Celem wprowadzenia – wszystko pomiędzy wyjściem Ichigo do łazienki, z zamiarem odbycia kąpieli, a tym, co ma miejsce po 20:10, było punktem wyjściowym i mieści się w rozdziale pierwszym. A teraz zapraszam do lektury. Pisanie tego rozdziału dało mi mnóstwo radości ;)


Piątek (PART 3)

20:10

Tym razem to były dwa Hollowy. Poważnie, teraz rzadko pojawiały się w pojedynkę i ta tendencja coraz mocniej go niepokoiła. Szkoda, że tylko jego, bo beztroskie zachowanie Gotei wskazywało, że chyba za mocno zaczął wchodzić w ich obowiązki. Miał zajmować się to robotą po godzinach, jako Zastępczy, a teraz nie dość, że praktycznie był w tym mieście jedynym Shinigami, aktywnie eliminującym Hollowy, to jeszcze zaprzyjaźnieni koledzy z Gotei zrobili z jego domu melinę, grupowo przybywając do Karakury w ramach rekreacji. Za to jedyna Shinigami, którą życzyłby sobie widzieć, nie miała ochoty jego oglądać. I jeszcze ten sukinsyn. Life is brutal.

Zeskakuje z parapetu na podłogę i wyciąga z szafy swoje ciało. Kiedy znów do niego powraca, czuje się zesztywniały i zaczyna rozmasowywać zdrętwiałe mięśnie. Od twardych desek pojawiły się, tu i ówdzie, podchodzące zielenią i fioletem siniaki. Ma już dość. Podchodzi do swojego łóżka, na którym leży uśpiony Grimmjow. Ma ochotę zerwać z niego kołdrę, ale wolałby nie oglądać jego roznegliżowanego tyłka. Więc ogranicza się do kopnięcia w metalowy stelaż z całej siły.

- Wypad z wyra. Won do szafy, a rano ma cię nie być.

Niebieskie oczy patrzą na niego z intensywnie, z lekkim zaskoczeniem, ale jego wzrok jest twardy. Nie ma zamiaru bawić się z Arrancarem w przepychanki słowne. Dziesięć minut temu, wracając od drugiego Hollowa, którym powinien się zajmować jakiś przydzielony do grupy patrolowej Shinigami, zdał sobie sprawę, że sam jest sobie winien. Sam ściągnął sobie na głowę Grimmjowa, sam pozwolił wicekapitanom olewać ich powinności, sam dał przyzwolenie, by wszyscy oni władowali się w jego życie z buciorami. I przypomniał sobie, że wcale nie jest typem cierpiętnika. Tak to dalej nie może wyglądać, bo skończy się katastrofą. Musi wyznaczyć jakieś granice, by nie stracić do siebie szacunku. Bo to, co widział w podkrążonych oczach dwie godziny temu, zerkając w ocalały kawałek łazienkowego lustra, wywołało w nim litość nad samym sobą. I dlatego zacznie od Espady, bo po prostu jego ma pod ręką.

Wychodzi z pokoju, by dać Grimmjowowi okazję na ogarnięcie sytuacji, ale przede wszystkim na wciągnięcie na goły tyłek hakamy. Bez celu spaceruje po kuchni, a kiedy mija w jego odczuciu dostatecznie wiele czasu, wraca do pokoju. Pustego pokoju.

I dobrze. Siada na łóżku i niemal natychmiast się zrywa jak oparzony, widząc porzucony na podłodze ręcznik. Zrzuca pościel i ciska w kąt pokoju, z zamiarem wywalenia jej do śmieci jutro rano, a na jej miejsce wyciąga zdezelowane koce, pod którymi nie dane mu było zasnąć poprzedniej nocy. Ale jakoś teraz nie ma ochoty spać. Potrzebuje się przewietrzyć, więc siada na parapecie, ale nadal czuje sfermentowany zapach alkoholu. Siekierę tu można powiesić. Zirytowany wychodzi na dach i… okazuje się, że ta miejscówka jest już zajęta.

Jakieś dwa metry od niego leży Pantera, a tuż obok siedzi Grimmjow, trzymający w prawej dłoni papierosa i patrzący przed siebie, jakby skąpane w księżycowym świetle sąsiednie dachy były niezwykle zajmującymi obiektami do obserwacji. Ichigo chwilę waha się, czy nie wrócić do środka, ale siada na dachu.

- Fajkę?

Arrancar w ogóle na niego nie patrzy, ale wyciąga w jego stronę pudełko z ręcznie skręcanymi papierosami. Zapewne jego nowi koledzy mu zostawili. A chrzanić to. Jego pokój mógłby stanąć w płomieniach od oparów, ma zdemolowaną łazienkę, znajomi zrobili z niego popychadło, dziewczyna ma go w dupie, nie spał prawie od tygodnia i jest niemiłosiernie wkurwiony. Destrukcja. Jedna fajka różnicy nie robi. Odpala skręta i zaciąga się dymem, który nawet nie pachnie jak zwyczajne papierosy. Jeśli to towar od „jedenastki", to może być tam wszystko, od herbacianych fusów, po zmielone sandały Kenpachiego.

- Ja pieprzę, jaki syf.

- Używamy brzydkich słów, posuwamy tę małą Shinigami, a teraz palimy szlugi? Dorośliśmy przez dwa lata, Kurosaki?

- Odwal się, Grimmjow. Zdemolowałeś mi dom, rozwaliłeś życie prywatne, nawet spać mi nie dałeś. Jesteś…

-… chodzącą destrukcją. No kurwa, odkrycie.

Milczą. Ichigo obserwuje, jak Espada cały czas gapi się przed siebie, od czasu do czasu wypuszczając ustami smużki dymu i zaciągając się tytoniem, czy co tam jest w tym wynalazku. Wydaje się być, o dziwo, mniej nakręcony, niż sugerowałby okoliczności. Jeśli rudowłosy podświadomie liczył, że wdadzą się w pyskówkę i to pomoże mu się trochę rozładować, to... cóż, się przeliczył. On sam także chyba się trochę uspokaja, bo o ile jeszcze chwilę wcześniej naprawdę miał ochotę mu wygarnąć na czym świat stoi, a nawet dać w pysk, o tyle teraz jakoś nie widzi już ku temu powodów. Rośnie za to jego ciekawość. Czemu Arrancar nadal siedzi na jego dachu? Wcale nie jest umierający, a całe to biadolenie było tylko grą na poczuciu winy Zastępczego. Grimmjow w dużo gorszym stanie łoił skórę przeciwnikom, więc czemu nie zabrał się z powrotem do Hueco Mundo, tylko nadal kisi się w Karakurze? Swoją drogą Ichigo nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek Grimmjow tak długo trzymał język za zębami. Nie wiedzieć dlaczego, wydaje mu się to zabawnym.

- Co robisz, Grimmjow?

- Myślę, kurwa.

- No, dlatego pytam. To dość niecodzienne. Czemu siedzisz w Karakurze?

- Bo mi się nie spieszy do Hueco Mundo. Zresztą, chuj ci do tego.

- Co to byli za Arrancarzy, ci trzej?

- Nie twój zasrany interes. Weź się zamknij, albo spadaj stąd. Myślę.

W rudowłosym narasta ciekawość. Że też nie zastanawiał się nad tym wcześniej. Ale tak tego z Espady nie wyciągnie. Z drugiej strony co go to obchodzi? Właściwie, to nic go nie obchodzi. Wisi mu zdewastowana łazienka i cała reszta, szkoda nerwów. Jak na to spojrzeć inaczej, to nawet całkiem to śmieszne. No i ten skręt wcale nie jest taki zły, jak mu się na początku wydawało. Zaciąga się mocniej i robi mu się jeszcze lepiej na duszy. O co się wściekać?

- Grimmjow?

- Taa…?

O, nawet błękitnowłosy nie jest już taki nabuzowany. A on sam wpada właśnie na genialny pomysł. Wie już, co im obydwu jeszcze bardziej poprawi humor. Jest wręcz dumny ze swojej przemyślności. Czemu nigdy wcześniej na to nie wpadł? O cholera, teraz ma mnóstwo świetnych rozwiązań. Jest kopalnią genialnych pomysłów. Wie, jak wyprostować sprawy z Rukią, jak przemówić do rozsądku swoim rozpuszczonym znajomym z Gotei… O tak, czuje, że jego elokwencja z pewnością by do nich przemówiła. Cholera, wie już jak zrobić to zadanie z matmy, z którym miał rano problem. Zaraz… W sumie to w jego głowie rodzi się jakaś nowa teoria i chyba wie, jak zagiąć czasoprzestrzeń. Dostanie za to Nobla, musi to zapisać… musi to zanotować... Moment, miało być o czymś innym… A tak, Grimmjow i świetny pomysł…

- Grimmjow…?

- No co?

Ale śmiesznie, wszystko jest takie trochę iskrzące, a Arrancar ma taki melodyjny głos. Pomysł. Miało być o pomyśle.

- Chcesz się bić?

22:16

Grimmjow go zaraz dopadnie. Powtórka z rozrywki. Chyba, że on dopadnie go pierwszy. Tu się skubaniec schował? „No tak, nawiewaj sobie, ale to i tak ci tyłka nie uratuje. Jesteś martwy." Jeszcze nigdy nie grała chłopakowi we krwi taka potrzeba mordu, zadawania bólu i rozmazania przeciwnika na pobliskiej ścianie, jak w tej chwili. Serce, pompujące krew na najwyższych obrotach, poddaje się mieszaninie euforii i niepokoju, zawiązanego z nasilającym się poczuciem zagrożenia. Chce krzyczeć, by uwolnić część rozpierającej go energii, ale to kłóci się z jego taktyką. Musi się przyczaić. Zaraz, tu go nie ma… Ichigo skupia się na uważniejszym obserwowaniu otoczenia, bo jeśli coś przeoczy, sam zarobi kosę w plecy. Jest już poważnie ranny, a Grimmjow ma to do siebie, że nie stosuje półśrodków. Rudowłosy jest przekonany, że tym razem będzie od niego lepszy. Nawet, jeśli znów oberwie, to i tak, choćby leżał cały we krwi, może jeszcze go utłuc. Nadal ma w ekwipunku apteczkę. Tylko, cholera jasna, jego pasek HP niepokojąco świeci się na czerwono. A i czerwieni robi się coraz mniej w zastraszającym tempie. Chyba trzeba się przerzucić na kałacha, bo ze snajperki do usranej śmierci go nie zdejmie. Grimmjow jest za bardzo mobilny, a jemu samemu już znudziło się kampować na tej kupie gruzu i wyczekiwać, aż tamten wychyli łeb zza jakiejś ściany. No dobra, to teraz może do tamtego muru… O jasna cholera!

- Kurosaki, jesteś sztywny. Trzeba było wybrać do ekwipunku półautomata, zamiast tej szajskiej pukawki z lunetą. Dziewiąte starcie, więc już powinieneś załapać, że walczę na krótkich dystansach.

- Spadaj. Prawie cię miałem w tamtym tunelu. Granaty mi się skończyły, miałeś farta.

- Taaa. Tak czy inaczej, 5:4 dla mnie. Jeszcze raz? Wygrać nie wygrasz, ale dam ci szansę powalczyć o honor.

- Się okaże, Grimmjow. Ty poważnie pierwszy raz trzymasz pada w rękach?

- Nie, kurwa. Mieliśmy tego w Las Noches na pęczki, a Cero ćwiczyliśmy na symulatorach. Mówiłem, że jestem we wszystkim zajebisty. Jeszcze raz?

- Dobra, tym razem ja wybieram mapę.

- Git. Ale najpierw zamów pizzę.

Piiik… pilik… piiiik…

Suuuper. No to tyle, jeśli chodzi o rewanż. Shinigami z ociąganiem wyłącza konsolę i sięga po Odznakę. Kiedy jest już na parapecie, odwraca się i widzi za plecami Grimmjowa, z Panterą w dłoni.

- A ty dokąd?

- Popatrzeć.

W sumie, co szkodzi. Ichigo ma tak dobry humor, że nie byłby w stanie odmówić Grimmjowowi, skoro ten tak ładnie prosi.

22:45

- Grimmjow...? Chyba zabłądziliśmy…

- Bo mówiłem, żeby w lewo. Cholera, jesteś beznadziejny w wyczuwaniu Reiatsu. Jak ty to do tej pory robiłeś? Mapę ci wysyłali?

- Bardzo zabawne. A teraz coś czujesz?

- Nie. Ktoś inny go za ciebie sprzątnął, albo samobójstwo popełnił, bo się nie mógł doczekać na Zastępczego. O kurwa, ale mi wyszedł dowcip.

- To co, wracamy? Wisisz mi rewanż.

Kiedy rudowłosy się odwraca w stronę domu, na końcu uliczki pojawia się biało odziany Quincy.

- Ishida, to ty go sprzątnąłeś? Hollowa znaczy.

- A kto? Kurosaki, jakbym na ciebie czekał, to pół miasta by zrównał z ziemią. Co się w ogóle dzieje, ostatnio ich mnóstwo, a Shinigami jak na lekarstwo.

- I widzisz, Grimmjow? Nie popełnił samobójstwa! A Shinigami, kwiat Gotei, kaca leczą.

- O czym ty w ogóle…? Zaraz, a ten tu po co?

- Towarzysko.

- Kurwa, umiem mówić za siebie. Towarzysko jestem.

Ichigo z Grimmjowem wymieniają spojrzenia i obaj zaczynają krztusić się ze śmiechu. Ishida lustruje ich wzrokiem i przysuwa się do rudowłosego niepokojąco blisko. Patrzy mu intensywnie w oczy, podnosi rękę i odgarnia z czoła rude kosmyki, a jego palce delikatnie muskają skórę chłopaka. Ichigo mimowolnie ściąga brwi, czując na twarzy jego oddech. No nie, tylko nie…

- Kurosaki, ty jesteś na haju. Obaj jesteście przyćpani!

Uff. Tylko to. A Ichigo już się bał, że Ishida czuje do niego coś więcej. To by się zrobiło niezręcznie. Ale z drugiej strony rudowłosy jest dziś w takim nastroju, że nikomu by niczego nie odmówił. Chciałby się dzielić radością, która go rozsadza od środka, z całym światem.

- Niebiosa, co wyście brali?! Co wy robiliście cały wieczór?

- Prawie zabiłem Grimmjowa, tylko mi się granaty skończyły. Pieprzony gnojek zatłukł mnie bagnetem, w plecy! A miało być honorowo. Sukinsyn.

- To teraz się wyzywamy, Kurosaki?

- Sorry, ale nadal przeżywam.

- Kurosaki, zabieraj Espadę i idźcie się przespać. Albo najpierw weźcie prysznic. Tylko chociaż nie razem. Ja nie mogę, nikt mi nie uwierzy, a zresztą komu miałbym o tym opowiadać? Traficie do domu?

- Jasne. Może chcesz iść z nami? Mamy pizzę.

- Kurosaki, nie mamy pizzy, tylko chipsy zostały. A on walczy strzałami. Nie będę jadł pizzy z kolesiem, który nie używa miecza. Pieprzeni Quincy.

- Też jestem Quincy. Trochę-Quincy. Jakiś problem Grimmjow, ty cholerny rasisto?

- Człowiek, Shinigami, Arrancar, nie robi mi różnicy. Nie jestem rasistą, po prostu jak widzę Quincy, to mam ochotę mu jebnąć, to bezwarunkowy odruch. A ty nie strzelasz z Zangetsu. Z tobą mogę jeść pizzę. Ty odpalasz Getsugę. O, czarna Getsuga jest fajna. Mówiłem ci to już?

- Eee, Ishida się chyba obraził. Przegiąłeś, Grimmjow.

- Chrzanić Quincy, rewanż?

- Przeszło mi. Ale mam coś lepszego. I nie ma bata, żebyś w Guitar Hero był lepszy ode mnie.

23:54

- No weź, ja chcę jeszcze!

- Mówię, że nie! Zabieraj łapy od mojej konsoli. Koniec, powiedziałem.

- Bo jesteś do kitu. Nie ma rzeczy, w której nie byłbym od ciebie lepszy, Kurosaki.

- Poza mieczem. Z mieczem zawsze skończy się dla ciebie leżeniem w kałuży krwi. Choćby ostatnio, nawet niechcący prawie cię dwa razy zabiłem.

- Nie podskakuj, cholera. Nie wiesz, jak bardzo byłem nie w formie. Jakby nie to, że… A, pieprzyć to. Chcesz na poważnie? Aż się prosisz o zdrowy łomot.

- Jakoś nie mam nastroju. No właśnie, jakim cudem trzech przeciętniaków tak cię poturbowało?

- Srakim. To co? Ładujemy się do wyra?

- No co ty?! Sen jest dla słabych. Szkoda życia.

Grimmjow, przegoniony od monitora, przerzuca płyty na półce, co jakiś czas ciskając którąś o podłogę. I niespodziewanie na jego twarzy pojawia się jeszcze szerszy uśmiech, o ile to w ogóle możliwe. Arrancar nie uśmiechał się tyle przez cały tydzień, a Ichigo chyba przez całe życie, co w ciągu tych kilku godzin. Błękitnowłosy triumfalnie podnosi do góry jakieś CD, po czym podekscytowany uwalnia je z opakowania i umieszcza w odtwarzaczu. Skubany, zważywszy na okoliczności, naprawdę ma rękę do nowinek technologicznych. Nim jeszcze z głośników słychać pierwsze dźwięki, Grimmjow odwraca się do rudowłosego, który bawi się krzesłem obrotowym jak karuzelą.

- Teraz będziemy śpiewać, a to jest świetny kawałek.

Ichigo rozpoznaje melodię i już w drugim takcie dołącza do zdzierającego gardło Espady.

Let me take you down,
'Cause I'm going to Strawberry Fields.
Nothing is real
And nothing to get hung about.
Strawberry Fields forever.

Living is easy with eyes closed
Misunderstanding all you see.
It's getting hard to be someone.
But it all works out,
It doesn't matter much to me.

- No, no… Masz głos niczego sobie, Kurosaki. Możesz tym zarabiać na życie, jakby ci się Zangetsu znudził.

- A dziękuję. Ale ty masz lepszy. Fajna, delikatna chrypka.

- Oczywista. Bo ja, Kurosaki…

- Taaa… Ociekasz zajebistością. Ej, nosi mnie. Dwie rundki wokół domu? Przegrany idzie po pizzę. Tylko bez Sonido, ty mendo!


"Strawberry Fields forever" znalazła się tu, bo ją uwielbiam od kołyski i – w moim odczuciu – nic tak nie pasuje do „spalonej" sytuacji, jak Beatlesi.