Sam hołd Vernon pamiętał, jak przez mgłę – chyba z nerwów. Dzień zredukowany został w jego wspomnieniach do szeregu pysznych, tak błyszczących, że aż bolało, obrazów: plam kolorów, światła, biżuterii, detalach w krojach strojów. Gdyby musiał rzecz podsumować w trzech słowach powiedziałby: złoto i kadzidła.

Ceremonia była wszakże piękna, choć się odbywała na uprzątniętym placu, nie w katedrze – Dolina Pontaru zbijała spore pieniądze na neutralności i położeniu, a to miała być pierwsza prawdziwa wielka uroczystość, nawet jeśli teoretycznie dla obcego państwa.

Dziecko tonęło więc w sukni. Ze złotogłowiu, oczywiście, wytłaczanej w drobny arabeskowy wzór. Rzecz była w stylu temerskim, z uprzejmości: czyli dopasowana w talii, rozszerzana poniżej, na krynolinach o średnicy, tak podle wyczucia Roche'a, większej niż szerokość przeciętnego korytarza, z wysadzanym drogocennymi kamieniami gorsetem, którego miłosiernie nie ściśnięto bardzo mocno, z rękawami obszytymi perłami i rubinami, z trenem długości jakichś dwudziestu metrów, niesionym przez najlepszych synów Mahakamu. Rzemieślnicy krasnoludzcy zdołali w ciągu tych paru tygodni od podpisania wstępnych umów wykuć królewskie insygnia, bo stare zostały w Wyzimie – koroną był podwyższany diadem, prawie tiara, złożony z cienkich płatów złota, więc lekki, by dziewczynki nie bolała głowa, przyozdobiony od góry do dołu delikatnymi, cieniuteńkimi złotymi liśćmi, jakby opleciony. Ciągnęły się zresztą one poniżej samego diademu, spływały kaskadą na kark, jak włosy (prawdziwe skrzętnie spięto, ukryto pod cieniutką złotą siateczką), łączyły się ze złotolitym trenem. Wmieszano w to wszystko perły i rubiny, diamenty nasadzając na szczytach tiary.

Wzdłuż brody i skroni liście przechodziły w misternie kute ozdoby, wyobrażające rydwany, wojowników na koniach, statki, dzikie bestie, smoki, lwy – niekiedy zgrupowane w pejzaże, przedstawiane w okrągłych klateczkach. Wszędzie mord, pożoga, wojna, polowania, tryumfy. Żadnych ptaszków ani kwiatków: królowa miała być wojowniczką. Czasy nie zostawiały wyboru.

Królowej zresztą w ogóle nie było w tym wszystkim widać. Vernon szedł dosłownie kilka metrów od niej i nie byłby w stanie w tym upudrowanym, pachnącym jak świątynia, chodzącym skarbcu rozpoznać dziecka, które jeszcze wieczorem układał do snu. A się uważnie przyglądał, bardzo uważnie, próbując zapamiętać każdy szczegół.

Tyle zachodu z powodu może tuzina krasnoludów, myślał, po trosze zdumiony, po trosze niedowierzający, po trosze zgryźliwy. Temeria wypadała przy tym blado, a nie znosił mieć wrażenia, że ktoś się mu z pobłażaniem lituje nad ojczyzną – i jeszcze ją śmie przy okazji owego litowania przyćmiewać.

Vergen miało jego obiekcje w nosie. Ludzie się powzruszali, jakby to ich władczyni była, krasnoludy promieniały dumą z powodu udanej roboty złotniczej, elfy także sprawiały wrażenie kontentych, porwanych podniosłością. Anais szła dzielnie, odpowiadała dumnie, bez drżenia.

'

'

Poseł Redanii, baron Radomir Firlej, był chujem. W oczach Roche'a to wystarczyłoby zupełnie, by drania zabić, najlepiej w jakiś długi, bolesny sposób, ale niestety, dyplomatyczny immunitet obejmował też skurwysynów.

— Jej Wysokość, Adda, bardzo się o dziecko martwi... — perorował teraz tamten, nieźle już mając w czubie. — Rozumiemy, że jesteście przyciśnięci do muru, no ale żeby wykorzystywać takie maleństwo w politycznych rozgrywkach – sumienia nie macie...

— Bo oczywiście w Redanii byłaby szczęśliwa i bezpieczna, wcale nie zostałaby uduszona i pochowana pod schodami... — warknął Vernon.

Dziewczynka siedziała może trzy metry dalej, na kutym tronie, podparta poduszkami, po królewsku chłodna. Radowid i Henselt nie uznali jej praw, oczywiście, ich przedstawiciele się nie pojawili na hołdzie, ale już uczty nie zamierzali przegapić.

— Czuję się urażony tymi insynuacjami. Anais La Valette miałaby na dworze mojego szlachetnego pana zapewnioną opiekę i spokój od korony, którą jej narzucacie. Północ potrzebuje teraz jedności, jak nigdy, niszczycie ją w imię interesu rozpasanej szlachty, która się lęka utracić swoje zbędne, obciążające państwo i ludność niższych stanów, przywileje. Bunt baronowej najlepszym dowodem – Temeria się stała niewydolna, cierpiała na tym nie tylko jej populacja, ale i cała Północ. Panowanie Radowida przyniosłoby poprawę jakości życia, postęp i nowoczesną cywilizację...

Roche nigdy nie był dyplomatą, czego teraz bardzo żałował. Dyplomata zniósłby bowiem całą przemowę prawdopodobnie ze stoickim spokojem, jak to te oślizgłe węże mają w zwyczaju. Agent znieść nie mógł i cierpiał.

Królowa patrzyła z tronu, podpierając koronowaną głowę dłonią w jedwabnej, złotej rękawiczce. Yeylia stała obok niej, bliżej niż wszystkie damy dworu – jej nagle wybuchłe przywiązanie odgrodziło od dziecka córki dobrych rodów, guwernantki, mieszczki. Mała nie protestowała, więc nikt inny nie śmiał.

— Nie ma pewności — ciągnął Radomir — czy dziecko jest Foltesta, baronowa spiskuje z Nilfgaardem, dziecko równie dobrze może być ambasadora...

— Pojedynek — zaproponował szybko Vernon, ściągając już w trakcie mówienia rękawiczkę (bawełnianą, na jedwabie dla niego ruchu oporu stać nie było). — W imię urażenia honoru mojej senior, a także ukochanej mojego zmarłego seniora, w imię obrony honoru kobiet Temerii w ogóle – wyznaczcie sekundantów, Wasza Dostojność.

Tamten na chwilę zamarł, potem jednak złośliwy uśmiech przeleciał mu przez wąskie wargi.

— Nie jesteś szlachcicem, Roche — zauważył, sarkastycznie podkreślając nazwisko. — A królestwa, które ci nadało tytuł oficerski, już nie ma. Mój szlachetny pan oraz Jego Wysokość Henselt uznali cię zdrajcą i wydalili. Nie masz ani pochodzenia, ani szarży. Aczkolwiek i tak protestowałbym przeciwko konieczności traktowania jak człowieka honoru syna nierządnicy...

Gdyby powiedział to nieszczęsne „kurwy", agent pewnie nie zdołałby się wstrzymać i doszłoby do incydentu dyplomatycznego, który wielce zaszkodziłby sprawie Temerii. Nierządnicę jednak zdzierżył – ledwo, bo ledwo, z palcami zaciśniętymi do białości, zgrzytem zębów i czerwoną mgiełką przed oczyma, ale zdzierżył.

— Poza tym obrazy uczynione w trakcie pełnienia urzędu i z obowiązku urzędu wynikające nie są obrazami — przypomniał solennie Firlej.

— Jesteś pan, panie ambasadorze — dobiegło od tronu; głos Anais był zimny, zblazowany, znudzony, aktorsko dorosły — pozbawiony honoru szubrawiec, łotr, swołocz, łajdak, niegodny stąpania po tej samej ziemi, po której stąpają nierządnice, co mówię nie jako kobieta, ale jako król i w ramach pełnionego urzędu.

Błękitne oczy ambasadora się rozszerzyły, dłonie zadrgały z wściekłości.

— Pozwolicie dziecku mnie bezmyślnie obrażać? — warknął, tracąc na moment panowanie. — Że też cię, smarkata, los brata nie nauczył szacunku...

Roche'a ktoś przytomny – Jaskier, konkretnie – przytrzymał, bo inaczej rozszarpałby ambasadora. Yeylii nie trzymał nikt i w sekundę znalazła się obok dyplomaty, z ładną, paradną szablą przyłożoną mu do wydatnego brzucha. Radomir zbladł jak płótno, trzeźwiejąc nagle.

— Nie odważysz się — szepnął. — Mam immunitet...

— Nie obchodzą mnie twoje immunitety — odparła spokojnie elfka. —Dh'oine to Dh'oine, król, chłop, ambasador...

— Yeylia! — Zoltan, wyrosły jak spod ziemi, szarpnął ją, odsunął od mężczyzny. — Yeylia, bogowie, to dyplomata jest, coś ty... Dolina Pontaru nie może sobie pozwolić na takie wybryki, chcemy statusu normalnego państwa, nie dzikiej republiczki...

— A twoich rozkazów słucham, bo? — syknęła kapitan.

— Yeylia, stanzte vort. Zoltan jest majorem armii Rzeczpospolitej. Jak Ciaran. Słuchasz go, bo jest wyższy stopniem — stwierdził spokojnie Iorweth, wynurzywszy się z tłumu. — Źle zrobiłaś. Przeproś.

Elfka usłuchała natychmiast. Ceremonialny ukłon złożyła, wydusiła z siebie błaganie o przebaczenie. Z pokorą iście żebraczą i wzrokiem płonącym ogniem tej wojennej, krwawej, absolutnej miłości, wyraźnie oznajmiającym, że wystarczyłby gest, by poderżnęła im wszystkim gardła. Vernon poszukał oczami Saskii, siedzącej na drugim końcu stołu – zdecydowanie była zaniepokojona, chociaż uśmiech ni na sekundę nie opadł jej z twarzy. Agent rozumiał, nawet bez znajomości polityki i przez moment współczuł, bo miał wrażenie, że patrzy na domek z kart. Oby tylko runął po tym, jak Temeria będzie odzyskana, a królowa bezpieczna.

— O co tu właściwie chodzi? — spytał pułkownik.

— Ambasador nazwał matkę Jej Wysokości nierządnicą tudzież zdrajczynią kraju, jej ojca, Jego Wysokość Foltesta, impotentem, i stwierdził, że major temerskiej armii nie ma zdolności honorowej — streścił sprawę Jaskier, dokonując przy okazji interpretacji wydarzenia zgodnej z obowiązującym, wielce drażliwym, kodeksem pojedynkowym.

— Poinformowałem jedynie o wątpliwościach Jego Wysokości, Radowida. W ramach pełnienia urzędu. Rzecz się nie kwalifikuje na pojedynek — przypomniał Firlej, odzyskując opanowanie.

— Ja go nazwałam łajdakiem, a on uznał, że wspomnienie śmierci mojego brata będzie taktowne. Yeylia uznała inaczej. Przychylam się do jej opinii. Nie karzcie jej, pułkowniku — dodało dziecko po królewsku: prosząco, lecz tonem, który by nie zniósł odmowy.

— Groziła posłowi — wtrącił ambasador.

— Nic nie zrobiła, wyraziła tylko słuszne, acz nieco gwałtowne może, oburzenie — zaczął łagodzić poeta.

— Oburzenie, który przykłada ostrze do piersi posła, nie jest oburzeniem, jest zamachem na święte prawa nietykalności...

— To był brzuch. Czy raczej brzuszysko — rzucił scenicznym szeptem Zoltan, próbując, z typową dla krasnoludów bezpośredniością, rozładować atmosferę.

Watażka przez sekundę czy dwie, nim się opanował, wyglądał, ku pewnemu zaskoczeniu Vernona, na znużonego. Bardzo znużonego, niezdrowego niemal. Może z powodu tego symbolu, w który go Rzeczpospolita odziała.

Symbol miał postać granatowego, atłasowego żupana, podbitego futrem i czerwonym jedwabiem, złotego pasa, czerwonych butów – znaczy, stroju krasnoludów, choć po elfiemu wytłaczanego w kwietne, drobne ornamenty, z elfią smuklejszą sylwetką, elfimi długimi, trójkątnymi czubkami butów, pasem tkanym, nie haftowanym. Iorweth wyglądał bardzo wielokulturowo, vergeńsko; nie miał jednak pewności, która wygląd Saskii, też odzianej męsko, też w żupan, tylko królewsko czerwony (z granatowym podbiciem, jakżeby inaczej), czyniła wdzięcznym.

Odzienie na uroczystość było do ostatniej nitki strojem na leniwy, próżny czas uczt i balów, całym kapiącym od zbytku oraz nieostrożności, na jakie sobie może pozwolić tylko pokój. A pokoju brakło w czujnym spojrzeniu watażki.

Roche sytuację zapamiętał, mimo zmęczenia, z krystaliczną jasnością. Ani chybi napięcie. Złość. Zaskoczenie. Intuicja. Raport dla Talara, który z takich drobiazgów umiał wywróżyć losy państw i wojen na miesiące w przód. Osobistej satysfakcji w tym nie było, lecz w tamtej sekundzie agent tego nie zauważył.

W tej sekundzie obiecywał sobie, że jednak zmusi kogoś z redańskiej delegacji do pojedynku, choćby miał za to znowu przeżyć tydzień czy dwa w więzieniu. Pal sześć, jak.

'

'

„Jak" się napatoczyło już dzień później. Vernon leczący, jak wszyscy uczestnicy biesiady, klina klinem, siedział w swoich pokojach i pił. Umiarkowanie. Na wrogim terytorium w końcu przebywał.

Kiedy zapukano do drzwi, agent był pewien, że to markiz Fayatte, gotów go zrugać za wczorajszą awanturę. Wobec czego nie zawracał sobie głowy chowaniem gąsiora, dopinaniem porannego stroju czy wyjmowaniem fajki z ust, rzucił tylko nieuważne, niewyraźne „proszę".

Błędnie, jak się okazało.

— Nie przeszkadzam, tuszę?

Dyplomata Nilfgaardu, Cyd aep Cariball, graf Nethii. Znacznie mniejszy chuj niż poseł redański czy ambasador Kaedwen. Choćby dlatego, że Cesarstwo uznało hołd i Anais, przypominając przy okazji, iż inwazji dokonało rzekomo na życzenie jej matki, chcąc chronić dziecko oraz Temerię przed zakusami władców Północy, chcąc zachować integralność kraju.

Ale Cyd był też młodym, przystojnym człowiekiem, uprzejmym, miłym, ciepłym z natury, nawet urodę miał taką: harmonijną, łagodną, płowe włosy, szare oczy, jasna cera. Co prawda żadna z tych cech nie miała wpływu na sposób w jaki realizował politykę swojego kraju – bezwzględnie – lecz czyniły go przyjemnym w obcowaniu. Czyli tym niebezpieczniejszym.

Sytuacja „witania gościa prawie w dezabilu", była więc tym niezręczniejsza. Cóż, mawiają, że najlepszą obroną jest atak, a najlepszym atakiem zaskoczenie.

— Gdybyście przeszkadzali, to bym was nie wpuścił — mruknął wobec tego Roche, tłumiąc odruch nerwowego zapinania ubrania; fajkę wszakże z ust wyjął. — Napijecie się, waszmość?

By się napił, tak, oczywiście, dziękuje. Wino, o tej porze? A, major wstał wcześniej, poranny kieliszek wódki na przebudzenie już ma za sobą, no proszę, Cyd też, ale jest pewien, że jeszcze pół dworu chrapie, wino, swoją drogą, bardzo dobre, jak na poranne, delikatne, z jasnym, owocowym ogonem, że też majorowi nie szkoda na taki cel...

— Nie o winie rozmawiać tu przyszliście — przerwał mu obcesowo Vernon, coraz bardziej zaniepokojony.

Tym, z jak nonszalancką elegancją tamten siedzi, z jak niewymuszoną wprawą koliście kołysze pucharem – najnowsza czarodziejska moda, wzięta z ich upodobania do kieliszków – jak lekko i oczywiście brzmi w jego ustach to „major", jak bardzo na miejscu, ale i dostojnie, wygląda, nawet w tym zabałaganionym pokoju, jakby to jego sala tronowa była.

— Nie o alkoholu — potaknął gładko graf. — O winie wszakże – owszem. Ambasador Redanii zawinił przecie wobec was wczoraj, prawda, majorze?

Agent ścierpł nieco.

— Wobec mojej królowej raczej — odparł ostrożnie. — Sprawa jednak została zakończona, czyż nie? Przynajmniej ta honorowa. Reperkusje dyplomatyczne to nie mój obszar kompetencji...

— Markiz La Fayatte już siedzi i listy protestacyjne pisze. — Mężczyzna upił wina. — Od samego rana. Godny podziwu patriotyzm.

Markiz, jak Roche wiedział, miał po prostu iście wiedźmińską odporność na alkohol. Co oznaczało, że poranki po imprezach, gdy większość towarzystwa się nie nadawała do niczego, nudziły go niezmiernie; praca była mu w takich razach wybawieniem.

— Niemniej — kontynuował Cyd — wasza satysfakcja, majorze, nie będzie w tych listach uwzględniona. A mniemam, że byście jej pragnęli?

Agent ścierpł nieco bardziej. Brakowało mu tytoniu. Albo chociaż popukania obuchem o poręcz krzesła.

— Pragnę dobra Jej Królewskiej Mości — odparł odruchowo. — Dobra dynastii. Dobra Temerii.

Wcale nie był taki pewien, czy te trzy przypadkiem nie były sprzeczne.

— Nikt przy zdrowych zmysłach nie podważa waszego oddania — zapewnił dyplomata. — Czy nie o waszym honorze właśnie mówimy?

Roche przypomniał sobie, czemu aż tak bardzo nienawidzi dyplomacji. Nigdy po prostu nie był w niej dobry – teraz też najchętniej kazałby rozmówcy przejść do rzeczy, najlepiej od razu tej ukrytej, bo w możliwości politycznych interpretacji kolejnych zdań i wydarzeń się gubił. Jasne, najchętniej by Firleja zabił. Jasne, będzie to miało prawdopodobnie reperkusje dyplomatyczne dla Temerii. Jasne, Nilfgaard może rzeczone złagodzić, co wszakże będzie miało swoje, osobne, następstwa. W przewidywaniu takowych lepszy od agenta był już Geralt, nie wspominając o ambasadorach.

— Radomir twierdzi, że mówił z urzędu. Poza tym — Vernon się bardzo starał brzmieć nonszalancko — mój osobisty honor tam wielkiej obrazy nie doznał. Faktycznie, Jego Wysokość Radowid mnie z wojska wyrzucił, szlachcicem nie byłem nigdy. — Jeśli nawet mieli jakieś herby, to wiele pokoleń bez ziemi zdegenerowało ich do poziomu chłopów.

O swojej matce nie wspominał. Jej profesja żadną wielką tajemnicą dla nilfgaardzkiego wywiadu być nie mogła.

— Co tylko znaczy, że nie możecie, majorze, wyzwać go na pojedynek. Nie, że nie było obrazy. — Poseł się rozsiadł w fotelu; wyglądał bardzo, bardzo komfortowo, co samo w sobie było pewnym wyczynem, gdyż rzeczony fotel był, agent wiedział z doświadczenia, cholernie niewygodny.

— Akademickie dyskusje — parsknął, nie ukrywając irytacji.

— Bynajmniej. Urażono też w końcu pamięć ambasadora Nilfgaardu, sugerując, że mimo swojego stanu cywilnego wdawałby się on w romanse z baronową La Valette. — Podniósł wzrok znad wina, spojrzał Roche'owi prosto w oczy. — A to jest już moja sprawa, bo drugą i ostatnią żoną Shilarda była moja siostra wujeczna. Jeśli Radomira urząd chroni – niech wyznaczy do pojedynku zastępcę.

Vernon zaczynał mieć mgliste przeczucie, do czego rozmowa prowadzi. Zaschło mu gardle. Przeklęta polityka. A markiza, oczywiście, nie ma pod ręką, by się go o radę zapytać, czasu na namysł Cyd z pewnością nie da.

— Sprawy Cesarstwa nie są moimi — przypomniał.

— Rzecz jasna. Mnie wszakże również urząd poniekąd utrudnia pojedynki. I widzicie, majorze, myślę, że w drodze wyjątku mógłbym was, jako również urażonego, poprosić o tę przysługę i bycie moim zastępcą.

— Pojedynkowałbym się w imię Cesarza.

— Nie w imię Cesarza, ale własnej urazy, do której moja uraza jedynie otworzyłaby furtkę. Wystarczy, że królowa da permisję, by żadna wątpliwość co do waszej lojalności, majorze, nie powstała. Markizowi La Fayatte opisanie sprawy zresztą zostawię. Jako dowód na dziecinną czystość moich intencji.

— Ale one wszak nie są dziecinnie proste, chociaż nie wątpię, że czyste, prawda? Bo gdyby tak było, to musiałbym rzecz traktować w kategoriach uprzejmości wobec mnie – i to podwójnej, bo nie obciążającej mnie wdzięcznością, nie w oczach świata przynajmniej. A czemu Cesarstwo miałoby mi wyświadczać uprzejmości? Zwłaszcza, gdy cała Dolina Pontaru pełna nilfgaardzkich wojskowych, którzy świetnie władają bronią?

— Iorweth twierdzi, że wy, majorze, także dobrze fechtujecie.

Noż do kurwy nędzy... Roche zaczął sobie wyobrażać fajkę, zaciągnięcie się dymem, spokój, wypełniający mu płuca.

— Nie ufałbym mu żadnej kwestii, która mnie dotyczy.

— Bo to megaloman, a wy go, majorze, prawie dopadliście? Owszem, ale fechtować to on akurat lubi i umie. Nie wchodząc już w analizy, czemu. Tutaj bym jego ocenie fachowej wierzył. To zresztą bez znaczenia, nie ma w delegacji Redanii wybitnych wojowników. Dacie sobie z pewnością radę – honor mojej rodziny będzie zaspokojony, a ja nie będę musiał zaciągać długu u któregoś z moich kolegów.

Ach, więc o władzę, wpływy i intrygi na cesarskim dworze chodziło. Albo Cyd chciał sprawiać wrażenie, że o nie chodzi. Albo oba. Vernon znienawidził dyplomację ociupinkę bardziej. Zwłaszcza tę, która go atakowała dzień po uczcie.

— To byłby dług aż tak wielki, by łatwiej było pomóc przedstawicielowi państwa, z którym toczycie wojnę? — prychnął.

Wstrzymał odruch sięgnięcia po wino, skoro tamten jeszcze swojego nie dopił.

— Sensu stricto, to nasze stosunki z Temerią przeszły już przez fazy wojenne, zważywszy na skomplikowaną sytuację dyplomatyczną to ostatnio może nawet w ogóle wojenne nie były. Nie są z pewnością tak jednoznaczne, jak te z Redanią czy Kaedwen...

Bardzo delikatny sposób powiedzenia, że się już zdążyło po prostu cały kraj podbić, a jak podbijali, to nominalnie należał do kogoś innego.

— Delegacja nie ma powodu, by mnie wesprzeć; nie ich obrażono — ciągnął Cyd. — A ja, owszem, chciałbym widzieć Redanię upokorzoną. Firleja zwłaszcza. Cokolwiek myślę o statusie politycznym Temerii, nie mogę, jako szlachcic, zdzierżyć takiego zachowania, jakie drań wczoraj zaprezentował. A z zaufanych ust słyszałem relację. — Umilkł na chwilę. — Dziecko jest dziecko. Nie ma sensu na nim wyładowywać złości; niskie to i podłe. Sam mam pięć sióstr, najmłodsza ledwie jedenastoletnia...

Roche zacisnął dłoń na pucharze, próbując za wszelką cenę wstrzymać wybuch. Pojedynek z ambasadorem Nilfgaardu z pewnością nie ucieszyłby markiza. Zabicie ambasadora Nilfgaardu z pewnością doprowadziłoby do szału nawet Talara. Wstrzymywał wszakże tylko pięści, nie usta.

— Gdyby nie zamach na Foltesta, Jej Wysokość nie musiałaby znosić uwag Radomira. Ani nikogo innego — warknął.

Ambasador się tylko uśmiechnął.

— Cesarz szczerze żałuje śmierci Jego Wysokości, którego bardzo szanował. A jeszcze bardziej ubolewa nad śmiercią Bussy'ego La Valette – baronowa znalazła przecież u nas schronienie przed torturami, kto wie, czy żyłaby, gdyby nie nasza interwencja... Cesarz nie lubi krzywdzenia dzieci. Każdy taki przypadek napawa go troską. Shilard, jak mówiliśmy Talarowi, działał w tej sprawie całkowicie w ramach własnej inicjatywy, ale tylko ze względu na baronową i jej pragnienie odzyskania dzieci. Nigdy nie chciał ich krzywdy, to, że chłopczyk zginął, było dla niego osobistą tragedią — wyrecytował gładko. — Ale tak... prywatnie mogę też dodać, że przecież oddaliście Jej Wysokość pod ochronę armii Doliny Pontaru, w której to armii najwyższe po władczyni stanowisko zajmuje dowódca Scoia'tael zamieszany, jak mówią nilfgaardzkie źródła, w królobójstwo.

— Ja go za to zabiję — oznajmił chłodno Vernon. — Jak tylko odzyskamy Temerię i konieczność polityczna minie. Jeśli to prawda — dodał czujnie; ujawnienie, że temerscy spiskowcy mają pewność co do winy Iorwetha natychmiast pozbawiłoby ich choć cienia legitymizacji.

Ścierpł jednak wewnętrznie. Na myśl o tym, co się stanie, jeśli rzeczone „nilfgaardzkie źródła" dotrą do Anais. Poczucie zdrady to mało powiedziane – dziecko gotowe rzucić w diabły politykę i odmówić pozostania w Vergen. Albo coś równie niebezpiecznego.

Poseł posłał mu kolejny piękny, jasny, szczery uśmiech.

— A nikt nie wie, czyż nie tak? Letho oskarżył czarodziejki – a jeśli kogo jeszcze, to mu zapomniano w ferworze czystek. Letho oskarżył czarodziejki, ale przecież są pewnie jakieś protokoły z przesłuchań żołnierzy – może w waszych rękach, może w rękach Redanii – gdzie się Scoia'tael wspomina. Poszlaki, obalić je łatwo, zwłaszcza, jeśli główni śledczy zaprzeczą, jeśli zaprzeczy Talar, Natalis, wy, majorze – nikt nie zaufa Nilfgaardowi w tej kwestii. Z pewnością nie Jej Wysokość, a któż inny miałby moralne prawo do oskarżenia?

Roche próbował rozczytać grę. Dyplomata mógł grozić, mógł też jednak uspokajać czy rzecz lekceważyć.

— Nie jest rzeczą Nilfgaardu dochodzić sprawiedliwości Temerii — doprecyzował Cyd.

Czyli jednak: lekceważył i uspokajał równocześnie. Przynajmniej w sferze jawnej, co w sferze intencji, tego Vernon nawet nie chciał zgadywać.

— Ale jest rzeczą Nilfgaardu dochodzić sprawiedliwości dla mnie? — prychnął ironicznie. — Nigdy nie byłem dyplomatą ani politykiem. Zabijałem takowych, owszem — stwierdził, szeroko, niewinnie rozkładając ręce. — I rozumie pan, nie umiem odpowiedzieć na pańskie zdania dość zręcznie, by ta rozmowa mogła być dla pana przyjemną rozrywką, więc może zostawmy protokoły... Cesarstwo – czy tylko pan – pragnie, bym pokonał delegację Redanii w pojedynku, na który samo tę delegację wyzwie. Niewątpliwie wyśle to Radowidowi dość jasny sygnał co do sympatii politycznych Temerii – sygnał fałszywy. Sprawa śliska, ale faktycznie możliwa dla nas do wygrania, więc czy jest w niej coś jeszcze?

Cień uśmiechu, tym razem ukradkowego, pełnego samozadowolenia, przepłynął ambasadorowi przez wargi.

— Kwestie dworu nie są informacjami, którymi mógłbym szafować. Powiedzmy jednak, że moje osobiste notowania cała rzecz może bardzo, bardzo poprawić. Na tyle — dodał, kręcąc kieliszkiem, jakby w zamyśleniu — że będę wasz udział traktował jako przysługę dla mnie, majorze. Nie wielką, lecz też nie bardzo małą.

— A przysługa da mi...? — indagował Vernon. — Bo się nie orientuję w obecnym kursie. Nie wielka, lecz nie bardzo mała, to znaczy? Butelkę dobrego wina? Skrzynkę dobrego wina? Morderstwo? Przewrót, rozumiem, nie?

Cyd się przez moment zastanawiał. Bardzo elfio, czyli z tak ściśle nałożoną na twarz obojętnością, że Roche nie mógł stwierdzić na pewno, ile teatru było w tym wahaniu.

— Henselt wam ludzi zabił, prawda? — stwierdził wreszcie, bardzo wyraźnie, z rodzajem namaszczenia, dyplomata. — A tę dziewczynę sprzedał do burdelu...

— Radziłbym zamilknąć — wtrącił agent, któremu w jednej sekundzie krew zastygła w żyłach.

— Będziecie żałowali, jeśli usłucham — odparł gładko Nilfgaardczyk. — Nie jest dla mnie problemem ustalenie, gdzie ona teraz przebywa – możecie mieć tę informację w ciągu miesiąca najdalej, majorze. A potem zrobić z nią, co tylko zechcecie. Wykupić dziewczynę. Spalić zamtuz. Nie dbam o to, nie sądzę, by zaszkodziło Cesarstwu. Również Temerii, jak już powiedzieliśmy, pojedynek wiele nie zaszkodzi, przeciwnie, sprawiedliwości jej przyczyni. — Uśmiechnął się znad pucharu wina, prezentujący komplet lśniących, białych zębów, takich, że trzy czwarte szlachty Północy by mu zazdrościło. — Ale to jest, oczywiście, wasza decyzja, majorze. Nie śmiałbym naciskać.

'

'

Awantura, bo inaczej tego się określić nie dało, jaką markiz la Fayatte zrobił Roche'owi z powodu zastępowania w pojedynku nilfgaardzkiego ambasadora, była zaiste olbrzymia, głośna, z przytupem i ciskaniem kałamarzem. Albowiem markiz, wytrawny dyplomata, kiedy miał emocje powściągać, to ich wręcz nie czuł, ale kiedy miał ciskać gromy, to rozpętywał nawałnice i tornada.

Anais dała wszakże permisję, ba, obiecała się stawić wśród widzów.