Trzeciego dnia, późnym wieczorem, w nocy właściwie, dojechali do Vergen. Niemal cudem, zajeżdżając konie – zdaniem Vernona, o które go nikt, rzecz jasna, nie pytał, Iorweth się stęsknił za Saskią.

Mimo pory delegacja Mahakamu czekała na swoją królową. Z darami koronacyjnymi, których wartość i przepych dosłownie zbijały z nóg. Złoto, pięknie kute miecze, paradna zbroja, niepraktyczna, ale za to ze skrzydłami i grawerowanym herbem Temerii, tarcze, hełmy, biżuteria, kamienie szlachetne. Już za ułamek tego można byłoby wystawić brygadę, oceniał major. Z wielkim żalem, gdyż prezenty koronacyjne stanowiły zabezpieczenie Jej Wysokości, rodzaj ewentualnej opłaty dla Doliny Pontaru, swoiste prywatne lenno – niemożliwością było spieniężenie na potrzeby partyzantki.

Podarki oficjalnie wręczano przy hołdzie, lecz delegacja, całkowicie podbita przez małą, zwłaszcza jej nonszalanckie traktowanie protokołu i zapał w słuchaniu o krasnoludzkiej kulturze, uchyliła rąbka tajemnicy wcześniej, prowadząc gości do skarbca, by zapewnić Jej Wysokość, już poza protokołem, o swoim oddaniu.

Sensu stricto, do skarbca prowadzoną tylko Jej Wysokość, bo Roche'a Mahakam traktował jak powietrze.

Anais wydarzenia dnia rozgorączkowały. Kiedy przeszli wreszcie do sypialni, biegała z mieczykiem dłoni od jednej obitej arrasami ściany do drugiej, położona do łóżka, podskakiwała, międląc poduszki. Spać nie zamierzała. Wypuszczać Roche'a z pokoju też nie, mimo wymogów protokołu i próśb samego mężczyzny, świadomego, że nocą przebywanie kogokolwiek poza guwernantkami czy damami dworu sam na sam z Jej Wysokością jest już nie nietaktem, a sprawą polityczną, której arystokracja temerska, nawet gdyby osobiście kraj im przywrócił, nigdy mu nie wybaczy.

Nie umiał wszakże dziewczynce odmówić, zwłaszcza, gdy zaczęła, jak od paru miesięcy miała w zwyczaju, po prostu rozkazywać. Co oznaczało, że kolejną noc spędził bez snu, tym razem niemal bez przerwy odpływając – na szczęście mała była zbyt zajęta opowiadaniem, by zwrócić uwagę na nie zawsze dość szybkie czy sensowne odpowiedzi. Dopytywała się jedynie, czy na pewno słucha, a uzyskawszy potwierdzenie, wracała do szczebiotania. Krasnoludy, broń, biżuteria, Saskia, cudowna Saskia, taka dzielna i piękna, i taka groźna dla wrogów, i taka miła dla niej, i czy wujek słyszał historię o obronie Vergen? Tę napisaną przez Jaskra? Jutro sam bard wykona...

Wujek słyszał historię tej strony, w wersji mało cenzuralnej, od wiedźmina, co jednak pominął milczeniem. Sądząc z uderzeń zegara, była już po czwartej. Świat falował mężczyźnie przed oczyma.

— Nie śpicie jeszcze? — dobiegło od drzwi.

Saskia we własnej osobie. Roche skoczył na równe nogi, salutując, zawsze wierny sługa hierarchii, nawet jeśli przedstawiciel rzeczonej wyglądał zdecydowanie ahierarchicznie – Saskia miała rozpuszczone włosy, wojskową delię z insygniami dowódcy narzuconą na prosty żupan, przyszła pewnie prosto z łóżka.

To, że władczyni kraju się fatygowała, bo dziecko, choćby i królewskie, nie spało, samo w sobie było mało protokołowe. Ale Saskia niezbyt dbała o formalności i była, sądząc z opowieści Geralta oraz kilku dłuższych audiencji agenta, bardzo porządną kobietą. Wyrozumiałą, inteligentną, odważną, jak na polityka – szokująco dobrą. Co ona widziała w Iorwecie, poza faktem, że Vergen leżało w wąwozie, a elfy to najlepsi łucznicy na świecie, Vernon nie miał pojęcia.

— Może poproszę Yeylię? — zapytała teraz. — Podobno ją polubiłaś, jaskółeczko?

Egalitarna – przynajmniej nominalnie – Dolina Pontaru natychmiast zastosowała się do prośby Anais, by w sferze prywatnej nie stosować protokołu.

— Wujek ze mną jest — odparło dziecko, jakby to zamykało sprawę.

— Wujek też musi spać, skarbie — głos Saskii był miękki, jasny, opadał łagodnymi falami, zupełnie jak jej włosy.

— Może spać ze mną — podrzuciła mała. — Wolę być z nim. Mniej się – lepiej śpię. Nie musimy dbać o protokół, skoro i tak – i tak… — słowa uwięzły jej w gardle, na chwilę, potem dokończyła z jakąś rozpaczliwą odwagą wyrzucając wyrazy — …nie mam przecież państwa ani dworu, skoro się ukrywam, skoro żyłam w lesie – protokół jest dla… dla innych. Nie dla partyzantki.

— To się skończyło — zapewnił cicho agent. — Będziesz miała dwór. W Vergen znalazło schronienie kilka dziewcząt z całkiem zacnych rodów…

— Chcę odzyskać Temerię i pomścić ojca. Nie potrzebuję dworu. Nie chcę protokołu. Papa go prawie wcale nie stosował — ucięła rezolutnie dziewczynka. — Chyba, że wujek ma mnie dosyć? Wujku? — zapytała ze śladem lęku, odwracając twarz w jego stronę.

— Kochanie, nigdy bym… — zaczął Roche.

Saskia weszła mu w słowo, podchodząc do Jej Wysokości, siadając na brzegu łóżka.

— Wujek może cię usypiać, ale nie będzie dobrze, jeżeli zażyczysz sobie, by spędzał przy tobie całe noce. Musisz – jesteś już duża, jesteś już aż zbyt dorosła i aż nazbyt dzielna, a sprytna jak mała sówka, z tego, co wiem – i na pewno rozumiesz, że najmniejsze uchybienie dostarczy argumentów wrogom Temerii. Wujek może z tobą zostawać, aż nie zaśniesz – ale dzisiaj jest już późno, macie za sobą długą drogę, czekają was jutro obowiązki. Jeśli nie możesz się przyzwyczaić, poproszę Yeylię i zostaniemy z tobą obie, w porządku? Albo ściągnę Jaskra, niech coś zaśpiewa, na pewno zna wiele temerskich pieśni. Chcesz?

— Chcę wujka Vernona...

Mimo wyczerpania mężczyzna poczuł na wpół wzruszenie, na wpół satysfakcję, dławiącą radość, słysząc stalową pewność odpowiedzi. To niedobrze, zganił sam siebie, to niedobrze, że własne zadowolenie stawiasz ponad dobro kraju, ponad dobro królowej, która przecież musi się nauczyć, musi się oswoić, którą przecież zaraz zostawisz…

— …ale to nie chodzi o to, co chcę, tylko o to, co muszę — dokończyła z ciężkim westchnieniem Anais.

Najgorszą rzeczą było, że agent nawet nie mógł zaprzeczyć.

— Wszyscy coś musimy — przypomniała łagodnie kobieta. — Na tym polega życie.

— Mhm. I polityka — dodała odruchowo mała.

Brzmiała tak, jakby miała iść na ścięcie, z nutą nieodwracalnej rozpaczy. Saskia z Roche'em wymienili zatroskane spojrzenia.

— Są różne definicje polityki — szepnęła ciepło kobieta. — Bardzo różne. Ta, w którą wierzę, mówi, że nie ma różnicy między polityką a życiem, że każdy nasz krok wśród innych ludzi to polityka – że politykowanie jest tak naturalne, jak oddychanie, bo człowiek jest istotą stadną. Musi mieć innych naokoło siebie. Polityka to tylko… przejaw naturalnej potrzeby człowieka. I każdy ma prawo być jej częścią. To – to wspólnota, nie przekleństwo. W to wierzymy w Dolinie Pontaru. Mogę ci opowiedzieć więcej, jeśli chcesz. Mogę ci opowiedzieć, co chcemy… co budujemy. Razem z Yeylią. Ale pozwolisz wujkowi iść.

Rzecz wzbudziła zainteresowanie dziewczynki – oczy jej rozbłysły, otworzyła usta, jakby chciała zadawać pytania, które dopiero ostatni warunek Saskii wstrzymał. Vernonowi przyszło naraz do głowy, że faktycznie, dotąd „polityka" było używane przy królowej głównie jako zasłona, ostateczna instancja zbijająca wszelkie argumenty i nikt nigdy chyba nie próbował szczegółowo wytłumaczyć małej, co to owa wszechwładna polityka jest. Najpewniej uznając, że będą jeszcze mieli czas na filozofię albo uważając temat zbyt skomplikowany. Banda durni.

Nawet jeśli mężczyzna sam do końca filozofii politycznej nie rozumiał, to cóż, on był prostym żołnierzem, nie władcą kraju.

— Czyli muszę pozwolić wujkowi iść — jęknęła Anais niemal męczeńsko, wyskakując z łóżka i rzucając się agentowi na szyję.

Ściskał dziecko przez chwilę, potem pocałował, życzył – w długich, na przemian formalnych i czułych zdaniach – dobrej nocy, wreszcie wyszedł, chyba równie zraniony, jak ono.

Saskia wyszła na chwilę za nim, zawołać po Yeylię.

— Wasza Wysokość…

— Saskia.

— Pani, więc — mruknął Roche. — Skąd pani wiedziała, że nie śpimy? Nie chcemy na przyszłość budzić pół miasta… — Uprzejma wymówka.

— Iorweth zauważył światło i dał mi znać. — Kobieta wzruszyła ramionami, jakby stwierdzała oczywistość. — On nigdy nie śpi o tej porze. Nie może, zawsze się budził w tej czarnej godzinie, tuż przed świtem, kiedy sen jest podobno najgłębszy. Chodzi po mieście, czyta albo pracuje jakieś dwie godziny, a potem dosypia, jeśli jest okazja.

Odpowiedź wzmogła tylko irytację mężczyzny.

— Akurat. Kiedy mu wyrżnęliśmy oddział, w tej czarnej godzinie, a juści, to spał jak dziecko, oszukaliśmy warty i prawie go na posłaniu dorwaliśmy tamtej nocy…

Już wymawiając słowa, zdał sobie sprawę, że były błędem, wynikającym ze zmęczenia, nie dość szybkiego kojarzenia faktów. Błędem, który będzie wyglądał na złośliwość albo co gorsza głupotę. Saskia była jednak wyrozumiała.

— Tak, oczywiście: zawsze od tamtej nocy — doprecyzowała, tonem w stylu tego, którego używamy do dyskusji o kolorze ścian. — Ciaran też o tym wspominał. Kiedy decydowałam, że będziemy razem sypiali — teraz w jej głosie zadźwięczała demonstracyjna nuta.

Zapadła cisza, którą dziewczyna przerwała dość rychło, gwałtownie wyrzucając z siebie słowa. Jakby się bała, że nie zdąży, że Vernon wreszcie posłucha i pójdzie spać.

— Nie umie zaufać wartom. Tak myślę.

I się po prostu boi, nadal, dopowiedział mężczyzna, czego nie chcesz powiedzieć na głos, pani. Szok uszkodzonego ego mu pozostał.

— Wtedy przepadł cały jego oddział – jemu zależy na elfach najbardziej na świecie. Bardziej tylko na sprawie, ale idee, w które się aż tak wierzy, nie należą do świata.

Jemu najbardziej zależało, przemknęło przez głowę agentowi, teraz mu najbardziej zależy na tobie, pani. Iorweth już zdradził i Roche bardzo, bardzo pragnąłby być przy chwili, gdy tamten to wreszcie dostrzeże.

'

'

Pierwszą rzeczą, jaka do Vernona dotarła, gdy się budził, była nucona elfia pieśń wojskowa, My, pierwsza brygada. Wpadł więc w odruchową panikę i otwierając oczy, już wstawał, już sięgał pod poduszkę po sztylet, już był gotów do walki.

W następnych sekundach doprzytomniał na tyle, by zarejestrować, że melodię nuci Anais, rysująca coś z zapałem. Obok na kanapie siedziała Yeylia, najwyraźniej dając dziecku wskazówki. Sytuacja była więc bezpieczna. Vernon sklął w duchu. Był w Vergen, powinien się zacząć przyzwyczajać do nieludzkiej propagandy.

Aczkolwiek fakt, że owa propaganda najwyraźniej już zaraziła jego królową, co najmniej irytował. Nawet jeśli agent, patrząc na elfkę, przyznawał, iż tamta prawdopodobnie nauczyła małą piosenki bez cienia złej woli; innych niż ideologiczne raczej nie znała.

— Zły sen? — skomentowała jego gwałtowne przebudzenie dziewczynka.

Potaknął, pomijając szczegóły.

— A co wy tu robicie? — spytał z niepokojem.

Jej Wysokość nie powinna go z pewnością widywać w nocnym dezabilu. Scoia'tael nie powinno go widywać bezbronnego. On powinien się obudzić, kiedy tylko ktoś wszedł. I nie powinien spać do popołudnia, a sądząc z odcienia światła, jednak się mu przytrafiło.

— Vanarael koniecznie chciała być obok ciebie. Czemu miałabym jej zabraniać? Rysować można wszędzie. — Kapitan wzruszyła ramionami. — Wzięłam ją na ręce, żeby cicho wejść i cię nie zbudzić. Może i fechtuję tylko średnio, ale podchodzić wroga sam pułkownik lepiej nie umie — dodała z uśmiechem. — Dopiero nucenie cię wyrwało...

— Wcale nie! — prychnęła gwałtownie Anais. — Nuciłam wcześniej dwie piosenki i wujek spał.

Temerskie piosenki, zgadł Roche. Nadal wszakże: nie powinien sobie pozwolić na spanie przy jakichkolwiek dźwiękach. Nawet po kilku dniach niemal ciągłego czuwania.

— Która godzina?

— Po drugiej. Krótko spałeś, niecałe dziesięć godzin... — ton Yeylii sugerował, że powinien natychmiast ponownie zasnąć i przestać zawracać im głowę.

— Z połowę za dużo.

— Nie po tylu bezsennych nocach.

Vernon nie był w nastroju na kłótnie. Poza tym, pozycja tego, który przyjmuje kobiety – w tym własną królową – w stroju nocnym, zdecydowanie mu ewentualne spory utrudniała. Jasne, różne rzeczy na dworze Foltesta się działy, w różnych stanach Jego Wysokość agent widywał, zwłaszcza po hucznych ucztach, jednak między Foltestem a dziewięciolatką, choćby i rzeczonego córką, istniała pewna różnica.

Rzeczonego córka, odłożywszy porządnie, równo papier i węgiel, wdrapała się teraz na łóżko i siadła obok mężczyzny. Szlachta, deliberował tenże, mnie zaraz po wojnie zabije.

— Co dzisiaj robiłaś? — zapytał, próbując jakoś doprowadzić sytuację do normalności.

Dziecko wybuchnęło szczebiotem.

— Ciocia Yeylia się mną rano zajęła, bo ze mną spała, a wstałyśmy raniutko, ciocia pokazała mi cały dwór, pokazała mi Vergen, spotkaliśmy wujka Jaskra na placu targowym – znaczy, wujek Jaskier był w karczmie, ale wujek Zoltan go poprosił – w ogóle wszyscy powiedzieli, żebym do nich mówiła per „wujek" i się nie przejmowała protokołem, bo to nie zjazd czarodziejek, a wujek Yerpen nazwał czarodziejki tak, jak Talar, i ciocia Yeylia prawie go zabiła, że mnie deprawuje – a, więc wyciągnęli wujka Jaskra, że ma mi coś zaśpiewać – i zaśpiewał mi swoją balladę o Saskii, i obiecał, że skomponuje jakąś na moją cześć, a potem poszliśmy wszyscy zwiedzić katakumby, a potem dopadł nas markiz Fayatte i powiedział, że musimy ułożyć plan lekcji — stwierdziło z wyraźnym żalem. — A potem przyszłyśmy tu, żeby poćwiczyć rysowanie, bo jak od jutra zacznę lekcje, to wolnej chwili nie będę miała... Zwłaszcza, że jeszcze poprosiłam o dodatkowe z łuku, a ciocia powiedziała, że będzie mnie uczyć skradania, w ogóle skrytobójstwa, w zastępstwie ciebie, jak pojedziesz — entuzjazm wrócił do głosu dziewczynki, znów podskakiwała nieco na łóżku.

Roche miał nadzieję, że udaje się mu wyglądać na równie zadowolonego, choć wizja Wiewiórek, uczących jego królową mordowania ludzi, jakoś weszła mu pod powieki i za nic nie chciała wyjść. Oczywiście przesadzał. Przesadzał, bo w końcu umiejętności partyzanckie w obecnej sytuacji się małej raczej przydadzą, sam ją ich uczył – niemniej, żadna liczba logicznych argumentów nie mogła mu zrównoważyć mdlącej, powracającej obawy.

— I rysunku — mruknęła łagodnie elfka, jakby zauważywszy niepokój mężczyzny. — Poza tym, plan zajęć zireael naszej jest godny władczyni. Sztuki wyzwolone, etykieta, polityka, taktyka oraz strategia, historia, muzyka, taniec...

— Etykieta — westchnęła Anais, marszcząc brwi z niezadowoleniem. — Matematyka albo biologia, albo taktyka, albo rysunki są chociaż ciekawe – wszystko jest ciekawe poza protokołem! Ale etykieta jest potrzebna, wiem — dodała zrezygnowana. — Markiz mi tłumaczył. Władca musi wiedzieć, kiedy i jak bardzo jest niegrzeczny, żeby móc dobrze manipulować ludźmi i prowadzić skuteczną politykę. O. Markiz opowiedział mi historię drobnej wojny z powodu źle położonej przy obiedzie serwetki, chcesz usłyszeć, wujku?

Wujek historię znał od kulis, więc wiedział, że nie do końca o serwetkę w niej chodziło – o pretekst raczej. Ale owszem, z dyplomatycznego punktu widzenia rzecz się rozpoczęła od serwetki, osobiście ją podkładał, więc potaknął i wysłuchał opowieści, uwikłanej w miliony dygresji, a potem następnej, następnej, jeszcze następnej, aż Yeylia przypomniała małej, że mają jeszcze zobaczyć plac ćwiczeń. Królowa schwyciła rysunki, wyszła, machając „wujkowi" ręką. Kapitan skinęła sztywno głową, zagarniając dziewczynkę niemal zaborczym gestem, ledwie ta odeszła od Vernona.

Który w sumie odetchnął, bo wreszcie się mógł spokojnie ubrać. Rozpocząć dzień, choćby z opóźnieniem. Nim jednak przeszedł do tych praktycznych czynności, zakurzył fajkę, Świadomość, że Wiewiórki ot, tak, wpadają mu do sypialni i oglądają w rozespanym, cholernie bezbronnym dezabilu, zdecydowania usprawiedliwiała sięgnięcie po środki odprężające i kilka chwil błogiego lenistwa. Nazwę to medytacją, syczał w duchu agent, nad chędożoną ironią losu.

'

'

Vergen, uznała po kilku tygodniach Anais, było fantastyczne. Oczywiście, nie tak fantastyczne jak Wyzima albo zamek rodowy mam... Arjana, z nieskończoną wprost ilością kryjówek i tajnych przejść, nadal jednak całkiem fantastyczne.

Po pierwsze, był tu wąwóz. To było nieco dławiące na początku, wydawało się, że te wielkie skalne ściany zaraz człowieka przygniotą, ale potem, jak się już przywykło, to rzecz sprawiała całkiem ciekawe wrażenie, takiego obcowania z groźną, nieujarzmioną naturą, jak to mówił wujek Jaskier. Po drugie, Vergen mieszkało praktycznie pod ziemią. Mieszkanie pod ziemią, w norkach czy jamach, czy pieczarach miało w sobie coś wielce poetycznego i dziewczynka była na początku nawet nieco rozczarowana, gdy się okazało, że to takie udomowione pieczary, wielkie piwnice bardziej, z dywanami, arrasami, meblami i wszystkim. Nie dała jednak nic po sobie poznać – bo i długo nie żałowała, zaraz ją zajęły nowe odkrycia. Vergen miało park, na przykład, bardzo ładny, choć malutki, z fontanną nawet. I sadzaweczką. Oraz bardzo skomplikowany, a przez to interesujący, system pobierania wody ze źródeł głębinowych. Rozprowadzano ją potem do studni, a na zamku nawet bezpośrednio do komnat, bo dwór był w pełni skanalizowany (Anais chyba z dziesięć razy musiała powtórzyć słowo, nim się go nauczyła).

Vergen, po ente i najważniejsze, miało mostki. Mostki natychmiast zafascynowały Anais. Można było na nich siedzieć, majtając nogami, jeśli akurat nikt nie przechodził, można było na nich się kołysać trochę albo stać i patrzeć w dół, aż się kręciło w głowie od wysokości (aczkolwiek, bogami a prawdą, zwykle któryś z wujków zaraz ją ściągał, blady z przerażenia). Albo po prostu obserwować ulice, codzienną krzątaninę, życie.

Obserwowanie jest potrzebne władcom. Ale poza tym było pasjonujące, bo najbardziej fantastyczną rzeczą w Vergen byli mieszkańcy. Królowa nie widziała dotąd tylu nieludzi. Ludzi zresztą tutaj też było sporo, tłok panował wielki, bo Dolina Pontaru, jak tłumaczyła ciocia Saskia oraz markiz, cieszyła się niezwykłym okresem prosperity, wobec czego rzesze ściągały, by spróbować tu szczęścia. Rzesze tak wielkie, że samo Vergen już nie było w stanie pomieścić, a że wąwóz uniemożliwiał stworzenie podgrodzia, to bujnie rozwijały się – czy raczej odbudowywały się – okoliczne wsie, które rychło zaczęły pełnić podobną, aprowizacyjną-rzemieślniczą, funkcję.

Tłumy były arcyciekawe. Krasnoludy, na przykład, lubiły kolorowe stroje, dużo klęły, okazywały emocje, miały dużo znajomych i wszędzie chodziły stadnie. Wyraźnie lubiły towarzystwo. A takie elfy nie, w większości siedziały same, tylko z rodziną, mówiły dużo, ale tak jakoś... Jak papa, Foltest kiedy był złośliwy albo chciał okazać godność władzy królewskiej. Jakby przemawiały zawsze. Elfy się mało przytulały i mało krzyczały, i nie zapraszały tak łatwo obcych do domów, a chodziły zawsze wyprostowane. Ich dzieci, latające po podwórku, zachowywały się już normalniej; mało ich żyło, tylko kilka w mieście, pewnie dlatego sprawiały niekiedy wrażenie nieco rozpuszczonych. Anais bawiła się z nimi i resztą dzieciarni. Kiedy miała czas. Czyli rzadko.

Poza ludźmi, krasnoludami i elfami w Vergen mieszkały jeszcze niziołki, a nawet trójka mimików – królowa nie miała pojęcia, iż to mimiki, nie kolejni ludzie, dopiero Zoltan jej powiedział. Mimiki cz mimikowie (nie była pewna, a głupio czułaby się, pytając) żyli z kolei w poligamicznym związku, jak dziewczynce zdradził wujek Jaskier. Zaraz potem ciocia Yeylia zrzuciła go ze stołka, ostrzegając, że jeszcze słowo, a posmakuje tolerancji Scoia'tael.

Niziołki były zwykle ruchliwe, ubrane nawet bardziej kolorowo niż krasnoludy, wiecznie robiły interesy. Głównie z krasnoludami, ale z ludźmi też. Elfy, zauważyła Anais, raczej nie robiły interesów. To znaczy, pracowały, jak wszyscy, w najróżniejszych zawodach, poza pracą nie sprawiały jednak wrażenia zajętych pomnażaniem majątku. Nie urządzały wyprzedaży domowych, nie spekulowały walutą ani towarami – po kilkunastu dniach bacznej obserwacji królowa doskonale wiedziała, kto spekuluje, zresztą, o tym wiedział nawet wujek Jaskier – nie wpadały na pomysły genialnych biznesów. Biznesów takich otwierano w Vergen ze sto tygodniowo. Większość rychło padała, ale ich właściciele niespecjalnie się tym przejmowali, w następnym tygodniu otwierali po prostu nowy interes. Kraj na tym wszystkim podobno zarabiał. Cel jest niczym, ruch jest wszystkim, jak to powiedział wujek Cecil.

Vergen było w każdym razie fantastyczne. I żyły w nim trolle, podmiejskie trolle. Bardzo miłe trolle, jak sprawdziła, wbrew oporom wujka Vernona.

'

'

Anais, po wstępnych formalnościach, rzuciła się oglądać zgromadzone w chatynce trolli zbiory czaszek. Roche zastanawiał się, czy drobny ubytek na honorze związany z zasłabnięciem nie będzie jednak wyjściem lepszym niż patrzenie, jak wielki, potencjalnie zabójczo groźny troll bierze jego królową w swoje wielkie łapska i podnosi, by mogła dokładniej obejrzeć czaszkę jakiegoś olbrzymiego zwierzęcia – chyba czegoś w stylu przerośniętej jaszczurki, ale Vernon nie miał pewności – zawieszoną jako ozdoba pod sufitem.

— Może ja mu zabronię jej dotykać. A jej podchodzić. Niech porozmawiają na odległość. Jak pani myśli? — spytał szeptem Saskię.

— Obrażą się. To znaczy, one nie, ale to byłby powód do urazy. Że je traktujesz, jak dzikie bestie. Przecież nic małej nie zrobią.

— Trolle jedzą ludzi i nieludzi — przypomniał grobowo agent, jeszcze zniżając głos.

— Ale te nie. Te są przyjaciółmi Geralta, jak ty. I wolnymi obywatelami Vergen. Nie jedzą innych wolnych obywateli. Ani w ogóle nikogo z ras rozumnych. A już na pewno nie jedzą moich gości i moich przyjaciół. Bardzo są mi za tych wolnych obywateli wdzięczne, zupełnie nie wiem, czemu, przecież się im należy, walczyły z nami...

Naiwny idealizm kobiety był udawany przynajmniej w aspekcie naiwnym, tyle Roche już wiedział, słuchał więc przemowy o republikańskich wartościach jednym uchem, skoncentrowany głównie na dziewczynce. I trollach, które właśnie z pewną dumą – o ile mężczyzna poprawnie interpretował emocję – pokazywały małej kolejne eksponaty, opowiadając przy okazji o okolicznościach, w jakich je upolowały. Znaczy, troll opowiadał, jego żona co chwilę wtrącała tylko, żeby nie przesadzał, bo to było całkiem inaczej, po czym wstawiała swoją wersję, znacznie umniejszającą zasługi męża.

W tym obrazku było rzeczywiście coś niezwykle ludzkiego. Normalnego, poprawił się Vernon, a potem własny rasizm go zirytował. Wolał o sobie myśleć jako o chłodnym profesjonaliście. Jeśli już w ogóle musiał introspekcji dokonywać.

— ...A poza tym stworzyliśmy specjalny system dotacji — zakończyła Smokobójczyni.

— Przepraszam, dotacji? — bąknął agent.

— Tak. Dla trolli. W ramach funduszy pomocowych, wyrównywania szans, kapitału spójności i takich tam. Nieważne, jak rzecz nazwać, grunt w tym, że dostają dotacje za to, że nie zajmują się swoimi zwykłymi obowiązkami... to znaczy, naturalnymi zachowaniami, bo dbanie o mosty to piękny i przydatny rzeczpospolitej obyczaj... Chodzi o szkodliwe nawyki, na przykład zjadanie ludzi. Dopłacamy do każdego hektara terenu wchodzącego w obręb ich terytorium łowieckiego za to, że nie korzystają z owego terytorium. Znaczy, nie korzystają w szkodliwy sposób. System świetnie działa.

Mężczyzna miał szczękę nadal w zawiasach. Powyżej szyi. To zadziwiające, bo przysiągłby, że powinien ją mieć w okolicach kostek.

— A co będzie, jak fundusze się skończą? — wyjąkał.

Kobieta machnęła ręką.

— Och, mamy nadzieję, że do tego czasu zmienią zdanie o ludziach i z własnej woli zaprzestaną pożerania ich. W końcu z nami walczyły, razem, to z pewnością krok w dobrym kierunku... Sądzę, że te kilka lat wystarczy, by zaszczepić im nowe nawyki.

Czyli, przetłumaczył sobie w duchu Roche, by się spasły i rozleniwiły za bardzo, by umieć powrócić do skutecznych polowań na coś inteligentnego oraz uzbrojonego. Tego nie powiedział, rzucił za to z przekąsem:

— No, to samo pani zwykle mówi o Iorwecie, ciekawym, jak zareaguje, gdy się dowie, że trolle tak...

Saskia weszła mu w słowo, tonem stalowym, spojrzeniem morderczym.

— Jedno słowo na ten temat, na dowolny temat, który mu krzywdę zrobi, a skończysz w piecu. Hutniczym.

Vernon zakasłał manierycznie.

— Żartowałem.

Uśmiechnęła się promiennie.

— Ja oczywiście też.

— A to z jakiego zwierzątka? — dopytywała się tymczasem beztrosko Anais, wskazując na kolejne szkielety.

Być może chwila była więc niezła na ucieczkę w wyparcia i introspekcje, dumał major. „Być może" przeszło w pewność, gdy dziewczynka, dostawszy odpowiedź „harpie", oznajmiła, że nigdy nie widziała harpii. Na co oczywiście trolle odparły, wielce zdumione, że przecież tutaj w lasku i wąwozach od harpii aż się roi.

Dalszy ciąg – w postaci agenta rozpaczliwych i daremnych prób zapobiegnięcia wycieczce harpioznawczej – był do przewidzenia. Agent, jako się rzekło, pobłagał i popróbował, wszyscy go, jako się rzekło, zignorowali, bo przecież żadna harpia nie jest tak głupia, by atakować trolla, po czym wyruszono.

Wycieczka się udała, wbrew obawom Roche'a. Saskia znała idealny punkt widokowy, a co jaka harpia podfrunęła za blisko, to jedno donośne mruknięcie trolla, połączone z uniesioną groźnie prawicą, wystarczało, by ptaszysko, zmądrzawszy gwałtownie, odleciało, skrzecząc zirytowanym tonem. Wycieczka się udała, królowa zmęczyła zaś, więc w drodze powrotnej, niesiona przez trolla na barana, chociaż początkowo co chwilę kręciła głową, rozglądając się na boki, podziwiając to widok na nizinę, to las, usnęła, ledwie weszli w znajome, monotonne ściany wąwozu.

By się obudzić, ku niezadowoleniu Vernona, który rad by już skończyć wizytę, w trollowym domostwie. I uznać, że trollom, poza zwyczajowym kawałem mięsa, który przynieśli, przychodząc w gości, należy jeszcze dać obrazek.

Agent nie był pewien, czy te stworzenia w ogóle rozumieją koncept przedstawień figuratywnych. Rozumiały, jak się okazało. Ba, miały w domu specjalną ścianę na malunki, zwykle dokonane jeszcze przez ich przodków. Narysowanie czegoś u kogoś na ścianie uchodziło najwyraźniej za wielki zaszczyt w ichniej kulturze – co z kolei wywołało w mężczyźnie rozważania, co się stanie, jeśli obrazek nie będzie dość dobrej jakości.

Saskia martwiła się raczej, cokolwiek teatralnie i z ewidentnej niewiedzy co do tempa rozwoju ludzkich dzieci, że królowa, której na samą wizją mazania po ścianie rozbłysły oczy, zechce teraz ozdabiać pokoje w całym dworze.

— Nie histeryzuj, przecież oni wiedzą, że wy nie umiecie, poza nielicznymi wyjątkami, rysować, że tylko kopiujecie, podrabiacie. Pozwalają jej na to, bo ją lubią i w dowód swojej tolerancji, i dla zrozumienia między rasami...

— Jak to „nie umiemy rysować"? — zdumiał się Roche. — A one niby...?

A potem zobaczył tę ścianę, chronioną, jak się okazało, przed światłem słonecznym i blaknięciem przez wielką... szafę, z braku lepszego słowa. Słów Vernonowi chwilowo zaś zbrakło.

„Obrazki" trolli nie przypominały co prawda tych ludzkich. Ani trochę. W ogóle nie próbowały odtwarzać rzeczywistości, przedstawiać świata. Zamiast tego stanowiły kompozycje z wielokolorowych, skomplikowanych linii, plam, kleksów, niekiedy figur geometrycznych, ułożonych w jakimś niepokojącym porządku. Wszystko to było niewątpliwie chaotyczne, niewątpliwie – cóż, abstrakcyjne czy emocjonalne, bo przecież nijak nie-rzeczywiste – lecz równocześnie bez wątpienia stał za tym zamysł, jakaś genialna inteligencja twórcza, bo rozkład tych plam i kolorów, i linii jednak jakoś poruszał, za każdym razem. I był już to pełen grozy, już to piękny. Na pewno świadomy, przypadkowość była tylko pozorna. Agent, jak to agent, natychmiast jął dostrzegać wzory oraz zasady.

— Bardzo to śliczne — oznajmiła z solenną grzecznością Anais, zaczynając już wskazywać palcem i przerywając w pół gestu. — Tamto granatowe z czerwonym i pomarańczowym zwłaszcza. Myśli się o wybuchach i życiu, jak się patrzy.

Roche obstawiał, że strzelała z uprzejmości. Ale trafiła, troll się rozpromienił, bo malunek, jak się okazało, popełnił jego ojciec. Zaraz dał królowej zmieszane z wodą barwniki, rzucił „malujta, jak chceta, jak ludź, my przeca rozumimy, że mały ludź, to jak ludź maluje".

Dziewczynka, zafascynowana i przejęta – aż język zaczęła przygryzać, Saskia musiała jej przypomnieć, że to nieprotokołowo, a poza tym wrogowie będą widzieli jej zdenerwowanie, jeśli sobie nawyk wyrobi – narysowała, z pietyzmem, powoli, siebie, Roche'a, Saskię i oba trolle. Bardzo dziecinnie, grubymi kreskami, w prostych kształtach, za to zużywając chyba wszystkie kolory. Próbując też, jakimś cudem, zastosować rady Yeylii, bo postaci, choć uproszczone aż do symboli, miały kończyny zgięte w stawach na znak tego, że się poruszają. No i zachowane były niektóre proporcje. Z grubsza.

— Bardzo lubię, jak na coś małego ludzia — pochwalił na końcu troll.

Vernon na owo „jak" się skrzywił. Mała pokraśniała.

'

'

— Małe ludzie są miłe — westchnęła wieczorem trollica.

— Ano — potaknął jej mąż. — Czasem.

— Dobrze, że nasi przodkowie je rzadko jedli. Tylko duże ludzie.

— To chyba, bo małe ludzie są chude i małe. Czekali, aż się utuczą — mruknął sennie troll. — I urosną.

— Tak czy siak, tak lepiej, żeby małych ludziów nie jeść — zakończyła sprawę jego żona. — Tak jest... tak bardziej... tak jest, jak trzeba.