Nikt się nie spodziewał, że ja spróbuję cokolwiek akcyjnego pisać, prawda?
Biały Pałac, wielki kompleks pałacowo-ogrodowy, zbudowany przez Radowida V Srogiego dla swojej żony, Addy Białej, jest obowiązkowym punktem każdej wycieczki po Tretogorze. Owszem, znajduje się on pod miastem, a na podróż i zwiedzenie trzeba przeznaczyć co najmniej jeden dzień, zaprawdę jednak – warto. Warto, zwłaszcza, że baza hotelowo-gastronomiczna jest w okolicy wyśmienita. A i przybytki uciech, w tym również legalne, się niedaleko znajdą.
Przewodnik po cudach Redanii, edycja dziesiąta, poprawiona
'
'
— On nie powiedział „kończ waść, wstydu oszczędź", tylko wycharczał „ty chędożony kurwi synu" — zauważył Roche, zerkając Jaskrowi przez ramię. — Wcale nie wybiłem mu wówczas szabli z dłoni tak, by padła pod nogi Anais, Anais stała za daleko. Wtedy mu tak podbiłem ostrze, bo mnie… wyprowadził z równowagi… że się mu w podbródek jelec wbił, wybił zęby, rozorał podniebienie i język. Do końca życia skurwysyn seplenić będzie, gdyby nie jakieś elfie medykamenta, to by nie uratowali. Panienek już sobie łatwo nie znajdzie... A w ogóle — dodał, przerzucając bezceremonialnie karty rękopisu — to nie z ambasadorem walczyłem, jeno jakimś pomagierem w redańskiej delegacji, żołnierzykiem, ochroniarzem, czymś takim…
— Roche — westchnął z irytacją bard — czy ja ci mówię, jak się pojedynkować, jak torturować, jak podpalać miasta, rezać wsie, wieszać nieludzi i gwałcić kobiety?
— Nie — przyznał Vernon.
— To ty zamilknij i się nie wtrącaj w to, jak się takie rzeczy opisuje, by pięknie i poetycznie było! W Redanii moi wielbiciele się wprost nie mogą doczekać tej ballady, suche raporty akurat zainteresowanie rozbudziły, to wielki przebój będzie!
'
'
— Wiecie, Mirko, czemu ja tak służb nie znoszę? — mruknął melancholijnie Radowid, oddając raport ambasadora żonie.
Mirko Werkiel, obecny szef wywiadu, wysłuchiwał tyrad na podłość służb mniej więcej co drugi dzień. Przywykł więc, choć samo stwierdzenie nadal za każdym razem budziło odruchowy dreszcz, bo król zwykł wieszać często.
Odpowiedź co drugi dzień była inna i Mirko przestał już zgadywać.
— Czemu, Wasza Wysokość? — spytał po prostu.
— Służb i partyzantów, i terrorystów innych nie znoszę za to, Mirko, że te skurwysyny ośmielają się politykować, co winno być władców przywilejem. A ujmując rzecz prościej: kiedy normalnie się ma wroga, to się go w nieszczęściu dobija. Gardzi nim, kopie i plwa. Czyż nie?
Mirko miał nieco inne zdanie. Ludzi i wrogów się niewątpliwie mordowało, niewątpliwie gardziło en masse i w ogólności, ale żeby tak – pojedynczo? Po co energię marnować?
Potaknął wszakże.
— A służby właśnie nie. Właśnie politykują. Nie znoszę w nich tego. Dzisiaj wszakże — dodał władca — do szału mnie doprowadza konkret. To, że Scoia'tael, zamiast radośnie dorżnąć Roche'a, załatwiło jemu i Anais jakiś chędożony azyl w republiczce Saskii. On ich wcześniej setkami wieszał. Powiedz mi, Mirko, czy to jest normalne?
Taką robotę miał, ludobójstwa większego niż zdrowa norma im nie urządził – kto normalny się uraża o takie rzeczy? – miał ochotę odpowiedzieć Werkiel. Się jednak rozsądnie wstrzymał, zwłaszcza, że doskonale wiedział, iż to zamknięcie drogi do pacyfikacji Pogórza Mahakamskiego irytuje władcę. Arjan la Valette wraz z kilkoma tysiącami partyzancko-najemnicznej armii ruszył, ledwo ogłoszono podpisanie umów, i czujnie strzegł bram jedynego lenna siostry.
— Pojedynek się odbył — streszczał raport Radowid. — Pojedynek nasza delegacja przegrała, bo najwyraźniej ni jednego zręcznego szermierza w niej nie ma. Co i prawda, bom żadnego nie wysyłał. Cesarski poseł zażądał satysfakcji, wyobraź sobie, za to, że obrażono siostrę jego matki czy coś takiego – żonę Shilarda, w każdym razie – stwierdzeniem, że mógłby ją zdradzać z tą zdzirą La Valette...
To fascynujące, przemknęło Mirkowi przez głowę, jak król się zdaje nie zauważać, że per „zdzira" mówiła o baronowej początkowo tylko Adda. Per „zdzira, która mi ukradła ojca", konkretniej.
— Ambasador się w pojedynki wdawać nie może, więc wyznaczyli zastępców i Roche się zgodził – Anais mu pozwoliła – reprezentować interesy Cyda. I wygrał. Właśnie za to nie znoszę służb. Henselt takiego w porę nie dorżnął i proszę: siedzi w Dolinie Pontaru ledwie kilka tygodni i już jakieś sojusze z Nilfgaaardem knuje.
— Mści się, myśli Wasza Wysokość? — podrzucił Mirko. — Za swoich ludzi?
— Przecież to prosty chłop, gdzie mu do zemsty — prychnął Radowid. — Nie, nie sądzę, sądzę, że Firlej po prostu przesadził, ale co z tego? Kiedy... się zaopiekowaliśmy Temerią, dobre piętnaście tysięcy żołnierza nam przypadło, trwa wojna z Nilfgaardem, a tu... Pamiętasz, jak było z Cintrą? Chcesz powtórki?
— Nie sądzę, żeby uczestnicy tego małego spisku byli gotowi się sprzymierzyć z Nilfgaardem — zauważył Werkiel. — Nie wiem, czy Natalis ma w ogóle szansę, honor honorem, przegrana bitwa przegraną bitwą.
— Jakie ma znaczenie, czego chce Natalis? — mruknął król. — Wystarczy, że do żołnierzy dojdzie plotka o tym, jak to wspaniałomyślnie Cyd pozwolił Temerii na pomszczenie urażonej godności ich królowej...
— Wina jest Firleja, tak czy siak — syknęła zimno Adda. — Redania straciła na jego niewyparzonym języku, nie na pojedynku. La Fayatte rozdzierał szaty nad obrazą, wieści się rozeszły, temerskie oddziały sarkać zaczęły. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, Roche miał rację. To, czyją Anais jest córką, to jedno, to, że mój ojciec ją za swoją uważał i kochał, i byłby niepocieszony, że byle chłystek ją rani, to drugie. I jeszcze insynuacje co do jego sprawności... Czy ty naprawdę myślisz, panie, że mój ojciec nie byłby w stanie spłodzić parki dzieciaków i zadowolić jednej baronowej? — spytała niskim, chrapliwym głosem.
Radowid natychmiast zaprzeczył, dzięki czemu para się wdała w miłe wewnętrzne przekomarzanki, przypieczętowujące los ambasadora. Zresztą, westchnął Mirko, przytyk do zdolności seksualnych zmarłego naprawdę był kretyński. Plotki o temperamencie dynastii temerskiej znane były, jak Północ długa i szeroka. Plotki, zważywszy na małżeńską satysfakcję młodego redańskiego króla, raczej eufemistyczne niż egzagerujące.
— Anais powinna być ze mną, z nami — stwierdziła królowa, lekkim tonem, ale ze śladem zazdrosnego przejęcia — a głupota Firleja właśnie dała radykałom broń do ręki. Nikt nie kwestionowałby naszego prawa do ziemi mojego ojca, gdyby to biedne, wykorzystywane dziecko siedziało w Redanii. Firlej osiągnął tylko tyle, że ją zranił, obraził, przestraszył – mała nas teraz znienawidzi. Jest moją siostrą, córką mojego ojca — dodała z rodzajem dziecinnego uporu; szpieg nie umiał powiedzieć, czy był odgrywany. — To ja powinnam się nią opiekować, nie jacyś obłąkani nacjonaliści...
Stosunek Addy do swojego ojca zawsze zadziwiał Werkiela. Politycznie rzecz ujmując, był raczej chłodny, ale równocześnie okazywała prywatne przywiązanie zbyt szalone, zbyt głębokie, zbyt nie liczące się z konwenansami, polityką czy moralnością, by być udawanym.
— To jest absurdalne — zakończyła teraz, kładąc dłoń na dłoni męża. — To jest absurdalne, że oni wolą oddać dziecko Wiewiórkom i jakiejś dzikiej, półlegalnej republiczce niż Redanii. Powinniśmy tak to przedstawiać opinii międzynarodowej – i temerskim wojskom. Żaden z tych ludzi nie kocha Wiewiórek. Jeśli mieli jakieś wątpliwości co do intencji tego spisku – teraz je stracą. Gdybyśmy to dobrze rozegrali, za pół roku zmowa przeszłaby do historii. Przeszłaby jako podła próba zagarnięcia władzy przez arogancką, egoistyczną klikę szlachecką, myślącą nie o kraju, a o własnych umykających przywilejach. Żadnych patriotycznych uniesień. Działania Firleja...
— Zostaną ukarane. Surowo. Nie zawiśnie, ale...
— Jestem pewna, że coś wymyślisz, mój panie. — Posłała mężowi ciepły uśmiech. — Wieczorem. Jak wypoczniesz. Wypoczynek świetnie działa na fantazję.
Radowid przez sekundę wyglądał, zdaniem Mirka, jak pogłaskany za uszami kotek.
— To nadal może zadziałać, Wasza Wysokość. — Szpieg postanowił przypomnieć, że ani jego ludzie, ani w ogóle redańska szlachta nie są bandą niekompetentnych idiotów. — Podstawowa strategia się nie zmieniła. Musimy pozbawić intrygantów szansy na jakiekolwiek wsparcie polityczne, musimy ich odciąć od szlachty i bogatszych warstw mieszczaństwa, a przede wszystkim – od wojska. Idzie zima, nie wytrzymają bez wsparcia. Ich współpraca z Nilfgaardem tylko nam sprawę ułatwia.
— Ułatwiłaby — oznajmił z irytacją król — gdyby nie Firlej. Którego tyś nam referował. Teraz to nie jest współpraca, teraz to jest poświęcenie w imię królowej. Wszyscy słyszeli, co powiedział. Wygląda na to, że Roche bronił honoru Temerii.
— Wygląda na to, że gra o przetrwanie — wtrąciła Adda. — Roche'a nigdy nie lubiano. Teraz jest tylko gorzej. To on przejął Anais, to on w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął zaraz po śmierci mojego ojca, to jego widziano we Flotsam w okolicach zamieszek – Scoia'tael przejęło wtedy barkę, zaraz po jego, jakże fortunnym, odpłynięciu, Loredo się na niego skarżył, pamiętasz? – to on spiskował przeciwko Henseltowi, to on z pewnością najwięcej na nowym porządku politycznym stracił: spada z powrotem w krąg kurew i morderców. Bez mojego ojca jest tylko zbrodniarzem wojennym, jednym z wielu – Anais jest mu potrzebna dla własnej ochrony. A teraz jeszcze spiskuje z Wiewiórkami, tymi samymi, których oskarżał o maczanie palców w królobójstwie. Czy to się nie składa w pewien... obraz? Nawet przeciętnie zdolne służby nie miałaby kłopotu z oczernieniem – a mamy przecież służby niezwykle zdolne, prawda, waszmość?
Mirko spiesznie potaknął. Radowid się odprężył, jak zawsze, kiedy żona z pogardą mówiła o innych mężczyznach.
— Roche, jako ten, który zabrał – przejął – znalazł – który z jakiegoś powodu miał moją siostrę – jest ważny dla ich spisku. Mała jest do niego przywiązana, więc nie mogą się go łatwo pozbyć. Znacznie prościej zniszczyć jego niż Natalisa, a rzecz równie dobrze spisek zdezawuuje. — Uśmiech królowej się stał głęboki, ciemny, pełen wyczekującego napięcia i Mirko nagle sobie przypomniał wszystkie plotki i żarty na jej temat. — Zróbcie to.
'
'
Świat, zwący Radowida V Srogim, przeżyłby niemały wstrząs, gdyby któregoś dnia, niedługo po śmierci Foltesta, natknął się, jak Werkiel, na rzeczonego: bladego, roztrzęsionego, wyglądającego jak żywy obraz nędzy i rozpaczy, półleżącego na ścianie naprzeciwko drzwi do komnaty żony. „Czemu ona płacze", wybełkotał nieprzytomnie, zawisnąwszy na ramieniu Mirka, „czemu ona wciąż płacze, niech przestanie, zróbcież coś, żeby przestała, ja tu królem jestem!". W oczach miał ten bezmiar rozpaczliwej bezsilności, jaki – szpieg wiedział tylko z cudzego doświadczenia – w mężczyznach wywołuje jedna jedyna rzecz na świecie: łzy kochanej kobiety.
„Tu trzeba czasu", odparł rzeczowo, delikatnie ciągnąc Radowida w kierunku jego sypialni, „Nikt nic na śmierć nie poradzi, ani król, ani chłop, ani prorok, ani wiedźmin" (poniewczasie zdał sobie sprawę, że ostatni człon stracił ostatnio na prawdziwości).
„Foltest był drań, swołocz i chuj", wymamrotał mężczyzna, „w polityce mi straszliwie mącił, ale ja bym teraz wszystko dał za to, żeby go ktoś wskrzesił, żeby tylko ona tak nie płakała! Wszystko, ty to rozumiesz? Po rękach bym całował, ozłociłbym...".
Zza drzwi akurat w tym momencie musiał się rozlec wysoki, straszny pisk, podobny do wrzasku upiorów. W Werkielu dusza na moment zamarła, ledwie się wstrzymał, by nie uskoczyć, znak tylko, zło odpędzający, jedną ręką uczynił. Ukradkiem. Królowa, z oczywistych względów, źle znosiła takie zachowania w swojej obecności, król to przejął.
W tamtej chwili niewiele króla znak magiczny obszedł, skoczył, całkiem już oszalały, ku pokojom żony, Mirko go ledwie oderwał od klamki, wołając równocześnie o lekarzy i dwórki, bo rzecz, gdy już pierwszy odruch zabobonnego lęku minął, brzmiała mu na ciężki atak histerii. Przybyli medycy dali jakoś radę zarówno odciągnąć władcę – przekonując go, że nie powinien, z szacunku dla kobiety, widzieć jej tym stanie – jak zająć się Addą. Z tego, co Werkiel przez chwilę podejrzał, widok faktycznie nie był dla oczu kochającego mężczyzny: dziewczyna się darła, rzucała, gryzła, kopała, do krwi drapała siebie i innych, przekleństwa rzucała na cały świat, szlachtę temerską, Temerię, ojca, królobójcę, La Valettów i każdego, kto się jej na język nawinął. Bardziej zwierzę czy demona niż człowieka przypominała, zakrwawiona, z zapuchniętymi oczami, szopą rudych, splątanych włosów, pianą na ustach. Ledwo ją czarami i eliksirami do cichego, skomlącego płaczu utulono.
Od zaufanej dwórki Mirko się później dowiedział, że tego wieczora się okazało, iż królowa była we wczesnej ciąży – poroniła chłopca. „Podwójne królobójstwo się chujowi udało", wymamrotał na tę rewelację Werkiel. Jakoś tak bluźnierczego sarkazmu potrzebował, by znieść sytuację, bo Radowid, nieprzytomny z lęku o żonę i własnej objawionej bezsiły, wybuchał w tamtym okresie z najgłupszych, najmniej przewidywalnych powodów, wieszał, torturował, wtrącał do więzień i karcerów.
Starannie rozpuszczana plotka głosiła, że to ze względu na problemy polityczne, jakich przysporzyła śmierć Foltesta.
'
'
— Mirko. — Królowa zatrzymała go na korytarzu, tuż po zjeździe w Loc Muinne, wieczorem, kiedy król się zajmował nocną toaletą. — Mirko. Mam, wystaw sobie, ekscentryczną zachciankę. Bardzo ekscentryczną. W naszym środowisku może i... wstydliwą.
Werkiel zamarł, przeczuwając najgorsze.
— Jaką, Wasza Wysokość? — mruknął, nerwowo się zastanawiając, czego takiego może jej nie dawać Radowid i jak się od wymigać od prośby bez wylądowania na szafocie.
— Chcę prawdy.
Mirkowi opadła szczęka. Wewnętrznie. Faktycznie, w kręgach arystokratycznych rzadka prośba.
— Chcę poznać prawdę. To – to był mój ojciec. Mam prawo do zemsty. Letho może twierdzić, że to wszystko robota czarodziejek, ale ja nie wierzę, w zbyt wygodnym momencie te zeznania złożył. Zresztą, Loży się nie opłacało... Zabicie Demawenda może tak, ale nie mojego ojca. Był świetnym królem.
— Pracujemy nad ustaleniem szczegółów tych królobójstw, Wasza Wysokość...
— Chcę zemsty — oznajmiła Adda z szaleńczym żarem; mężczyźnie dreszcz przeszedł po plecach. — Prawdziwej, nie na pokaz. Żeby ją dostać potrzebuję prawdy, potrzebuję faktów i nazwisk. Kiedy je dostanę, przejdę do krwi, mięsa i podrobów. Ale moja zemsta musi być prawdziwa, rozumiesz? Będziemy potrzebowali wielu kozłów ofiarnych, owszem, ale zależy mi, żebyście, preparując dokumenty, nie zapomnieli o szukaniu prawdziwych sprawców. I meldowali każdy, najmniejszy drobiazg mnie – Jego Wysokości zawracajcie głowę tylko, gdy uznacie to za koniecznie potrzebne. Ochronię was, gdyby miał o to pretensje.
