Piątek (PART 2)

07:15

Nawet się nie łudził, że niebiosa pozwolą mu choćby na kilka minut drzemki. Kiedy Grimmjow skończył koncert, i to dobrze po północy, wykończony wypadkami dnia poprzedniego i alkoholem, który w końcu ze stanu nadzwyczajnego pobudzenia odesłał go do krainy sennych marzeń, Ichigo cicho wysunął się z posłania w ciasnej wnęce. Ruszył na obchód domu, którego każdy fragment, każdy schodek, ścianę i każdy centymetr skrzypiącej podłogi znał na pamięć, dzięki nadprogramowej aktywności przyzwyczajony do skradania się bezszelestnie po pustych, uśpionych pomieszczeniach. Oczywiście lodówka straszyła pustkami, poza przeterminowanym tuńczykiem i musztardą nie mając nic do zaoferowania. Zawsze tak było po wizycie kolegów z Soul Society, którzy rzucali się na wszystko, co znaleźli w Świecie Ludzi, traktując serek pakowany próżniowo jak bajeczną zdobycz. Zatrzasnął drzwi lodówki i sięgnął po szklankę, by ugasić pragnienie, ale przypomniał sobie o awarii, którą przypadkowo wywołał, pozbawiając wody całe przedmieścia. I pomyślał o łazience. Tak czy inaczej trzeba coś z nią zrobić, bo nawet, jeśli w tej chwili mógłby napełnić wannę przyjemnie ciepłą cieczą, nie mógłby brać kąpieli w takim chlewie. Więc, przeglądając szafki po omacku, zaopatrzył się w jakieś szmaty i ruszył do walki z pozostałościami po furii wkurzonego Espady. Z grubsza, na ile tylko mógł, zgarnął cały ten syf do trzech pokaźnych worków i wychodząc z pozbawionej okna łazienki zorientował się, że już świta.

Grimmjow dał już pokaz swojej mniej miłej strony osobowości – o ile miał w ogóle inną – wprowadzając Ichigo w stan permanentnego podenerwowania przez ostatnie dni, ale teraz rudowłosy musiał uznać, że tamto było tylko ułamkiem jego możliwości. Kurosaki nieszczęśliwie obudził Arrancara, wysuwając nie dość cicho szufladę w poszukiwaniu czegoś w miarę czystego do ubrania. I wybity ze snu błękitnowłosy odesłał chłopaka, z jego własnego pokoju, z raną ciętą przedramienia i na kurwach. Ichigo pogratulował sobie refleksu, bo inaczej ciśnięta w niego Pantera skróciłaby go o głowę. Biorąc pod uwagę, jaką ilość tego, prawdopodobnie wysokotoksycznego świństwa Arrancar wczoraj wchłonął, miał prawo mieć kaca i to jeszcze Ichigo by zrozumiał. Ale rzucanie po pokoju wszystkim, co się pod rękę nawinęło, w tym Zanpakutō, to już przesada. Rudowłosy nie miał siły, ani ochoty na kłótnie, które do niczego nie prowadziły, a groziły totalną demolką. Możliwie najszybciej się ulotnił, trochę przybity. Naiwnie liczył, że po wczorajszym wieczorze karaoke Espada będzie bardziej… ludzki? Tia, ubaw po pachy. Chociaż musiał przed sobą przyznać, że go intrygował. Całe to nocne śpiewanie i słuchanie było… całkiem fajne. Ale błękitnowłosy najwyraźniej był dwubiegunowy, bo że miał ADHD nie podlegało dyskusji. Więc rano musiał wyjść z niego jeszcze wredniejszy skurwysyn, jakby do teraz relacja z Grimmjowem nie przypominała chodzenia po polu minowym. Ichigo czuł się z tym beznadziejnie bezradny i zaczął się już do tego stanu mimowolnie przyzwyczajać, a to jeszcze bardziej go dobijało.

16:02

Musiał wyglądać tak samo gówniano, jak się czuł, bo w szkole Inoue wykazywała troskę, zaalarmowana jego podkrążonymi oczami i zapewne rynsztokowym zapachem jego ciała, ale do tego drugiego nie nawiązała głośno. Nawet Ishida sprawiał wrażenie zatroskanego, a to już dużo znaczyło. Ale Ichigo nie czuł potrzeby się przed nimi wypłakiwać, a że wyglądał jak zombie nikt go uświadamiać nie musiał. Więc tylko bardziej zmarszczył brwi i dwójka przyjaciół dała mu spokój. Niby jak mieli mu pomóc z jego turkosowookim problemem?

Teraz wracał, włócząc nogami, z jak najgorszymi przeczuciami. I wykrakał. W jego pokoju znowu było tłoczno. Wisiało mu to. Najwyraźniej Rangiku nadal była „w telegasji", Ikkaku i Yumichika jak zawsze szwędali się, gdzie chcieli, a Hisagi potrzebował klina. Grimmjow wygrzebał skądś stare płyty, z czasów, kiedy trawka była legalna, a nowinką techniczną były winyle, bo odtwarzacz wyrzucał z siebie rock'n'rollowe dźwięki . Dziś było spokojniej, zapewne dlatego, że butlę z bimbrem opróżniono wczoraj prawie w całości. A może wszyscy mieli takiego kaca, że na myśl o powtórce hamowali swój pociąg do wyskokowego trunku. Co nie przeszkadzało im być w jak najlepszych, imprezowych humorach. Rudowłosemu jakoś się ten nastrój nie udzielał, chociaż tematy rozmów jego po części dotyczyły.

- … i w ogóle bardzo niepiękna była ta wojna. Vandenreich to nawet nie wojownicy, wstyd było sobie ręce brudzić.

- I tu się zgodzę, Yumichika. Ja sobie nawet tego z bliska nie pooglądałem. Wasi kapitanowie byli w Lodowym Wymiarze i was ze sobą zgarnęli, a ja tylko pisałem z tego kwiecistą relację do Komunikatu. Kapitan Muguruma też nie okazywał radości z pilnowania Soul Society, ale rozkaz, to rozkaz. Ej, coś mi nie idzie, pasuję.

- Shū… Ja się też zawinęłam razem z chłopakami z „jedenastki", zanim się zrobiło ciekawie. O, Ichigo miał widok z pierwszego rzędu. Z wicekapitanów został tylko Renji. Farciarz. Poproszę dwie.

- Taaa, kapitana na tym ugrał. Dla mnie też dwie… albo jedną, a szlag – daj dwie. Swoją drogą Renjiemu trochę za bardzo w krew weszło kapitanowanie – sztywny się zrobił, do naszych koszarów już nie zagląda, cały czas w papierach zagrzebany. I dlatego ani mi się myśli w to wdepnąć. Zresztą, w jedenastce nigdy wyżej nie zajdę, a inne oddziały są kijowe, więc 3. oficer pod Kenpachim więcej niż mi pasuje.

- Wicekapitanowie, tja. I zbieraliście łomot od naszych gównianych Fraccion. No zajebiście, jest się czym chwalić. Sprawdzam.

- A tak się składa, że każdy z tu obecnych odstrzelił po jednym, więc nie kozacz, Grimmjow. U mnie strit.

- Zaraz… Kurwa, tyś przypadkiem nie położył trupem Edrada?

Atmosfera momentalnie się zmieniła i Ichigo zaczął baczniej przyglądać się grupie. Może teraz przestaną szczerzyć do siebie zęby, jak małolaty na pidżama party? Ikkaku rzucił Grimmjowowi wyzywające spojrzenie, a Arrancar chwilę przyglądał mu się uważnie. Po kilku sekundach się zauważalnie rozluźnił, przechylił głowę i znów na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- A chuj, w sumie i tak gnojek działał mi na nerwy. To co tam macie?

- Niepięknie, bardzo średnio, dwie pary. W następnym rozdaniu pasuję.

- Łeee, u mnie znowu nic. Polej mi, Shūhei. Nie mam dziś ręki do kart, zawsze mi lepiej idzie, jak gramy w rozbieranego, bo wtedy czuję presję.

- Ja tam nie widzę przeszkód blondi, to co, rozdać jeszcze raz?

- Ej, Grimmjow. Najpierw pokaż, co masz.

- A proszę was bardzo. Kareta. Ogarnijcie się, cieniasy.

- Ja z nim nie gram… Grimm, jak ty to robisz?

- Ociekam zajebistością, mała. Co nie, Kurosaki? Ruszyłbyś tyłek i podał pizzę?

- Leży metr od ciebie. Sam rusz tyłek.

- Ranny jestem. Jakbym sam do siebie strzelił Getsugą, to bym, kurwa, japy nie otwierał. W żebrach mi łupie, bok krwawi i wątroba napierdala, ciekawe dlaczego?

- Wątroba to od gorzały. To z wczoraj było chyba zanieczyszczone, ale dzisiejsze – destylat pierwsza klasa. Z certyfikatem „jedenastki", czym chata bogata. Komu polać?

Ichigo miał dość. Wszystko go już wkurzało. Spodziewał się tu zastać nadal wkurwionego, skacowanego, marudnego Arrancara, a oto na podłodze siedziała ofiara jego przemocy, przepijając do jego przyjaciół, którzy to na Kurosakiego patrzyli wilkiem. Podszedł bliżej i kopnął w stronę Grimmjowa pudełko z nienapoczętą margerittą. I wtedy wpadło mu do głowy, co ze sobą zrobi, zostawiając pozostałych, zaabsorbowanych pokerem. Łazienka. Wanna. Kąpiel.

Kiedy był już w drzwiach, usłyszał za plecami głos Grimmjowa, który najwyraźniej zorientował się w jego planach.

- Zaklepuję kolejkę do wanny, więc się lepiej wyrób w pół godziny, Kurosaki. I nie myśl, że tam nie wparuję. Słowny i punktualny sukinsyn ze mnie.

No kurwa.