ROZDZIAŁ I: W STRONĘ PATRYCJUSZA - ciąg dalszy
Od autorki: Zdecydowałam się uzupełnić rozdział, ale mam dość zamieszania z aktualizacjami w systemie i zamieszczam jako nowy :)
Havelock, obudził się, jak zazwyczaj, około czwartej nad ranem.
Był to bardzo pożyteczny nawyk, który umożliwiał mu ... nazwijmy to, bardzo gruntowne zbieranie informacji o rozmaitych obywatelach Ankh-Morpork. Czwarta nad ranem - to była godzina, kiedy strażnicy Szalonego Lorda Snapcase'a byli już zmęczeni i zmarznięci, i marzyli jedynie o tym, by jak najszybciej nadeszła chwila, kiedy pojawią się gwardziści z dziennej zmiany. Ich czujność słabła, co pozwalało na niemal nieskrępowane wędrówki po pałacu i poznawanie zadziwiających upodobań psychoneurutycznego patrycjusza. To była godzina, kiedy szanowani mieszkańcy Ankh dyskretnie opuszczali domy szwaczek [3]. A wreszcie - była to godzina, gdy stali bywalcy barów ze zdumieniem odkrywali, że nie dość, że nie mają już z kim wypić pożegnalnego drinka, to w dodatku zabrakło im już na niego pieniędzy. Młody, niegroźny, spokojnie zachowujący się mężczyzna, który z chęcią zamawiał kolejkę dla spragnionego, zasługiwał przecież na chwilę rozmowy. O czym? Po kilku godzinach snu w domu i przebudzeniu z silnym kacem, trudno było już sobie nawet przypomnieć.
Ale teraz, przez chwilę po obudzeniu, Havelock przeżywał silny dysonans poznawczy. W miejsce wąskiego, ale wygodnego łóżka w dość przytulnej sypialni w Akademii Gildii leżał na czymś jeszcze węższym, twardym i bynajmniej niekomfortowym. Było mu zimno. Zmusił się jednak do wstania, a po zabiegach higienicznych w równie surowej i niekomfortowej łazience wrócił do pokoju i zajął się lekturą dokumentów, które wczoraj wieczorem zostawił mu patrycjusz (nieco dziwnie było myśleć o sobie samym, jako o patrycjuszu - Havelock miał wcześniej taką teorię, że to John Keel nim był, w czasie, z którego przybywał).
Cóż, miasto rozwijało się w imponującym tempie. Przy tak wielu krzyżujących się i sprzecznych interesach rozmaitych gildii, stowarzyszeń i organizacji, przy tak ogromnym napływie ... istot - z braku lepszego określenia - przeróżnych gatunków do miasta, Ankh Morpork na pierwszy rzut oka przypominało szaloną maszynę, której nie sposób byłoby zatrzymać, coś w rodzaju zabawek sporządzanych przez Leonarda z Quirmu. Havelock odnotował w pamięci, by zapytać, czym obecnie zajmuje się jego ekscentryczny znajomy, o ile jeszcze przebywał w mieście, oczywiście.
Przy nieco bardziej uważnym wejrzeniu, ten szalony, samonapędzający się mechanizm okazywał się jednak niezwykle precyzyjny. Miało to swoje dobre i złe strony, a jedną ze złych był fakt, że wystarczyłoby nieco dłuższe i bardziej zdecydowane zachwianie równowagi, żeby wszystkie sprężyny, tryby i koła zębate rozsypały się w stos złomu.
Bogactwem, siłą i mechanizmem napędowym Ankh Morpork byli ludzie. Impulsem umożliwiającym rozruch całego mechanizmu był tylko jeden człowiek. Co jednak stałoby się, gdyby zabrakło tego człowieka? Havelock pogrążył się w rozmyślaniach. Być może warto byłoby przyjrzeć się temu mechanizmowi... bardziej na żywo, bardziej z bliska. Okno sypialni zostało otwarte po chwili namysłu.
Havelock nie był oczywiście jedyną osobą w mieście, która o czwartej nad ranem zajmowała się pożytecznymi i ciekawymi sprawami. Z baru "Pod Załatanym Bębnem" wysypywała się właśnie grupka hałaśliwych młodych ludzi, których sakiewki były zdecydowanie lżejsze, a głowy zdecydowanie cięższe niż na początku wieczoru. Jakiś młody skrytobójca podważał właśnie sztyletem ramę okna sypialni zamożnego kupca, który miał tego pecha, że uwiódł małżonkę innego kupca [4]. Jeanne LaRose, trzydziestoletnia szwaczka, szczycąca się czternastoletnim doświadczeniem w branży, z ulgą pożegnała się w z klientem i zaciągnęła rolety w sypialni.
O czwartej nad ranem niebo nad Aknkh-Morpork było perłowo-szare, nieco zamglone, a kontury i kształty przedmiotów były nieco niewyraźne. Wyobraźnia zmęczonego człowieka, który dopiero za godzinę dotrze do własnego domu i położy się spać, może płatać różne dziwne figle o tej porze. Dlatego też Miranda Fowler, od tygodnia zatrudniona jako strażniczka miejska, która właśnie skończyła służbę i szybkim krokiem przemieszczała się wzdłuż ulicy Melasowej, w pierwszej chwili uznała ciemne sylwetki majaczące przy wejściu do opuszczonego szybu krasnoludziej kopalni za świadectwo przemęczenia własnego wzroku i umysłu. Wejście do szybu było przecież zastawione barierą w żółto-czarne pasy, z przyczepioną tablicą z napisem "Niebezpieczeństwo. Zakaz wstępu" i jednym z tych symboli górniczych, których nigdy nie rozumiała. Kiedy jedna z ciemnych sylwetek zdecydowanie odsunęła barierę, Miranda postanowiła przystąpić do działania. Przecież miała odznakę, pałkę i miecz, prawda? Czego więcej mogła potrzebować?
- Stać! Zatrzymać się! - krzyknęła więc donośnie, kiedy postacie znikały już w ciemnym otworze wejścia. Jedna z nich obejrzała się i roześmiała tak drwiąco, że Miranda, niewiele myśląc, pobiegła za nimi. A teraz stała w ciemnym korytarzu, słysząc dalekie szelesty, szepty i odgłosy kroków, i nie wydawało jej się to już wcale a wcale dobrym pomysłem. Ledwie wyczuwalny ruch po lewej stronie zaalarmował ją, odwróciła się więc, poczuła lekkie ukłucie... i po chwili podnosiła się niezgrabnie z ziemi, zastanawiając się, co właściwie się wydarzyło. Ciemna sylwetka stała obok niej bez ruchu w ciemnościach, ale teraz wydawała się jakby wyższa i zdecydowanie szczuplejsza. Wręcz... koścista.
- Jesteś zatrzymany - powiedziała Miranda, wkładając w to najwyższe przekonanie, na jakie ją było stać.
- DOPRAWDY, JESTEM?
Grota nagle rozjaśniła się lekko, dziwnym, mdłym światłem niewiadomego pochodzenia. Miranda spojrzała na wysoką, jakże kościstą sylwetkę, na srebrne długie ostrze, a potem przeniosła spojrzenie na bezwładne, własne ciało leżące na ziemi, z bardzo malowniczym wąskim sztyletem wystającym spod żebra.
- Och! - wyrwał się jej okrzyk.
- MASZ RACJĘ. OCH.
- I co teraz? - zapytała Miranda, świadoma, że w jej głosie zaczyna pobrzmiewać nuta histerii.
- A TERAZ, TO JUŻ NIE JEST ABSOLUTNIE TWOJE ZMARTWIENIE.
[3] Oczywiście, Havelock obiektywnie nie widział nic złego w korzystaniu z usług pań o negocjowalnym afekcie. Był jednak pewien, że małżonki tychże obywateli mogłyby mieć im to za złe.
[4] Zdecydowanie bardziej zamożnego, mogącego pozwolić sobie na wykupienie usługi inhumowania niewygodnej osoby, podczas, gdy ta osoba z czystej oszczędności zrezygnowała z wykupu pakietu ochronnego, czego skutki były, jak widać, dalekosiężne.
Havelock bezszelestnie przeszedł po gzymsie, całkowicie znikając z zasięgu wzroku gwardzistów. Byli rozstawieni w dość nieoczekiwanych miejscach (choć prawdę mówiąc, sam właśnie by ich tak nietypowo rozstawił) i chwilowo uniemożliwili mu opuszczenie pałacu. A w każdym razie opuszczenie ściany pałacu. Na razie go nie zobaczyli. Zdawał sobie jednak sprawę, że jego szczęście może nie potrwać długo - już słyszał chrzęst kroków na wilgotnym żwirze. Otwarcie okna od zewnątrz było dziecinnie proste i łatwe dla absolwenta Akademii Skrytobójców. Z tego, co pamiętał ze swoich czasów, trzecie okno na tym samym poziomie przynależało do niewielkiego pomieszczenia, w którym leżały jakieś stare rupiecie. Tak więc... Havelock błyskawicznie otworzył okno, wsunął się za grubą zasłoną i ześlizgnął się bezszelestnie po ścianie w kierunku podłogi. Zsunął się na coś... raczej miękkiego i zdecydowanie żywego. Jęknęły jakieś sprężyny.
- Grrjsssp? - ktoś wymruczał nieprzytomnie mu do ucha, a spod koca, na którym leżał Havelock, wysunęła się nieco rozczochrana głowa młodego mężczyzny. Który, trzeba to przyznać, bardzo szybko doszedł do przytomności, prawidłowo ocenił sytuację i otworzył usta do krzyku.
- Ciiicho... - Havelock zakrył jego usta jedną dłonią, a drugą unieruchomił rękę, która najwyraźniej chciała go uderzyć. Pod sobą, pod warstwą koca, wyczuwał ciepłe ciało, niemal tak szczupłe, jak jego własne i wbrew pozorom obdarzone całkiem niemałą siłą. - Nie zamierzam zrobić ci krzywdy - powiedział Havelock łagodnie. - Po prostu nie chcę, żeby gwardziści mnie zobaczyli.
Spojrzenie orzechowych oczu, przedtem skonsternowane, teraz stało się czujne i jeszcze bardziej niespokojne.
- Och - powiedział Havelock w nagłym rozbłysku zrozumienia. - Nikomu nie zamierzam zrobić krzywdy, jasne? A Vetinari wie, że tu jestem. Inni nie muszą. Jeżeli teraz zabiorę rękę, czy możesz mi obiecać, że nie zaczniesz krzyczeć?
Uznał mrugnięcie brązowych oczu za potwierdzenie i powoli odsunął dłoń.
- Czy możesz... - oddech mężczyzny rwał się - Czy możesz przede wszystkim ze mnie zejść?
- Przepraszam - Havelock zdał sobie sprawę, że się czerwieni, ku swojemu własnemu zdziwieniu, więc podniósł się błyskawicznie i usiadł na krawędzi łóżka. A w następnej chwili poczuł, jak ostrze sztyletu, trzymanego drżącą dłonią lokatora pokoju, lekko wbija mu się pod żebro.
- Ach tak, zawsze gotowy na każdą sytuację, co? - westchnął z łagodną cierpliwością człowieka przyzwyczajonego do tego, że jego prawdziwe możliwości są zazwyczaj niedoceniane. - Posłuchaj mnie, jestem... hmm... rodziną Vetinariego, mieliśmy ważne spotkanie i chciałem wyjść niezauważony. A teraz grzecznie cię proszę, odłóż tę zabawkę, zanim sam sobie zrobisz krzywdę, dobrze?
Ostrze nie odsunęło się nawet o milimetr.
- Jego lordowska mość ma tylko ciotkę w Pseudopolis. - mruknął mężczyzna w odpowiedzi. - A jeśli jesteś tutaj, żeby go zabić, to najpierw ja zabiję ciebie. - Przy ostatnich słowach głos mu lekko zadrżał.
- Nie ma potrzeby, naprawdę nie ma potrzeby. - Patrycjusz bezszelestnie wsunął się do pokoju i zamknął za sobą drzwi. - Istotnie, jesteśmy... rodziną... w pewnym sensie. Havelock, nie mogłem cię znaleźć - zwrócił się z naciskiem do młodszego mężczyzny - i jak widzę, zdążyłeś już poznać mojego sekretarza, pana Rufusa Drumknotta.
