Tak jakby ktoś mi nadal nie wierzył, to jest moja odmianka emocjonalnej pornografii. Znaczy, moja przyjemność przed byciem in-character albo fabułą, albo, dajmy na to, realistycznym ludzkim dialogiem. Poza tym, u Sapkowskiego też nie ma realistycznego dialogu.
Uwaga filologiczna: jedno spojrzenie na pliki, które mój drogi, dzielny naród zrobił, jedne ze starszą mową z gry, a drugie z książek, wystarczy nam, by stwierdzić, że jednak nadal, mimo pewnych sukcesów w świecie zachodnim, jesteśmy w kręgu kultury polskiej. W chaosie (co nie jest niczym złym, kultura nasza jako jutrzenka jaśnieje etc., ale jednak tym razem mi przeszkadza). Ad remując: pół minuty wystarczy, by ustalić, że owszem, żadna z tych starszych mów nie ma zrobionej gramatyki, niemniej (tadam) są to dwie różne, tak przypadkiem, całkiem różne braki gramatyk. Różne od siebie bardziej niźli literacki i nieliteracki walijski, kur zapiał. Niekompatybilne, znaczy; walijski jeszcze jest.
Niektórych to boli.
Oczywiście, oczywiście, na pewno można byłoby jakoś to połączyć, głównie uznawszy, że przypadkiem albo w grze, albo w książkach użyto samych wyjątków od reguł. Oczywiście. Niemniej, aż takiego zapału nie mamy, co oznacza, że owszem, wzięliśmy pod uwagę wymyślone słowa z gry, gdzie się wydawały rozsądne (to, żeby istniało inne słowa na liczbę mnogą od Dh'oine jest raczej logiczne, na przykład), spróbowaliśmy jakieś końcówki gramatyczne stamtąd doczepić do tej książkowej, ale jednak system gramatyczny, któryśmy sobie wymyślili, słowa i cała reszta (bardzo się dobrze przy tym bawimy), jest oparty raczej na starszej mowie z książek. Wygodniejsza była gramatycznie (pseudogramatycznie, bo oczywiście się nie da, nie da nic pewnego ani dużego wyprowadzić z tych strzępków). Ładniejsza. Pierwsza.
No i w grze się w połowie przypadków sami nie umieją zdecydować, co mogę, owszem, zwalać na dialekty. Coś mi wszakże wątpić w celowość zabiegu każe.
Roche dochodził do wniosku, że właśnie dostał podręcznikowego ataku lękowego. Żołądek zwinął się w supeł, oddech zdawał grzęznąć w płucach, w głowie szumiało. I strach, strach wszechogarniający, taki, że nic, tylko skulonym w kłębek leżeć na ziemi. Albo chodzić w kółko, liczyć kroki, procent, jaki jeden krok stanowi w powierzchni sporej izby szlacheckiego dworku – nieludzkiego dworku – w której właśnie przebywali. Cokolwiek, byle nie myśleć.
Delegacja Vergen (dawniej Wiewiórki, teraz w służbie Doliny Pontaru, Iorweth, proszę, pułkownik, śliczna, bezwzględna Yeylia, proszę, kapitan, pięciu szeregowych) obserwowała agenta z wystudiowaną obojętnością, opierając się o ścianę vis a vis drzwi na korytarz. Poza Iorwethem, który stał obok Vernona ze względu na protokół: był najwyższym rangą przedstawicielem Rzeczpospolitej, powinien przyjąć Jej Wysokość.
— Wy, Dh'oine, zawsze histeryzujecie... — rzucił teraz w przestrzeń, przeciągając manierycznie głoski.
Mężczyzna nie miał siły odpowiedzieć, dosłownie nie miał siły, jak odkrył z rodzajem zaskoczenia. Głosu by nie wydobył, a poza tym za wiele uwagi poświęcał oddychaniu, kołom, jakie toczyły jego myśli, utrzymywaniu tego wszystkiego w spetryfikowanej formie. Wstrzymywaniu kompletnego załamania, znaczy. Nie miałby nawet czego się specjalnie podtrzymać, bo skoro pomieszczenie zamieniono chwilowo w salę spotkań dyplomatycznych, to ławy i stół usunięto, zostawiając tylko jeden drewniany fotel, misternie rzeźbiony w motywy roślinne. Gdyby Roche przestał uważać na emocje, to pewnie w ciągu pół minuty znalazłby się pod którąś ścianą, skulony na bukowym, wykładanym w rozety parkiecie,
Za drzwiami rozległy się kroki i dziecięcy śmiech. Vernon niemal hiperwentylował – cholera, o ile by mu było łatwiej, gdyby nie był wtedy w Dwórkach, gdyby nie był przy tamtej akcji w szkole...
— Wujek!
Po okrzyku jeszcze drżało powietrze, a Anais już podskakiwała przy agencie, próbując zawisnąć mu na szyi. Objął dziecko, podniósł, przytulił czysto odruchowo, przywołując równie odruchowy uśmiech – przynajmniej taką miał nadzieję, bo nie czuł warg, kolejny z objawów paniki – ściskając małą mocno. Tak mocno, że pisnęła z irytacji czy bólu.
Obstawę stanowił Natalis, Armand La Fayatte – markiz Dourraux, doradca do spraw dyplomatycznych – trzech temerskich zbrojnych oraz czterech osiłków bez dystynkcji, o wyglądzie tak neutralnym, że po zamknięciu oczu nie dało się przypomnieć sobie ich twarzy. Czyli nilfgaardzkie oddziały specjalne, uznał Roche, Talar coś tam wspominał. I faktycznie, mężczyźni, zlustrowawszy pokój, zniknęli za drzwiami, „by nie naruszać poufności rozmów".
Natalis z markizem bardzo schudli, a ubrani byli jak prości mieszczanie, w ciepłe kaftany z krajowej wełny. Stroje Jej Wysokości okupiono najwyraźniej pewnymi wyrzeczeniami – suknie owe były jednak królewskie. Ta, którą miała na sobie teraz była czerwona, z tafty na dole i zerrikańskiej, delikatnej wełny od pasa w górę, lamowana złotym galonem, z takimiż guzikami oraz ślicznym kołnierzykiem z frywolitki.
Delegacja miała śnieg we włosach. Dzisiaj spadł pierwszy, jeszcze z deszczem; przeszedł dwie godziny temu, koło południa. Agent liczył, że pogoda się nie pogorszy, bo musieli dojechać do Vergen. Jak najszybciej. Najszybciej oznaczało trzy-cztery dni.
Nie myśleć, oddychać, trzymać Jej Wysokość, póki się da, nie pozwolić nikomu jej dotknąć (co za absurd, powtarzał sobie, oni jej nie zrobią krzywdy, nie mogą, Saskia jest porządną kobietą, o tym skurwysynie można powiedzieć wiele, ale nie to, że przysiąg nie dotrzymuje, wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze), już dość rzeczy w jej życiu skrewił.
— Wujek Natalis mówił, że teraz będę znowu z tobą — rzuciła wesoło dziewczynka, wtulając twarz szyję mężczyzny; uczyli ją mówić „wujek" do nich wszystkich, dla bezpieczeństwa. — Cieszę się, tęskniłam...
— Będziesz ze mną trochę — doprecyzował szybko Vernon; nie było sensu robić złudnych nadziei — pojedziemy do Vergen, tam będziesz bezpieczna, zostanę z tobą kilka tygodni, ale potem będę musiał wrócić. Żeby walczyć dla ciebie, o kraj, żeby odzyskać koronę, która ci się należy, wiesz, prawda? W Vergen będziesz bezpieczna — powtórzył pewnie i ciepło, obracając się przy tym bokiem tak do drzwi i reszty ludzi, jak elfów, by widzieć obie grupy.
Jakim cudem zdołał napełnić głos owym niezachwianym przekonaniem, nie miał pojęcia. Mała natychmiast przygasła, aczkolwiek nie posmutniała: raczej wszystkie uczucia zmyło jej z twarzy. Dzielny uśmiech pojawił się zresztą sekundy później.
— Rozumiem. To znaczy, że mnie oddajecie w nowe miejsce, bo poprzednie jest spalone, tak? — spytała tym przesadnie poważnym tonem, jaki przybierają maluchy, gdy używają języka dorosłych i próbują nie popełnić w nim błędu.
Naśladowała głos zmęczonego wojskowego stojącego pod ścianą – dowolnego zmęczonego wojskowego stojącego pod ścianą, archetypicznego wręcz – idealnie, nawet mimo dziecięcego, wysokiego głosu.
— To dobrze, że coś znaleźliście — dodała tym samym, „starym", zamyślonym sposobem, zaraz przechodząc w uprzejmie pełne poczucia winy: — Przepraszam, że macie ze mną tyle kłopotu.
Roche'owi serce się ścisnęło. Sądząc z wyrazu twarzy obstawy królowej, im również.
— Nikomu nie robicie kłopotu, Wasza Królewska Mość — zapewnił Natalis. — To my raczej swoim brakiem oddania, swoimi błędami naraziliśmy Waszą Królewską Mość na tułaczkę i nieszczęście. Wybaczcie nam, pani.
Anais wtuliła się mocniej w agenta, obróciła główkę i bąknęła z czymś między żalem a urazą:
— Czy musimy mówić tak, tak – protokołem? Nie możemy tak, jak zwykle?
Markiz La Fayatte westchnął ciężko, potrząsnął długimi do ramion, ciemnymi włosami. Przystojna, pociągła twarz wyrażała najwyższe zatroskanie; trochę, tylko troszeczkę za bardzo teatralne, jak na gust agenta. Czyli pewnie szczera, doza aktorskiej przesady uchodziła za normę w arystokratycznych kręgach.
— Jesteśmy w towarzystwie sojuszników, Wasza Królewska Mość. — Rzucił kuse spojrzenie szarych oczu na elfy. — Możemy mówić wprost o naszych uczuciach względnej Waszej Wysokości. Którymi są jedynie najgłębsza lojalność, cześć, uszanowanie i...
— ...i żadne z tych wzniosłych uczuć nie uratowało waszej królowej ojcowizny — wtrącił zimno Iorweth. — Za to teraz, jak was wasza suweren prosi tylko o to, byście dla niej choć na chwilę z tych pustych ozdobników zrezygnowali, to nagle protokół i te dekoracje są najistotniejsze? Jesteście gotowi zginąć za swoją królową, panie markizie — wymówił tytuł z ironicznym naciskiem — inaczej nie walczylibyście, tylko jak reszta waszej szlachty podbiegli z podkulonym ogonem do nowego pana – jesteście więc gotowi za Jej Wysokość zginąć, ale nie zostawić puste zabawy w hierarchię? Dh'oinne.
Vernon ścierpł, słysząc pogardę w jego głosie. Markiz pobladł nieco, co przy jego bladej karnacji robiło upiorne wrażenie, ale nie śmiał zaprotestować, nie kiedy watażka stał może metr od Anais. Dziewczynka za to przeniosła teraz wzrok na pułkownika, przekręcając nieco głowę, by mieć lepszy widok. Grzywka wpadała jej do oczu, dmuchnęła na nią parę razy, zirytowana i zaciekawiona.
— Oddajecie mnie elfom? — spytała po ćwierci minuty z napiętą niepewnością w głosie.
Spróbowała ją ukryć – najlepszy dowód, iż była prawdziwa. Agent wymienił spojrzenia z Natalisem, który wzruszył ramionami, ewidentnie zaambarasowany. No tak, postanowili oszczędzić sobie trudu z tłumaczeniem politycznych zawiłości dziecku. Czyli przerzucili całość problemu na Roche'a. Pięknie.
— A co w tym niby dziwnego? — spytał zimno Iorweth.
Vernon odruchowo przytulił małą mocniej. Miał już odpowiedzieć za nią, że absolutnie nic, po prostu ostatnie parę dekad walczyli ze Scoia'tael, więc wolta dyplomatyczna zaskakuje, nawet jego, który jest tylko prostym żołnierzem, zabija, gdzie mu każą, o polityce pojęcia nie ma (całe to posłowanie wynikło z szeregu zbiegów okoliczności; wbrew insynuacjom arystokracji był wdzięczny, naprawdę wdzięczny, że potem ktoś jeszcze jego wstępne ustalenia musiał sprawdzić, zaakceptować, poprawić)... Jednak królowa, syknąwszy, bo uścisk się stał zbyt mocny, wyłuszczyła swoje obawy sama. Z dziecinną prostotą. Nie watażce, to byłoby niegrzeczne, tylko agentowi, bąknąwszy jakieś przeprosiny towarzystwu, szepcząc do ucha – ale maluchy niespecjalnie umieją szeptać.
— Mama mówiła zawsze, że jak będę niegrzeczna to przyjdą elfy i mnie zabiorą. Elfy albo driady. A Arjan i wychowawcy, że to znaczy, że jak się nie będę słuchać, to mnie oddadzą do elfów. A one mnie będą torturować, aż umrę albo zostanę demonem czy innym przemieńcem. Ale to oczywiście przesada, przesądy, Arjan chciał po prostu mnie przestraszyć, wiem, wiem — zakończyła dorosłym tonem.
Tylko jednak się, mówiąc, wtuliła znowu w Roche'a. I ten czuł, nawet przez grubą suknię, jak próbowała wstrzymać wzdrygnięcie. Anais się bała, przynajmniej trochę. Albo może po prostu nie rozumiała, może była tylko zmęczona przerzucaniem z miejsca na miejsce... Bała, nie ma co się oszukiwać.
Vernona zalała fala paniki – musiał oddać dziewczynkę, to była jedyna szansa, jej oraz Temerii – tak silna, że pociemniało mu w oczach. Utrzymał się na nogach jedynie siłą woli i schował twarz w płowych włosach małej, by to zatuszować. Część jego „ja" oddzieliła się od sytuacji ostatecznie, obserwowała z boku, komentując zgryźliwie. Ta część właśnie syczała mężczyźnie do ucha, bardzo zjadliwym tonem, iż chociaż tuszy, że pułkownika to bawi, bo skoro już on sam, pierdoła, nie dowódca oddziałów specjalnych, nie umie nawet trzymać nerwów na wodzy, to na nic lepszego niż cudzy śmiech nie zasługuje.
Delegacja Temerii zbladła jak ściana. Scoia'tael – Vergen – pozostali tak niewzruszeni, jak Aen Seidhe być powinni.
— Ludzkie uprzedzenia — teatralnie się obruszył watażka, uśmiechając przy tym na tyle szeroko, by pokazać elfie uzębienie, które tak przerażało nienawykłych ludzi. — Szowinistyczne, podłe uprzedzenia, przekazywane już najmłodszym, jak widać. Doprawdy, myślałby kto, że szlachta Temerii, zawsze twierdząca, jaka to jest łaskawa dla Aen Seidhe, jak to nam wszystko miłosiernie wybacza, jak to łaskami nas obdarza, że ta szlachta nie rozpuszcza haniebnej propagandy, że ta szlachta nie psuje swoich dzieci, zapładniając je morderczymi myślami – a skoro psuje, to będzie miała dość konsekwencji, by teraz nie przychodzić i nie...
— Iorweth... Proszę cię — wtrącił z naciskiem Vernon, nie patrząc tamtemu w oczy, lecz na przedziałek we włosach Anais; jej gorący oddech, teraz przyspieszony z nerwów, omiatał agentowi obojczyki. — Proszę.
Pułkownik umilkł na sekundę, po czym zdumionym tonem zauważył, że jakoś tak się zagadali poza protokołem, a przecież tutaj trzeba jeszcze warunki omówić, regent – Natalis – ostatni raz się powinien wyrazić zgodę tudzież prośbę, oddać dziewczynkę, Vergen rękoma swej delegacji powinno ją przyjąć, cały ten formalny świat czeka.
Królowa odprężyła się prawie natychmiast, rozpoznawszy bezpieczny wzór. Przysłuchiwała się kurtuazyjnej wymianie grzeczności i dogrywaniu umów. Nadal nie wyraziła chęci zejścia Roche'owi z rąk, co wykorzystał jako pretekst do oparcia się o ścianę. Koniec końców, Jej Wysokość nie była niemowlakiem, by bez kłopotu móc ją nosić na rękach – odmówić jej jednak prawa do tej drobnej, dziecinnej przyjemności nie miał serca, nie po tym, co przeżyła.
Mała pachniała skórami, futrem, taka zwierzęca, mleczna woń. Mała była poza tym ciepła i nieustannie wierciła się mu w ramionach, szukając najwygodniejszej pozycji. Co nie było łatwe, bo dziewczynka bardzo schudła, nawet przez warstwy materiału agent wyczuwał wszystkie kości.
— To gdzie mnie w końcu oddajecie? — spytała nagle, tym razem naprawdę cicho, marszcząc brwi w próbie przypomnienia sobie nazwy. — Do... Vergen?
— Do Doliny Pontaru ze stolicą w Vergen — poprawił odruchowo. — To wolne, neutralne państwo. Rzeczpospolita. Blisko związane z krasnoludami i Mahakamem, który chce ci złożyć hołd lenny, więc cię nie oddajemy, po prostu to jest jedyna wolna dzielnica twojego królestwa. Dolina Pontaru nie uznała rozbiorów. Będziesz tam bezpieczna i szczęśliwa. Kochanie — dopowiedział po sekundzie wahania.
Skoro Anais nie chciała protokołu, to nie będzie miała protokołu. Reszta temerskiej partyzantki mogła iść do diabła.
— Ale elfów u nas dużo. I krasnoludów. Nawet te straszne trolle się trafiły. To wolny kraj — przypomniał obojętnie Iorweth, najwyraźniej usłyszawszy wymianę zdań. — Wasza Wysokość — dodał.
Z ceremonialną uprzejmością. Gdyby temperatura na dworze była o kilka stopni niższa, pomyślała ta oddzielona, chłodna część Vernona, to właśnie sarkazm zacząłby malować obrazki na szybie.
— Naprawdę? To fantastycznie! Nigdy nie widziałam trolli — oznajmiła tymczasem mała z nagłym zapałem, podnosząc głowę znad ramienia agenta, by patrzeć wprost na pułkownika. — Będę mogła je odwiedzić? To znaczy, jeśli waszmość pan nie żartuje. Nie żartuje? — spytała podejrzliwie Roche'a, się zreflektowawszy.
— Nie żartuje — odparł, ku swojemu zdumieniu, całkiem mocnym głosem. — Pod Vergen mieszka... małżeństwo trolli.
— To świetnie! — cały entuzjazm wrócił do dziewczynki. — A jak wyglądają prawdziwe trolle? I jak mieszkają? I co jedzą? W bajkach było, że dzieci – ty byś mnie i tak obronił, wujku, prawda? — dorzuciła szybko. — Ale pewnie nie jedzą dzieci...
Roche miał wrażenie, że nie tylko ludzkiej, lecz i elfiej delegacji cień uśmiechu przeleciał przez twarze.
— Najbardziej lubią mięso, wszystkożerne wszakże są — poinformował spokojnie watażka. — Jak Dh'oinne, świnie...
— ...i partyzanci — podrzucił Vernon, który, koniec końców, sam obecnie do rzeczonych należał.
— I chłopi na przednówku — wtrącił szybko markiz, rzucając agentowi mordercze spojrzenie.
— Aha — podsumowała królowa. — To pójdziemy poznać trolle, zaraz jak przyjedziemy i odbędziemy powitania, dobrze, wujku? Dobrze? Przyniesiemy im w prezencie... co się im przynosi?
Jakaś szalona niepewność kryła się pod tym szczebiotem. Jakby żałobę pisać krojem czcionki, co na wesele zwykła spraszać gości, przemknęło Roche'owi przez głowę; to na pewno był cytat z którejś z ballad, może nawet Jaskra.
Nic jej nie będzie, powtórzył sobie Vernon. Iorweth teraz gada, bo się napawa upokorzeniem Natalisa, moim, markiza. Do Anais nic nie ma. Kiedy tylko znikniemy mu z oczu, będzie wobec niej obojętny, jak wobec psa albo mebla, nic jej nie zrobi, Saskia i Rada podpisały zobowiązania, zabronią mu... Nadal jednak, szepnęły mu lata zawodowego doświadczenia, jest wiele sposobów, w jakie można krzywdzić bez podnoszenia ręki, bez łamania choćby jednego podpunktu umowy czy obietnicy.
— Pójdziemy zobaczyć trolle w pierwszej wolnej chwili, kochanie — odpowiedział; spokojnie, tak, że zupełnie nie było słychać ściśniętego gardła. — Jednak będziesz miała na początku dużo pracy, nie tylko przyjemności – Mahakam musi ci złożyć hołd lenny, pamiętasz? Do tego spotkania dyplomatyczne... Redania i Kaedwen na pewno będą cię traktowali jak najwyżej baronową, nie władczynię, nie przejmuj się tym...
— Poprawię ich — oznajmiła Anais zimno, z prawdziwą dojrzałością, nie odgrywaną, jak poprzednie dorosłe wtrącenia. — Będę ich poprawiała, aż się nauczą. Nie będę już wam przeszkadzać w walce, tylko się wreszcie na coś przydam. Temeria to ziemia mojego ojca i już ja się postaram, by o tym nie zapomniano — stal dźwięczała w jej głosie. — Będę uprawiać dyplomację. Dla kraju. I dla pamięci Jego Wysokości.
Natalisowi zaszkliły się oczy. Elfy pozostały obojętne, wyraziły tylko przekonanie, że korpus dyplomatyczny pozostałych krajów uszanuje neutralność i polityczne wybory Doliny Pontaru, więc do napięć nie dojdzie.
— Na miejscu Waszej Wysokości — wtrącił jednak po chwili Iorweth, niby łagodniej niż poprzednio, dalej jednak z brutalną beznamiętnością — skupiłbym się mimo wszystko na budowaniu dobrych relacji z innymi państwami. Zwłaszcza z Nilfgaardem, im na śmierci Waszej Wysokości nie zależy, tylko na ewentualnym hołdzie lennym. Musi Wasza Wysokość pamiętać, że partyzantka może przegrać z kretesem, wszyscy ludzie Waszej Wysokości mogą być martwi choćby za miesiąc. Vergen jest gotowe gościć Waszą Wysokość do końca – ale jakiś plan „B" lepiej sobie już tworzyć.
Poziom paniki u Roche'a doszedł do punktu, w którym mężczyzna był gotów po prostu zabić watażkę, machnąwszy ręką na wszelkie dyplomatyczne rozmowy, na Temerię, nawet na przyszłość królowej. Wstrzymał jakoś potrzebę gryzienia typową dla okrążonych psów i otworzył usta, by znów prosić, może tym razem pokorniej. Nim jednak wydał z siebie choć dźwięk, mała stwierdziła rezolutnie, posyłając elfowi szeroki uśmiech:
— Waszmość przypomina mi papę. Jego Wysokość, mojego ojca, znaczy. To... miłe.
Pułkownik przez ułamek sekundy wyglądał na zaskoczonego. Zważywszy na to, jak bardzo elfy przestrzegały zasady ukrywania wszelkich emocji, to dziewczynce się udała spora sztuka.
Nie, żeby u Roche'a stwierdzenie nie wywołało wewnętrznego opadu szczęki.
— Papa też był taki — mała zawahała się, szukając słowa — bezpośredni. Nie lubił kluczenia, owijania w bawełnę. Dyplomacji. To dobrze — dodała ze słodkim uśmiechem dziecka, które zamierza powiedzieć coś, za co się spodziewa pochwał — bo tacy, co mówią prawdę bez... bez ogródek, są lepszymi źródłami informacji — zakończyła tryumfalnie, przekraczając główkę w stronę Vernona. — Prawda, wujku?
Zdumienie na twarzy Iorwetha tym razem gościło dobrą sekundę. Yeylii podskoczyły kąciki warg. Jeden z członków delegacji Vergen musiał zasłonić usta dłonią, ewidentnie po to, by nie dostrzegli, że tłumi śmiech. Wielka sztuka, myślała ta chłodna część umysłu agenta, patrząc, jak ten nerwowo przyciska Anais do piersi i szepce, że owszem, prawda, tylko nie należy takich rzeczy ujawniać, w końcu zbieranie danych to tajna robota.
Dalej nie czuł warg. Palców też już nie. Był ciekaw, czy to widać, czy ma je białe albo sine, czy jednak wygląd jest równie zwodniczy, równie normalny, jak głos.
— Nie jestem wrogiem Waszej Wysokości — stwierdził tymczasem gładko elf. — Udzielę wszelkich informacji, jakich sobie, Najjaśniejsza Pani, zażyczycie. Owszem, bezpośrednio. Bez kluczenia i owijania w bawełnę. Tego możecie być pewni, Wasza Królewska Mość.
— To miłe — powtórzyła dziewczynka, po czym, jakby sobie przypomniawszy, przeszła w protokolarne tony. — Jesteśmy bardzo wdzięczni. Jako władczyni Temerii i senior... Mahakamu oraz innych lenn. Za wszystko.
Akurat, pomyślał Roche, któremu dyskusja pod Flotsam stanęła jak żywa przed oczyma. O tej dyskusji nie wolno było myśleć, bo doprowadzała do rozpaczy, szaleństwa albo wściekłości. A nie byłoby dobrze, gdyby zabił najlepszego sojusznika, jakiego chwilowo mieli.
Iorweth się uśmiechnął. Vernon oraz reszta ludzkiej delegacji zmartwiała.
— Wasza Wysokość sobie ceni moją bezpośredniość? — spytał pułkownik, przeciągając sylaby; Anais potaknęła, wtuliwszy się nieco mocniej w ramiona agenta. — Ach. Wielce zaszczyconym. Niech więc wolno mi będzie...
Bogowie, błagam, nie, szeptał w duszy spanikowany Roche, zastanawiając się z przerażaniem, czy jeśli teraz padnie na kolana, dosłownie, to rzecz nasyci arogancję watażki wystarczająco, by ten urwał – i wyrzucając z siebie równocześnie, z naciskiem, którego siła zaskoczyła jego samego, kiedy słowa już zawisły w powietrzu.
— Proszę.
Elf go zignorował. Albo może nie, bo dokończył jednak nie w najgorszy możliwy sposób:
— ...udzielić dobrej rady. „Wszystko" to wielkie i ważne słowo, Wasza Wysokość. Nie znacie mnie wcale – lepiej go w takich sytuacjach nie używać. Lepiej nie używać go nigdy.
Vernon zastanawiał się, jakim cudem, skoro właściwie w ogóle rąk nie czuje, nie upuścił małej. Która to mała prychała właśnie, ewidentnie oburzona, prawie podskakująca mu w objęciach:
— Oczywiście, że cię rozpoznajemy! Dowodziłeś komandem Scoia'tael, byłeś skazany na śmierć, walczyłeś przeciwko mojemu ojcu, cała Temeria cię szukała, na wszystkich rogatkach podobizny wisiały, opowiadali mi o tobie! — nagle, jakby przypomniawszy sobie o grzeczności, dodała. — Dziękujemy za radę. Będziemy stosować.
— Podobizny były z błędem w imieniu — zauważył zgryźliwie Iorweth. — I wolę pewnie nie pytać, co opowiadano...
— Różne rzeczy — odparła dziewczynka z automatyczną uprzejmością.
— Pewnie prawdziwe — stwierdził brutalnie watażka. — Zwłaszcza, jeśli straszne.
— Na pewno — potwierdziła, znów instynktownie grzecznie, zaraz przechodząc w dorosły ton. — Rozumiemy przecież. Wojna. Polityka. Dyplomacja. Konieczność dziejowa. Historia. Tak było trzeba.
Elfami, wszystkimi, minimalnie telepnęło. Agent dostrzegał ten wstrząs w szerszym otworzeniu oczu, nagłym zastygnięciu. Natalis po prostu westchnął ciężko, markiz pokiwał głową. Zbrojnym ręce zacisnęły się w pięści. Coś jednak przeraźliwie zimnego było w tych słowach, wypowiadanych z autentycznym pojmowaniem.
— Zeitgeist — mruknął watażka; Roche dostrzegał jego ucieczkę, lecz nie mógł w tym znaleźć satysfakcji. — Jakby to ujęli moi szlachetni przodkowie. Zeitgeist, Wasza Wysokość, jest taki, że dzisiaj jeszcze musimy ruszyć do Doliny Pontaru, także gdybyśmy mogli przejść do rzeczy... — ostatnie słowa kierował do Natalisa.
— Pojadę z tobą — zapewniał tymczasem Vernon małą. — I zostanę trochę. I pójdziemy odwiedzić trolle. Vergen jest... cóż, może nawet ciekawe. Zupełnie inne niż Wyzima. Dużo tam kładek i... i będzie ci dobrze, kochanie — szeptał, zbliżając twarz do jej włosów.
— Wszędzie jest mi dobrze, gdzie mogę wam pomagać walczyć — głos Anais był gładki, pewny, prawie jakby recytowała; dużo jednak szczerego żaru było w tej recytacji. — Poza tym, w Vergen rządzi Saskia, prawda? Saskia Smokobójczyni? Wielka wojowniczka, której poprowadziła wojska przeciwko Hanseltowi i wygrała? Będzie mnie mogła tego nauczyć? Tego, jak walczyć i jak dowodzić – i wtedy się nauczę, i zdobędę tron, i będę mogła pomścić ojca. Osobiście. Poderżnę wszystkim królobójcom gardła, zabiję ich albo każę torturować i dopiero wtedy... — lodowata nienawiść brzmiała w głosie Jej Wysokości, przedziwnym trafem połączona z entuzjazmem; bo przecież projekt wyprawy zaczął teraz budzić entuzjazm dziewczynki. — Poprosimy razem Saskię, żeby mi pomogła, dobrze, wujku?
Iorweth rozmawiał akurat z Natalisem, więc agent nie widział jego twarzy. Yeylia wszakże nachyliła się ku jednemu ze swoich towarzyszy, komentując cicho. Chyba nawet nie negatywnie, sądząc z łagodnych spojrzeń, jakie rzucała w kierunku małej.
— Kochanie... Jestem pewien, że Saskia ci chętnie udzieli lekcji walki. I taktyki. Tak, to na pewno. — Roche przycisnął wargi do czoła dziecka, kwestię zemsty chwilowo tym zamykając.
Zadowolone odpowiedzią, zaczęło mu opowiadać, co takiego robiło z Natalisem, jak sobie dawało radę w partyzanckich obozach, co widzieli, u kogo była ukrywana, że uczono ją akcentów oraz dialektów, żeby się mogła lepiej wtapiać w tłum i umie już całkiem dobrze ten z Rivii, chociaż go myli nieustannie z cintryjskim, i redański. Wszystko to radosnym, ożywionym tonem, przetykanym pytaniami o to, co robił wujek, co wujek myśli, czy jest zadowolony...
Do Vernona doszło nagle, jak bardzo mała jest przywiązana. Na atak paniki niewiele to pomogło, aczkolwiek teraz poziom strachu się ustabilizował i mężczyzna właściwie przywykł. Do ciężaru i ciepła Anais w ramionach, do jej szczebiotu, do faktu, że to wszystko trzeba będzie powierzyć nieludziom – za kilka tygodni, może na zawsze. Do wszystkiego powoli przywykał, wszystko pokrywała ta nieczułość lęku, skupienia na sobie. Człowiek to podłe zwierzę, jednak, pomyślał nieuważnie.
Z konwersacji wyrwał go Natalis, już po ostatnich podpisach i ceremoniach, informując, iż wdzięczna ojczyzna postanowiła Roche'a, w geście podzięki za jego doskonale spełnione poselskie obowiązki, wieloletnią służbę, osobiste poświęcenie et cetera, mianować majorem. Co czyniło go pierwszym majorem bez tytułu szlacheckiego od co najmniej paru dekad, jeśli nie w ogóle.
Iorweth, chędożona swołocz, zaklaskał.
'
'
Zaraz po zakończeniu spotkania Roche, w ramach szybkiego doprowadzania się do stanu używalności, poszedł na oświetlone pochodniami podwórze, zwymiotował do wiadra, posprzątał zawartość, przepłukał twarz oraz usta wodą i odetchnął głęboko kilka razy. Ręce oparte o cembrowinę drżały. Zacisnął je mocniej.
Śnieg z deszczem już nie padał, ale chłodne powietrze nieco mężczyznę otrzeźwiło. Ono, szok związany z wymiotami, potem sprzątanie. Jeszcze kilka wdechów, pomyślał, jeszcze chwila, wezmę się w garść...
Drzwi skrzypnęły. Ale nawet w błocie, jakie pokrywało podwórko, kroków już nie usłyszał. Zacisnął palce jeszcze silniej, do bólu. Ból był dobry, ułatwiał skupienie.
— Wolałbym być sam — rzucił oficjalnym tonem w przestrzeń, nawet nie odwracając głowy. — Panie pułkowniku. Najlepszą część zabawy i tak pan przegapił. Już mi lepiej.
Intensywnie się wpatrywał w niewielki, ciemny krąg studni. Proszę, kamienie, tutaj trochę zaprawy odpadło, zaraz obok korby, wiadro całkiem nowe za to...
— Czemu zakładasz, że to dla mnie jakakolwiek zabawa? — prychnął elf; stanął jednak, głos się nie przybliżał. — Nie sprawia mi przyjemności, kiedy się naprawdę boisz. Żadna wtedy z ciebie rozrywka. Skamlesz, zamiast próbować gryźć.
To pewnie miało być złośliwe, skonstatował w duchu major. Nie miał siły na irytację z powodu tak durnych błahostek, miał za to siły, by skatalogować otrzymane informacje. Oto proszę, Iorweth, jeden z najbardziej krwawych dowódców Wiewiórek, przez samych nieludzi nazywany rzeźnikiem, nie był najwyraźniej okrutny, tylko jednak czysto idealistyczny. Jego mordy brały się jedynie z fanatycznej wiary lub kalkulacji politycznej, nie zamiłowania do strachu, cierpienia czy bólu. Fascynujące. Ciekawe, czemu Roche temu coś nie wierzył.
No, ale każdy ma jakiś próg władzy, której używanie go bawi, elf najwyraźniej całkiem wysoko, nadal jednak bez popadania w rejony patologiczne, katalogowała dalej część świadomości Vernona; ta sama, która zaraz później brutalnie wypomniała mu, że musi wyglądać naprawdę żałośnie, skoro ten całkiem wysoki próg przekroczył.
— Czemu nagle zacząłeś używać wojskowej tytulatury? — spytał podejrzliwie watażka.
Bo tak jest prościej, pomyślał agent, kiedy mi drżą palce i chciałbym, żeby padało, bo wtedy nie byłoby tego tak bardzo widać.
— Natalis i Jej Wysokość podpisali układy. Przestaliśmy być wrogami — odparł na głos. — A nie z wieloletniej przyjaźni nasze „ty" wynikało. Panie pułkowniku.
Drewniane pokrycie studni też jeszcze nie zdążyło się zestarzeć, chociaż drewno – dąb chyba – popękało już od skoków temperatury i wilgotności.
— Chcesz pić bruderszafty? — w głosie Iorwetha brzmiało zdumienie, najczystsze do jakiego elfy w ogóle bywały, wedle doświadczenia Roche'a, zdolne.
— Nie — odparł natychmiast. — I wolałbym być sam. Pan...
— Przestań. Mogę się powołać na wyższą szarżę i ci rozkazać, mogę się powołać na podpisane protokoły, ale wolałbym nie, więc po prostu przestań.
Nie było nawet specjalnego nacisku czy złości w jego głosie. Jak miło, deliberował Vernon, jak kurewsko miło z jego strony. Muszę bardzo, bardzo źle wyglądać.
— Czemu się boisz? — Dobiegło go zza pleców, jak na elfa, to właściwie łagodnie wypowiedziane. — Podpisaliśmy układy, sam to powiedziałeś. Saskia i Rada Vergen ręczą za zdrowie i szczęście twojej suweren, a ja jestem wiernym i najpokorniejszym sługą Rzeczpospolitej. Sam zabijałeś dzieci, co ci nie przeszkadza być dobrym dla królowej. Też będę. Obiecałem — teraz w tonie zaczęła pobrzękiwać irytacja. — Myślisz, że złamałbym słowo z powodu jakichś głupich utarczek z Dh'oine?
— Karaluchem — dodał ze znużeniem agent. — Proszę bardzo, nie krępuj się.
— Moje słowo waży, nawet gdy przysięgam karaluchom. Czemu się boisz?
— Elfy nie zrozumieją — westchnął mężczyzna; straszliwie tani wybieg. — Inaczej sobie emocje układacie. Mógłbyś mnie zostawić?
— Co tu jest do rozumienia? — zapytał z odcieniem autentycznej ciekawości Iorweth.
Błoto plasnęło. Watażka przeszedł te parę dzielących ich kroków, robiąc tyle hałasu, ile zapijaczony krasnolud. Uprzejmość, znaczy. Stanął obok agenta, który zaczął kląć w myślach. Spróbowałby rozprostować palce, ale był dziwnie pewien, że jednak wciąż będą drżały.
— Dziecku. nic. w Vergen. się. nie. stanie — wyrecytował pułkownik, nadal dosyć łagodnie. — Przysięgałem. Zginę, jeśli będzie trzeba, żeby ochronić Anais la Valette, córkę Foltesta, tę małą, która właśnie czeka na ciebie w salonie. Poświęciłbym własne dzieci, ale nigdy nie będę mógł poświęcić twojej królowej. Co tu jest do rozumienia? Co takiego sobie wasza nędzna rasa wymyśliła, czego nie miałbym zrozumieć?
Właściwie nic. Nic racjonalnego, nic o honorze, nic, co dałoby się ująć w elfie standardy myślenia inaczej niż „histerie Dh'oine", bo w końcu oddawanie dziewczynki mordercy jest całkowicie logiczne, jeśli ten wcześniej dał słowo. Zresztą, naprawdę jest logiczne, bo owszem, Roche też dzieci zabijał – logiczne, tylko diabelnie ciężkie.
Naprawdę nie umiał odpowiedzieć tak, by tamten pojął, więc milczał, powolutku rozluźniając palce, prostując ramiona, czekając, aż watażka się znudzi próbami zrozumienia obcej, podrzędnej według niego kultury. Iorweth jednak milczał cierpliwie, obserwując mężczyznę. Ładne parę minut.
— Znałem trochę Dh'oinne — szepnął wreszcie. — Znam.
Roche nigdy nie słyszał u niego takiego głosu: miękkiego, głębokiego, ciemnego. Głos do oswajania zwierząt, usypiania dzieci, uspokajania przerażonych, kojenia bólu. Sam takiego używał czasem na przesłuchaniach. Albo rozmawiając z ofiarami Wiewiórek.
— Potrzebujecie ciepła w ciszy, ciszy w cieple, półmroku, dotyku, stałego głosu, bicia serca obok — opowiadał watażka. — Jak każde prymitywne zwierzę. Potrzebujecie spokoju. Stabilności. Dam to twojej królowej. Umiem to dać, jeśli chcę.
Szlag by to, szeptało coś w agencie, pełne nieskończonego podziwu i niemal przerażenia, nie dziwota, że za nim młodzi w ogień szli. Bo nawet teraz, przy tak chłodnej treści, słowa pułkownika otulały jak kokon, samym brzmieniem, samą tonacją – przy pierwszym bólu, pierwszej wątpliwości, pierwszym problemie u Wiewiórek musiały działać jak fisstech.
— Znam trochę elfy i nie potrzebują niczego innego — odpowiedział odruchowo major. — Ciszy, ciepła...
— Możliwe — mówił teraz jeszcze delikatniej watażka. — Tak czy inaczej, dam to twojej królowej. A teraz ty daj sobie minutę na... jakiekolwiek tam wybuchy emocjonalne są Dh'oinne potrzebne – klnij mnie, proszę bardzo, jeśli ci to pomoże, płacz, krzycz, rozdzieraj szaty – ale potem weź się w garść. Minuta. Może dwie. Nie mamy więcej czasu. Zrozumiałeś?
Problem z takim tonem polega na tym, że nawet jeśli się go zna, samemu używa, analizuje jeszcze w trakcie wypowiadania, to trudno umknąć jego potędze. Zwłaszcza w sytuacji rozstroju nerwowego, zwłaszcza, gdy głos stanowi odpowiednik owinięcia w miękkie koce, przytulenia, pogłaskania po głowie – a tak, owszem, Vernon musiał przyznać, pułkownik był aż tak dobry. Zaskakujące, zwłaszcza u elfa. Ale mężczyzna dał radę prychnąć drwiąco.
— Wiem, co sądzicie o uczuciach. Nie cenicie tych, co je okazują.
— I tak zawsze reagujesz zdecydowanie zbyt histerycznie. — Iorweth wzruszył lekko ramionami; tonu nie zmienił. — Nie za twoje nikłe opanowanie szanuje cię Scoia'tael.
— Wiewiórki mnie szanują? Proszę, proszę – za co, w takim razie?
— Niemądre Dh'oine. Marnujesz swoją minutę...
— Za co? — nalegał agent, przechyliwszy się trochę w jego kierunku.
— Odpowiedź ci nie pomoże — zauważył elf.
— Czyli mnie szanujecie, ale ani nie wiadomo, za co, ani nic to nie zmienia. Jak to elfy — wytknął Roche; poczuł się trochę lepiej, pewnie z irytacji.
Watażka westchnął ciężko, tłumacząc, nadal ciepłym, zaklinającym tonem:
— Zmienia. Zabilibyśmy cię szybko, nie torturowali, gdyby kiedyś się trafiła okazja.
Vernon, zdetonowany, wybuchnął śmiechem, może nieco histerycznym, ale przynajmniej śmiechem, wypełniając nim całe pozostałe pół minuty.
