Wiedźmin spróbował złapać oddech. Bezskutecznie. Żebra trzeszczały w potwornym uścisku, organy wewnętrzne zmieniały położenie, żołądek groził podejściem pod gardło i wypłynięciem przez usta. Cios spadł znienacka, wybił z płuc resztkę powietrza.

– Stój. Ani kroku.

Wszystko wskazywało na to, że Roche przy wiązaniu gorsetu pomaga sobie kolanem.

;

– Myślałam, że byliście pijani.

– Byliśmy – potwierdził Vernon. – Ale mam taki zwyczaj, że pamiętam, co zapowiadałem po pijaku. No więc, Triss? Zamierzasz nam pomóc czy nie?

– W przebraniu się za kurtyzany i przeprawieniu przez las, pod samym nosem Iorwetha? Owszem, mogę wam pomóc radą. Wybijcie to sobie z głowy.

– Dobrze, wytłumaczę po raz kolejny. Rzeka jest zablokowana, lasy obstawione przez elfy, nasze gęby zbyt znane. Stosunkowo bezpieczne są, uwaga, dziwki, ponieważ burdelmama z Flotsam kolaboruje ze Scoia'tael. Sprawę może załatwić tylko przebranie… albo iluzja. Która stanowi podobno za duży wysiłek.

– Dobrze, wytłumaczę po raz kolejny – Triss przewróciła oczami. – Utrzymanie ruchomej iluzji jest wystarczającym wysiłkiem już wtedy, gdy siedzi się spokojnie w wieży, ze wzmacniającymi artefaktami i komponentami. Taka iluzja, do tego podwójna, tworzona w warunkach polowych, właściwie w marszu…

– Ubrania, Triss. Barwiczki. Pożyczysz czy nie?

– Zapomnij.

;

W całym tym planie najgorsze było nawet nie to, że powstał przy kielichu, że był ryzykowny czy wręcz durny. Najgorsze, uznał Geralt, było to, że naprawdę nie miał lepszej alternatywy. Chodziło o to, by przemknąć, nie przedrzeć się, by uniknąć walki, bo na terenie Wiewiórek byli właściwie skończeni. Oczywiście, wiedźmin w razie potrzeby mógł odbić w locie strzałę. Jedną. Nie pięćdziesiąt. Zaraza.

– Przeżyjesz – poinformował go Vernon. – Nie masz wyjścia. No, gotowe – dodał, pozwalając wreszcie na pół uduszonemu Białemu Wilkowi odejść parę kroków.

– Ves!

– Tak jest – Ves posłusznie opuściła stanowisko pod drzwiami, zajęła się opancerzaniem swojego dowódcy. Nie powiedziała nic więcej, nie rzucała głupich dowcipów, nie chichotała, Geralt jednak nieomylnie odczytał wyraz jej twarzy. Widywał takie miny niejeden raz.

U gawiedzi, zlatującej się do dziwowiska.

;

Pomoc Triss, jak się okazało, nie była konieczna. Sprawę zaopatrzenia załatwiła już odwieczna, niepohamowana skłonność wojaków do szabrowania: ze spalonego podgrodzia unoszono, co tylko się dało, a koronki, świecidełka i delikatne materie były w cenie, fatałaszków na barce więc nie brakowało. Schody zaczynały się gdzie indziej.

Na pewno istniały istoty o wiele mniej podobne do kurtyzan niż Geralt czy Roche. Na przykład endriagi. Albo krabopająki. Nie zmienia to jednak faktu, że kamuflaż okazał się problematyczny w całej rozciągłości, od stóp do głów.

;

Vernon, w samych tylko gaciach i gorsecie (jasnobłękitnym, z fiołkowym obszyciem), maszerował od ściany do ściany, omawiając szczegóły planu.

– Zacznijmy od znalezienia naszych najsłabszych punktów – powiedział, po czym wymienił, odginając kolejne palce: – Cycki. Talia. Czego chcesz, Geralt?

– Temerskie lilie na sercu? Nie sądziłem, że aż taki z ciebie patriota, Vernon.

– Tatuaże są pomocne przy identyfikacji – uciął Roche. – Raz jeszcze: cycki, talia, ramiona.

– Stopy – wtrąciła milcząca do tej pory Ves. Wojowniczka wstała znad stosu butów, odrzucając gdzieś w kąt parę damskich ciżemek. – Jest szansa na to, że kurwy z Flotsam noszą krasnoludzkie trepy? Nic innego w rozmiarze nie mamy.

– Powiększenie to prosty czar – rozległ się głos od drzwi. – Zwłaszcza przedmiotów martwych. Nie powinnam po nim długo chorować.

– Triss – zdziwił się Geralt. – Zmieniłaś zdanie?

Czarodziejka przeszła obok, otarła się miękko o jego ramię, zapachniała frezją i narcyzem, nie omieszkała też pociągnąć go żartobliwie za kokardkę przy gorsecie. Stanęła na środku kajuty, wspierając dłonie na biodrach.

– Odnośnie planu? – odpowiedziała. – Nie. Nadal jest idiotyczny, ale zadbam przynajmniej, by był jak najmniej samobójczy. No więc, panowie, komu najpierw wyczarować pantofelki? Przy okazji radzę je od razu dobrać do kreacji, nie powiększę wam całej manufaktury.

;

Wybór Vernona padł na parę aksamitnych, ciemnoniebieskich ciżemek – jak się okazało, dowódca Niebieskich Pasów zamierzał patriotycznie wystąpić w swojej zwykłej bieli i błękicie. Kres tym planom położyła Ves, zauważając przytomnie, że paradowanie po lesie w barwach Temerii mogłoby zostać uznane za prowokację, a zresztą prostytutki zwykły ubierać się bardziej jaskrawo. Roche odpowiedział oschle, że nie ma zwyczaju łazić po burdelach, ale do uwag się zastosował, wymieniając biel na cytrynową żółć. Ciżemki pasowały i do tego.

Geraltowi przypadły czerwone pantofelki z klamerkami, dobrane drogą długiej, burzliwej dyskusji. Dyskusja zaczął się zresztą, można rzec, z zupełnie przeciwnego końca: stwierdzono mianowicie, że żadna warstwa pudru – ani mąki, ani nawet wapna, bogowie raczą wiedzieć, skąd wziętego na barce – nie jest w stanie pokryć szram na twarzy i szyi. Kurtyzany na Północy twarzy z zasady nie zasłaniały. Pomysł wystylizowania wiedźmina na zerrikańską tancerkę o liczku zakrytym woalem padł z powodów zasadniczych: na powiewne szarawary i skąpe biustonosze było za zimno, ten egzotyczny przyodziewek zdekonspirowałby ich natychmiast, a zresztą skąd, do jasnej zarazy, miałaby się wziąć zerrikańska tancerka na temerskim zadupiu?

Tutaj Vernon, Triss i Ves utworzyli trzyosobowe konsylium do spraw fryzury, bimbające absolutnie na to, co może mieć do powiedzenia główny zainteresowany. Trzeba ufarbować mu włosy, upierała się Triss, choćby i korą z dębu. Są zbyt rozpoznawalne. Roche oświadczył, że o to chodzi. We Flotsam przyda się taki straszak w postaci wiedźmina z reputacją, a jaki jest jego znak rozpoznawczy? Białe włosy. Zostają. Bezwzględnie.

Geralt poprosił, by łaskawie dali mu znać, kiedy już ustalą: chcą go czesać, golić, farbować czy wypchać trocinami, i poszedł się odlać. Kiedy wrócił, konsylium zapowiedziało, że będzie go przypiekać. Żelazkami. Podobno wedle najnowszej mody z Toussaint, uważającej za szczyt elegancji białe, pudrowane loki. Moda zdążyła dotrzeć już do niektórych burdeli, wyfiokowana dziwka nie powinna więc specjalnie dziwić.

– A jakie to praktyczne – orzekł z zadowoleniem Roche. – Na włosy puder, do tego te wachlarze i obroże, i cała twarz odmieniona! Znaki rozpoznawcze zakryte, tylko iść i zdobywać twierdze!

Polityczne możliwości, jakich dostarczały południowe kiecki, obeszły wiedźmina najmniej z tego wywodu.

– Obroże? – powtórzył tępo.

– Z koronki. Czy innego tiulu. Bliznę powinno zasłonić.

Tym sposobem Geraltowi przypadła suknia w stylu Toussaint, wiśniowa, wytłaczana w… cóż, Triss litościwie nazywała to materią z deseniem Viola pumila. Reszta towarzystwa utrzymywała, że odziewa go w sukienkę w fiołki.

;

– Żadnych obcasów? – zdziwiła się niewinnie Triss. – Jesteście pewni? Przy tak misternym kamuflażu wystarczy jeden niewłaściwy detal i…

Okazało się, że detal był przemyślany, dopracowany i jak najbardziej zgodny z realiami Flotsam. Wysokie obcasy objęto zakazem po tym, jak jedna z tamtejszych dam odrzuciła zaloty komendanta, łamiąc mu kość śródstopia.

– Kurwi syn jest we Flotsam wszechmocny – mruknął Vernon. – Zaraza, prawie mi źle z tym, że to dzięki jego złamanemu kulasowi nie połamię swoich.

Na tym zakazy i ograniczenia się nie kończyły; w mocno konserwatywnej, jak to zwykle z zadupiami bywa, Dolinie Pontaru panował również zakaz obnażania się. Dekolty, rozcięte spódnice, gołe ramiona, każdy skrawek kobiecej skóry powyżej nadgarstka i poniżej szyi uważano za grzeszny, a grzesznice ochoczo stawiano pod pręgierze, kiedy wypadkiem nie było kogo wieszać. Prostytutki stosowały się więc do zakazu sumiennie, chodziły skromnie zapięte i powłóczyste, ale za to –ażurowe, koronkowe i prześwitujące, gdzie tylko mogły. Nie ichże to przecie wina, że stary materiał się przeciera, występne ciała mają przecie szczelnie osłonięte, wielebni kapłani mogą sami pomacać, jeśli chcą się przekonać.

Dla całej wyprawy miało to znaczenie zasadnicze: koronki całkiem sprawnie kryły blizny, tatuaże i nadmierne owłosienie. Muskularnych ramion nie kryły, ale tutaj, uznała Triss, obejdzie się nawet bez magii. Wystarczy igła, nitka i optyka. Krótkie, silnie falbaniaste rękawki, dekolty w kształcie litery V (pod nimi, naturalnie, wysokie aż pod szyję koronkowe giezłeczka), a do tego rękawiczki powyżej łokci. Jedwabne, co prawda na granicy pęknięcia w szwach, ale jednak – na granicy. Skórkowe popękały przy pierwszej przymiarce.

;

Wiedźmin był przekonany, że biusty akurat imitować łatwo – ot, bierze się garść siana, względnie dwa dorodne jabłka, wpycha za dekolt i po problemie. Siano jednak nie dawało się uklepać w należyty kształt, w dodatku gryzło niemożebnie. Jabłka też były przeciw niemu: identyczny komplet trafił się tylko jeden, i to Vernonowi. Geralt westchnął i zajął się dalszym przetrząsaniem zapasów.

Gruszki miały niewłaściwy kształt. Kapusta rozmiar. Buraki brudziły. Rzepa… Wiedźmin zważył w rękach dwie dorodne bulwy. Rzepa mogła się nadać.

;

Od dotarcia na miejsce dzielił ich tydzień, przeznaczony na odpoczynek, regenerację, rekonesans i musztrę. Nie wystarczyło takiej kiecki wdziać, trzeba było jeszcze umieć w niej chodzić. Geralt dziwnym trafem nie umiał. Przystawał co chwilę, gdy spódnica plątała mu się między nogami, przydeptywał brzegi, nie wiedział, co robić z rękami.

Przemaszerowali jeszcze raz, zatoczyli koło. Vernon przodem, z kamienną miną i w zawziętym milczeniu człowieka, który błaźni się dla wyższych celów. Wiedźmin uświadamiał sobie powoli, że w zachowaniu oficera jest coś bardzo, bardzo niepojącego…

– Geralt, w ten sposób wymieciesz całą ściółkę z lasu! Przytrzymaj spódnicę! – zakomenderowała Triss. Skrzywiła się. – Jedną ręką! Jesteś kurtyzaną, nie wieśniaczką z fartuchem pełnym buraków!

Vernon manewrował swoją spódnicą bez przypominania, wydawało się nawet, że podkasuje, przytrzymuje i zamiata ogonem całkiem naturalnie. Odruchowo wręcz.

Ves, jak zwykle wsparta o ścianę, obserwowała ich musztrę z wyrazem spokojnej, acz natężonej uwagi, krzyżując ręce na piersiach; brakowało jej tylko opłotka i zgrai sąsiadek.

;

Wiedźmin podprowadził dziewczynę w kąt kajuty, czując na sobie wzrok Roche'a, raczącego się piwem z resztą kompanii. W męskim stroju.

– Słuchaj, Ves, czy Niebieskie Pasy już kiedyś… ekhm… przemykały się incognito?

Ves odsunęła się natychmiast, ugodziła go równie bacznym spojrzeniem, co jej dowódca.

– Nic ci do naszych tajnych akcji, wiedźminie.

– Po prostu zastanawiam się, gdzie Vernon opanował chodzenie w kieckach do ziemi. Ba, w ogóle w kieckach.

– Ach, to… To się zaczęło dużo wcześniej.

– To znaczy?

– Kiedy był jeszcze maleńkim dzieckiem – Ves uśmiechnęła się z autentyczną czułością. – Jego matka bardzo chciała mieć dziewczynkę, więc przez pierwszych kilka lat… No cóż, udawała, że ma.

– A skąd ty to niby wiesz? Nie uwierzę, że sam ci opowiedział.

Rysy wojowniczki stwardniały w jednej chwili.

– Skąd wiem, stąd wiem – odparła sucho. – Mam swoje źródła.

Geralt nie zadawał więcej pytań.

;

Iluzja, trzeba przyznać, była pierwszej klasy. Loki lśniły jedwabiście, wiły się przy każdym ruchu, spływały krętą, łagodną falą, kiedy odrzucało się je z ramienia. Reagowały na ruch i światło jak prawdziwe włosy, poza tym, w przeciwieństwie do przypieczonej fryzury Geralta, nie zalatywały spalenizną. Wiedźmin pewnie sam chętnie by zatopił w nich dłonie, gdyby nie był zajęty próbami rozluźnienia gorsetu.

Triss nawet nie dała się długo namawiać. Wyraziła tylko zdziwienie, że Niebieskie Pasy nie wyszabrowały kilku peruk, doprawdy. Albo nie zdjęły paru elfkom skalpów, przecież to taka miła rozrywka.

– No i świetnie – odezwał się Roche, pilnie studiując swoje odbicie w wiadrze. – Tylko czemu akurat blond?

– Pasuje do błękitu. Cóż to, fryzura nie odpowiada?

– Brwi mam w innym kolorze.

– Przecież i tak musicie je wydepilować. Najnowsza moda zakłada wysokie, bezwłose czoła, ewentualnie brwi narysowane węgielkiem.

– Triss – odezwał się szybko Geralt, uprzedzając replikę Roche'a. – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie zmieniamy stylu na stałe. Wyskoczymy z tych fatałaszków, jak tylko dotrzemy do Flotsam, więc o trwałych okaleczeniach nie ma mowy.

– Nie możemy stawić się przed Loredo wypacykowani jak dziwki – streścił niecierpliwie Vernon. – Ani wygoleni jak pederaści.

– Och, nie bądźcie dziećmi! To prawie nie boli. Powiecie, że opaliliście sobie brwi w starciu ze smokiem.

Fiszbiny piły niemożebnie, głowa w przypieczonych lokach swędziała, sztuczny kwiatek przy tiulowej obróżce drapał w szyję.

– A nie możesz zrobić tego magicznie? – zapytał z nadzieją Geralt, podarowując sobie walkę ze strojem.

– Po magicznej depilacji włosy już nie odrastają – wyjaśniła tonem świętej cierpliwości. – Zresztą od twojej iluzji, Vernon, głowa mnie boli. Jesteś mi winien rewanż. Siadaj na tym stołku, w tej chwili.

;

Geralt otworzył drzwi do kajuty Roche'a. Ułamek sekundy później zanurkował za nie z powrotem.

– Cholera jasna! Tak trudno zapukać!? – Vernon doskoczył z szelestem falban, szarpnął za klamkę tak silnie, że tylko wiedźmiński refleks uratował Geralta przed wpadnięciem do środka na zbity pysk. Ostrza wrażone w deski wciąż jeszcze drżały.

– Czego chcesz?

– Wachlarza. – Wiedźmin złapał rzucony mu rekwizyt, wskazał spojrzeniem na drzwi. – Co to było?

– Wachlarz – burknął dowódca Niebieskich Pasów, wyrywając pociski. Usiadł na pryczy, zgarniając zręcznie fałdy spódnicy, pochylił się nad tłoczeniem żelastwa z powrotem między malowany atłas. – Widzisz tego motyla u dołu? Przy naciśnięciu wyrzuca ostrza. Właśnie sprawdzałem zasięg.

Umilkł na chwilę, zachrząkał.

– Zaraza – westchnął wreszcie. – Wiem, że przekradamy się bez awantur, a w razie czego mam po sztylecie za podwiązkami, ale… Ech, muszę mieć jakąś broń na wierzchu, tak tylko, by oprzeć rękę. Jakoś mi głupio bez tego.

Głupio ci, pomyślał wiedźmin, obserwując dowódcę służb specjalnych, wachlującego się melancholijnie, z barwiczką na twarzy i jabłkami w staniku. No coś podobnego.

;

O tym, jakim szacunkiem u swoich ludzi cieszył się Roche, najlepiej świadczyła powaga, z jaką rzeczeni ludzie podeszli do próby generalnej. Niebieskie Pasy przyglądały się defiladzie kurtyzan w skupieniu, bez żartów i rechotów, za to z mnóstwem merytorycznych uwag.

– Ogólnie dobrze – orzekł Fenn. – Tylko cycki wam zanadto skaczą.

Wiedźmin musiał się z nim zgodzić. Rzepy faktycznie chybotały się przy każdym ruchu, z trudem hamował odruch poprawiania ich co sekundę.

– Geralt za mało kręci tyłkiem – dorzucił Trzynastka.

– A teraz znowu zanadto! Nie chwiej się, tylko tak, no… huśtaj biodrami bardziej!

– Poza tym – dorzucił bystrooki Czyżyk – jajca się wam odznaczają, panowie.

Przez ostatni tydzień wiedźmin zdążył niemalże przywyknąć do mrowienia spojrzeń na karku, w końcu co jak co, ale powodów do gapienia się dostarczali z Vernonem sporo. Ale i tak poczuł się nieswojo, gdy wszyscy jak jeden mąż spojrzeli mu na krocze.

– Zaklęcie redukujące? – zasugerowała Triss.

– NIE! – Geralt i Roche zareagowali jednocześnie.

– O krótkotrwałym działaniu, oczywiście.

– Zapomnij – uciął Vernon.

– Czarowałaś pół dnia, z przemęczenia możesz coś przekręcić – tłumaczył Geralt. Triss przewróciła oczami.

– Wy i wasze kompleksy… Przecież nie zamierzam was kastrować!

– Wiemy. Znamy twoje umiejętności, nasze obawy są irracjonalne, to mniej niebezpieczne od przeciętnej bitwy, niemniej…

– Żaden chłop swojego chuja w hazard nie stawi – dokończył stanowczo Trzynastka. – Tyle ci powiemy, magiczko.

Pasy zaszemrały w przypływie męskiej solidarności. Albo tylko w odruchu stawania murem za dowódcą, bo szemrała również Ves. Tak czy inaczej, wiedźmin był im wdzięczny. Zwłaszcza wojowniczce, która zaoferowała nawet błyskawiczne doszycie dodatkowych falban.

;

Powinni zaprotestować, gdy Triss dogoniła ich przy schodzeniu z barki. W każdym razie Geralt powinien, tak po rycersku, nie zezwolić damie na narażanie życia. Problem polegał jednak na tym, że Aksję czarodziejka by odbiła, argumenty miała rozsądne, a poza tym, zaraza, po kilku miesiącach męskiego stroju widok Triss Merigold w zielonej, ażurowej i diablo obcisłej sukni zamknął gęby obu konspiratorom. Ale to po kilku chwilach, kiedy zdali sobie sprawę, że je rozdziawili.

– Dobra jest – mruknął cicho Vernon, gdy kurtyzany ruszyły leśnym duktem. – Jeśli są tu jakieś elfy, zagapią się na nią, nie na nas.

– Chcesz zrobić z Triss żywą tarczę? – zniesmaczył się, równie cicho, wiedźmin.

Spojrzenie, jakim odpowiedział Roche, uchodziłoby pewnie za dużo chmurniejsze i zimniejsze, gdyby nie deficyt brwi, spod których zwykł takie spojrzenia rzucać.

– Sama się zgłosiła, tak? Ja tylko doceniam poświęcenie... hipotetyczne.

;

Flotsam leżało na najdalszych rubieżach Temerii, przysłowiowym wręcz zadupiu, pełnym lasów, bagien i zapomnianych od ludzi i nieludzi bezdroży. Wiewiórki zaś grasowały małymi oddziałami po całej okolicy, dlatego szansa napotkania Iorwetha we własnej osobie była śmiesznie niska. Takiego pecha nie mogę mieć nawet ja, myślał Geralt, otrząsając spódnicę z igliwia. Z drugiej strony, drobnica, kiedy ją zostawić samą sobie, bywa nieobliczalna, więc...

Rozmyślania przerwał mu dźwięk dosyć nieoczekiwany, mianowicie smętny zaśpiew fletu. Wiedźmin uniósł wzrok – i poczuł, jak zlewa go zimny pot.

Kiedy pomyślał o przedefilowaniu przez las – ciągnący się przecież, cholera, przez całą dolinę! – jawnie, samotrzeć, pomysł z kamuflażem wydał mu się nagle jakby mniej idiotyczny.

;

Iorweth na przemarsz kurtyzan zareagował nad wyraz obojętnie – nie przerwał nawet gry, skinął tylko nieznacznie głową na znak, że mogą iść dalej. Komando za to, choć niewidzialne, używało sobie na całe gardło.

– Ej, lala – dobiegło z zarośli – ile za obciąganie!?

– Tę rudą jebałbym nawet na jeżu!

– Jakie cycki!

– Kiedy jasna, to i ciasna!

Geralt szedł, wyprostowany jak struna, huśtał biodrami, drobił nogami, krył twarz za wachlarzem i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w wachlarz w ręku Roche'a. Dowódca Pasów milczał, oczywiście, kołysał się wdzięcznie, jasne, a przy tym wachlował tak gwałtownie, że aż fruwały iluzoryczne loki.

– Vera! – zawołała gromko Triss; głos, trzeba przyznać, jej nie drżał. – Wierę, żeś rozpalona, ale nie wachluj się tak, bo. Cały. Puder. Zwiejesz.

Geralt przymknął oczy, odetchnął, wyparł wszelkie ostrza ze świadomości – i zachichotał gardłowo.