Hrabiego Rideaux wieści doszły niemal równocześnie, jak Cesarza. Wobec czego spokojnie wydał rozkaz natychmiastowego aresztowania znanych spiskowców, przez zaufanych ludzi wysłał rodzinie informację, że jeśli w ciągu godziny się z nimi nie skontaktuje, to niech wprowadzą w życie plan na czarną godzinę (wuj i brat popełnią samobójstwo, zapisawszy majątek Jego Wysokości, żona z dziećmi ucieknie do rodowej twierdzy, potężnego zamczyska stojącego nad klifem; stamtąd się w listach powierzy litości władcy, nie przebaczeniu, ale litości właśnie), napisał szybko spis wskazówek dla następcy – i poszedł żebrać o audiencję.
W cesarskich drzwiach się niemal zderzył z oddziałem, który, jak prędko wyjaśniono, akurat miał go sprowadzić.
Emhyr stał przy oknie, jakby wpatrzony w wieczorny horyzont. Nie odwrócił nawet głowy, gdy agent wszedł do komnaty.
— Vattier — oznajmił tylko, tonem spokojnym, niemal marzycielskim; czyli najgorszym. — Mój Vattier, mój oddany sługa – jak zawsze w myślach mi czyta. Wołam, by go sprowadzono – i oto sam jest, nim rozkaz tę komnatę opuści. Jaka szkoda, że w umysłach wrogów czytać ci nie jest dane...
Szpieg, darując sobie ceremonie, padł na kolana.
— Wasza Wysokość, pozwoliłem sobie przyjść tylko dlatego, że mam papier z poufnymi informacjami, które na pewno mojego następcę zainteresują, a którego się boję komukolwiek innemu niż Waszej Wysokości powierzyć. Potem zamierzam popełnić samobójstwo, jeśli Wasza Wysokość mi pozwoli krwią zmyć moją hańbę, zawód, jaki sprawiłem Waszej Wysokości...
— Nie potrzebuję twojego pozwolenia, by cię zabić, Vattier — przypomniał łagodnie Cesarz.
Hrabia padł na twarz prawie.
— Nie śmiałbym podważać mocy Waszej Wysokości, źle się wyraziłem, moje życie do Waszej Wysokości należy...
— Tak, jestem pewien, że nie chciałeś — szepnął władca zamyślonym głosem. — Ale, my zawsze tylko o pracy, a to przecież nie uchodzi, tak wiernych ludzi traktować, jak rzeczy... Jak się ma twoja żona, Vattier? Córka diuka Tirany, czyż nie? Piękna kobieta – wielu adoratorów mieć musi. Pilnuj jej, Vattier, niektórzy adoratorzy gwałtowni bywają...
De Rideaux zaschło w gardle.
— Moja żona ma się dobrze, Wasza Wysokość. Dziękuję za troskę, będę jej – każdą prywatną myśl, niepoświęconą imperium, kieruję tu dobru mojej pani.
— Rodziła niedawno, prawda? — kontynuował Cesarz tonem pogawędki przy stole. — Ile to, pół roku? Poród, pamiętam, był ciężki, bo twój dziedzic to duży chłopak, podobno. Pół roku to krótko dla tak delikatnej damy, byle wstrząs ją teraz ciężko... skrzywdzić może. A z synem jak, wszystko w porządku? Płacze? Rośnie?
— Jak na drożdżach, dziękuję za zainteresowanie Waszej Wysokości. — Szpieg nie czuł warg, odpowiadał wszakże spokojnie; lata szlifowania nawyków.
Zapadła cisza. Vattier najwięcej uwagi poświęcał kontroli oddechu.
— Dla ciebie to może abstrakcyjne pojęcie — podjął wreszcie Emhyr — ale ja jestem do swojej żony... przywiązany. Do mojej żony, nie do moich dziwek! — warknął nagle, gwałtownie się odwracając od okna.
Rideaux ujrzał jego twarz, ściągniętą gniewem. Zaczął prosić siły ponadziemskie, dowolne, by żona nie zwlekała ani sekundy z ucieczką, by magowie nie zablokowali połączeń teleportacyjnych, by...
— Powiedziałeś, że jej nie tkną. Że im chodzi o to, by skompromitować romansem, że ten cały Maus to kobieciarz, nie gwałciciel, powiedziałeś, że nic nie wskazuje – że ręczysz słowem, honorem i głową – by śmiał na nią podnieść rękę, że to zrujnuje ich plany. I cóż teraz powiesz – że się pomyliłeś? Moją żonę prawie wzięto siłą, moja żona siedzi teraz, piszą mi, płacząc i się trzęsąc, moja żona przeżyła los taki sam, jak byle chłopka ze wsi – i co tutaj zmieni twoje gardło, Vattier?
Bo to jest bez sensu, myślał, cały plan przez to popsuli. Albo Maus jest – był – idiotą, albo królowa zareagowała zbyt histerycznie na jakiś zwykły manewr kobieciarza. Tego jednak powiedzieć nie mógł. Zresztą, rzecz niewiele zmieniała: psychikę Cirilli powinien był wziąć pod uwagę, jeśli tego nie zrobił, cóż, jego wina.
— Proszę tylko o łaskę odpłaty za winę, zmazania jej własną krwią, nie licząc na to, że cokolwiek to pomoże Waszej Wysokości...
Cesarz westchnął, nagle znów spokojny. Wrócił do patrzenia na niebo.
— Przestań sugerować, że potrzebuję twojej zgody, by ci rozkazać samobójstwo — głos mu się obniżył, ocieplił. — Co zrobiłeś, jak się dowiedziałeś?
— Kazałem aresztować spiskowców — pokornie szeptał szpieg. — Napisałem instrukcje. Przyszedłem błagać o audiencję.
— I co jeszcze?
— Nic, Wasza...
— Nic dla żony? Dwójkę dzieci masz, Vattier – i córkę przynajmniej kochasz.
Hrabiemu pociemniało w oczach.
— Napisałem im, żeby – żeby spodziewali się najgorszego, jeśli za godzinę się nie odezwę.
Myślał, że Emhyr zapyta o szczegóły, on jednak znów milczał.
— Niemądry hrabia, jak wszyscy ludzie pełen przekonania o własnym sprycie — mruknął Cesarz wreszcie. — Jeśli rozkażę przecież, to nie tylko ty i męscy członkowie twojej rodziny poderżniecie sobie gardła, ale twoją żonę sam diuk, przejęty hańbą, poduszką udusi. Czy ty myślisz, Vattier — dodał z takim rodzajem czułości, jakby uspokajał psa — że w twojej pięknej rodzinnej twierdzy, która się i rok bronić może, dobrze prowadzona, nie ma ni jednego kucharza, ni jednego żołnierza, ni jednej niańki, lojalnych wobec swego cesarza na tyle, by zadusić dziecko w kołysce?
De Rideaux, odpowiadając, błagając o litość, niemal bełkotał, sam to słyszał i sam był zadziwiony. Proszę, ile jednak ludziom zmienia ojcostwo.
— Vattier, prosiłem przecież — przerwał mu władca — żebyś dał spokój samobójstwu. Rozkażę, co rozkażę. Bez twoich podpowiedzi tym razem. O czym teraz myślę, jak sądzisz? — spytał.
Szpieg przełknął ślinę.
— O tym, że moje rodzinne majątki, chociaż spore, to kropla w morzu bogactw kraju, że mój wuj jest oddanym, honorowym człowiekiem, a już wielu takich nie ma, że diuk może córkę zabije, ale urazę zachowa, że dzieci zabijać Wasza Wysokość nie lubi, że to wszystko może wskazuje na to, żeby jednak się kontentować moim zgonem – albo puścić, bo trudno o lojalnych ludzi w wywiadzie. Ale to wszystko nieistotne i poboczne, bo najbardziej się Wasza Wysokość martwi o żonę, myśli ku niej Waszej Wysokości uciekają, Wasza Wysokość szykuje się na podróż do Cintry – i myśli już tylko o żonie — zakończył drżącym głosem.
Cesarz roześmiał się, zimno, bez wesołości.
— Gdzie ja znajdę drugiego sługę, który tak będzie moje myśli czytał i nie będzie chętny ich zdradzać? Wstawaj, Vattier, klęczenie źle służy hrabiom. Tych ze spiskowców, których dacie radę dopaść, przesłuchacie najpierw sami, a potem co ważniejszych mi przed oblicze przyprowadzicie. I zbadaj dokładnie, skąd Talar – Temeria – wiedzieli o całej sprawie. I czy jeszcze czegoś nie wiedzą.
— Im zależało na osłonie królowej — odważył się wtrącić de Rideaux. — To ich życie w tym momencie: nie sądzę, by coś ukrywali. Oczywiście, pamiętając o mojej poprzedniej pomyłce...
— Nie pamiętaj. Ja już zapomniałem. Jeśli cię strach będzie paraliżował przed myśleniem, to na nic mi się nie przydasz — odparł sucho Emhyr.
— Zgodnie z rozkazem Waszej Wysokości. Talar twierdził, że rzecz jakoś ubocznie wyszła przy sprawie hrabiego Gaspara, kiedy ten zaczął Geralta szukać i porywać ludzi z nim powiązanych, w tym tych z temerskiego spisku, więc broniąc się, trochę wiedzy o intrygach barona zdobyli. Ale jak – tu się już tajemnicą zawodu zasłonił.
— Pełne dossier sprawy i osób zamieszanych mi przygotuj. Widziałem już jedno, wiem – chcę kolejne, dokładniejsze. Jesteś wolny, Vattier. Idź, daj znać swojej rodzinie, nie chcę zbędnych samobójstw wśród szlachty.
Szpieg, skłoniwszy się, ruszył ku drzwiom. Na progu Cesarz zatrzymał go jeszcze, a gdy hrabia się odwrócił, czekał na niego wyraz łaski i wybaczenia, dłoń z sygnetem imperatora, wyciągnięta do ucałowania.
'
'
Trzy dni później Cintra, biała, oczyszczona, jasna, przyozdobiona, witała męża swojej ukochanej królowej. Cirilla, odziana w równie bieluchne suknie, ze złotą, wysadzaną setkami pereł koroną, czekała go, wyprostowana i napięta jak struna, pachnąca ambrą i różą.
'
'
Kazała przygotować małżeńskie łoże, świece i płatki kwiatów, perfumy i jedwabie. I miała nadzieję.
— To musiał być dla ciebie szok, najdroższa — oznajmił Cesarz czule, ledwie zostali sami. — Nie będziemy o tym wspominali. W żaden sposób.
Pocałował ją w czoło.
'
'
Ves próbowała się łudzić dobre dwa tygodnie, nim przyznała wreszcie, z tą obojętnością, która jest następnym szczeblem rozpaczy, że eliksiry, którymi ją futrowano, zawiodły – a czy to dziwne? na rynku przetrzebionym pogromami niewielu twórców zostało, każdej dawce czarodziejskiej cieczy z piętnaście razy dawano amnestię – i zaszła w ciążę.
W burdelu. Nawet nie miała pojęcia, który z tych skurwieli mógł być ojcem. Nie, żeby to miało znaczenie. Jak tylko rzecz zostanie zauważona, właściciele doprowadzą do poronienia. Na pewno nie ziółkami, z tymi teraz było krucho. Raczej darmowymi sposobami ludu: przemocą fizyczną, ciosami w brzuch, leżeniem w gorącej wodzie, kopniakami. Zabić płód jest znacznie prościej niż oszpecić matkę, zwłaszcza, gdy oprawcy się znają na robocie.
Parę tygodni mogła jeszcze grać, miesiączki się stawały rzadsze u niedożywionych, wymęczonych kobiet. Osłabienie i zmniejszenie częstotliwości krwawień było też ubocznym, acz pożądanym przez alfonsów, efektem ubocznym ziółek oszałamiających i upiększających, maści na potencję, stosowanych przez klientów, całej masy innych tanich, zamtuzowych mikstur. Nie, żeby cała ta wiedza się na coś dziewczynie przydawała. Zrozumienie działania eliksirów niewiele pomaga przy wielomiesięcznym, wymuszonym ćpaniu. Niewiele, poza rozpaczą. Kiedy na momenty wychodziła z narkotycznego, obojętnego letargu, miała ochotę wyć z bólu, upokorzenia i żalu.
Właściwie niemal chętnie wracała w bezpieczne objęcia ziółek. Chędożenie, praca fizyczna, znów chędożenie, cały ten kierat, wszystko to czyniły znośniejszym – w chwilach haju Ves współczuła tylko kobietom z tych burdeli, których chciwi właściciele zmuszali do znoszenia takiego życia na trzeźwo. Jej właśni panowie się wówczas jawili niemal jak święci.
Co nie zmieniało faktu, że po brutalnych metodach spędzenia płodu mogła już nigdy nie zajść w ciążę. Zwłaszcza, jeśli właściciele zainwestują potem w jakąś wpółprofesjonalną mądrą, która przeprowadzi operację, by się na zawsze pozbyć problemu. Ves przynosiła im w końcu całkiem ładny dochód.
Nie, żeby dziewczyna była pewna, teraz, przedpołudniem, leżąc na prostym, ale całkiem wygodnym łóżku, iż ewentualne poronienie będzie aż taką wielką stratą. Życie akurat tutaj wyglądało znośnie, zwłaszcza dla tych, które sporo zarabiały – spanie do południa, niezgorsze stroje, pracy gospodarskiej nie aż tak wiele, regularne dawki ziół, rodzaj troski ze strony właścicieli, tak, troski jak o krowę, ale zawsze... Wystarczyłoby sięgnąć ręką, wziąć kubek z nocnego stolika, wypić, zobojętnieć, zapomnieć. O teraz, o przeszłości, o Henselcie, o jego żołdactwie, o pośrednikach na rynku żywym towarem, zapomnieć jeszcze dalej, Flotsam, Loreda, jeszcze, Roche'a, który nawet o nich nie pomyślał, uwikłany w głupie chłopięce zabawy w politykę, towarzyszy z Pasów, jeszcze głębiej, tamtego elfiego dowódcę, który ją – i w sumie po co ją wtedy ratowano, skoro skończyła właściwie tak samo, a Roche'owi chodziło tylko o Temerię? – i dalej, rodziców, dom, rodzeństwo, wszystko, co poszło z dymem. Właściwie, nawet imię może dałaby radę zapomnieć, sprzedano ją w końcu jako Wierkę, a klientom przestawiano jako Vivienne czy jakimś innym pretensjonalnym pseudonimem.
Błogosławieństwo, ten kubek, znaczy, szczególnie, że odwykła już od ciężaru pamięci. Ziółka, wzmacniane fisstechem, z pewnością wszakże zwiększyłyby ryzyko poronienia. Co było taką niepotrzebną, głupią myślą, stwierdza Ves, wpatrując się w pajęczynkę pęknięć na suficie, bo właściwie co ją to obchodzi, bękart jakiegoś keadweńskiego skurwiela, co ją to obchodzi, ciepłe, jasne, złote światło poranka późnej jesieni wpada przez okno, już prawie zima, gdzie ja się podzieję niby, umrę z głodu, tutaj przynajmniej mówią do mnie po imieniu, znają mnie, mówią do mnie przyjaźnie, serdecznie, tutaj przynajmniej znowu się śmieję, czasami, nawet jeśli to po alkoholu i narkotykach, tutaj mnie czasem poklepią po głowie, te pęknięcia wyglądają trochę jak Ismena, gdy się na nią patrzy z murów Wyzimy, ale tutaj mi ciepło, jedzenie dostaję, jakieś ubrania też, może nawet, jeśli powiem, żeby użyli pieniędzy, które by wydali na mnie, to może wtedy by nawet się szarpnęli na porządną szeptuchę i spędzili płód bezboleśnie, medycznie, z czyjąś dłonią na moim ramieniu, inne dziewczyny na pewno chętnie by wsparły, Lelia jest taka cudownie miła, gdzie się niby podzieję, snuła sobie rozważania, powoli, po tych pęknięciach na suficie, jak po nitkach, wzdłuż jednej, wzdłuż drugiej, pomalutku.
A to był przecież tylko bękart, spłodzony w tych ładnych pokojach na górze, wśród czerwonych firanek i wielokolorowych świateł, bo burdel należał do lepszych, w zapachu sztucznych, ciężkich perfum, ambry ze Skellige, o której mawiano, że pobudza libido. Zupełne nic, nic, czym warto się martwić. Chcianych dzieci Ves i tak już mieć nie będzie.
To właściwie dziwne, szeptał do niej pokój, gdy chwiejnie, leniwie, z przeciągnięciem ramion, teraz miększych, gładszych, już bez wyraźnie się odcinającej linii mięśni, siadała na łóżku, to właściwie straszliwie dziwne, może nawet smutne, jak łatwo się ludzi łamie i pozbawia nadziei.
Ponieważ trwająca afera bawi mnie bardziej niż większość seriali, to cóż, małe a bieżące półtora drabble'a. Sztuka komentująca etc. Kabaret. Wpasowany wszakże w fabułę. Kanon do fika, a juści.
Vattiera spotkała łaska wybaczenia, lecz nie należała ona do tanich. Przeciwnie, drogo okupił szlachcic życie swoje oraz rodziny.
Przez kilka tygodni ten kulturalny człowiek musiał bowiem analizować zapisy rozmów polityków nilfgaardzkich prowincji, masowo przysyłane przez wielką siatkę szpiegowską, tak spisywane z podsłuchów magicznych, jak prowadzonych przez źródła osobowe.
Hrabia był, jako się rzekło, człowiekiem dobrze wychowanym. Wulgaryzmów unikał i używał jedynie w razach najwyższej konieczności. Przy czytaniu owych zapisów i próbach zanalizowania, jaki wpływ na politykę wewnętrzną ma wielkość członków lokalnych arystokraciątek, wzdragał się więc wewnętrznie. Na dobitkę żona, ogłosiwszy, iż ostatnio coś schamiał i języka nie pilnuje, przestała przychodzić do jego sypiali. To de Rideaux by przeżył, miał ostatnio za dużo stresów, by jeszcze próbować sprostować wymaganiom żony, rozpieszczonej przez oficjalnych kochanków – wolał towarzystwo kochanek, one z kolei rozpieszczały jego – ale jego połowica sięgnęła po środki cięższe. Wykupiła dodatkowy karnet do teatru awangardowego i zażądała, by mąż jej towarzyszył.
