Przepychanek – nie tylko słownych – ciąg dalszy. Do wprowadzenia jednego z elementów, natchnęło mnie opowiadanie Leukonoe, jak też wciąż rozbrzmiewające mi w uszach „Six Feelings". Miewam coraz dziwniejsze pomysły :)


Czwartek

08:36

Ostatnie pół doby przerzucał się z boku na bok, z irytacją wsłuchując się w miarowe oddechy śpiącego Espady. Miał ochotę wstać i skopać tę cholerną szafę, ale wiedział, że Grimmjow się zemści i bał się zgadywać, jaką jego zemsta przybierze postać. Więc zaciskał zęby i pięści, wyczekując świtu. Rano nie odezwał się do niego słowem, i vice versa. Wiedział, że błękitnowłosy już nie spał, ale siedział w tej swojej szafie, więc przynajmniej nie irytował chłopaka swoim widokiem. Pierwszy raz Ichigo był naprawdę zadowolony z nadprogramowych zajęć lekcyjnych, bo nie musiał szukać pretekstu, by nie oglądać przez kilka godzin wyszczerzonej mordy swojego tymczasowego prześladowcy. Ale, tak czy inaczej, miarka się przebrała. Kiedy wróci do domu, wykopie Grimmjowa, choćby tamten był umierający.

15:04

Usłyszał kilka znajomych głosów, zanim przekroczył próg. Był już do tego przyzwyczajony i chociaż w innych okolicznościach dostałby czerwonej gorączki, teraz wizyta nawet połowy Gotei jakoś go nie denerwowała tak, jak powinna. Nic nie mogło być gorsze, niż Grimmjow.

Ogarniając wzrokiem sytuację ugryzł się w język, bo to, co znalazł w swoim pokoju, przeszło najgorsze, najczarniejsze scenariusze, których nawet bał się ubierać w słowa.

- Yey… Ichigo! Brakowało nam szwartego do pokera. Yumichika i Ikkaku jakoś nie są skorzy do srzusania ciuchów.

Nieźle już wstawiona Rangiku chwiejnie podniosła się z dywanu i rzuciła rudowłosemu na szyję. Nie miała już na sobie skarpetek, swojego różowego szala, ani Shihakushō, a jej obfite piersi zdawały się wylewać z luźno zawiązanej shitagi. Siedzącemu obok Hisagiemu najwyraźniej nie szło, bo nie dość, że był już mocno pod wpływem, to ostatnią częścią garderoby, jaka mu jeszcze została, była jego bielizna. A między nimi Ichigo zobaczył Grimmjowa w półnegliżu, już bez górnej części odzienia, rozwalonego wygodnie na poduszkach. W kącie Ikkaku i Yumichika pochylali się nad pokaźną butlą z przejrzystym płynem. Rozchodzący się w powietrzu zapach sfermentowanych drożdży sygnalizował, czym jest zawartość przezroczystej butli. Grimmjow odwrócił się, nie wstając z wygodnego siedziska i podał literatkę świecącemu gołą glacą Shinigami.

- Tylko tak… od serca.

Ikkaku wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu, ale usłużnie napełnił szklankę najpierw jemu, a potem całej reszcie. Nic nie wskazywało na to, że jeszcze wczoraj mieli ochotę się nawzajem zamordować. Hisagiemu z naczyniem pomogła Matsumoto, bo miał problem z jego zlokalizowaniem. Zresztą biuściastej wicekapitan też niewiele już brakowało, by walnęła jak długa w poprzek pokoju.

- Co tu się do cholery dzieje?!

- Pokerek, Ichigo. To jak, piszesz się? No nie daj się prosić… Grimmjow ich na śmierć spije, ma rękę do kart.

- Że co?

- Poszebujemy sss… tego no… strategii…

- Hisagi-san, ty to będziesz potrzebował lekarza. Ludzie, czy wy nie jesteście na służbie?

- Ja jestem ofisjalnie w telegasji… Ikkaku i Yumichika sawsze mają wolne… Shūhei na saległym urlopie… O, a Grimmjowa snasz?

Kiedy rozweselona Rangiku wprowadzała Kurosakiego w sytuację, Espada z wprawą krupiera rozdawał kolejny raz karty. Hisagi sięgnął po swoje i zlustrował je z rozpaczą, po czym, nie czekając na resztę graczy, sięgnął po pełną literatkę i opróżnił ją jednym łykiem, krzywiąc się przy tym. To oficjalne uznanie przegranej zniechęciło pozostałych, którzy stracili zainteresowanie dalszą grą.

- Kurosaki, rozdać dla ciebie? No dawaj, bo gra się sypie, a ja chcę zobaczyć, jak blondyna wyskakuje z ciuchów. Dwa rozdania?

- Grimmjow… fredny jesteś… barso nieryserski…

Ichigo przestał na chwilę rejestrować, co bełkocze Rangiku, poklepująca Arrancara po nieosłoniętym torsie. W ogóle miał wrażenie, że trafił do jakiejś równoległej rzeczywistości. Różne rzeczy już widziały ściany tego pokoju, wliczając w to wstawionych oficerów Gotei, karciane wieczory, roznegliżowaną wicekapitan Matsumoto i kadzie pełne samogonu. Ale Espady w tym zestawie sobie nie był w stanie wyobrazić, aż do teraz. A błękitnowłosy wyglądał na jak najbardziej wyluzowanego i jego towarzystwo zdawało się nie przeszkadzać pozostałym. To się nie dzieje naprawdę, to jest jakieś wielkie…

Piiik… piiik… piiiik…

Tym razem nikt, może poza najmniej nietrzeźwym z tego grona Grimmjowem, nie zwrócił uwagi na alarmujący dźwięk. Chłopak po prostu wyskoczył z ciała, nie angażując za bardzo niczyjej uwagi, ścisnął Zangetsu, zrobił krok w stronę okna i poszybował nad ulicą, lokalizując wrogie Reiatsu.

16:47

Trzeci? To zaczynało być naprawdę podejrzane. Hollowy pojawiały się całymi gromadami, a najdziwniejszym było dla Ichigo, że wcale nie skupiały się na tych bardziej zaludnionych okolicach, jak miały w zwyczaju. Nie było to stadne polowanie na dusze. Po prostu Hollowy przedostawały się do Świata Ludzi, ale wydawało się, że bez większego, złożonego celu. Dla niego samego było to jednak nieważne. Jeśli były w mieście, stanowiły zagrożenie, zaś eliminowanie zagrożenia to jego działka. A może zastanawiał się nad tym, by wyrzucić z głowy wyobrażenie tego, co za niedługo zastanie pod swoim dachem? O sytuacji z Rukią bał się myśleć jeszcze bardziej.

Musiał się go pozbyć. Wpakować do Garganty i mieć to już za sobą. A potem wrócić do scalania na nowo swojej rozbitej przez upierdliwego Arrancara codzienności. W tej chwili, delektując się wizją uporządkowanej przyszłości, poczuł znów uderzenie Reiatsu. Był zmęczony i zniechęcony, więc nie starał się zbadać dokładniej siły Hollowa, zresztą to i tak nie robiło różnicy. Nie spotkał od bardzo dawna takiego, który byłby dla niego wyzwaniem, nawet kiedy był w gorszej formie. Odruchowo, nawet nie szukając go wzrokiem i zawierzając jedynie zmysłom Shinigami, odwrócił się w kierunku przeciwnika i uderzył go skondensowaną energią z ostrza swojego Zanpakutō, posyłając pechowca na pobliską ścianę. Siła uderzenia utrąciła spory kawał elewacji i chyba uszkodziła jakieś rury wodociągowe, bo w powietrze wystrzelił wielki gejzer. Ichigo przewidywał, że przeciwnikowi też porządnie się oberwało i zapewne nie będzie potrzebny drugi raz. Nim pył opadł, a on sam dopadł swoją ofiarę, usłyszał jej chrapliwy głos, a kiedy go rozpoznał, dostał gęsiej skórki.

- No ja pierdole… Serio, Kurosaki?!

17:23

- O szlag, w co wy wdepnęliście?

- A jest przytomny? Może to trzeba przemyć alkoholem, wiecie – żeby się zakażenie nie wdało... Paskudnie, bardzo niepięknie.

- Lepiej mu zrobi, jak sobie łyknie. No co się patrzycie, za cholerę nie znam się na leczeniu, czy ja na łajzę z „czwórki" wyglądam?!

- No już, Ikkaku. Sza. Nie wyzieraj się tak, to przeszkasa rekowa… rekonwalesenscji? No gojeniu przeszkasa.

- Kto go tak urządził?

- Ja… niechcący. Jakoś napatoczył się.

Ichigo nie spieszyło się z odpowiedzią, zwłaszcza, że teraz patrzyły na niego krytycznie cztery pary oczu. A sztuczny tłum wcale nie pomagał w udzielaniu pierwszej pomocy. Grimmjow, który stracił przytomność po drodze, znów dawał oznaki życia, wyrzucając z siebie bardzo obrazowe przekleństwa z taką kreatywnością, że Lisa Yōdomaru byłaby pod wrażeniem.

- To my tego… Zbieramy się.

Kiedy Ikkaku, dźwigając słaniającego się Hisagiego, jako ostatni zeskoczył z parapetu, Grimmjow podniósł się na łokciach, żeby lepiej ogarnąć wzrokiem świeże obrażenia. Nawet, jeśli nie było tak nieciekawie, jak wyglądało, to rudowłosy nie wyobrażał sobie, by mógł w tej sytuacji wykopać Arrancara. No więc teraz do starej, podłużnej blizny na torsie i bliźniaczo podobnej, jeszcze nie dogojonej na plecach, dołączy kolejna, poniżej linii żeber. Trzy autografy.

- Ty już swoje zrobiłeś, zabieraj łapy, Kurosaki.

- Grimmjow, no głupio wyszło. Po co tak w ogóle tam przylazłeś?

- Podziwiałem, kurwa, miejską architekturę.

- No i popatrz, jakie to niebezpieczne miasto.

- Odpieprz się.

I po konwersacji. Ichigo zostawił go, w grobowym nastoju, we własnym łóżku, a sam postanowił wziąć się wreszcie za doprowadzenie łazienki do stanu używalności. Marzył o prysznicu chyba bardziej, niż o przespanej nocy. Przekręcił kurek nad wanną i… nic. Podobnie umywalka. Wkurzony zszedł do kuchni, ale także tutaj z kranu nie poleciała ani kropla. Ani mililitra wody w całym domu. Ostatnią szansą był hydrant na trawniku, a chłopak był już zdesperowany. Ale nim zdołał się do niego dobrać, jego entuzjazm ostudziła staruszka z sąsiedztwa, informując go, że jakiś niewyjaśniony wybuch odciął wodę na przedmieściach. Aha. Rury wodociągowe, coś mu świtało. I po kąpieli. Szlag.

21:34

Kiedy wrócił na górę, Grimmjow już spał. Albo udawał, ale za to na tyle dobrze, że rudowłosy nie odważył się go ruszać. W końcu był ranny. Znowu. I to za przyczyną Zastępczego Shinigami. Ponownie. Dlatego dał sobie spokój, otworzył szafę i wślizgnął się, a raczej wgramolił do środka. Było tu twardo, ciasno, duszno i wysoce niewygodnie. Ale zacisnął zęby, zamknął oczy, naciągnął na siebie sfatygowany koc, śmierdzący Hollowem jak siedem nieszczęść i czekał, aż przyjdzie sen. Powoli się wyciszał, coraz bardziej odpływając w sferę sennych marzeń. Teraz było mu przyjemnie lekko, a wszystko wkoło rozświetlała migocząca jasność i dałby wiele, by utrzymać ten stan na dłużej. Pobożne życzenia. Udało mu się skraść jakieś pół godziny snu. Jęki, dochodzące spod kołdry, którą leżał okryty Arrancar, wyrwały go z jego idealnego świata z puchu i światła. Ichigo, zaniepokojony pogorszeniem się stanu błękitnowłosego, wypełzł ze swojej ciasnej wnęki i podszedł bliżej łóżka. Ale z rannym nic się nie działo. Więc wrócił i ponownie walnął się na twardą półkę, podkulając nogi. I po kilkunastu minutach znowu to samo. Ale tym razem nie wstawał.

- Grimmjow…? Żyjesz, czy schodzisz?

Odpowiedział mu kolejny cierpiętniczy jęk, który przeszedł w tłumiony przez poduszkę, złośliwy śmiech. Cholerny Arrancar, jak najbardziej nie umierający, bawił się jego kosztem, ale nie poprzestał na tym. Rudowłosy przestał reagować na biadolenie, więc Grimmjow zaczął… nucić pod nosem. Po jakichś dwóch godzinach Kurosaki znał już kilka fragmentów na pamięć, chociaż przysiągłby, że w życiu ich nie słyszał i w żadnym razie nie były po japońsku, ani w żadnym języku, który sam znał. Ale z czymś mu się kojarzyły i wreszcie – bardziej po melodii, niż po słowach, brzmiących obco – dokonał odkrycia, które zaskoczyło go na tyle, że szerzej otworzył oczy. Arrancar, bardziej niż znieczulony kilkoma literatkami bimbru spod skrzydeł „jedenastki", cicho śpiewał arie operowe. I do tego miał naprawdę niezły głos, niby nadal niepokojąco przeszywający i niepozbawiony gardłowej nutki, ale brzmiący jakoś inaczej niż zazwyczaj. Jakoś mniej wkurwiająco.

- Skąd to znasz? Po kim, jak po kim, ale po tobie zamiłowania do opery się nie spodziewałem.

- Popatrz, jakie zdziwko.

- Poważnie, skąd to znasz?

Grimmjow chwilę milczał i Ichigo już zwątpił, więc przewrócił się na drugi bok i usiłował zmusić się do snu, ale wreszcie doczekał się odpowiedzi.

- Po tym, jak wszystko poszło w pizdu, Lodowy Wymiar i cała reszta, a Garganta była nieczynna, miałem gorsze dni. To sobie na fali wkurwu przejrzałem płytotekę Aizena.

Rudowłosy aż podniósł się z wrażenia.

- Aizen tego słuchał? I nauczyłeś się wszystkiego w cztery dni?

- Jestem Arrancarem o wielu talentach – czego się nie dotknę, to jestem w tym zajebisty. I twoje szczęście, że nie podszedł mi repertuar Tōsena. Pieprzony siewca sprawiedliwości słuchał disco polo.

- Co to jest disco polo?

- Nie chcesz wiedzieć, Kurosaki. O… to też jest dobre.

Wiedział, że zasnąć mu także dzisiaj nie będzie dane. Więc słuchał, bo nie miał innego wyjścia. A pijany, śpiewający Grimmjow, jakkolwiek by to dziwnie brzmiało, był lepszy niż kopiący w szafę Grimmjow, sfochany Grimmjow i przyzwoitka-Grimmjow. A, chrzanić to – głos miał naprawdę niezły.