Charty rosyjskie to są bardzo piękne zwierzęta, którym polskie prawo zabrania polować, bo są za szybkie. Za szybkie. Też coś.

Takie śliczne. Nawet mnie złamały.


„Choć-m chłop, swój honor mam i wicie-rozumicie... Nie chciałem amnestii!" – ostatnie słowa Józka z Bazin, przywódcy słynnej z okrucieństwa, zwłaszcza wobec warstw wyższych, bandy rozbójniczej; zebrany przed szafotem tłum wybuchnął śmiechem.

„Sądziłem, że jak zabiję jeszcze kilkaset osób, najlepiej kobiet i dzieci, to podpadnę pod politycznego i dostanę amnestię" – z procesu Marka Grzybicza, wielokrotnego zabójcy; odpowiedź na pytanie, dlaczego mordował. Chociaż jest jasnym dowodem obłędu, wywołała wielodniowe zamieszki w Tretogorze, Wyzimie oraz kilkunastu innych miastach, stając się, zdaniem wielu, początkiem nowoczesnych ruchów ludowych.

„Amnestia głodnym, stryczek politycznym!" – Kuba Szela; później hasło większości powstań ludowych.

Martin Geblik, Korzenie rewolucji proletariatu, Dodatek A

'

'

Zwykle, Roche przyznawał, Vergen traktowało go dobrze. Nawet Wiewiórki. Zwykle on wyzłośliwiał się wobec nich, oni wobec niego, pojedynkowali się o głupoty, pili razem, niekiedy dochodziło do koleżeńskich bójek. Prawie koleżeńskich, w każdym razie – oczyszczających atmosferę.

Zwykle. Bywały też inne dni, zależne chyba od nastroju Iorwetha głównie, chociaż też od zachowania Nilfgaardu, ogólnej polityki. W takie dni Jej Wysokość odsyłano do komnat wcześniej, a Vernon obrywał, bity zimno i metodycznie, bez prawa do obrony, w takie dni pułkownik umiał go odesłać, by jadł z psami, nazywano go „kundlem" i głośno deliberowano nad kupnem obroży, w takie dni wracały wszystkie upokorzenia z dzieciństwa, klęczenie na rozkaz, czołganie na rozkaz, żabki przez korytarz, szczekaj, pieseczku, powiedz „dziękuję", kurwi synu.

Nie jadł jeszcze z podłogi (z dłoni owszem) i nie lizał butów, ale nie wątpił, że kiedyś do tego dojdzie, bo Wiewiórki były bardzo metodyczne w ustalaniu, co Pasy albo sam Roche zrobili ludności cywilnej, w znajdywaniu zeznań i wydobywaniu przerażonych, zasmarkanych opowieści od imigrantów. Trzymali się ich potem ściśle. Vernon zgadywał, że ze względu na swoją dumę, na to, że mogli powiedzieć, że nie upadli do sadyzmu, że nie są, jak Dh'oinne, tylko mszczą krzywdy prostego ludu. Że majora uczą, jak małe dziecko. Nie bij mamusi, bo to boli, sam zobacz.

A przynajmniej tak perorował La Fayatte'owi. Ten zajmował się dzisiejszej nocy jego obrażeniami, bo pójście do lekarza wywołałoby prawdopodobnie nową falę złośliwości. Albo bicia. Świętowano przecież.

Rada przyklepała i ogłosiła bowiem specjalną ustawę czy raczej: specjalne unieważnienie, zawieszenie, jak to nazwali, podpunktu innej ustawy, tej o tym, że hetmanem Vergen zostaje jeden z generałów. Nowa ustawa nie tykała tamtej, lecz dorzucała jakże zręczne sformułowanie „pełniącym obowiązki w razie niespełnienia warunków określonych w...". Pełniącego obowiązki wyznacza Rada, bez kryteriów już. Generałów w Rzeczpospolitej niet, bo żadne z państw ościennych nie zgadzało się na ten tytuł dla Iorwetha. Generałów niet, warunków nikt nie spełnia, Rada wyznacza pułkownika Iorwetha na „pełniącego obowiązki hetmana i ipso facto traktowanego odtąd w prawie tudzież praktyce, jak generała". Proste. Faktycznym dowódcą wojsk nadal pozostawała oczywiście Saskia, królowa, za „Rzeźnikiem" nie poszliby ludzie ani spora część krasnoludów – rzecz rozwiązała wszakże problem szarży, uspokajała czekające tylko zdrady komanda, zmniejszała napięcia związane z niedawnymi awansami oficerskimi ludzi.

Wiewiórki więc, jako się rzekło, świętowały. Sam watażka dość krótko, wieczorem zniknął z Saskią, reszta jednak została. Roche im próbował schodzić z drogi, znaleźli go wszakże. I się pobawili, wyżyli, udowodnili swoją chybotliwą władzę, pomścili cierpienia włościan.

— Obrońcy chłopów się znaleźli! A kto niby strzelał, ledwie lud zza bram nos wychylił?

Markiz westchnął.

— Jeśli mam ci sfastrygować szczękę, to musisz zamilknąć. Chyba, że wolisz, żeby się rozeszło.

Agent usłuchał. La Fayatte, siedzący okrakiem na taborecie, przysunął sobie bliżej magiczną lampę, zwiększył siłę światła. Po czym wziął się do roboty. Ładna, srebrna igła śmigała mu w palcach. Od kącika ust w górę, do ucha, rozcięcie nie było nawet specjalnie głębokie, nie przebiło do jamy ustnej, ale to jednak policzek, babrałoby się przy każdym słowie i posiłku.

W ruchach Armanda było dużo łagodności, która w ogóle otaczała jego postać. Rzecz w sumie ciekawa, bo z wyglądu arystokrata o rodowodzie długim na stulecia spełniał, niczym przerasowiony pokoleniami chowu wsobnego piesek, wszystkie punkty męskości – wysoki, z szerokimi barkami, gęstymi lokami, kształtną łydką. Ostatnio zgodnie z modą jął nawet zapuszczać wąsy oraz brodę, co dodatkowo wyszczupliło mu i wcześniej trójkątny podbródek. Łagodność brała się raczej ze sposobu poruszania, tanecznego odmierzenia gestów, które także pojedynki szlachcica zbliżały do baletu. Stało się to, oczywiście, powodem wielu plotek na temat preferencji łóżkowych dyplomaty. Plotek bezpodstawnych, jak służby wiedziały.

O tym wszystkim major prawdopodobnie nie powinien myśleć, gdy markiz łatał mu szczękę. Miękko, kojąco – bo przecież agent czuł, że się pomału, wbrew własnej woli, uspokaja – tak troskliwie, jak najlepsza pielęgniarka. Za to ze zgryźliwym komentarzem w tle.

— Korzystając z tej niesamowitej okazji, że musisz być cicho, pozwolę sobie zauważyć, że naprawdę wszystko to wcześniej ty i twoi ludzie robiliście gminowi. Jeśli dobrze pamiętam, zwykle zbywałeś uwagi na ten temat stwierdzeniem, iż gmin sam się prosił. Zasłużył. Zirytował jaśnie pana oficera. Myślę, że możemy śmiało założyć, iż twoja obecność irytuje Scoia'tael co najmniej w równym stopniu. Dyplomatą to ty w końcu nie jesteś. I nie protestuj, bo mi prace utrudniasz, czy ja według ciebie jestem felczerem, żeby się użerać z niesubordynowanymi pacjentami? Nie jestem, a użeram się już, posłując, z politykami, szpiegami i ambasadorami. Niesubordynowanymi, a juści. I czy ty myślisz, że ja nie mam czasem ochoty którymś z nich wytrzeć podłogi? Winem chlusnąć w te ich oblicza refleksją nieskalane? Oczywiście, że mam. Tylko ja wówczas mówię „doprawdy, wasza miłość?" tonem ironicznem, a ty naprawdę wycierałeś podłogi tymi biedakami, póki mogłeś. I ta różnica robi ze mnie dyplomatę i markiza, a z ciebie, cóż, dowódcę oddziałów specjalnych.

— Markiza — Roche spróbował mówić połową ust — to akurat z waszej miłości robi przypadkowy fakt połączenia odpowiednio utytułowanej komórki jajowej z równie szlachetnym wymoczkiem...

Armand, jak to rasowy arystokrata i nie mniej rasowy dyplomata, nie klął nigdy, poza momentami, kiedy zakląć absolutnie było trzeba, a momenta owe rozpoznawał bezbłędnie.

— Stul gębę, na chuja Foltesta, ja nawet w dwóch trzecich nie jestem, a plujesz mi na nitkę... I dajże pokój, mało to ludzi baronami za służbę Temerii w ostatnich latach zostało? Wojny nam szlachtę przetrzebiły. Myślałeś ty kiedy, czemu akurat tobie, przy wszystkich poświęceniach, tego pasowania poskąpiono? Myślałeś kiedy, czemu mnie Scoia'tael nie zostawia w stanie wymagającym interwencji chirurgicznej? Nie nazywa kundlem? Z kordialności pytam. Byłem jedną z najprzychylniejszych ci osób na dworze Temerii...

— Z najmniej nieprzychylnych — wymamrotał Vernon kącikiem warg.

— Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, czy rozważyłeś taką niesamowitą możliwość, że pewne rzeczy, które znosisz teraz, są konsekwencją twoich dawnych działań? Twoich i tylko twoich wyborów?

— Służby Temerii...

— Nie wykręcaj kota ogonem. Iorweth i Scoia'tael cię akurat za twoje sukcesy operacyjne szanują. Że mordowałeś, kradłeś, uwodziłeś dziewoje i torturowałeś, kogo ci paluszkiem wskazano, nikt żalu nie ma. Prawie nikt. Ale, Roche, błagam, nie wmawiaj mi, że akurat wszyscy chłopi albo nieludzie, którzy się do ciebie nie dość pokornym tonem odezwać śmieli, to buntownicy byli. Jest praca i jest charakter. Owszem, pewien typ charakteru predestynuje do pewnej pracy, ale nie wmówisz mi, że nie mogłeś lepiej traktować ludności cywilnej, że nie mogłeś mniej szastać życiem. I teraz ponosisz konsekwencję tego, że nie chciałeś.

Roche przewrócił oczyma.

— Wy, szlachta — zaczął, już nieco pewniej, bo markiz kończył zszywanie — zawsze gardzicie niższym stanem. I zwalacie na niego najbrudniejszą robotę, a potem bronicie dostępu do swoich herbów, bo chłop rączki ma w gównie, bo są, mówicie, rzeczy, które trzeba zrobić, ale których nie wolno pochwalić ani nagradzać...

— Widzisz, to jest jeden z twoich problemów: nie umiesz pohamować gniewu, nawet wtedy, kiedy ktoś trzyma igłę przy twoim oku — przestrzegł La Fayatte tonem ojcowskiej mądrości. — Żadne „my, szlachta". Pewnie, arystokracja cię nie znosiła, baron d'Orczy po każdej twojej akcji biegł do króla ze łzami niemal, pokazując straty i skargi od ludności...

— Baron d'Orczy to chłopoman i wariat — wymruczał major.

— Baron d'Orczy poważnie traktuje swoje obowiązki seniora. Czego ty właśnie nie rozumiesz i dlatego tytuł ci się nie należy – dla ciebie władza to jedynie przemoc. A herb powinien oznaczać gotowość do służby, troski i opieki. Nie parskaj śmiechem, szwy ci się rozejdą. O idei mówię, nie realizacji. Ad rem. Rem jest niezależna od żalów barona, Foltesta nie obchodziło bowiem zdanie szlachty, od pokoju cintryjskiego to już w ogóle. I ten Foltest, który ci przecież ufał, który cię lubił, który, kiedyś do niego wracał z tą miną wiernego psa i „owszem, zabiłem komendanta, wojewodę, sołtysa, kogoś z królewskiej nietykalnej administracji, ale mogę to wytłumaczyć: to skurwysyn był" na ustach, puszczał ci płazem i uśmiechem, który dał ci jurysdykcję tak szeroką, że szaloną, bo ufał, że mu nie wbijesz jej w plecy, ten Foltest nie ufał ci jednak na tyle, by ci nadać choć trzy wiochy. Myślałeś kiedyś nad tym?

Nie wyjął igły, drań, pomyślał Vernon.

— Dałby mi na emeryturę — wybełkotał ostrożnie.

— A ktoś przewidywał niby, że ty dożyjesz emerytury? Foltest wiedział po prostu, jak ty ludność traktujesz, że nie pasujesz na obrońcę gminu. On wliczał to w koszta i twój uroczy charakter. Ale nikt z jego następców taki już uprzejmy by nie był. Co by się z tobą stało, gdyby nie rozbiory, nie wojna, nie cała ta sprawa z królową? Dobry król lub regent, na tronie osiadłszy, rzekłby stroskanemu ludowi, w każdej chwili gotowemu rabację lub powstanie w imię drugiego pretendenta zrobić, te słowa: „Ludu mój, ludu, patrz, jak dobro twoje leży mi na sercu, jak płacz twój serce moje kruszy i łzy z ócz mych toczy. Oto ci wydaję, ludu mój, najsłynniejszych zbrodniarzy ostatnich paru lat, którzy się na krwi twojej paśli, okrucieństw, zbrodni i barbarzyństw wojennych się dopuszczali, a w ich liczbie i Vernona Roche'a, krwią niewinnych pacholąt i łzami włościan splamionego". Po czym odbyłby się twój proces, zakończony efektownym rwaniem kołem, no, zawiśnięciem, gdyby jednak władca był porządny i służbę Temerii ci policzył. W sumie, zawisnąwszy, też byś się krajowi przydał.

— Ale ja to wiem! — warknął agent.

I syknął, bo otworzył usta za mocno, szwy zapiekły.

— Świetnie. To zacznij się zachowywać, jakbyś wiedział. Wiedza bez czynów niewiele się różni od ignorancji. Zgoła wcale. — Armand ostrożnie wyjął wreszcie igłę, przypalił końcówkę rany, nadal mówiąc: — Po prawdzie, gdyby Iorweth – Dolina Pontaru – przyszedł do nas, mówiąc, że królowej dadzą azyl, Mahakam hołd złoży, nie uznają rozbiorów i tak dalej, a w zamian chcą twojej głowy albo rozkoszy patrzenia, jak cię kat w obroty bierze, to byśmy się nawet sekundy nie wahali. Entuzjastycznie byśmy zamachali główkami. Nawet Natalis. Może zwłaszcza on. To moralista wśród wojskowych, jednak.

— Przecież wiem — powtórzył Roche, niemal zmęczony.

— To zacznij się zachowywać, jakbyś wiedział. Nie jesteś człowiekiem, który okazuje wdzięczność uprzejmością. Rozumiem, naprawdę. Ale czasem trzeba jednak tej uprzejmości. Jasno się dość wyrażam?

— Jasno — prychnął Vernon. — Sądzicie, wasza miłość, że zachowuję się niewdzięcznie wobec Wiewiórek...

— Nie Wiewiórek. Scoia'tael. Oni nie lubią, jak się na nich mówi we wspólnym. Uratowali nam wszystkim tyłki, gardła i inne ważne organy. Jeśli chcą, by ich nazywać Scoia'tael, to ich nazywaj Scoia'tael...

— ...że mają rację, kiedy mnie biją i upokarzają. Że się mi należy — dodał z sardonicznym rozbawieniem, skrywającym nieprzyjemną prawdę słów. — Niczego innego bym się po szlachcie nie spodziewał...

— Że niby marzyliśmy, aby chłoptaś z gminu został poniżony za swoje niesłuszne stanowo wyniesienie? Nie będę ci łgał: część marzyła. Ja nie — stwierdził po prostu La Fayatte, chowając narzędzia. — Nie sądzę, żeby jakakolwiek racja była w poniżaniu kogokolwiek. Ty źle robiłeś, oni źle robią. Tłumaczę ci, jak dziecku. — I patrzył na niego, jak na dziecko, łagodne zrozumienie rozświetlało mu szarość oczu, jakby się świeca przez mgłę przedzierała.

Agent milczał. Tamten miał rację, przynajmniej co do faktów, tylko czy – czy naprawdę musiał to wypominać? Przecież wszyscy wiedzieli, widzieli. Wiewiórki mogą ze mną, myślał major, uczynić, co zechcą, zabić, torturować, nawet na prawdziwej smyczy prowadzać, do psów wykopać, mają taką władzę, na co im niby moja uprzejmość?

— Dobrze wam poszło — rzucił w końcu, przejeżdżając niedbale palcami po policzku. — Uczyliście się na lekarza?

Markiz wybuchnął naraz śmiechem, szczerym.

— Nie mówili ci? A taki wdzięczny temat anegdotek! Byłem drugim synem, moja matka miała nadzieję na dziewczynkę tym razem, no a tutaj nie wyszło. A że kaprysom kobiet w sprawach dzieci się u nas pobłaża, to jej pozwolili mnie chować, jak jej wymarzoną córeczkę, w sukienki damskie ubierać, w damskie fryzury czesać, przy sobie trzymać, w dziewczęce zabawy ze mną grać, dziewczęcych cnót uczyć – w tym haftu, tkania i szycia. A potem mój brat, sporo starszy, poszedł na wojnę i poległ, fujara. Zostałem dziedzicem rodu, mamusi mnie natychmiast odebrano, zaczęto do męskości przyuczać. Z niezłym skutkiem, od razu polubiłem opójstwo i pojedynki. Szycie wszakże też mi zostało. Ale nie turbuj się — dodał, gdy Roche już otwierał usta — zszyłem cię normalnie, bez żadnych haftowanych kwiatków.

'

'

Z jakiegoś powodu calutkie Vergen, łącznie z ludnością ludzką, uwielbiało charta nilfgaardzkiego, należącego do pułkownika. Pułkownikowi co dzielniejsi pod nogi pluli, lecz na jego ulubionego psa reagowali rozczuleniem, pieszczotą i karmieniem.

Roche tego, delikatnie rzecz ujmując, nie pojmował.

— No, zobacz, jaki to cud! — Tryskał entuzjazmem Jaskier, kiedy zziajane zwierzę wpadło do karczmy i zaległo na środku; miało masę wielkopańskich nawyków, jednym z nich była absolutna dezynwoltura wobec koncepcji własności – albo raczej: cały świat był jego.

Vernon spojrzał sceptycznie na wielką, prawie dziewięćdziesięciocentymetrową w kłębie, kreskę bieli.

— Pies jak pies — stwierdził; pełne oburzonej nagany spojrzenie barda zmusiło go do rozwinięcia. — No dobra, duży pies. Iiii... i chudy. I długi. Jak patyk bydlę wygląda.

Nawet krasnoludy sprawiały wrażenie nieco obruszonych.

— Bogowie — jęknął bard. — To jest najpiękniejsze stworzenie na ziemi, poza kobietami i smokami. To jest pies, na widok którego serce artysty zamiera, lud płacze, a najwięksi demokraci, trybuni ludowi i przedstawiciele powstań chłopskich padają na kolana, krzycząc, że oto pojęli wreszcie głęboki sens feudalizmu, że oto masy ludu pracują w pocie i znoju krwawem na nielicznych, aby ci nieliczni mogli sobie takie piękno stworzyć i hodować; a w takim razie, to oni już odtąd będą grzecznie zdychać na roli, bo takie piękno ten nieludzki system uzasadnia i usprawiedliwia, i sensu mu przydaje!

— Nie ubarwiaj — prychnął agent. — Wiem, że musisz, ale...

— On nie ubarwia — wtrącił Zoltan. — Kuba Szela, jak go tutaj przywiało, właśnie taką pierwszą reakcję miał.

— Nic nie masz w sobie wrażliwości — westchnął boleściwie Jaskier. — Żeby cię chart nilfgaardzki nie poruszył...

— Przeszkadzałaby mi w pracy — zauważył Vernon.

— Gdzie tam, wrażliwość na piękno, a wrażliwość na cierpienie to dwie całkiem różne rzeczy. Mam na ten temat nawet balladę, a prawda poezji to prawda absolutna, choć ubarwiona, więc się mi tutaj profesyją nie zasłaniaj, Roche. Spokojnie pieseczku — rzucił w kierunku zwierzęcia, które pysk podniosło, dumając, czy ma wstać i podejść, czy jednak oczekiwać doprecyzowania polecenia, bo tak po próżnicy to się mu nie chce — to nie do ciebie było, pan się po prostu też tak wa... Ała, Zoltan!

Agenta coś paskudne przeczucie ogarnęło.

— Zaraz. A jak się wabi ten cud świata? — spytał.

Cisza głucha spowiła pomieszczenie. Nawet gracze w kości zamarli. Pies ziewnął, elegancko łapą pysk zasłoniwszy.

— Deith — odpowiedział Jaskier. — Tak się generalnie wabi. I reaguje na to – Deith! o, patrz, pysk obrócił.

— Chwilę temu też zareagował. I albo już głuchnę od armat, albo jednak nie na „Deith" — drążył Vernon. — Które to, swoją drogą, zważywszy na to, że jest biały, ma pewne podteksty...

— Nastrój psujesz polityką — jęknął bard.

— Roche! — zawołał agent.

Zwierzę wydało z siebie ziewnięcie pełne urazy, ale zaczęło wstawać na te swoje chude, długaśne łapy. Szło mu to niewiele lepiej niż nowonarodzonemu jelonkowi – wyglądało dość żałośnie, znaczy. Agent nijak nie mógł pojąć, dlaczego wszyscy w karczmie uważają, że stworzenie jest żywym wcieleniem uroku, piękna tudzież gracji.

— Nie wstawaj, skarbie — zacmokała jedna z klientek; głos miała pełen czułości. — Nie męcz się, pan tylko swoje domysły sprawdza.

— Ano, sprawdzam — wysyczał Vernon. — I ktoś może mi powie, jak się poza oficjalnym imieniem na psa woła? Tak dla formalności?

— Nie „się woła" — bąknął Jaskier. — Się woła na niego „Deith", wszyscy tak na niego wołamy. Poza Iorwethem.

— Który na niego woła...?

— „Roche" — dokończył Zoltan, wyraźnie zirytowany całymi podchodami. — Tak, to dziecinne, złośliwe i niskie. Się zgadzamy. Masz prawo się czuć urażony, bla, bla, bla, wyzwij go na chędożony pojedynek, jak chcesz, a teraz możemy wrócić do picia?

— Pojedynek — dorzucił lojalnie Jaskier — raczej przegrasz. Iorweth się poprawił.

Ponieważ informacja docierała do agenta właściwie stopniowo przez ostatnie kilka minut, to zdołał opanować wybuch gniewu na tyle, by trzeźwo uznać, że za próbę rzucenia się na zwierzę zlinczuje go calutka karczma, a w przypadku ubicia psa się nie wypłaci. Znaczy, zarżnięcie powodu obrazy nie wchodziło w grę. Subtelniejszych środków trzeba było.

— To jest złośliwe, dziecinne i niskie, zaiste, Zoltan. Karczmarzu, macie tutaj pewnie jakieś szczury, prawda? Jak się jaki w pułapkę złapie, to dajcie mi znać, odkupię.

Karczmarz na propozycję się ucieszył, szczurów w końcu zawsze pełno. Towarzysze spojrzeli na Vernona z niepokojem. Pies, zdecydowawszy się wreszcie wstać, podczłapał teraz do stołu i położył łeb Jaskrowi na kolanach, licząc na miękkie serce barda – czyli źródło darmowych łakoci.

— Co ty chcesz zrobić ze szczurem? Chart go upoluje — spytał podejrzliwie krasnolud.

— Szczury to inteligentne zwierzątka i świetni towarzysze. Talar je hodował i bardzo zachwalał. Nie są bardzo wymagające, więc akurat na żywot partyzanta. A — dodał major po kilku sekundach teatralnego namysłu — nazwę go Erilena. To jest, pardon, Aelirenn — zaintonował imię najbardziej pretensjonalną parodią najbardziej pretensjonalnego z elfich dialektów.

Pół karczmy parsknęło śmiechem. Drugie pół chwyciło za broń.

— Ekhm, to chwilowo plany, do urazy nie doszło, możemy zostawić bijatykę na później? — zaproponował bard, głosem nieco piskliwym. — Bogowie, Roche – masz tu szyneczki, Deith, ale siedź cicho – czy ty chcesz się pojedynkować z połową miasta?

— A może i tak — mruknął leniwie mężczyzna. — Mnie też się ćwiczenia przydadzą.

— To jest piękny pies... — perswadował dalej Jaskier.

— Proszę, karczmarzu, by szczur był ładny, tłusty i duży.

— ...wart kilka sporych wiosek. Łącznie z mieszkańcami.

Roche westchnął. Furia mu nie przeszła, ale nie mógł się wyładować fizycznie, karczma była pełna, przeciwnicy mieliby miażdżącą przewagę. Przeszedł więc, bynajmniej nie z radością, w tryb złośliwego aktorzenia, jak na przesłuchaniach co ważniejszych szlachciców, gdzie też ostrożnie trzeba było, siły unikać.

— I to ma mi niby – co? Poprawić nastrój? Ja jestem wart akurat tyle, ile jeden mieszkaniec takiej wioski, no, może ciut ważniejszy, felczer albo kupiec, albo skryba, powiedzmy. Znaczy, ile niby twoim zdaniem jestem wart, Jaskier? Kłębek sierści tego psa? Tyle, co jego, niech zgromadzone panie wybaczą, gówno?

— To tak się nie przekłada — bąknął nieśmiało bard.

Zoltan, uspokoiwszy nieco wzburzony lud, przeszedł do pacyfikowania Vernona.

— To jest myśliwska rasa. Na wilki. I lisy. Świetnie lisy łapie. On wobec siebie jest złośliwy, nie o ciebie mu chodzi. W rozchwianym nastroju był zresztą, kiedy tego psa dostawał.

— Rozchwianym? — Agent był niemal pewny, że to celowo rzucona przynęta; zbyt słodka jednak, by się na nią nie złapał.

— Ano, rozchwianym jak dupa dziwki, mniej więcej. Coś się nie mógł do Vergen przyzwyczaić, do pokoju...

— Że nie może już dnia od zamordowania paru kobiet i dzieci rozpocząć go bolało, znaczy? — się upewnił zjadliwie Roche. — Faktycznie, cholera, tragedia.

— Źle na to patrzysz — wtrącił szeptem Jaskier. — Jego raczej niepokój o Rzeczpospolitą zżerał, o swoje oddziały, o uczucia Sas... Ała!

— Tak, tak, tak, generalnie tak, spokój mu źle działał na nerwy. — Krasnolud zignorował pisk barda, który z hukiem zleciał z kopniętego strategicznie krzesełka. — Spokój i nilfgaardzcy dostojnicy, którzy się tu trochę, tak jakby, rządzili.

Pomruk w karczmie powiedział Vernonowi, że owo „rządzenie" wyjątkowo uciążliwe dla mieszkańców było. Dobrze im tak, pomyślał mściwie mężczyzna, było nie popierać Cesarza w poprzedniej wojnie. Niby takie długowieczne te rasy, a krótkowzroczne jak jętki.

— I niby mu to, że sobie wołał na psa moim nazwiskiem, pomogło? — dopytał. — Tak chciałbym wiedzieć na przyszłość, jakby się mi jego stanem emocjonalnej równowagi przejmować wypadło.

Bardzo uprzejmym tonem dopytał. Nawet troskliwym. Tylko otoczenie coś zamarło.

— Nie śmiej choćby podnieść na niego ręki, tknąć choćby palcem, ty chędożony... — zaczęła egzaltowanym tonem jakaś elfia panienka.

Przerwał jej rumor odsuwanych krzeseł. Najwyraźniej do paru co bardziej podpitych, a więc skorych do bitki, gości dopiero teraz doszło, co właściwie zostało zasugerowane. Roche chętnie by trochę łbów porozbijał, akurat w tym rodzaju bójek zawsze był mocny, lecz Zoltan z Jaskrem znowuż się rzucili uspokajać, łagodzić, na dobro wspólne się powoływać. „Dobro wspólne" póki co jeszcze w tej utopijnej republice działało. Vernon obstawiał, że za rok czy dwa, ledwo szał ideologiczny przejdzie, rzeka pieniędzy zbijanych na neutralności się skończy, a problemy pojawią, nikogo już rzeczy pospolite nie poruszą.

— Czy chcesz nas zabić? — dopytywał się nerwowo bard. — Bo że siebie, to widzę, ale co ja ci takiego zrobiłem?

— Balladę. I to nie jedną. Pełną tajnych danych państwowych. Do tego hymny ku czci Vergen. Ostatnio nawet kilka o dzielności Wiewiórek. Mam wymieniać dalej?

Bard jął protestować, powoływać się na swój nowoodkryty vergeński patriotyzm, ale agent go już nie słuchał.

— Oszczędzę wasze życia. Wychodzę. Mam… kwestie współpracy między królową, a Doliną Pontaru do omówienia. Z dowództwem wojskowym.

'

'

— Nazwałeś psa „Roche"! — warknął – nie, dobra, nie warknął, wrzasnął Vernon, wpadając Iorwethowi do salonu gościnnego. — Ty chędożony skurwysynu!

Elf odłożył pióro na stolik, przytrzymał papier przyciskiem, wszystko to powoli. Przechylił głowę na bok, jakby zaciekawiony. Przy okazji łapiąc obraz: pokoje watażki wyłożone były po lewej stronie lustrami, luksusem, demonstracją władzy i rodzajem protezy w jednym.

Agent przeszedł jeszcze kilka kroków w prawo. Pułkownik musiałby teraz w ogóle odwrócić głowę, a to nie wchodziło w rachubę. Narażałoby na atak, fanfarami fetowało słabość.

— Ty cholerny kurwi synu, ty… — ciągnął mężczyzna, do szału doprowadzony brakiem reakcji.

— Nie nazwałbym tak pięknego psa ludzkim imieniem. W dokumentach ma „Deith", mogę ci pokazać. Tak się wabi, całe miasto tak na niego woła — łaskawie odezwał się partyzant, ekspartyzant, poprawiając przy okazji na krześle.

— Ale ty wołasz „Roche"! I się nie wypieraj, sprawdziłem…

Pułkownik wzruszył ramionami.

— Jak ja wołam na psa, to chyba moja rzecz? Ludzie też na siebie różnie wołają, zdrobnienia, przezwiska, spieszczenia…

— I to niby pieszczotliwe ma może być? Przypadkowe, pieszczotliwe zawołanie?

— A nie? — głos Iorwetha nabrzmiał pretensjonalnym zdumieniem; on sam poprawiał sobie ostentacyjnie mankiety. — Jednosylabowe, z samogłoską pośrodku. Dobre dla zwierzątek, tak łatwo zapamiętują, reagują szybko, po tobie choćby widać...

Z perspektywy czasu analizując sprawę, Roche uświadamiał sobie, że mógł użyć kilku całkiem celnych ripost. Wypomnieć, że „Iorweth", jako dwusylabowe, też się świetnie na imię dla psa nadaje. Mógł też pewnie, zgodnie z radami markiza, uciec w uprzejmy sarkazm albo po prostu oznajmić, lodowato, że się czuje urażony, ale nie będzie zniżał do urządzania awantur, bo widzi w myleniu psa z człowiekiem objaw niedomagania umysłowego. Mógł rzucić, tonem zjadliwem, jakiś wojskowy, przyciężki dowcip o końskich zalotach i pederastii w komandach, rzekomo tłumaczącej niską rozrodczość młodych elfów.

Miał sporo możliwości kontynuowania sporu werbalnie. Wybrał jednak doskoczenie do hetmana i przyrżnięcie mu w zęby. Z całą siłą rozgniewanego dowódcy oddziałów specjalnych, dzieciaka ze slumsów, syna dziwki.

Jak niemożliwie głupi politycznie był to ruch, najlepiej świadczy to, że watażka się go nie spodziewał. Tylko dzięki temu cios zresztą sięgnął celu, elfi refleks tamtego by inaczej ocalił. Skoro jednak cios celu dosięgnął, to sytuacja eskalowała w sposób przewidywalny, statystycznie przeważający.

Znaczy, pięć minut później, poobijanych o pięści tudzież elementy umeblowania, posiniaczonych, z rozciętymi wargami, czołami, paroma innymi miejscami, w naddartych ubraniach – oraz ubrudzonych atramentem – rozdzieliła ich Saskia, zawołana przez służbę. Pani Vergen rzucała wyrażenia wielce nieprzystojne, wyglądała zaś, jakby zamierzała ich otrzebić, zabić i przekląć progeniturę do siódmego pokolenia, a wahała się tylko nad tym, jak spełnić równocześnie podpunkt pierwszy oraz trzeci.

Do Vernona przez grubą zasłonę gniewu przedarł się niepokój. Koniec końców pułkownikowi zagrażało najwyżej skazanie na nocne antyszambrowanie przed sypialnią królowej. Może miesięczne manewry, może zmuszenie do bawienia rozmową na najbliższym przyjęciu dyplomatycznym posłów Dol Blathanny. Agenta za atak na hetmana jedynego sojusznika Temerii mogło czekać wygnanie, powieszenie, ogólnie śmierć w męce i niesławie. Znaczy, oddalenie od Anais.

Na szczęście za Saskią, spokojnie, pełnym gracji, tanecznym krokiem wślizgnął się do pokoju chart. Podszedł do pułkownika i zaczął zlizywać krew, ba, nawet atrament – chociaż było widać, że gorzki smak go wzdraga – co momentalnie spacyfikowało wszystkich obecnych w pomieszczeniu, nagle zajętych podziwianiem psiej wierności oraz piękna, a nie komentowaniem męskich wygłupów.

Wszystkich, poza Roche'em. Jego wszakże spacyfikował, wkroczywszy, również krokiem pełnym tanecznej gracji, markiz La Fayatte.

— Hołd lenny, który ostatecznie potwierdzeni sojusz między naszymi władcami, odbędzie się za trzy dni, szlachetni panowie — oznajmił; Vernon zrozumiał momentalnie, dlaczego Armand twierdził, że używanie pewnego specyficznego tonu daje mu tyle satysfakcji, co agentowi zmuszanie chłopów do lizania sobie butów. — Wielce owemu hołdowi zaszkodzi, jeśli hetman Rzeczpospolitej stawi się na nim z podbitym okiem, a major Temerii z ręką na temblaku. Ballada dziadowska rzecz zaraz podchwyci. Czy moglibyście więc, proszę, odłożyć honorowe, godne i dumne rozstrzyganie waszych honorowych, dumnych sporów — mówiąc to (drań, myślał z podziwem Roche, umie zachować uprzejmość), nawet się nie zatrzymał spojrzeniem na plamie atramentu tuż poniżej pasa Vernona ani kępce włosów, którą ten nadal trzymał w dłoni, ani na śladach zębów na łydce watażki — o te kilka dni? Pro publico bono. Proszę w imieniu ludu, obywateli, obu krajów, a jeśli mnie moja, mniejsza niżbym pragnął, wiedza o ustroju rzeczpospolitych nie zwodzi, to w Rzeczpospolitej lud jest suwerenem. Auctoritas jest ludu i przy ludzie.

Na owo dictum Iorweth, już zmieszany, się prawie… zawstydził? Tak by Roche obstawiał, ale rzecz się wydawała zbyt piękna, by trwać. I owszem, nie potrwała, bo markiz przeniósł z kolei uwagę na agenta:

— W Temerii takich nowinek, jak republika, nie mamy. W Temerii wszakże ja, na skutek jakże szczęśliwej unii moich rodziców, z których jedno dało niezwykle szlachetny klejnot, twierdzę, przez pokolenia najstaranniej budowaną, a drugie nie mniej szlachetny miecz, również pokoleniami ostrzony, na skutek owego szczęsnego trafu, iż matka ma była duchessą, a ojciec markizem, ja urodziłem się w Temerii pułkownikiem, majorze. Prośba moja ma, jak, tuszę, rozumiecie, przez ów kontekst warunkowany charakter.

Właściwie nie powiedziano nic złego, żaden kurwi syn nie padł. Ciekawe, czemu tak zirytowan jestem, dumał Vernon. Na głos prychnął, w imię owej irytacji:

— Nie jestem pewien, czy Temeria dysponuje obecnie karcerem, panie pułkowniku.

— Temeria nie — warknął Iorweth, próbując tak jakoś związać strzępy opaski na oko, by znów pełniły swoją funkcję i służyły publicznej modestii. — My na pewno. Ale nie będę zaszczycał Dh'oine urażaniem się o jego wybryki. To jakbym do szczeniaka miał pretensje, że mi zjada buty albo ciastka ze stołu, jakbym do dzikiej bestii pretensje miał, że warczy i gryzie…

— No, no. Już. Dosyć rasizmu — upomniała Saskia.

Znudzony pies przestał się troszczyć o pana, podszedł do medalu czy oznaki szarży, leżącej w bajzlu – faktycznie, nieźle pokój zdemolowaliśmy, odkrył Roche – koło przewróconego krzesła. Powąchał ją. Podrapała mu nos i zapiszczał, znów ściągając na siebie spojrzenia, tym razem nawet markiza, na los zwierząt myśliwskich bardzo czułego.

— Ustalcie pojedynek na któryś dzień po hołdzie — rzucił Armand, głaszcząc charta.

— Przeproście się, jak dojrzałe istoty. I bez takich numerów więcej mi tu, bo wam, panowie, te kałamarze i szarże wsadzę, gdzie słoneczko nie dochodzi — stwierdziła Saskia; Vernon tak jakoś przypuszczał, że jakby przyszło co do czego, to „wy, panowie" oznaczałoby „jego, Roche'a".

Dojrzałe istoty spojrzały po sobie. Pomilczały. Watażka wreszcie wzruszył ramionami.

— Nie żywię urazy. Wyjaśniliśmy sobie wszystko.

Agent, dostrzegłszy szansę, natychmiast potaknął. W końcu bójki zwykle zamykały sprawy, przynajmniej w jego dzielnicy. A to była porządna bójka, już wiedział, że przez kilka najbliższych dni ją w kościach będzie czuł.

— Ta. Też tak sądzę. Usatysfakcjonowany jestem.