Pchła pogryzie lwa
Detmold wyszedł z siebie i stanął obok. Dosłownie.
– Mam pamiętać przez lata, co jakaś pizda bełkotała na stosie!? Jak ci się, do kurwy nędzy, wydaje, czy ja mam głowę do…
– Pewnie, że nie! – wrzasnął niewidzialny i niesłyszalny astral. – Trudno nie zauważyć, że łeb służy ci tyko do tego, byś nie musiał pchać żarcia w anus, ty chędożony czarny capie! Bydlę jednorogie! Dziw bierze, że przetrwałeś miesiąc bez nadzoru, ćwierćmózgu zafajdany!
Pacnął się jeszcze otwartą dłonią w czoło, poprawił głową o stół i wrócił grzecznie do swojego ciała. Akurat w tym momencie, gdy Jego Wysokość umilkł wyczekująco.
– Panie – powiedział spokojnie – jeżeli mam zdjąć klątwę, muszę ją przedtem zbadać. To z kolei nie będzie możliwe bez dokładnej znajomości jej formuły.
Henselt sapnął, machnął ręką.
– To twoja rzecz – stwierdził. – Egzekucję oglądało pół setki chłopa, drugie pół plotkuje po obozie i pali świeczki. Myślą, kurwa, że mam ćmę na oczach… No więc! Znajdź takiego, co dokładnie pamięta.
– Pół obozu? – zainteresował się Detmold. – Przekazy oralne czy…
– Hę?
– Gawęda czy zapiski?
Henselt odchylił się w krześle, zmierzył go niecierpliwym spojrzeniem.
– Twoja rzecz – powtórzył.
Przez ostatnie trzy lata Detmold przekonał się, że Ard Carraigh to nie Ban Ard, dwór królewski to nie uniwersytet, Henseltowi zaś daleko nawet nie do bakałarza, a byle studenta w trakcie sesji. Chęci dokształcenia, ba, jakiekolwiek poruszenia mózgiem, monarcha wykazywał z kolei tyle, co przeciętny żak w czasie ferii.
Cóż, ostatecznie nikt nie mówił, że służba u króla to lekki kawałek chleba. Detmold zacisnął więc zęby i dostosował poziom. Miał cierpliwość. Tłumaczył. Uprzejmie. Po sześć razy. A poza tym nabrał zwyczaju odbywania krótkich wycieczek astralnych, ot tak, dla zachowania zimnej krwi i powstrzymania się od zbędnych, podyktowanych emocjami słów. Takich jak, na przykład, formuła pioruna kulistego.
;
Prości żołnierze, o dziwo, okazali się dobrymi kronikarzami: klątwa Glevissig krążyła po obozie w licznych, czasem nawet ortograficznych odpisach i niemal niezmienionej formie. Zgodnej, co doprowadziło Detmolda niemal do rozczulenia, z relacjami świadków.
– Zangenis się ucieszy – mruczał do siebie wieczorem, schylony nad papierami. – Łowisko dla etnografii na całe dekady…
;
Yahon potraktował swoją misję proroka niezwykle poważnie. Zgolił głowę, przywdział powłóczystą kie… szatę, pobudował się na odludziu i, co najważniejsze, przyjął ucznia, by móc dyktować mu dzieje męczeństwa Świętej Panienki. To, że uczeń w wolnych chwilach uczył swojego mistrza pisać, stanowiło tylko dodatkową premię.
Żyli więc sobie w cichej chatce, której nie imały się potwory, hodowali łysinki, których nie imały się wszy i upamiętniali. Uczeń, imieniem Eulen, siadywał wczesnym rankiem na zydelku pod oknem, Yahon stawał nad Eulenem i dyktował, zapatrzony w jaśniejące niebiosa. Obaj byli świadkami męczeństwa, praca szła więc harmonijnie. Aż do chwili, gdy przyszło spisywać przepowiednię Świętej Panienki.
Kometa przetnie nieboskłon krwawym warkoczem, oczywiście, niejeden kapłan o tym wspominał. Krew niewinnych lała się i leje, wszystko było jasne. Że Henselt pogwałci tysiącletnie prawa, to było pewne jak zachód słońca, a i wcześniej mu się zdarzało. Złoto rybich łusek zaklęte w kwadraty brzmiało cokolwiek zawile, ale i dość poetycko, by uznać je za mistyczną zagadkę. „Umrzesz wedle mojej przepowiedni, Henselcie z Kaedwen" – no, jasno i dobitnie, tylko kiep miałby wątpliwości.
– Mistrzu, a co z tym kawałkiem, że niby Henselta zagryzie pchła?
– Co, co… – Yahon oderwał wzrok od okna. – A jak ci ten kawałek brzmi? Synu?
Eulen zastanowił się przez chwilę.
– Głupio – zawyrokował.
– Otóż właśnie – oświecił Eulena mistrz. – Tu już Panienka Glevissig bredziła z bólu, biedactwo. Zdarza się, ludzie gorsze rzeczy pier… wygadują, gdy się im przystawi węgle do pięt. Okażmy szacunek i zrozumienie.
– Znaczy, pomijamy?
– Bezwzględnie.
