszczyci tego ripostą. Taa, może się wszyscy wezmą za ręce i zadeklarują miłość wzajemną, a potem porzygają się tęczą. Cóż, ten Shinigami go chwilami załamuje – może i z ostrzem w dłoni jest niemal doskonały, ale naiwności, graniczącej ze zidioceniem, odmówić też mu nie można. A Aizen… Właściwie co dla niego znaczy? Nigdy nie był mu bezkrytycznie oddany, nie czuł przed nim lęku. Chodziło o moc, siłę, wolną rękę w sianiu destrukcji, przyzwolenie na spuszczenie ze smyczy najdzikszych instynktów. Dlatego nie zdezerterował, jak Kerr. Ale tamto się nie wróci, choćby były pan Hueco Mundo powrócił, wytrzasnął skądś kolejne Hōgyoku i podarował Grimmjowowi coś lepszego, niż Segunda Etapa, teraz jest inaczej. Teraz widzi chyba… coś więcej. Wtedy chodziło o walkę i reszta nie miała znaczenia. A może jednak nie? To, co zrobił, sprowadzając tę rudą, zmuszając ją, by ściągnęła Kurosakiego z zaświatów – wszystko, by z nim walczyć przy tych filarach, pod kopułą Las Noches. Przekroczył granicę, za którą czekała dotkliwsza kara, niż utrata ramienia, a zrobiłby to ponownie, by dokarmić swoją obsesję. Jeśli ten pieprzony kombinator pokonałby Gotei i wrócił do Hueco Mundo, Sexto Espada zapłaciłby gardłem. Ale nawet z tą świadomością Grimmjow wystąpiłby wtedy przeciw Aizenowi i podtarł sobie tyłek jego zakazem, gdyby tamten stanąłby mu na drodze do Kurosakiego. Nawet wtedy. A teraz? Jeśli Sōsuke Aizen spróbuje wrócić do Hueco Mundo, zarobi czapę. Sala tronowa w Las Noches jest za ciasna na dostawienie na podwyższeniu drugiego krzesła, a tak się składa, że błękitnowłosy jest teraz panem Hueco Mundo i nie dzieli się zabawkami. To samo tyczy się innej sprawy – jeśli Aizen otwarcie wystąpi przeciwko Kurosakiemu, to stanie się automatycznie wrogiem swojego byłego „szóstego". Nikt nie wpierdala się między Arrancara i jego zdobycz. Na razie wystarczą takie proste zasady, bo nawet, jeśli się ostatnio pozmieniało, to niektóre rzeczy zawsze będą proste i jasne.
Odrywa się od przemyśleń, bo czuje na sobie intensywny wzrok Shinigami, wciąż siedzącego na parapecie dwa metry od niego. Chłopak najwyraźniej bada reakcję Arrancara na nowiny, a Grimmjow jest bardzo ciekawy, czego się po nim spodziewał, bo o ile zazwyczaj z twarzy Kurosakiego można czytać jak z książki, o tyle w tej chwili wiele dałby za jego myśli. Zrobiło się jakoś dziwnie niezręcznie. Właściwie najwyższa pora się już zbierać.
- Zwijam się. A ty, Kurosaki, nie zarywaj nocek, od jutra chyba wracasz do budy, nie?
- A to skąd wiesz?!
- Informatora mam, trochę wnerwiającego, ale całkiem kompetentnego. Skoro o tej małej cholerze mowa…
Grimmjow, nim jeszcze zaczął mówić, wyczuł jej Reiatsu przed domem. Kurosaki zorientował się po chwili, co wnioskuje z wyrazu jego twarzy, ale zanim chłopak jest w stanie wydusić słowo, za jego plecami pojawia się ruda głowa, a za nią przeciska się przez okno reszta bynajmniej nie kościstego ciała, opiętego powyżej pasa przyciasnym sweterkiem i wciśniętego w przykusą spódniczkę, która na pewno przed chłodem nie chroni. Grimmjow przewraca oczami, ale właściwie był pewien, że dziewucha do rana nie usiedzi w domu, do którego ją chwilę wcześniej odstawił. Rudowłosa rzuca się w stronę Shinigami i uwiesza na jego szyi, prawie go przewracając na podłogę.
- Kurosaki-kuuun~!
No kurwa. Jak ten jazgot kaleczy jego uszy. Ale perspektywa błogiej ciszy w Las Noches, wypełnianym przez cztery dni dziam dzianiem tej małej, jest warta chwili niemal fizycznego cierpienia. Nie chodzi o nią samą. Akurat przez ostatnie doby ex Espada wyrobił sobie o rudowłosej nieco inne zdanie. Nie jest porcelanową lalą i taka całkiem głupia też nie jest, poza jej schizami na punkcie Kurosakiego. I potrafi być groźna. Jej moc jest… porażająca. I ma zęby, nie dziewczęco ostre. Arrancar potrafi docenić siłę, bo w zasadzie tylko to do niego przemawia. Ale dźwięk jej głosu, to dziewczęce zawodzenie… Nie do zniesienia.
- Grimmjow?
Kurosaki patrzy na niego dziwnie. Brązowe oczy patrzyły już na niego różnie. Ze złością, z determinacją, ze smutkiem. Z litością. Ale nigdy tak. Nie chodzi o to, że jest w tym spojrzeniu coś złego, ale Grimmjowowi robi się od tego… niekomfortowo. Jak ten Shinigami jemu z kolei się zaraz rzuci na szyję, to chyba go Panterą przybije do drewnianej podłogi.
- Spadam. Jak ruda się znów zawieruszy, drugi raz jej za próg Las Noches nie wpuszczę. Salę tronową chciała na różowo odpicować, bo za obskurna. Nawet nie pytam, co to są jednorożce. A gazetkę sobie zatrzymam. W Hueco Mundo kurewsko nudno jest. Spodziewałem się pod łóżkiem bardziej fikuśnej prasy. Jeszcze nie ten wiek, Kurosaki?
- Pod łóżkiem grzebałeś? Ty masz Grimmjow jakiś poważny problem. Takie rzeczy się leczy. A to okno nie było przypadkiem otwarte?
Arrancar podąża za wzrokiem Kurosakiego i lustruje podłogę oraz parapet, usłane odłamkami szkła. Uśmiecha się wrednie.
- Było.
- Suuuper, ubaw po pachy. Grimmjow, jeszcze jedna sprawa – skoro okoliczności się zmieniły, odwołana apokalipsa i tak dalej, to chyba można przyjąć, że nasz układ nadal obowiązuje. Ten wiesz… „lepiej, żebym ja cię szukać nie musiał".
Błękitnowłosy jest co najmniej zdziwiony. I bardzo, bardzo zadowolony niespodziewanym prezentem. Kurosaki ostatnio rzeczywiście jest jakiś taki trochę inny, taki bardziej… pojebany. Ale co tam – on też. Więc bicie jednak będzie. Kiedyś tam.
- Jak Hōgyoku kocham, Kurosaki.
- A co z Aizenem?
- A co ma być, jak nawet nie wiadomo, gdzie do zaniosło? Na dzień dzisiejszy wali mnie Aizen, wisi mi i powiewa – mam inne fetysze. Ale wieści mogą się przydać, bo to w końcu… pierdolony Aizen. Prawie jak za starych dobrych czasów, co nie, Kurosaki?
III.
O ile przez ostatnie dni miał wrażenie, że z otaczającą go rzeczywistością jest coś nie tak, to nabiera przekonania, że chyba jakimś cudem trafił do świata równoległego. To się nie ma prawa dziać naprawdę. Grimmjow powinien być jak najbardziej martwy, a nie leżeć rozwalony na jego pościeli, kartkując jego gazetę i z wyższością ignorując obecność gospodarza. Ale w sumie jeszcze kilka dni temu w Ichigo tkwiło głębokie przekonanie, że jego przeznaczeniem także nie było wrócić z Lodowego Wymiaru. No i, do licha, na widok uhahanej gęby niebieskowłosego jakoś nie może powstrzymać uśmiechu.
Informacje o Aizenie robią wrażenie na Grimmjowie, ale nie takie, jakiego sam Ichigo się spodziewał.
Jego niezapowiedziany gość przetrawia wieści i to całkiem gładko. Jak się nad tym zastanowić, Grimmjow nie ma nic do Aizena. A właściwie może nie nic, a raczej nie tyle, ile Gotei i on sam. Aizen pozostanie problemem Soul Society. Ale z jakiego powodu Arrancarzy jeszcze żyją, jeśli nie będą siłą, która wesprze Shinigami przeciw Aizenowi? A może chodzi o coś zupełnie innego?
Ichigo, im więcej nad tym myśli, tym bardziej nabiera przekonania, że jeśli ma rację, to rzeczywiście znaleźli się w nowym, wysoce skomplikowanym świecie. Arrancarzy są zagadką. Niewiadomą. Nie można ich sprowadzić do roli narzędzi, jak próbował Aizen. Bez jego kagańca wbrew przewidywaniom jakoś ewoluowali, zaczęli szukać… czegoś więcej. Może powodu, by istnieć. Nadal są popaprańcami, do których przemawia głównie krew i siła, bo taka ich natura, ale czy niektórzy inni – z „jedenastki" choćby – nie są temu niepokojąco bliscy? Arrancarzy to nie Hollowy. Jest jeszcze coś, co nie daje Kurosakiemu spokoju, odkąd napomknął mu o tym Urahara przed przejściem przez Senkaimon. Arrancarzy mają Zanpakutō. Nigdy nad tym nie myślał, ale… Zanpakutō w rękach Shinigami jest przecież narzędziem, które przywraca równowagę, oczyszcza dusze. A jeśli w rękach Arrancarów jego przeznaczenie jest podobne? Nikt się nawet nad tym nie rozwodził, bo sam pomysł, by „Hollowy" mogły… Zapewne żaden z Arancarów tak o tym nie myślał. Bo to było zbyt niedorzeczne. Miesiąc temu.
Ma ochotę podzielić się przemyśleniami z Grimmjowem, ale zyskuje pewność, widząc, jak na jego ustach pojawia się ironiczny uśmiech, że zostanie widowiskowo wyśmiany. Zachowa te domysły dla siebie. Grimmjow zapewne wkurwiłby się niemiłosiernie i okazując swoje odczucia rozniósłby mu pokój. Wykazywanie Arrancarowi jego podobieństw z Shinigami dla tego pierwszego nobilitujące w jego oczach nie jest.
Ale ta cała „równowaga" nie daje mu spokoju. Jest i druga strona medalu, o której mówił mu Urahara. Arrancarzy mogą być przeciwwagą dla Aizena, i przez to realnym gwarantem spokoju, ale być może odgrywają w tej układance inną rolę, a to byłby poważny problem. W szerzej pojmowanej równowadze sił nie chodzi tylko o balans dusz. Do tej pory, przez tysiąclecia, potęga Soul Society była równoważona przez wzrastające w siłę Vandenreich, nawet, jeśli Shinigami nie byli tego świadomi. Zawsze przy ying jest jakieś yang. Do teraz Aizen był tylko niewiele znaczącym elementem szerszego obrazu, nie dość widocznie istotnym dla wszechświata, by zaangażować bezpośrednio uwagę Króla, ściągnąć z Reiōkyū Straż i wymusić interwencję „góry". Teraz jest bogatszy o doświadczenie i wiedzę, których nie miał wcześniej, nie można mu odmówić także geniuszu, a to czyni go bombą zegarową. Zwłaszcza, jeśli znów zorganizuje sobie armię. Chociaż Ichigo bardzo nie podoba się ta myśl, nie można zignorować ewentualności, że wzmocnione Hueco Mundo zajmie niszę po Vandenreich. Arrancarzy mają potencjał i źle ukierunkowany może ewoluować w coś bardzo niebezpiecznego. Jeśli wplącze się w to Aizen… Nie fajna perspektywa. Ale to tylko jedna z wielu ścieżek i rudowłosy naprawdę ma nadzieje, świdrując teraz wzrokiem rozluźnionego Grimmjowa, rozsiadającego się na jego łóżku, że ten czarny scenariusz pozostanie tylko w sferze gdybań.
Dalsze rozważania przerywa pojawienie się Inoue. Właściwie czuł jej Reiatsu sekundę przed tym, nim napomknął o niej błękitnowłosy, jednak nie wierzył własnym zmysłom. Ale to „Kurosaki-kuuun~~!" jest nie do pomylenia z niczym innym. Jest jak najbardziej materialna i jak najbardziej zaczyna go fizycznie molestować, uwieszając się u jego szyi i oplatając rękami tors. Taaa, to zdecydowanie Inoue. Jest tu, cała i zdrowa, dzięki niebiosom. Zaraz, wróciła do Karakury po czterech dobach, bo tyle czasu Garganta była wyłączona z użytku. Inoue sprowadził ze sobą Grimmjow. Jakimś cudem ją ocalił.
Arrancar najwyraźniej czuje się nieswojo pod spojrzeniem brązowych oczu, bo nie uśmiecha się lekceważąco, ani nie ironizuje. Wgapia się za to w podłogę, a po chwili wstaje i chyba postanawia się zbierać. Ichigo, nawet jeśli nie chce o tym z nim gadać, to jest mu coś winien. Coś jak dług życia. Inoue może nie być jego Rukią, ale czuje się za nią odpowiedzialny i w Lodowym Wymiarze, może nawet wcześniej, po Inwazji, porządnie nawalił. Za Inoue, całą i zdrową, jest winien ex Espadzie coś dużego.
- Grimmjow, jeszcze jedna sprawa – skoro okoliczności się zmieniły, odwołana apokalipsa i tak dalej, to chyba można przyjąć, że nasz układ nadal obowiązuje. Ten wiesz… „lepiej, żebym ja cię szukać nie musiał".
- Jak Hōgyoku kocham, Kurosaki.
Nie zamierza zabić Grimmjowa, nie ma zamiaru też pozwolić się mu pokonać, niejako „w nagrodę pocieszenia". To byłoby poniżej ich poziomu. Ale skłamałby, mówiąc, że nie chce się z nim bić. Chce znowu dotknąć tego, co było w czasie walki z Bambiettą, kiedy euforia pochłaniała Grimmjowa, ale jednocześnie jej odblask nakręcał też jego samego. No, przynajmniej zanim nie przeszli do tej żenującej fazy. Potem… potem równo zbierali baty. Ale nawet w tym coś było. Cholera, podobało mu się. Gdyby tak się dało walczyć na poważnie, ale bez utłuczenia na śmierć? Z Grimmjowem będzie ciężko, ale ostatnio rudowłosy robił już rzeczy niemożliwe.
- A co z Aizenem?
- A co ma być, jak nawet nie wiadomo, gdzie do zaniosło? Na dzień dzisiejszy wali mnie Aizen, wisi mi i powiewa – mam inne fetysze. Ale wieści mogą się przydać, bo to w końcu… pierdolony Aizen. Prawie jak za starych dobrych czasów, co nie, Kurosaki?
Taa. Stare dobre czasy. W sumie już wcześniej nachodziła go myśl, że z Espadą i Aizenem, chociaż to była przecież wojna na śmierć i życie, było w tym coś… czystego. Walcząc z Vandenreich sięgali do swoich najciemniejszych, mrocznych instynktów, wyniszczali się nawzajem, babrali się w szlamie. Mierząc się ze Stern Ritterami i Yhwachem nie czuł szacunku dla przeciwników, który towarzyszył kolejnym walkom z kolejnymi Espada. Nawet, jeśli ocierał się o śmierć, nawet z Ulquiorrą. Kiedy walczył z Grimmjowem, zmuszony do bronienia własnego życia i ochrony przyjaciół, nie życzył mu śmierci. A teraz jakoś nie potrafi się nie cieszyć, że nie musiał go zabijać. Ale jeszcze bardziej cieszy go, że Sexto Espada nie urwał jemu rudego łba. Ani żadnej innej części ciała, dodaje, śmiejąc się do siebie. Rukia byłaby niepocieszona, coś kiedyś o tym wspominała urywanym głosem, kiedy ich przyspieszone tętna zakłócały idealną ciszę jego kwatery w Seireitei, skąpanej w półmroku. A samopoczucie Rukii Kuchiki jest, koniec końców, dla Ichigo sprawą jak najbardziej priorytetową.
Kiedy Reiatsu ex Espady znika za Gargantą, kilka ulic dalej, Kurosaki wraca do rzeczywistości i delikatnie odrywa od siebie nadal krępującą jego ruchy Inoue. Już ma zacząć ją wypytywać o brakujące cztery dni i tych kilka godzin w Lodowym Wymiarze, kiedy na parapecie pojawia się Ishida, wyraźnie odcinający się w bieli na tle ciemnego nieba.
- Kurosaki, co się dzieje? Przez pół godziny nie mogłeś sobie poradzić z Hollowem? Czy to był Arrancar? Garganta znów działa? Więc możemy… O cholera jasna, Inoue!
Ichigo przesłania sobą ukrytą w jego cieniu rudowłosą, ale kiedy Ishida wreszcie ją dostrzega, w jednej chwili zaczyna przypomina dawnego siebie. Kurosaki pierwszy raz od Lodowego Wymiaru widzi w jego oczach życie.
- Uryū, wszystko w porządku, wiesz, nie mogę oddychać. I nawet nie próbuj przepraszać. Miałam przyprowadzić do was Gotei i nawaliłam. To ja przepraszam, że do teraz się tylko pałętałam pod nogami.
- Co ty mówisz, Inoue? Jestem skończonym kretynem, to było nieodpowiedzialne, by brać cię ze sobą. Jak zaginęłyście z Nel…
- O tym właśnie mówię. Nie trzeba się nade mną trząść. Jestem taka nieporadna, bo się ze mną obchodzicie, jak z jajkiem. Kurosaki-kun, nie wiedziałeś nawet, że się wybieram do Lodowego Wymiaru, a czułeś się współwinny. To się musi skończyć. Zaczynając od mojej wyprowadzki. Wracam do siebie, Uryū. Umiem sobie radzić. Jak będziesz się upierał, to uprzykrzę ci życie, jak Grimmjowowi przez ostatnie cztery doby. Należało mu się za Aidenella Kerra. Chociaż takim skończonym dupkiem też nie jest. No co się tak gapicie? Wiem, że mam irytujący głos. Kiedy zechcę. To jak będzie, Uryū-kuuuun~?!
Po chwili Inoue i Ishida są już na parapecie. Jakby drzwi nie było. Dziewczyna odwraca się, coś sobie przypomniając.
- Pozdrowienia od Nel. U niej też dobrze. Trafiliśmy na nią i grupę Arrancarów z Vandenreich, i razem wróciliśmy do Hueco Mundo. To ona, to znaczy oni wszyscy wysadzili Pałac. Nieźle, prawda?
I sekundę później ich nie ma. A Ichigo stara się wszystko jakoś ogarnąć, bo nadal wiele z tego nie rozumie. Ale Inoue i Nel to najlepsza wiadomość dnia. No i Grimmjow, nad tym zdecydowanie musi się pogłowić dłuższą chwilę. Aizen. Szlag. Już to widzi, jak za kilka godzin siedzi na lekcjach, skupiony na alkanach albo genach recesywnych. Bohaterzy wojenni powinni mieć urlopy od szkoły na podreperowanie zdrowia. Zwłaszcza psychicznego. Kiedy już ma zamiar podnieść się z podłogi i wracać na wyro, by ukraść choć kilka godzin snu, znów słyszy uderzenie stóp o parapet, tym razem kobiecych. Jak nic Rangiku. Pewnie zapomniała czegoś, kiedy wychodziła tym samym oknem parę godzin temu.
- No, cholera jasna, drzwi nie ma? To nie dworzec kolejowy, ani motel.
- O popatrz, a myślałam, że podzielisz się łóżkiem. Czyli mam się zbierać z powrotem?
- Yyy. Rukia, sorry. Nie masz pojęcia, o się tutaj działo. Był tu…
- Sza. Jutro. Zamknij się i zawlecz swój tyłek na materac. Albo będę miała migrenę przez resztę miesiąca. Kapitan Shiba raczej do jutrzejszego obiadu się nie pojawi. Chyba wrócili do starej praktyki hucznego świętowania promocji kapitańskiej. Renji ze swojej nic nie zapamięta, z tego co mówił Nii-sama. A twój tata wyszedł stamtąd ostatni, ale zamiast dojść do kwatery w „ósemce", zahaczył o „jedynkę". Ponoć wszechkapitan zasugerował, że każdy nowy kapitan 8. Oddziału musi się zdrowo sponiewierać, żeby ludzie go szanowali. I dodał, że wszechkapitanowi nie wypada pić na umór w samotności, a kapitana Ukitake taka ilość sake chyba by zabiła. Mam dwa dni zaległego urlopu i nie jesteśmy na cenzurowanym przynajmniej do jutra. Więc jeśli masz zamiar używać języka, to nie do gadania.
No dobra. To jest argument. Na dziś ma dość rozmów. Potrzebuje się odstresować. Jego staremu kompletnie odbiło, kiedy zdecydował się kapitanować „ósemce" na pół etatu. Ale, że szeregi Gotei mocno przerzedziła wojna, kapitan na pół gwizdka jest dla Soul Society jak zbawienie. Nawet, jeśli przez resztę czasu ma zamiar poświęcić się niańczeniu dorastających córek, które przez ten miesiąc nadzwyczaj się usamodzielniły. Ichigo jest tym usatysfakcjonowany. Isshin wreszcie przestał mu wpadać do pokoju znienacka. Teraz dręczy tym bliźniaczki.
Zanim dociera w okolice łóżka, bezwiednie uwalnia się z górnej części garderoby. Z dolną lubi się mocować Rukia. On nie ma nic przeciwko, w końcu nie ma rzeczy, której by jej odmówił. Dobrze, że najczęściej jej pragnienia są zbieżne z jego własnymi. Kiedy już ma zamiar opaść na posłanie, czarnowłosa Shinigami odpycha go nogami. Sama też się zrywa i odskakuje, jak oparzona.
- W tym łóżku… w tej pościeli czuć parszywego Hollowa... Arrancara!
- E, zaraz parszywego. Rukia, nie bądź rasistką.
- Co za arrancarska szmata spała w tej pościeli?! Nie szczerz się, Ichigo…
Na chwilę się wyłącza, chociaż cały czas jej przytakuje ruchem głowy. Pamięta radę Shirō Ashige i ma już własne doświadczenia. Nie dyskutuje się z Rukią, kiedy jest w stanie emocjonalnego pobudzenia. A on ma dość, zmęczony nocnymi wizytami, i chyba dostaje głupawki. Nienajgorszy sposób odreagowania, chociaż zna lepsze, ale po żywej reakcji czarnowłosej Shinigami nie zapowiada się, by dostał dziś kolejny dar. Niewdzięcznością byłoby prosić o więcej. Pozwala myślom płynąć swobodnie. Przypomina sobie Jumpa w dłoniach niebieskowłosego i to go rozbawia. Oczami wyobraźni widzi siebie w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, rozrysowanej na kartach mangi. Zachowawcza kreska, idealne kontury. Życie rozłożone na rozdziały. Żadnego trądziku. Ale bajer. Grimmjow w jego pościeli? W środku nocy? Yaoistki miałyby używanie…
IV.
To nie jest naprawdę silny Hollow. Więc dlaczego jakaś łamaga się z nim męczy dobre trzy kwadranse? Naprawdę, do Świata Ludzi wysyłane są największe łajzy, z którymi nikt nie chciał mieć do czynienia w regularnych oddziałach Gotei. Poznała już tego Kurumadaniego. Jego zmiennika, nieopierzonego chłopaka, przeniesionego tuż przed Inwazją, prawie wypatroszył pierwszy napotkany Hollow i wyciągnął go z tego tylko Ichigo Kurosaki. „Zdobywanie bojowego doświadczenia", tak? Ciekawe, kim jest ten heros, tłukący się prawie godzinę z jakimś przeciętniakiem. Już go widzi, kiedy wychyla się zza rogu ulicy. No dobra – ten przeciętniak przynajmniej lata. To jakoś rehabilituje Shinigami, którego jakoś nie zauważa w pobliżu. Nawiał? A może jest ciężko ranny.
Obiecała sobie, że nie będzie się mieszać. Chyba, że w ostateczności. Ale chyba to jest właśnie granica i jeśli się nie ujawni, to anonimowy Shinigami szybko doczeka się nekrologu. Ōkasen powinno załatwić sprawę. „Trzydziestka dwójka" do jej ulubionych nie należy, ale dawno nie miała okazji używać tego Hadō. Druga może się długo nie nadarzyć, a nie wolno jej wyjść z wprawy. Złote światło uderza z jej dłoni i tuż po zetknięciu z szarawą, łuskowatą skórą Hollowa, unoszącego się na wysokości trzeciego piętra, przebija przeciwnika. Jego ciało traci kontury i natychmiast rozpada się na drobinki, nieuchronnie rozpływające się w powietrzu. Czwarty w tym tygodniu. Ichigo musi być w Soul Society, bo normalnie powinien dotrzeć tutaj na długo przed nią. Zawsze zjawia się od razu i kończy, zanim oddelegowany do tego sektora Shinigami zdąży się pojawić. Jak Karakura radziła sobie przed Zastępczym Shinigami? „Zdobywanie doświadczenia bojowego", taa… Teraz, kiedy widzi to z innej perspektywy, wie już, że nikt się tu niczego nie nauczy – Ichigo Kurosaki bawi się sam w tej piaskownicy.
Z gruzowiska po drugiej stronie ulicy podnosi się pechowiec, któremu nie przypasowała walka z latającym przeciwnikiem. No nie. Jaki ten świat mały.
- O ja pier… Shigeko Soichi!
- Dzień dobry, Hayato. To znaczy – jak dla kogo dobry. Taki średniak stanowił poważne wyzwanie dla 10. oficera „jedenastki"? Standardy w Gotei spadły?
Taku Hayato jest cały poobijany, trochę pokaleczony i przede wszystkim zażenowany swoim stanem. A może nie to – na jego twarzy odbija się głównie bezbrzeżne zaskoczenie. Shigeko też się go tu nie spodziewała, ale z drugiej strony ona, dla odmiany, jest oficjalnie uznana za poległą. To nawet bardzo dobrze, że trafiła na Hayato. Musi z nim porozmawiać, o ile da jej dojść do słowa.
- Soichi, no cholera jasna. Co ty tu robisz, jakaś taka żywa i dowcipna? Myślałem… wszyscy myśleli, że zostałaś… tam. Ashige…
Całkowicie traci resztki samokontroli. Shirō. Pewnie by ją w tej sytuacji zabił za to, co odstawiła…tam. Głos więźnie jej w gardle, ale jakoś udaje jej się wyrzucić z siebie słowa.
- Co u niego? Pewnie teraz on jest 3. oficerem.
- 3. oficerem, ha? Zdziwiłabyś się. Cholera Soichi, daj mi chwilę. Ten cholerny Hollow… Zaświniał mi Kumade jakimś żrącym paskudztwem, kwas czy coś inszego, ale poparzyło mi dłonie. A wiesz, jak jest z moim Kidō. Największy blamaż mojego życia. W Świecie Żywych, przyznaję niechętnie, demoniczna magia się przydaje.
- Co ty w ogóle robisz w Karakurze? Dostałeś tu przydział?
- Taaa. „Zdobywam doświadczenie bojowe". Długa i kompromitująca historia. O tym, jak długi hazardowe i picie na służbie kończą się zesłaniem na zadupiastą placówkę. Ale po kolei, bo w zasadzie to jedna z naszych wspólnych przygód z twoim chłopakiem. Jak zwykle – gówno po uszy. Więc od początku może… Wylądowaliśmy na placu przed IBiRS i Ashige nie ruszał się stamtąd do wieczora. Kilka godzin tam siedział, a jak wstał, to pobiegł do twojej kwatery, wytargał stamtąd wielki, dębowy stół. Antyk? No to moje kondolencje. Roztrzaskał kataną mebel na drzazgi, a potem spalił pod twoimi oknami. Klął przy tym, na czym świat stoi…
A przede wszystkim przeklinał ją.
-… no głównie na tobie sobie używał. Bałem się go ruszać. Ale rano wszystko wróciło na swoje miejsce. Ogarnął oddział, zajął się zaległymi raportami, wypisywał wnioski o awanse. Tylko się nie odzywał, nic poza „tak", „nie", „rozkaz kapitanie". Po pięciu dniach, kiedy Senkaimon i Garganta znów zaczęły chodzić na pełnych obrotach, na przedmieściach Tokyo nasi metodycznie zaczęci dostawać wciry. To znaczy – każdy patrol wracał zmasakrowany, ale w pełnym składzie. Żadnych trupów. Gotei oszalało, bo podobno na Shinigami wyżywał się jeden Arrancar. I uwaga – nigdy nie obrywało się ludziom z „piątki". Byli nietykalni. No i Ashige się domyślił, że sprawcą jest…
-… Aidenell Kerr.
- No właśnie. Wasz kapitan, jak reszta taichō, ogarniał burdel po ucieczce Aizena i tłumaczył się na dywaniku przed Centralą. Żeby tak meteor walnął w tę ich budę, do trzech razy sztuka. Więc Ashige zdecydował wybrać się na polowanie, tylko z ludźmi z 5. Oddziału. Nie wiem, jak było w Tokyo, ale po paru godzinach wrócili z Kerrem, oplecionym pięcioma wiązaniami i zakneblowanym, „bo wkurwiał Ashige". Kapitanowie byli niedostępni, więc nikt z wice nie chciał brać Arrancara pod swoje skrzydła, a główne więzienie pod „jedynką" Aizen zrównał z ziemią. Kerr wylądował w „piątce", zdjęli mu knebel i… morda mu się nie zamykała. Po godzinie Ashige miał go dość. Zakatowanie więźnia, nawet sukinsyna, do awansu by mu się nie przysłużyło, a trzymanie Kerra ze szmatą między zębami było pogwałceniem jakiejś tam konwencji. Więc tu wchodzę ja. Wisiałem mojemu zawsze pomocnemu przyjacielowi półroczny żołd, bo postawiłem przeciwko Kurosakiemu, wiesz… to z Rukią Kuchiki… zresztą, nieważne. Za darowanie długu miałem popilnować skubańca do świtu. Wytrzymałem pięć godzin, wrzód na dupie, mówię ci. No, cały czas nawijał. A to o filozofii, a to o herbacie, a to o czymś tam transcendentnym. Jak naćpany. Więc, żeby ukoić nerwy, trochę sobie… no dobra – w trupa się zalałem. Nadal miałem doła z powodu tego zakładu, a wiesz, picie na smutno… Przecież był obłożony barierą i za kratami. Budzę się rano, a właściwie budzi mnie Ashige, a w celi obok wiatr hula. Sukinsyn dał nogę. Ale to jeszcze nic.
Hayato wciąga mocniej powietrze, bo wkłada wiele emocji w opowieść, a jest oprócz tego osłabiony upływem krwi. Shigeko rozgląda się za kawałkiem jakiejś tkaniny, żeby jakoś go opatrzyć, chociaż skręca ją z ciekawości, co było dalej. Shinigami jednak odmawia pierwszej pomocy i kontynuuje.
- Wychodzimy na plac, a tam kapitan Hirako bluzga, jak… no jak nie on. Takiego wnerwionego go nie widziałem. I w końcu wyszło, po co był ten cały cyrk. Kerr dał się złapać i zawlec do karceru „piątki", bo jego zamiarem było włamanie do gabinetu kapitana. Wiedział nawet, że Shinjiego Hirako akurat nie będzie. Dobrze to sobie poukładał. A z gabinetu wyniósł… wszystko. Papiery, raporty, prywatne zapiski, dzienniki, nawet kiepską poezję spod pióra Sōsuke Aizena. Chyba kontener tego było, Aizen lubił sobie popisać. Wszystko, zamiast w archiwach, leżało pod kluczem u kapitana Hirako, że niby dla zmyłki. Jest jeszcze więcej. Może trochę by nam się upiekło, ale ten arrancarski sukinsyn pierdzielnął nad bramą wejściową do budynku Centrali wielgachny transparent. Szczęka mi opadła. „Make love – not war!"*. Czterdziestu Sześciu szlag trafił i podobno nas dwóch chcieli za niekompetencję w Siedlisku Larw ugościć. Ale kapitan Zaraki miał ich zdanie w dupie i dla świętego spokoju dał mi Karakurę na pół roku. Ashige bardziej umoczył i wylądował na jakimś zadupiu, gdzieś koło Kamczatki. Soichi, to istne piekło. Tam… tam piją gorzałę na zimno…
No tak. A więc Shirō odreagował po swojemu. Trochę szkoda jej stołu, ale jeśli miałby sprawdzać jego wytrzymałość z kimś innym… Musi przestać tak myśleć. Dla niej nie ma powrotu.
- Soichi… Co masz zamiar teraz zrobić? Do końca życia chcesz ubijać gówniane Hollowy, o ile zostawi ci je Zastępczy? Bo w sumie z Kurosakim w Karakurze jest raczej nudnawo, jeśli chodzi o mocne wrażenia. Przez te tygodnie chyba już to załapałaś. Nie chcesz… wrócić?
- Hayato, nie mogę wrócić. Nie jestem Shinigami. A przynajmniej nie mogę wypełniać swoich obowiązków 3. oficera w obecnej sytuacji. Zostało mi tylko Kidō. Po tym… wiesz, w Lodowym Wymiarze… Saisho no Kiri się ode mnie odciął. Nie czuję go, nie mogę uwolnić Shikai. Po co mam wracać? I jak mam spojrzeć im wszystkim w oczy? Hayato, nie możesz nikomu powiedzieć. Nikomu.
Jakby upewniając samą siebie, dotyka tsuby swojej katany i… nic. Żadnej muzyki jej miecza. Żadnych wyładowań mocy. Cisza. Ale jest lepiej, niż te dwa miesiące temu. Nie z Zanpakutō, ale z nią samą. Kiedy uderzyła o bruk jakiejś alejki na przedmieściach Karakury i zdała sobie sprawę, że żyje, wcale nie czuła się z tym dobrze. Ale teraz jakoś potrafi widzieć przed sobą przyszłość. Może odzyskać Saisho no Kiri, kapitanowi Shibie się udało. Nawet, jeśli zajmie jej to dekady, w końcu kiedyś może jej Zanpakutō wybaczy i wróci. Warto czekać.
Oficer z „jedenastki" sonduje ją wzrokiem pełnym zrozumienia. Wie, że Shigeko czuje się teraz wybrakowana, okaleczona. Każdy Shinigami to rozumie.
- No to chyba… trzymaj się. A wiesz, kapitan Hirako nie mianował 3. oficera. Chyba nie zamierza. Ludzie z „piątki" raczej nie mają ci za złe. Dostałaś pamiątkową tablicę przy wejściu do koszar. Chyba trochę tęsknią, za Ashige i nawet za tobą. Straszny burdel tam teraz, wicekapitan Hinamori spadła ze schodów i znów jest na chorobowym, a 4. oficera wszyscy mają w głębokim poważaniu. No dobra, to pewnie do zobaczenia, bo moje pół roku tutaj dopiero się zaczęło. Ale mogłabyś dać znak życia Ashige. Nawet, jeśli w pierwszym odruchu miałby ochotę cię zabić za to, że jednak nie umarłaś, to po drodze z Kamczatki mu przejdzie.
Shigeko nie odpowiada, a Shinigami, lekko kulejąc, znika jej z oczu. Nie może wrócić do Soul Society. Na razie. Ale Karakura rzeczywiście bez jej cichej opieki jakoś sobie poradzi. Za to pierwszym, co zrobi, kiedy zakończy dzisiejszy patrol, będzie sprawdzenia na mapie, gdzie dokładnie leży Kamczatka.
V.
Po jego ciele rozchodziło się delikatne mrowienie. Nie, to przypominało coś innego. Właściwie czuł na skórze jakby słabe wyładowania elektryczne. Czuł? Nie powinien czuć. Ale czuł i był. Mówił mu o tym rwący ból w okolicy krtani. Przez chwilę miał paraliżujące wrażenie, że nie może złapać oddechu, bo zasysany ustami tlen ulatywał nieszczelną tchawicą. Przez sekundę się dusił, ale za czwartym razem haust powietrza dotarł do płuc i to przystopowało atak paniki. I wtedy zdał sobie sprawę, że nie czuje już metalicznego posmaku krwi, która zalewała mu krtań. I dłoń, ktoś ściskał jego dłoń tak mocno, że koniuszki palców przybrały sinawą barwę. Podświadomie wiedział, kto jest właścicielką drobnej, kobiecej dłoni, mocno trzymającej jego rękę. Świadomość bliskości Nelliel była tak naturalna, że nawet o tym nie myślał. Nad sobą widział tylko złocistą, migoczącą barierę, jakby zamykającą się nad nim półkolem. Rozpoznał rodzaj mocy. Ta rudowłosa, Inoue, leczyła tym rany po swoich zębach na szyi Grimmjowa. W Lodowym Wymiarze, w szalejącej śnieżnej zamieci. Teraz leżał na piasku, delikatnie wbijającym mu się w plecy i czuł na języku smak powietrza, doprawionego Reishi. Nie do pomylenia z niczym innym. Odruchowo oderwał głowę od podłoża i przed oczami zamigotało mu tysiąc gwiazd. Złotawa osłona zniknęła i chociaż nadal pulsujący ból w klatce piersiowej i prawym przedramieniu dawał o sobie znać, było mu z tym dobrze. Czuł, że jest jak najbardziej żywy.
- Byłem martwy… umarłem.
- Byłeś. Ale już nie jesteś. Mogę skończyć cię leczyć, jeśli mi…
Wciąż widział nieostro, a za wypowiedzenie trzech słów zapłacił bolesnym pulsowaniem w zregenerowanych chrząstkach swojej nowej krtani, dotąd nieużywanej. Ale ruchem głowy odmówił. Jego próg bólu był wysoki, a w tej chwili czerpał z własnego fizycznego cierpienia jakąś masochistyczną przyjemność. Gdyby to stracił, przestałby wiedzieć, że nie jest trupem. „Dopóki boli, czujesz, że żyjesz".
Podniósł wzrok, kiedy wreszcie obraz przestał mu skakać przed oczami, i zobaczył kilka metrów od siebie Grimmjowa. A właściwie jego plecy. Błekitnowłosy stał zapatrzony w przestrzeń, jakby nikogo poza nim tu nie było. Pozwolił Aidenellowi żyć, ale świeżo powstały z martwych jakoś nie potrafił dojść, dlaczego. Wreszcie Grimmjow się odwrócił, dostrzegając obecność pozostałych. Patrzył na niebędącego się jeszcze w stanie podnieść, pokonanego przeciwnika, ale Aidenell nie znalazł w błękitnych oczach niczego, czego mógłby się tam spodziewać. W zasadzie, nic tam nie było. Jeszcze nigdy nie widział u Grimmjowa tak pustego spojrzenia. Żadnej ironii czy złośliwości, błąkającej się po ustach. Sam nie był jeszcze w stanie mówić, bo jego obolałe gardło mu nie pozwalało, ale pytanie było tak oczywiste, że pan Hueco Mundo mógł je sczytać z jego twarzy.
- Zajebałem cię, jakbyś miał wątpliwości. Obiecałem, że to zrobię, a jestem kurewsko słowny. Bo ty byłeś tak dziadowsko słaby, że nie dałeś rady zabić mnie. I co?! Tamten popieprzony wymiar szlag trafił, razem z Shinigami. Ale Arrancarzy się wywinęli, tylko się cieszyć. Zajebiście, wprost zajebiście... I co się głupio patrzysz?! A wisi mi to, mam was wszystkich w dupie.
Odwrócił się i zwyczajnie zaczął iść w stronę Las Noches, ale po kilku krokach padł na kolana i ruda natychmiast do niego podbiegła, omijając strużkę krwi, która znaczyła jego ślad. W końcu, nawet jeśli wyszedł z tego zwycięzcą, to walczył z innym Espadą i nie dla zabawy. Także nie pozwolił, by wyleczyła go całkowicie, a jedynie na tyle, aby mógł się dowlec do swojej kwatery. Kiedy Grimmjow wstał, bez emocji wycedził przez zaciśnięte zęby przekleństwo, nie wiedzieć do kogo. „A chuj z takim światem". Aidenell jakoś też nie miał czego świętować, twarze Nelliel i Inoue nosiły żałobę. On sam myślał o straconym Hōgyoku i Aizenie. Przyszłość malowała się gówniano.
W Las Noches przez następne dni było dziwnie. Nie rozmawiał więcej z Grimmjowem, w zasadzie nie widywał go, a król Hueco Mundo nie szukał towarzystwa. Sprawiał za to wrażenie, jakby… miał depresję. Wszystko było mocno popieprzone. Zostali odcięci – Garganta była bezużyteczna, jak gdyby poza tą pustynią nie istniały już inne światy, do których mogłaby prowadzić. To było niepokojące. Niepokój udzielał się wszystkim – bez powodu wszczynano krwawe bitki w ciasnych korytarzach i samotne wycieczki po ciemnych zakamarkach twierdzy stały się jeszcze bardziej niebezpieczne. Nad Arrancarami nikt nie panował i zaczynała w nich eksplodować agresja, leżąca u podłoża ich jestestwa. Aidenell o swoje bezpieczeństwo nie bał się w stopniu najmniejszym. Nikt nie odważył się na niego krzywo spojrzeć. Może ze strachu przed Grimmjowem, który najwyraźniej zdecydował, że Kerr ma żyć. A może z lęku przed nim samym, w każdym razie nietykalność jego osoby rozciągnęła się na dwie dziewczyny. Zajął apartament Aizena, a one wprowadziły się tu razem z nim.
Może miał już dość zamknięcia w czterech ścianach i trajkoczącej Inoue, albo zwyczajnie bierność nie leżała w jego naturze. Ale chyba miarka się przebrała, kiedy przez próg jego lokum wyciekła na hebanową podłogę kałuża krwi. Na korytarzu walały się trupy. Tak dalej być nie mogło. Przychodziło mu do głowy, że gdyby chciał, mógłby przejąć władzę. Ale Aidenell nie miał imperialistycznych aspiracji. Chciał mieć spokój. Chciał, żeby w Hueco Mundo był spokój. Musiał porozmawiać o tym z Grimmjowem, żeby źle nie odczytano jego intencji, bo na nowo przywiązał się do wskrzeszonego ciała i nie miał ochoty rozstawać się z żadną jego częścią. A w Las Noches panował burdel i po kwadransie rekonesansu miał pewność, że jeśli się z tym czegoś nie zrobi, to Arrancarzy wyniszczą się sami. Nie zastał króla w jego mało królewskich komnatach, ani w sali tronowej, którą Inoue chciała walnąć różem, ani gdziekolwiek indziej. Wpadł za to na Nelliel i usłyszał od niej o ponownie działającej Gargancie oraz o tym, że Grimmjow zabrał ludzką dziewczynę i poszedł do Karakury.
Wrócił, zanim Aidenell zdążył się przyzwyczaić do jego nieobecności, przypominając dawnego siebie, z ogniem w oczach i złośliwością w głosie. Kerr wiedział, po co błękitnowłosy idzie do Świata Ludzi, nawet go o to nie pytając. Kurosaki zapewne też się wywinął. Teraz Grimmjow znów miał przed sobą jakiś cel, którego nie widział przez ostatnie dni. Dopóki Kurosaki żyje, błękitnowłosy może żyć dla ich pojedynku i pozwalać się pochłaniać rudowłosej obsesji, do której chyba jeszcze przed sobą samym się nie przyznawał. Kerra bardziej obchodziło, dlaczego Król Dusz pozwolił przetrwać Arrancarom, bo oczywistym było, zwłaszcza pod koniec, że nic w tamtym wymiarze nie wydarzy się wbrew jego woli. Grimmjow podzielił się z nim tym, co usłyszał od Zastępczego. Jedno nazwisko wywołało wybuch endorfiny w żyłach Aidenella. Aizen. Nie zamknięty, zapieczętowany, odcięty dziesiątkami barier, nieśmiertelny. Ale Aizen bez Hōgyoku, na wolności, na wyciągnięcie ręki. Trzeba go tylko wytropić i dopaść, zanim zrobią to inni. Potrzebował informacji, punktu zaczepienia, potrzebował… odwiedzić Soul Society.
Musi przyznać, że chyba tak dobrze się jeszcze nie bawił. Pierwszy raz coś zaplanował, od początku do końca, przewidując ewentualne niedogodności, biorąc poprawkę na okoliczności nieprzewidziane. I zdziałał więcej, niż na to liczył. Jak założył, Shinjiego Hirako nie było, a tylko on mógł mu namieszać. Próbował myśleć jak on i doszedł do wniosku, że po ucieczce Aizena ten Visored zechce wszystko o nim przeczytać od deski do deski, by nic nie przeoczyć, więc zapisków nie będzie w archiwum. Aidenell by tak zrobił. Musiał tak to zaplanować, by nie złamać słowa. Nadal wiązała go przysięga, chociaż żałował, że nie dodał tam słowa „do śmierci". Teraz miałby ją z głowy. Dlatego ludzie z „piątki" uszli cało, ale z drugiej strony bez tego szczegółu nic by się nie udało. Musiał trafić do karceru 5. Oddziału. Chodziło mu też o ich 9. oficera. Chciał jego konkretnie doprowadzić do szewskiej pasji i władować w cały ten syf, z przekory. Cóż, Aidenell był lekko powalony i tak okazywał sympatię. Najwidoczniej potrzebował ze wszystkich, którzy wydali mu się w jakiś sposób interesujący, zrobić sobie śmiertelnych wrogów. Żeby nie było nudno.
A skoro o wrogach, niespodziewanie bezkonfliktowo ułożyli sobie relacje z Grimmjowem. Zaczęło się od tego, że obaj, równo wkurwieni, spacyfikowali nadpobudliwych arrancarskich miłośników krwawej jatki. Aidenell wstrzymał się z wykazywaniem inicjatywy, ale szybko samemu Grimmjowowi zaistniała sytuacja zaczęła działać na nerwy. Więc obaj przeszli się korytarzami Las Noches i położyli trupem kilku bardziej narwanych, a resztę wykopali do Tres Cifras z zakazem zapuszczania się do dawnej, espadowej części kompleksu. Kto nie chciał wylądować na pustyni, musiał się zastosować do zakazu mordowania w murach twierdzy. Arrancarzy pozostawali armią, ale armia jest przydatna, o ile jest karna i bezwzględnie posłuszna. Tak oto zapanował porządek, podsycony strachem przed dwoma ex Sexto Espada, a Kerr i Grimmjow… rozeszli się do swoich pokoi. Błękitnowłosy najwyraźniej zupełnie stracił nim zainteresowanie. Aidenellowi zaczęło chodzić po głowie, by zmienić ten stan rzeczy, ponownie go wkurwiając. Ostatnio niepokojąco wzrosło u niego zamiłowanie do ryzyka, być może właśnie przez Grimmjowa. Z całym jego szaleństwem i głupią brawurą, stąpanie po krawędzi zakorzeniło w nim coś tak żywego i porywającego, że pociągało to Kerra. I doznał olśnienia – Grimmjow go olał, bo Aidenell jest śmiesznie słaby. Był dla niego przeciwnikiem, bo błękitnowłosy chciał rewanżu za dwa poprzednie razy. Teraz rozsmarowałby Kerra na posadzce w mniej niż dziesięciu pchnięciach. Taka świadomość nie podwyższa samooceny. Dlatego, obok swojej aizenowej obsesji, teraz miał drugą. Stanie się dostatecznie silny, by Grimmjow zaczął traktować go poważnie. Jest Espadą, może mu dorównać, może kiedyś osiągnąć Segunda Etapa. Chociaż nie mógł tego być pewien, jakaś jego część mówiła mu, że Grimmjow wskoczył już na ten poziom. Jeśli się do tego przyłoży, może do niego sięgnąć. Z drugiej strony w rozprawie z Aizenem coś takiego byłoby pożądane. O tak, z Aizenem nie ma miejsca na półśrodki.
Brązowawy, cierpki płyn przywraca mu jasność myśli i wyrywa ze sfery gdybań. Siedzi teraz obłożony rękopisami, całymi pudełkami zapisanymi schludnym, wyrobionym pismem byłego kapitana 5. Oddziału. Idealnie odwzorowane znaki mówią mu, że ten, kto je nakreślił, jest perfekcjonistą, nie poddającym się emocjom, typem charyzmatycznym, podporządkowującym sobie innych. Posiadaczem narcystycznej osobowości, ale stawiającym sobie samemu wysoko poprzeczkę. Mnóstwo wiedzy tylko na podstawie linii, nachylenia, skrupulatności przy ruchach pędzla. Chociaż Aidenell już to wie, trzymanie tych zapisków w dłoniach ma dla niego wymiar niemal sakralny. Jakby to była część rytuału, na uwieńczenie którego ziemia pod stopami Aizena spłynie krwią. Arrancar czuje teraz, pierwszy raz, jakby naprawdę zaczynał swoją drogę. Nie wtedy, kiedy zrodził się z Hōgyoku, nie uciekając z Las Noches. Wtedy były deklaracje, teraz wreszcie coś robi. I idzie mu jak na początek nienajgorzej, czego dowodem jego owocna wizyta w Soul Society. Nie wie, co będzie dalej, ale kiedy skończy czytać, będzie wiedział. Znajdzie tego skurwysyna, choćby w Piekle. Tam jeszcze nie był, a nie ma już chyba innych światów, w których mógłby się Aizen rozpanoszyć bez wiedzy Gotei. Ciekawa ewentualność, zupełnie niedorzeczna i absurdalna, ale termin „niemożliwe" nie stosuje się do Sōsuke Aizena.
*Sam pomysł z transparentem spłynął na mnie w stanie wskazującym na spożycie i miało tam być: „Hōgyoku! Ty jesteś jak zdrowie, jak bardzo swój tyłek chronić trzeba ten tylko się dowie, kto ciebie stracił". Ale na trzeźwo przestało mi się podobać ;)
I tak oto dobrnęłam do końca – czy zgrabnie i zadowalająco? Opinie, komentarze, sugestie mile widziane. Zwłaszcza, że wena wredna atakuje mnie z dźwiękiem budzika, nie pozwala zjeść w spokoju, chodzi ze mną do spożywczaka i odgania sen. Mam wysyp pomysłów, nie wiem tylko, czy dalej znęcać się (niekoniecznie fizycznie) nad Ichigo, Grimmjowem i moimi OC, czy dać se siana, ukierunkować zapał twórczy gdzie indziej i wreszcie PITa wypełnić. Omake czy kontynuacja? Ktoś to czyta? ;)
