Jeszcze to i jeszcze jedno opublikujemy i nawet skończymy pierwszy rozdział. Ha. Znaczy, nawet nie będziem ciągle nudzić o tych samych bohaterach. Prawie ciągle, to tak.
Z wielkich odstępstw od tego, co mówią nam w grach (gdzieś to trzeba zawrzeć, a na raty jest... chyba wygodniej). "A": chronologia u Sapkowskiego się straszliwie miesza sama z siebie, tak naprawdę. Nielogiczna jest, w sumie. Mało działa (Lara, chronologicznie, na przykład nie działa zgoła wcale, Enid właściwie też trudno upchnąć). Parę innych rzeczy również, zresztą, W czytaniu to nie przeszkadza, w pisaniu fików bardzo. Po czym mamy jeszcze grę i w grze, co jakiś czas, kto sobie rzuca, że Iorweth od stu lat/wieku walczy z ludźmi. Co stoi w takim drobnym... niedopasowaniu do książek. Takim dużym. Bo taki Isengrim walczył od czterech, jak mówi, a od trzech dowodził komandem; znaczy, rotacja była szybka i dekad doświadczenia nie trzeba było, Isengrim nie mówi o sobie w tonie jestem jednym z najmłodszych, najkrócej walczących żywych legend, ne?; bo ostatnio podobno był spokój (jasne, to mógł byś spokój a la Europa Środkowo-Wschodnia w XIX wieku, co dekada powstanie, tylko w innej części, tylko tam wszyscy raczej o tym, jak to ostatnie dekady szlus był i koegzystencja, wiedźmin jest zdziwiony, jak widzi elfy zabite w potyczce, tak koło pierwszej części), bo gdyby jacyś watażkowie sobie latali od stu lat po lasach, to ktoś by wspomniał w tych książkach; bo Iorweth się nie zachowuje na sto lat walki, noż chaosie (Isengrim po czterech latach twierdził, że widział już zbyt dużo prowokacji i tutaj mu wierzę; prowokacja Letha, nawet biorąc pod uwagę mechanikę narracyjną gry, jest dziecinna). To się nie składa. Oczywiiiście, mogłabym naciągnąć masę rzeczy i jakoś to poskładać, czemu nie, zdolności mamy k'temu podobno, ale było mi prościej, zamiast naciągać siedem faktów i ogólny ton książek, radośnie stwierdzić, że wszyscy mówiący mieli na myśli no, trochę dłużej niż reszta. Wieki cię nie widziałem i w ten deseń. Z dwadzieścia-trzydzieści lat, może. Nie sto.
Anais miała koszmary. Pierwszą noc Roche przesiedział przy niej całą, bez sekundy snu; w dzień mała zajmowała mu czas, lekceważąc markiza, na koniu Vernon zdołał się zdrzemnąć najwyżej dwie godziny, co, biorąc pod uwagę, że ostatnie dni przed spotkaniem z królową też jedynie podsypiał, było zdecydowanie zbyt mało. Mimo to w trakcie kolejnej nocy, którą spędzali w wiejskiej karczmie, gdy dziecko wreszcie usnęło, przeszedł nie do sypialni, a wspólnego pokoju.
We wspólnym czuwały elfy, niemniej, skoro mieli przetrwać razem kilka tygodni w jednym mieście, to mogli równie dobrze przeżyć te parę godzin w jednym pokoju. Przeżycie oznaczało siedzenie w kompletnej ciszy: jeden z szeregowców pod ścianą, Iorweth na ławie przy drzwiach, Vernon naprzeciwko. Yeylia zmieniała szeregowca po godzinie.
Kręgi wirowały agentowi pod powiekami, kiedy tylko zamykał oczy. Kolorowe, śliczne, prawie pocieszne. Poza tym nic zgoła się nie działo. Rozmawiać nie było sensu, zmęczenie plątało mu język.
— Panie pułkowniku — szepnęła nagle elfka.
Watażka nie dał jej przejść do rzeczy.
— Nie będę spał. Za dużo rzeczy jest zrobienia, za istotna sprawa. Idź, jeśli jesteś zmęczona.
Kapitan zacisnęła wargi.
— Nigdy bym...
— Potrzebuję sprawnego zastępcy, Yeylia. Idź spać.
Potrząsnęła głową. Iorweth, wyrwany z czuwania czy zamyślenia, przeniósł wzrok na Roche'a:
— A ty? — spytał obojętnie.
— Nie zasnę — mruknął major.
Próba wmówienia komukolwiek, że nie powinien, byłaby zbędną głupotą. Potrzebował, paląco potrzebował. Nie mógł. Kropka.
Elfy przeniosły na niego spojrzenie pełne zimnej wzgardy.
— Zapytałbym, czemu, ale Dh'oinme nigdy nie umieją odpowiedzieć na tak proste pytania — stwierdził watażka. — Z tchórzostwa może, może z niewiedzy – bardziej nie znasz powodu czy się bardziej go boisz? — spytał z teatralnie modulowaną troskliwą ciekawością.
Vernon zacisnął zęby. W ciągu ostatnich miesięcy przechodził bardzo przyspieszony kurs pokory: żadnego króla za plecami, przywilejów ani nawet własnych ludzi, którzy byliby gotowi zabić na jedno skinienie. Została tylko twarda rzeczywistość, w której ci, co nie umieją wstrzymać odruchu urażonej godności vel skaczą do gardeł po jednym rzuconym „kurwim synie", giną natychmiast.
To nie było tak, że agent się nie umiał opanowywać – tyle razy grał podczas przesłuchań, że repertuar zachowań naprawdę dlań niedostępnych był niewielki. Dotąd po prostu nie musiał: i fakt, że teraz, zamiast wyzwać pułkownika na pojedynek, przyrżnąć mu w zęby, znieważyć sprawę oraz matkę, w milczeniu przełyka gniew, bynajmniej go nie cieszył. Choć to przecież, sarkała ironiczna część jego samego, taka wyśmienita okazja do nauki.
Przede wszystkim jednak wszystkie części jego „ja" były diabelnie zmęczone, dlatego pewnie odpowiedział, stłumiwszy tylko ociupinkę gniewu:
— Bo jesteś rzeźnikiem, szowinistą, rezałeś wioski, zabijałeś dzieci, tamtą szkołę do dzisiaj pamiętam…
Terrorysta parsknął z wielkopańską pobłażliwością:
— Zapytałbym z kolei, jaki niby związek istnieje między wojnami sprzed lat, a twoją bezsennością, skoro ja sypiam dobrze mimo Loc Muinne, pokoju cintryjskiego i waszych kolejnych mordów, ale Dh'oinne takich rzeczy też nigdy nie wiedzą. Zasłaniają się tylko sentymentalnymi bzdurami.
Roche powinien znowu zagryźć zęby i jakoś zmilczeć, ale postanowił – gniew postanowił za niego – zaryzykować. Skoro Iorweth był w niezłym nastroju, to major zagrał kartą wyczerpania. Usunął z głosu choćby cień sarkazmu, dodał zgorzknienie, ironię, rozczarowanie:
— Takimi jak honor, sprawa, wolność, dynastia, ojczyzna, kształt uszu, Temeria... Sentymentalne bzdury, zaiste. Loc Muinne to przypadkiem nie kolejna?
Yeylia skrzywiła pogardliwie wargi, sięgnęła po broń. Pułkownik wstrzymał ją gestem ręki.
— Dh'oine jest zmęczone — mruknął — albo takie udaje. Ale weźmy jego grę za dobrą monetę, czemu nie — parsknął śmiechem. — Kilka miesięcy w partyzantce nauczy cię rozsądniej wybierać, Roche. Po prostu dotąd miałeś za wygodnie, zawsze cudze rozkazy za plecami... Szybko ci to przejdzie — zacmokał z pobłażaniem. — Naiwne, naiwniutkie stworzenie.
Kapitan parsknęła gniewnie.
— Morderca na krótkiej smyczy, piesek... Umie tylko służyć, merdać ogonkiem, przynosić kość, nic więcej.
Roche próbował myśleć o sytuacji jako o ćwiczeniu pokory. Nie bardzo pomagało. Przemknęło mu przez głowę, że za moment zaczną go boleć mięśnie szczęki. Od zaciskania zębów.
— Yeylia — przypomniał łagodnie watażka — to sojusznik jest.
— I zaraza może być sojusznikiem, jeśli w dobry czas przyjdzie — zauważyła elfka. — Dh'oine to Dh'oine – żyje to, by żyć, myśli tylko o własnym komforcie, własnej skórze, własnych pieniądzach – nie zna poświęcenia. Dh'oinne nie widzą nic ponad życiem. Jak zwierzęta, jak rośliny… Giną tylko za pana, jeśli je wytresować.
— Sprawa jest surową panią — syknął Vernon, zbyt wściekły, by miarkować słowa. — Znacznie okrutniejszą niż ktokolwiek z żywych. I dlatego właśnie tacy, jak wy, ją kochają – bezwzględna, ale milcząca. Idealna wymówka tych, których bawi okrucieństwo… Sprawa jest surową panią, co druga złapana Wiewiórka to powtarzała.
— To aluzja do mojego brata? — wyłapała natychmiast Yeylia; głos się stał lodowaty, zachowała jednak idealny spokój. — Do tego, co mówił, by podtrzymać w sobie ducha, kiedy go torturowałeś? Do tego, za czym ukrywał odpowiedzi na twoje pytania?
— Skąd pewność, że je ukrywał? Że utrzymał ducha? — spytał nonszalancko agent, błyskając zębami w wilczym uśmiechu, zarzucając głowę do tyłu, jakby przy wybuchu wesołości.
Elfka w mgnieniu oka doskoczyła do niego. Nie wyjęła broni, po prostu stała dosłownie o pół metra, z prześliczną twarzą zielonookiej lalki wykrzywioną grymasem nienawiści.
— Mogę go wyzwać na pojedynek? Dyplomatycznej konwencji to nie naruszy — spytała proszącym, błagalnym prawie tonem.
Iorweth milczał chwilę, markując zastanowienie. Potem zresztą nadal uciekał od jasnej odpowiedzi.
— Nie okazuj emocji, Yeylia, jesteś jeszcze młoda, ale nie aż tak, to powoli przestaje uchodzić... Twój brat zginął powieszony, ślady tortur były przy egzekucji widoczne, nikim ważnym nie był, przesłuchiwali go krótko, pewnie faktycznie nic nie powiedział, więc – pojedynek, pojedynek... Major nieźle włada ostrzem, jak na Dh'oine, ty z kolei radzisz sobie przyzwoicie, ale nie wybitnie jeszcze – może nawet wynik nie byłby z góry przesądzony — deliberował na głos. — Swoją drogą, tak dla twojej informacji, Vernonie Roche, to w normalnej sytuacji za taką sugestię Dh'oine straciłoby życie... Ale ty posłujesz — zakończył z westchnieniem.
Zaraz potem dodał, tym samym lekkim, zblazowanym tonem „aen muineal" – niemal w tej samej sekundzie agent poczuł ostrze na swoim gardle, dłoń zaciśniętą we włosach. Jak miło.
Watażce nie drgnęła powieka.
— Tylko się nie rzucaj, nie zrobi ci krzywdy — oznajmił. — To... przypomnienie. Widzisz, oddział się mnie usłucha bez namysłu. Twój sen lub jego brak nie mają wpływu na nic. Są bez znaczenia. Ty także. — Przekrzywił lekko głowę. — Jakąkolwiek wagę mają jedynie moje słowa, moje decyzje, moja wola. Dziecku włos z głowy nie spadnie, bo ja tak chcę. Ty mógłbyś przespać choćby następne trzy tygodnie. Vort, Yeylia.
Major przez kilka sekund, bardzo żałośnie, jak wiedział, przełykał gorączkowo ślinę, bo gardło miał zbyt suche, by wymówić słowo. Elfka w tym czasie nadal nalegała na pojedynek, chociaż perorowała już opanowanym, zimnym głosem...
— ...zabito mi brata za sprawę, zginął, jak my wszyscy mogliśmy, należy się mu – zasługuje – ja zasługuję, za to, co mi odebrano...
— Wszyscy cywile z popalonych wsi, wszyscy powywieszani za jakieś urojone przewiny wobec Wiewiórek zasługiwali na to, by ich morderców osądzić — warknął Roche, znacznie głośniej niż zamierzał. — I wszyscy nieludzie, którzy zginęli przez wasze wojenki, zresztą też.
Upokorzenie wrzało mu w żyłach, czyniło głupio porywczym. Jakoś nie mógł się przemóc i choćby spróbować opanować.
— Na to, żeby zostać osądzonym, najprędzej zasługujesz ty — syknęła nienawistnie kapitan, odwracając się tak gwałtownie, aż pukle złotych loków wysunęły się z niedbałego zapięcia — zbrodniarzu wojen...
Skrzypnęły uchylane szerzej drzwi.
— Nie kłóćcie się — poprosiła Jej Wysokość, bardzo, bardzo dziecinnie, bardzo żałośliwie. — To tylko polityka — dodała z wymuszonym uśmiechem. — Nie krzyczcie.
Dziewczynka pamiętała, by narzucić na siebie coś ciepłego, ale już na wdzianie bucików nie miała prawdopodobnie czasu: stała boso na progu, w koszuli nocnej i pelerynie z lisa. Niezapiętej, więc spadającej z ramion.
Na moment wszyscy zamarli. Królowa w tym czasie się wślizgnęła do pokoju, drepcząc w kierunku Vernona. Przestraszona – próbowała to ukryć, całkiem zręcznie jak na swój wiek. Mężczyzna, zastanawiając się z przerażeniem, ile z rozmowy podsłuchała mała, odruchowo wyciągnął ręce, wziął Jej Wysokość, opatulił, mrucząc jakieś nieskładne, acz typowe, zdania o konieczności uważania na zdrowie, że nie ma można na bosaka latać po podłodze, że...
— Przepraszam — odparła poważnie Anais. — Miałam zły sen, obudziłam się, a tutaj było światło. — Po czym, jakby sobie coś uprzytomniwszy, odwróciła głowę w kierunku Yeylii. — Pani też zabito brata? — spytała takim tonem, jakby pytała o pogodę, ale też z cieniem prawdziwej ekscytacji, jak przy poznaniu kogoś, kto dzieli nasze najdziwniejsze pasje. — Mnie się to właśnie śniło... często się mi śni. To albo jak tamten wiedźmin zabił papę, albo ten napad i wyrżnięcie ludzi z obstawy... Im poderżnięto gardła, widziałam, a potem mnie zabrali i zamknęli, gdyby wujek nie przyszedł, to by mnie pewnie więzili jeszcze lata albo zabili, tylko wtedy pewnie zgwałcili najpierw...
W tonie, jakim Jej Wysokość opowiadała, był szczery żal, ledwo przykryty automatycznością wielokrotnie przepowiadanej anegdoty lęk, a przy wzmiance o gwałcie – widoczna nieznajomość tematu. Dziewczynka powiedziała słowo jak imię potwora, coś, czym się straszy maluchy, lecz o czym maluchy mają pojęcie bardzo abstrakcyjne. Dzięki bogom, myślał agent. Gardło miał ściśnięte – bo się prawie spóźnili, bo i tak byli za późno...
— A jak zamordowano pani brata? — spytała nagle królowa. — Jeśli wolno spytać — dodała, przypomniawszy sobie o manierach.
Ku pewnemu zaskoczeniu majora, elfka, zamiast całą opowieść przyjąć obojętnym wzruszeniem ramion, złagodniała już przy pierwszym zdaniu, przy wyrazie „gwałt" się wzdrygnęła, przy pytaniu posłała zaś dziecku uśmiech, który miał być pewnie krzepiący, choć wyszedł raczej smutny.
— Powiesili go po przesłuchaniu — odpowiedziała spokojnie. — Nie było mnie przy tym. Poświęcił się, żeby mnie ratować, kazał mi iść, sam został z tyłu, mógł spokojnie uciec, tylko wtedy mogliby mnie złapać, byłam ranna, nie dałabym rady dość szybko... więc powiedział, że dotąd ja się nim opiekowałam, bo był młodszy, to on teraz spłaci mi te wszystkie lata – kretyn, jakbym traktowała to jako dług! – i został. — Nie było w niej tego automatycznego, sztucznego dystansu, który wchodzi w najgłębszy nawet smutek przy wielokrotnym powtarzaniu historii.
Roche uznał, że właściwie powinien chyba udać zakłopotanie, którego nijak ni czuł – minimum decorum zdawało się tego od niego żądać – więc spuścił oczy. Iorweth co prawda nie zawracał sobie głowy takimi drobiazgami, słuchał Anais beznamiętnie, Vernon wszakże nie zamierzał upadać aż tak nisko.
— Aha. — Pokiwała głową mała. — Mój, Bussy, też był młodszy. Znaczy, o parę minut, ale był. Obiecałam mu, że się nim zajmę, że się nim zaopiekuję, że go obronię — westchnęła ciężko. — Się nie udało. Głupio obiecywałam, ale wtedy się mniej bał, mniej płakał, a jak płakał, to irytowało wszystkich baronów, no i co to za król, więc próbowałam... — głos jej zadrżał, podbródek też, przylgnęła do agenta. — Próbowałam, żeby było lepiej, żebyśmy przeżyli i mogli się kiedyś z tego razem śmiać. Papa zawsze mówił, że człowiek po latach się śmieje ze wszystkich tarata... tarapatów, w jakie popadł. W dobrych snach też tak mówi, tylko rzadko mam teraz dobre sny, a one i tak się źle kończą — opowiadała jak nakręcona, szybko, wyrzucając słowa, jak kusza bełty. — Się bawimy, śmiejemy, a potem papa i Bussy i tak raptem giną albo nagle mają pretensje, że go nie ochroniłam, chociaż jestem o te parę minut starsza i nawet papie obiecałam, że się będę nim opiekować – albo zabijają Arjana, albo mamę, albo ich oboje, i ja nic nie mogę zrobić, tak samo, jak przy papie... Pani też ma złe sny?
Yeylia wyglądała na nieco zasmuconą. Zważywszy na to, iż elfy nie zwykły płakać nawet po własnych dzieciach, prawdopodobnie było to oznaką najwyższego wzruszenia.
— Rzadko. Teraz już rzadko. — Kapitan posłała dziewczynce kolejny uśmiech, wstała i zaczęła czegoś szukać w torbie. — Rysowałam dużo, to pomogło. Nie chciałaby Wasza Wysokość spróbować? Kiedy Wasza Wysokość się obudzi z koszmaru, to narysować szczęśliwe zakończenie – potem się można nauczyć i manipulować samym snem tak, żeby się dobrze kończył, bez budzenia... O, jest. – Wyjęła kilka kartek. — Chciałaby Wasza Wysokość?
— Sny się nie mogą kończyć dobrze — odparła poważnie Anais, prostując się nagle i przybierając postawę całkiem pełną królewskiej godności. — Oni nie mogą w nich przeżyć. Bo wtedy nie będę się chciała budzić, będę uciekać w sny, w fisstech, będę zostawiała życie. Tak mówi Natalis — dodała, jakby uprawomocniając tezę. — A kraj mnie potrzebuje. I muszę pomścić ojca i brata. Nie mogę uciekać.
— Mordercy Jego Książęcej Mości są martwi, Wasza Wys... — Roche urwał, widząc cień niezadowolenia na twarzy dziewczynki. — Kochanie. Detmolda ubili w Vergen, ambasadora Cesarstwa nieszczęśliwy wypadek spotkał, skur... hrabia nie żyje, żołdactwo im przetrzebiliśmy...
— Królów raczej nie dosięgnę, wiem — przerwała mu melancholijnie mała. — Ale mogę pomocników. Jeden martwy hrabia nie wystarcza. Za hrabią ktoś stał, zbrodniarzom ktoś pomagał. Muszę ich wszystkich odnaleźć i zabić. Przyrzekłam sobie. Poderżnę gardła wszystkim, którzy celowo przyczynili się do śmierci mojego ojca i brata, wszystkim, których jest w ludzkiej mocy dosięgnąć.
— Honorowe słowa — mruknął Iorweth bez cienia ironii w głosie. — Bardzo. Godna przysięga, zaszczytem będzie pomóc ją wypełnić.
Vernon przez moment mu czegoś zazdrościł i to coś równocześnie podziwiał. Bezwzględność, może. Może opanowanie. Może kompletną amoralność. Może zdolność kłamania. Wszystkie cechy warte grzechu.
Agent, niezależnie od tego, co mówił, się czasem przejmował, czasem głupio ufał – zwłaszcza możnym tego świata, niemądry odruch chłopca z biednej dzielnicy, zachwyt nad bogactwem, nad wielkością, choćby pozorną – nie umiał ukrywać emocji i w jego „gdzie drwa robią, tam wióry lecą", więcej było z ucieczki niż zimnej pewności wiary.
— Nauczycie mnie strzelać z łuku! — oznajmiła dumnie dziewczynka. — Bo jestem kobietą, więc zawsze będę słabsza, do tego nie mogę narażać... bytu politycznego Temerii, więc nie mogę walczyć z bliska, czyli łuk to idealne rozwiązanie, a elfy to przecież najlepsi łucznicy na świecie! — Prawie podskakiwała majorowi na kolanach.
— Oczywiście, Wasza Wysokość. Od pierwszego dnia, jeśli takie będzie życzenie Waszej Wysokości — zapewnił pułkownik. — Ale sen też jest bardzo potrzebny wojownikom i królom. Sen oraz sposób na pozbycie się koszmarów, których dostarczają wojenne i królewskie obowiązki.
Kapitan wyciągnęła plik kartek w kierunku dziecka, z delikatnym, troskliwym uśmiechem na wargach – niech królowa z nią pójdzie do pokoju, tam jest łóżko, może da radę zasnąć. Mała się namyślała przez chwilę, po czym ześlizgnęła z kolan mężczyzny. Chwyciła go jednak za rękę i pociągnęła za elfką. Tamta nawet nie zacisnęła warg tym razem – i resztę nocy spędzili u niej, właściwie całkiem miło, chociaż patrzył na nich portret brata Wiewiórki, na życzenie Anais wyjęty z medalionu.
Królowa, nim tuż nad ranem wreszcie usnęła, rysowała z zapałem: krew, zabijanych ludzi, waleczne amazonki, jeszcze więcej zabijanych ludzi, a potem, za namową Yeylii, spróbowała odwzorować wygląd sypialni i dostała przy tym pierwsze poważne wskazówki techniczne, które wciągnęły ją chyba na tyle, by zapomniała o mordach czy zemście. Choćby za to Roche, lustrujący sytuację spod ściany, teraz już pewny, że nie zaśnie, był terrorystce mgliście wdzięczny i przez fale zmęczenia przebijała myśl, jak bardzo wielki to błąd.
