Musiałam zawiesić akcję w jakiejś czasoprzestrzeni, więc najbardziej opisywana sytuacja pasuje mi po zapadnięciu się Lodowego Wymiaru. Niezorientowanych odsyłam do „Końca świata", ale pokrótce – Vandenreich szlag trafił, Arrancarzy i Shinigami czasowo współpracowali przeciwko wspólnemu wrogowi, Ichigo wszystkich (prawie wszystkich) uratował, Yhwach poszedł do piachu, Aizen dał nogę z więzienia (tracąc swoje Hōgyoku) i ślad po nim zaginął.
Poniedziałek
6:22
Jego sen był zawsze płytki, właściwie chyba od wczesnego dzieciństwa ciało chłopaka było wyczulone na każdy ruch i dźwięk, które innych ludzi z pewnością ze snu nie wyrywały. Na szczęście nie miał przy tym problemu z zasypianiem. W czasie burzy co chwila budziły go grzmoty, deszcz uderzający o szybę, gałęzie drapiące ściany domu. Nie był tego do końca świadom, bo zasypiał po kilku sekundach, kiedy tylko jego umysł zakwalifikował te bodźce jako całkowicie niezagrażające jego bezpieczeństwu. Od dwóch lat z górką było nieco inaczej. Wyostrzony słuch natychmiast zmuszał jego ciało do dźwignięcia się łóżka na dźwięk piszczącej Odznaki. Nawet, kiedy przez siedemnaście miesięcy alarmujący odgłos mu nie towarzyszył, ciało zawsze było gotowe zareagować. Odruch bezwarunkowy, z powodu którego nawet do głowy mu nie przyszło, by marudzić, albo zignorować. Budzik i wstawanie do szkoły – to było upierdliwe. Odznaka – nigdy. Po prostu… Ichigo zawsze był na służbie.
Tak jak teraz, mógłby pospać jeszcze kwadrans, ale nic nie robi tak dobrze na początek dnia, jak przebiegnięcie się po kilku dachach, pomachanie monstrualnie wielkim ostrzem i utoczenie plugawej krwi potworowi z ludzkich koszmarów. Może nie brzmi, jak to, co siedemnastolatkowie lubią najbardziej, ale dla tego konkretnego to codzienność. Niewymuszona i dająca swego rodzaju spełnienie. Nie robi tego dla czystej, sadystycznej przyjemności, ale też nie tylko z poczucia obowiązku, nie jest to także kwestia lubienia czy nielubienia. Jest w tym dobry, ma to we krwi, stało się to częścią jego świata. Jak drobna dziewczyna o fioletowych oczach, w których tonie, ilekroć w nie spogląda. Jak czerwonowłosy, świeżo nominowany kapitan 7. Oddziału, wciąż trochę lękliwe zapatrzony w byłego dowódcę i szukający aprobaty w jego chłodnym spojrzeniu. Jak całe rzesze innych – kapitanów i oficerów – których los postawił na jego drodze i pozwolił zawiązać silne więzi przyjaźni. Bez tego całego bałaganu, bez obecności Shinigami w swoim życiu miałby pewnie z górki, uniknąłby kilku złamań otwartych, krwawienia z każdej chyba części ciała i posiadania białego alter ego w podświadomości ze szkła i chmur. No i nie musiałby robić wakacyjnego kursu w ramach odpracowania zawalonego semestru. Ale bez tego nie byłby sobą. Ichigo Kurosakim, Zastępczym Shinigami. Wkręcił się, chociaż na początku marzył tylko, by nie widzieć duchów, a wkurzająca dziewucha wyniosła się z jego szafy i z jego życia. A potem… długa historia. Bardzo krwawa, obfitująca w globalne kataklizmy, cuda i – koniec końców – z happy endem.
Zeskoczył z parapetu i poszybował nad budzącą się ze snu ulicą. Nie widział przeciwnika, ale zaufał swoim zmysłom. Hollow. Całkiem duży sukinsyn. Nie. Dwa… trzy… cztery silne Hollowy. Niedaleko, na obrzeżach miasta. To coś grubszego, bo nie przeniknęły tutaj ot, tak sobie. Czuł, że gdzieś w pobliżu jest nadal aktywna Garganta. A więc Arrancarzy. Czterech Arrancarów to nie przelewki. Nie, żeby to był dla niego problem, ale wiedział, że w IBiRS oficerowie w białych kitlach właśnie dostają kręćka. Pewnie odczyty świecą się im na czerwono. Przyjdzie wsparcie. Więcej Shinigami, zapewne oficerów, może kapitanowie i ich wice. Więcej dzikich lokatorów w jego domu. Bimber w jego szafie, syf w łazience, pusta lodówka, roznegliżowana Rangiku na kanapie w salonie. Niedoczekanie. Nie będzie się z tymi tutaj bawił. Musiał się pozbyć intruzów, zanim w Karakurze pojawi się zastęp bezdomnych kolegów, czyhających, by zająć jego przestrzeń życiową.
Zanim zobaczył wrogów, jego duchowe receptory poinformowały go, że cała grupa nie zdążyła się jeszcze rozproszyć. Chyba nie powinien… chociaż… A srać na konwenanse i uprzejmości. Sojusz wygasł, Aidenell Kerr rąbnął Shinjiemu Hirako całe archiwum Aizena, a Arrancarzy i Shinigami tłukli się znów w najlepsze. Ale zbiorowa wizyta w Świecie Ludzi to już było przegięcie. Grimmjow miał trzymać swoje owieczki z dala od Karakury. Ichigo zdecydował, ze nie będzie się bawił w wyzywanie na pojedynek. Zwyczajnie… odpalił w kierunku grupy Getsugę, aż zrobiło się niebiesko, a pył uniósł się na wysokość ósmego piętra. Yyy. No może trochę jednak go poniosło. O ile anonimowi członkowie wrogiej nacji stracili zdolność bojową, upadając na zrytą ziemię poniżej, o tyle nie dało się nie zauważyć, że fasady sąsiednich biurowców nosiły ślady poważnego kataklizmu. W dzielnicy mieszkalnej nigdy by czegoś podobnego nie odstawił, ale i tutaj… No dobra, to było głupie i niepotrzebne. Ale może nie do końca, bo trzech nieznajomych Arrancarów, mocno poturbowanych, zerwało się z ziemi i dało susa w kierunku Garganty. Taaa. To tyle, jeśli chodzi o dzielność i odwagę, ale rudowłosy nawet nie pomyślał, by ich ścigać. Przecież… no… cholera, przecież by ich nie zabił. Jakby się niegrzecznie stawiali, to trochę by ich pociął, osmalił Getsugą, poobijał i rozbroił, ale z odbieraniem życia miał niejakie problemy. Arrancarzy to samoświadome byty, nie jakieś bezrozumne Hollowy, tu nie szło już o zwykłe oczyszczanie dusz, ale dochodził element unicestwienia bardziej – chociaż częściej mniej – rozumnej istoty. Miał swoje moralne dylematy, a że nie działał w strukturach Gotei, więc nie był związany rozkazem i nie musiał się z nich nikomu tłumaczyć. Jego zadaniem było utrzymanie porządku w Karakurze, a skoro tych trzech postanowiło się stąd ulotnić… Mission completed. Więc obserwował tylko plecy trójki, znikające w czarnej pustce Garganty. Czegokolwiek mógł się dowiedzieć od tego czwartego, który najwyraźniej nie miał siły, by się podnieść, chociaż o jego determinacji świadczyły ciskane w przestrzeń przekleństwa. Nadzwyczaj opisowe i niezwykle wyszukane. O cholera. Nie fajnie, bardzo nie fajnie.
Ichigo zdało się, że rozpoznaje głos, chociaż tłumił go pył ulicy, w który raz po raz upadał Arrancar, nie mogąc podtrzymać na poranionych rękach ciężaru ciała. Jego postać nadal spowijała chmura kurzu, więc chłopak widział tylko zarysy sylwetki. Natychmiast pojawił się obok i nim dopadł rannego, odrzucił Zangetsu. Dotknął jego ramienia, nie bardzo wiedząc, co zrobić, by nie pogorszyć sprawy. Tak jak się spodziewał, został odepchnięty przez Arrancara, który resztkami sił poderwał głowę do góry i przyszpilił rudowłosego spojrzeniem intensywnie niebieskich oczu.
- No kurwa, w plecy?! Toś mnie z deka zaskoczył, Kurosaki…
- Grimmjow… wiesz… ja... yyy… może i mnie poniosło, ale… co tobie odbiło? Wparować do Karakury, z trzema kolegami, ot tak? Czterech Arrancarów na wycieczce w Świecie Ludzi?!
- A wyglądało, jakbym się z nimi, kurwa, przyjaźnił? Mendy zasrane… ścierwa niedorobione…
Aha. W sumie nie wyglądało, ale z drugiej strony Ichigo za dużo czasu nie poświęcił na obserwację. Skąd mu do łba strzeliło, żeby tak od razu Getsugą? „Bo jesteś kretynem skończonym". I jak zwykle jego podświadomość miała rację. Że też nigdy nie dochodziła do głosu zawczasu. A o co biegało z trzema nie zaprzyjaźnionymi Arrancarami? Później. Najpierw rudowłosy musiał coś zrobić z Grimmjowem. Zanim się wykrwawi, dwie przecznice od jego domu.
- Zabieraj te łapy. Mam gdzieś twoją pieprzoną pierwszą pomoc. Zanim zdechnę, nie tu i nie teraz, zdążę ci jeszcze skopać dupę. O, mam dużo dup do skopania, na swoim własnym podwórku… No zabieraj, mówię!
- I masz zamiar fochy stroić, na środku ulicy? Daj spokój, Inoue cię poskłada i wtedy będziesz mógł podskakiwać, komu…
- Ani się waż sprowadzać Rudej!
- Bo..?
- Bo nie chcesz, psiakrew, widzieć mnie wkurwionego. Bardziej wkurwionego. Żadnego hokus-pokus, żadnych maślanych oczu, żadnego „Kurosaki-kun~!". A tak w ogóle to spieprzaj, sayōnara.
- Ale Grim…
- Nie dociera?! Wypad do shinigamiowych obowiązków, czy co cię tam kręci. Nawet tak na mnie nie patrz, słyszysz?! Już ty wiesz jak, Kurosaki… Zjeżdżaj stąd i mnie nie wkur…
Nim zdążył skończyć, głowa Grimmjowa lekko uderzyła o zrytą ziemię, a Ichigo na chwilę pożałował bezpośredniego użycia siły, głównie z powodu rwącego bólu w – chyba wybitym – nadgarstku. Ależ niebieskooki skubaniec miał twardą szczękę! Nie kopie się leżącego, za to o prawym sierpowym nic tam nie ma. Zresztą Shinigami nie miał ochoty, ani czasu, by ugłaskiwać szalejącego Arrancara. Musiał się zbierać do szkoły, a Grimmjow bardziej wkurzony już chyba nie będzie, prawda?
8:37
Udało mu się nawet nie spóźnić na pierwszą lekcję, a jego nieobecność nie uszłaby uwadze nauczycielki, tak jak nie uszło dwuminutowe spóźnienie Ishidy. Zważywszy, że na letni kurs uczęszczało sześcioro uczniów. Poza nim, Ishidą i Inoue ta wątpliwa przyjemność przypadła w udziale jakiemuś kolesiowi, wywalonemu z innej szkoły za wagary oraz dwóm wyrośniętym dziewczynom, które ledwo potrafiły się podpisać i któryś raz z rzędu próbowały zaliczyć trzecioroczny materiał. Ale albo to, albo powtarzanie klasy. Tak to się dzieje, jak pięć tygodni nie pojawiasz się na lekcjach, ratując świat przed armagedonem. Ale z drugiej strony lepiej być lekarzem, prawnikiem albo architektem, który po godzinach biega z Zanpakutō, niż życiowym zerem bez matury, z którego nawet Hollowy miałyby powód do kpin. A skoro postanowił, że nie zrezygnuje z normalnego życia, to trzeba być konsekwentnym.
Gdy tylko po pierwszej lekcji drzwi zamykają się za nauczycielką, czarnowłosy Quincy wywleka go z ławki i zaciąga na drugi koniec korytarza. Kiedy puszcza Ichigo przed drzwiami męskiej toalety, ten już wie, o co tamtemu chodzi. Żeby rozmawiać bez świadków, ciągnie Ishidę za próg i razem barykadują się w środku.
- Kurosaki, możesz mi powiedzieć, co TO robi w męskim kiblu?
- Yyyy…
- Żadne „yyy"! Co zakneblowany, nieprzytomny i chyba poważnie ranny Arrancar robi przywiązany do kaloryfera w męskiej toalecie, w szkole, w Karakurze? Do reszty ci odbiło? I kto go tak urządził, bo te rany wyglądają na świeże.
- Ja… ale niechcący. No serio, małe nieporozumienie. Nie mogłem go zostawić, żeby się wykrwawił na ulicy, do Garganty też go w takim stanie nie mogłem wepchnąć. Miałem wołać kogoś z 4. Oddziału? Inoue go poskłada i po sprawie. No nie patrz tak, Ishida. Mam to pod kontrolą, nie wypuściłbym go samopas w miasto, a tak wiemy, że nic… nie nabroi.
- To i tak durny pomysł. Czemu tylko tobie się takie rzeczy przydarzają? To było pytanie retoryczne, Kurosaki. Lepiej, żebym nie musiał po tobie tego sprzątać. I wiesz… może sobie podarujmy wciąganie w to Inoue? Ona… Grimmjow… On ma na nią zły wpływ. Chyba jej do głowy wbił feministyczne poglądy, bo po powrocie z Hueco Mundo stała się taka… samodzielna. Za bardzo samodzielna. Uparta i trochę zołzowata.
- W sumie. Grimmjow też wydzierał się, żeby jej nie sprowadzać.
- Nic mu nie będzie, to chyba rana powierzchowna. Dzień, góra dwa i się wygoi, Arrancarzy regenerują się szybciej niż my. Tylko czemu jest nieprzytomny? Czym ty go potraktowałeś?
- Najpierw Getsugą, a potem… tak jakby… trochę go ogłuszyłem, bo się rzucał. Jeśli jednak będziemy się musieli obejść bez pomocy Inoue, to może nie był dobry pomysł.
- Myślisz? Kurosaki, tego pod rudą grzywą używa się czasem do myślenia.
- No to powiedz, że jestem zwyczajnie głupi!
- Nie. Żaden Quincy nie jest zwyczajnie głupi.
- Z tym, że ja nie jestem Quincy. Bardziej pół-Quincy, albo ćwierć-Quincy? Trochę-Quincy?
- Cofam ostatnie. Jesteś zwyczajnie głupi.
20:50
To zaczynało się komplikować. Obserwując wieczorne niebo Ichigo nie wiedział, jak mógł rano beztrosko przerzucić sobie nieprzytomnego, znokautowanego Grimmjowa przez ramię i przytargać go do szkoły z myślą, że wieczorem zapomni już o błękitnowłosym problemie. Powinien być bardziej dalekowzroczny. Najwyraźniej Arrancar potrzebował jeszcze minimum doby, żeby się jako tako pozbierać, a rany wcale nie goiły się na nim jak na psie, co zasugerował Ishida. Jeśli Grimmjow rzeczywiście miał coś ze zwierzęcia, to najbliżej mu było do kota, chociażby ze względu na kocie humory.
Błękitnowłosy oczywiście był wściekły, co dobitnie okazał, kiedy rzucił się na Kurosakiego, próbującego po zakończonych lekcjach odwiązać go od kaloryfera. Niewiele brakowało, by oswobodzony rozbił rudą głowę o pisuar, ale nadmierny wysiłek spowodował otwarcie zaschłej już rany na plecach i – koniec końców – Ichigo dowlekł go do domu ponownie nieprzytomnego, choć tym razem bezpośrednio ręki do tego nie przyłożył. Więc aktualny stan Grimmjowa był zbliżony do tego z rana, a dodatkowo Arrancar w szamotaninie zarobił zielonkawo filetowe limo pod okiem, które paskudnie komponowało się z błękitem jego tęczówek. Więc był wściekły, a teraz tego akurat nie okazywał głośno, bo zdarł gardło wrzeszcząc pół godziny na Kurosakiego, by go wypuścił na zewnątrz. Nawet, jeśli Ichigo miał już niechcianego gościa po uszy, czuł się trochę winny za jego obrażenia i zapowiedział, że dopóki Grimmjow nie będzie w stanie wywalczyć sobie drogi do okna, to nigdzie nie pójdzie. Więc, po dwukrotnym zbieraniu poobijanego ciała z podłogi, ex Espada odwrócił się na pięcie i zamknął się w szafie.
Po jakimś kwadransie wsłuchiwania się w idealną ciszę, powieki chłopaka zaczęły ciężko opadać, a on poddał się ogarniającej go senności. I kiedy już prawie odpłynął, usłyszał delikatne skrzypienie przesuwanych drzwi szafy. Momentalnie otrzeźwiał, w samą porę, by zagrodzić drogę Grimmjowowi, przygotowującemu się do przeskoczenia parapetu. Ichigo odepchnął go do tyłu i chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu rudowłosy nie wytrzymał i się roześmiał.
- Serio? Chciałeś nawiać? Grimmjow, dziś nigdzie się nie ruszasz. Pierwszy lepszy nie rangowy Shinigami cię położy trupem, jak się będziesz włóczył po Karakurze, a w takim stanie przez Gargantę sam nie przejdziesz. Daj spokój i idź spać.
- Sam se idź spać, kurwa mać! Zabieram się stąd i możesz mi skoczyć.
- Od mojej matki wara. Nie wyjdziesz stąd i już, chyba, że po moim trupie.
- Nie kuś, Kurosaki. Masz zamiar warować całą noc? To se nie pośpisz.
- To se obaj nie pośpimy.
Ichigo niewiele później zdał sobie sprawę, że w tej chwili powinien był się ugryźć w język.
