ROZDZIAŁ I: W STRONĘ PATRYCJUSZA

Był późny wieczór. Rufus Drumknott siedział przy swoim biurku w Podłużnym Gabinecie, odkładając systematycznie dokumenty, które, jak sądził, mogą za chwilę okazać się przydatne Jego Lordowskiej Mości i oddychał z ulgą, czując świeży powiew powietrza z uchylonego okna. Gwałtowna burza przeszła, pozostawiając wilgotne chodniki i gdzieniegdzie kępy świeżej, letniej zieleni, oczyszczonej na moment z upału i kurzu.

Zelżało też napięcie, które od popołudnia było wręcz namacalne. Tylko Jego Lordowska Mość, Patrycjusz Ankh-Morpork, najwyraźniej nie pozbył się tego napięcia.

Dla niewprawnego obserwatora zachowanie lorda Vetinariego nie nosiłoby najmniejszych znamion odstępstwa od normy. Jak zwykle siedział nad dokumentami, robiąc na ich marginesach krótkie notatki, a od czasu do czasu rzucając luźne uwagi. Jednak Drumknott, pracując u boku Patrycjusza od dobrych kilku lat, nauczył się prawidłowo odczytywać pewne subtelne, niewerbalne znaki.

Coś się szykowało, coś miało się wydarzyć. Kłopot w tym, że osobisty sekretarz Patrycjusza nie miał najmniejszego pojęcia, co to może być [1]. Ale to coś... nadchodziło. Może odpowiedź tkwiła w energicznych ruchach lorda Vetinariego, który od czasu do czasu podchodził do wielkiego, panoramicznego okna i zamyślonym wzrokiem wpatrywał się w błyskawice. Może w tym, w jaki sposób jego lordowska mość zaciągnął właśnie ciężkie, wyblakłe, pluszowe zasłony. A może...

- Myślę, że wykonałeś swoją pracę na dziś, Drumknott - jego rozmyślania zostały przerwane przez spokojny, wyważony głos Patrycjusza.

- Sir? - spytał nieco nerwowo sekretarz.

Vetinari bawił się w zamyśleniu piórem. - Tak, jestem tego pewien. - odpowiedział stanowczo. - Ale zanim odejdziesz, proszę, zaparz mi jeszcze dzbanek dobrej herbaty ... i poproś, żeby przysłano z kuchni jakąś ciepłą przekąskę.

To akurat... było dość zaskakujące, ale Drumknott nie okazał zdziwienia, metodycznie odmierzając porcję ulubionej herbaty swojego zwierzchnika.

- Dwie filiżanki poproszę, Drumknott - powiedział cicho Patrycjusz. - A z kuchni niech przyślą dwa talerze.

Uszy młodszego mężczyzny niemal zapłonęły ciekawością. - Czy to już wszystko, sir? - zapytał z ociąganiem.

- Tak, dziękuję. - Vetinari uśmiechnął się blado. - A teraz życzę ci dobrej nocy, idź odpocząć...

... i żebym cię tu już dłużej nie widział, zabrzmiało całkiem wyraźnie w umyśle sekretarza.

- Dobranoc, sir - odpowiedział Drumknott i wyszedł, delikatnie zamykając drzwi.

Mgliście zastanawiał się, co to miało być za spotkanie, o którym nie został poinformowany. Cóż, skoro lord Vetinari nie chciał mu nic powiedzieć, miał ku temu swoje powody i lepiej było nie wnikać, jakie są to powody [2]. Poza tym Vetinari był przecież... dobrze wyszkolonym skrytobójcą i doskonale radził sobie z problemowymi gośćmi, a w każdym razie tak było przed tym incydentem z rusznicem... Drumknott odpędził niechciane myśli. Och nie, znowu to robił, znowu zaczynał się martwić o swojego pracodawcę, który mimo podpierania się na lasce wciąż pozostawał przecież szczwanym, twardym, bezlitosnym sukin... eee, zdecydowanym negocjatorem. Prawda? Chyba, że... Drumknott zatrzymał się gwałtownie przed wejściem do swojego pokoju. Chyba, że nie chodziło o politykę, ale o... kobietę. Co prawda, Patrycjusz żył na co dzień w absolutnej ascezie, a jego najbardziej pasjonującymi zajęciami było rozwiązywanie krzyżówek i spacery po ogrodach z Panem Marudą, ale kto wie, kto wie... Szersze la fam, jak to mówił najbardziej osobliwy strażnik miejski, czyli Nobby Nobbs. Szersze la fam. Z jakichś powodów ta myśl wydała się Drumknottowi bardzo nieprzyjemna.

W tym czasie Vetinari zgasił większość świec w Podłużnym Gabinecie, zostawiając tylko kilka przy okrągłym stoliku, na którym znajdował się dzbanek gorącej herbaty i półmisek pełen pasztecików z aromatycznym, grzybowym nadzieniem. Rozejrzał się wokół, wypatrując czegoś w plątaninie cieni, które zagościły w pomieszczeniu, po czym starannie przekręcił klucz w drzwiach. Z uśmiechem zadowolenia usiadł na jednym z niewielkich, wygodnych fotelików - jedynym odstępstwie od bardzo skromnego wyposażenia gabinetu.

- Chodź już tu wreszcie! - uśmiechnął się w przestrzeń - Herbata stygnie, a śmiem twierdzić, że na pewno jesteś przemoczony i zmarznięty.

Po chwili absolutnej ciszy, tak absolutnej, że nie mogła być niczym naturalnym, lecz na pewno dziełem człowieka, szczupła, ciemna sylwetka wysunęła się spoza zasłon.

Młody człowiek spojrzał badawczo w twarz Patrycjusza i głośno odetchnął. Przez moment obydwaj mierzyli się tym samym przeszywającym, błękitnym spojrzeniem.

- Czekałeś na mnie - młodszy Vetinari usiadł ostrożnie na drugim fotelu i rozejrzał się uważnie po gabinecie.

- Mam całkiem dobrą pamięć - powiedział z naciskiem starszy Vetinari - I pamiętam doskonale, jak wyprawiłem się tutaj... Pamiętam dokładnie swoje wrażenia, jak i motywy, którymi się wówczas kierowałem.

Zapadła cisza. Obydwaj mężczyźni patrzyli na siebie uważnie.

Wreszcie młody Havelock przerwał milczenie.

- Czy... udało ci się wówczas dowiedzieć tego, po co przybyłeś?

- I tak, i nie. Ale muszę dodać, że dowiedziałem się wielu innych rzeczy. Na przykład... jak rządzić miastem.

- Och! - westchnął lekko Havelock - Jak na razie, wcale nie jestem pewny, czy tego chcę.

- Mam więc około trzech dni, by pokazać ci wszystkie uroki rządzenia - odparł kpiąco starszy Vetinari i obydwaj się roześmiali.

- A jeśli chodzi o ... -zaczął ostrożnie Havelock. Niczym zahipnotyzowany patrzył, jak starsza wersja jego samego podnosi ostrzegawczo dłoń do góry.

- Nalegam, żebyś nie poruszał więcej tego tematu. Człowiek, którego szukasz, żyje i ma się dobrze. W końcu sam odkryjesz jego prawdziwą tożsamość, we właściwym miejscu i czasie. Nie powinieneś tutaj niczego zmieniać, bo jeśli to zrobisz... Jeśli wprowadzisz choćby najbardziej subtelne zmiany...

- Wiem, wiem - przerwał mu młody Havelock - To jak te wszystkie motyle, które powodują sztormy wokół Czteriksów, jasne...

Vetinari przyglądał mu się z lekkim osłupieniem.

- Cieszę się, że pojmujesz wagę problemu - powiedział chłodno. - A teraz napijemy się herbaty i zjesz coś ciepłego. Będziesz spać w gościnnej sypialni, ale myślę, że chyba jeszcze nie masz na to ochoty. A ja z kolei mam dla ciebie kilka lektur, które mogą być interesujące.

Na twarzy swojego młodszego ja dostrzegł niczym nie skrępowaną ciekawość, graniczącą wręcz z zachłannością i zawahał się przez moment.

- Nie o wszystkim jednak będziemy rozmawiać, nie o wszystkim się dowiesz. Pewne sfery i tematy pozostaną dla ciebie zamknięte i nalegam, żebyś to uszanował. - posłał lekko kpiący uśmiech młodemu mężczyźnie. - Do niektórych rzeczy musisz dojść sam.

[1] W związku z czym nie mógł znaleźć odpowiedniej teczki, zawierającej prawdopodobnie wszystkie możliwe informacje, zgromadzone na temat takiego a takiego obywatela Ankh-Morpork. Jak nietrudno się domyślić, był niepocieszony.

[2] Chyba, że nierozważny osobnik chciał w ekspresowym tempie spróbować zaprzyjaźnić się ze skorpionami.