Nie zdarzyła się dotąd nieokrutna i bezkrwawa rewolucja, rewolucja bez gwałtów i przemocy, tej doskonałej akuszerki dziejów. Nie zdarzyła się bez nich wojna ani istotna polityczna zmiana. Niesprawiedliwość, ucisk i gwałt, oto, co tworzy szczeble cywilizacyjnej drabiny. Zgadzać się nam wszakże na to nie wolno, błądzą ci z mych kolegów, którzy w imię idei czy postępu gwałty owe wybielają, niezależnie od tego, po której stronie sporu stoją, nilfgaardzkiej, republikańskiej, monarchicznej czy jeszcze innej.
Błądzą ci z mych kolegów, którzy w imię smaku władzy lub pieniędzy zatajają, niekiedy wręcz niszczą, historyczne dokumenty.
Błądzą ci, którzy piją z władzą i słuchają jej porad stylistycznych.
Błądzą ci, którzy wierzą, iż w imię dobra społeczeństwa należy temu społeczeństwu przedstawiać piękne kłamstwa, nie prawdę, prawda załamałaby bowiem tzw. prostych ludzi.
Ale najstraszliwiej błądzą ci z moich kolegów, którzy, w pogoni za pięknem opowieści, nie twardymi faktami, upierają się traktować ballady Jaskra jako dzieła tylko na wpół propagandowe.
Vincent Cat-Łupkiewicz, Napomnień księga wtóra
'
'
— Co piszesz, wujku?
Jaskier, oderwany od pracy twórczej, ale jak najbardziej chętny, by o niej poopowiadać wdzięcznej królewskiej widowni, nabrał powietrza i rozpoczął:
— Balladę o gnomie nieszczęśliwie zakochanym w elfce. Główny bohater ma żółte spodnie, błękitną kamizelkę...
— Czemu? — przerwała mu widownia.
Na moment się zacukał, zaraz jednak odzyskał fason:
— Bo się rymowało z „utrudzonym jest wielce", a taki był siódmy wers. Wena mnie porwała. Rzecz się zakończy tragicznie, gnom się otruje, na dobitkę nieudolnie, będzie konał godzinami...
— Czemu?
— Bo potrzebuję jego monologu na koniec. Będzie konał w lesie, złamawszy uprzednio pióro, bo to taki trochę wrażliwiec, niespełniony literat...
— Czemu?
— Bo potrzebuję bohatera, który mi pozwoli wprowadzać liczne dygresje i refleksje intelektualne. Będzie monologował o tym swoim nieszczęśliwym zakochaniu, a przy okazji krytykował system społeczny – oczywiście nie vergeński, tylko właśnie te nierepublikańskie...
— Czemu?
— Bo Rzeczpospolita jest najcudowniejszą krainą świata! Krajem porządku, sprawiedliwości, równości, wolności, obrońcą praw ludów uciśnionych, światłem jutrzenki dla chłopów i warstw niższych! Jest wreszcie krajem, w którym naród – obywatele – mają głos! I mi płaci pensję.
— Papa też ci płacił pensję — zauważyła trzeźwo Anais.
Bard się nieco stropił.
— I pisałem dla niego ballady, czyż nie? O piękna Wyzimo, blaskiem przepełniona albo Świt nad Ismeną, albo...
— Jak ci teraz zapłacę, to znów będziesz pisał? Potrzebujemy propagandy.
Jaskrowi opadła szczęka.
— Ja... nie no, jaskółeczko, nie upadłem tak nisko jeszcze, żeby mi dzieci płaciły za pieśni — stwierdził, nieco spanikowany. — Napiszę ci, co zechcesz. Jak tylko skończę tę balladę. I tę o Dolinie Pontaru, Witaj, wolności jutrzenko...
— Mhm. Nie spiesz się. Tylko ma być ładna, jak najładniejsza, śliczna i długa, i ma być o moim ojcu, że był największym królem w historii!
Mężczyzna z pewnym takim niepokojem wyobraził sobie, jak tę woltę ideologiczną wytłumaczy Scoia'tael. Dziecko jednak ćwierkało radośnie a słodko, a przymilnie, cytowało jego poprzednie utwory – jakoś tak nie mógł odmówić. Poza tym, temat był, owszem, odpowiednio epicki, powstania, zajęty kraj, młodziutka królowa, skrytobójstwa. Twórcy się trudno oprzeć pokusie dobrego tematu; pierwsze wersy, rymy, rytm nadpłynęły mu do umysłu i nabrał niezbitej pewności, że to jednak Witaj, wolności jutrzenko będzie musiało poczekać.
Z gnoma jednak nie zrezygnuje, nie ma mowy. Za dużo miał radości, złośliwie opisując tam poetycką konkurencję.
'
'
— Co to jest polityka? — zapytała Anais.
Siedząc przy tym na szerokim, w miarę uprzątniętym blacie w kuźni, machając w powietrzu nogami i wyglądając jak uosobienie dziecięcej, beztroskiej niewinności.
Zoltan, który służył przepióreczce, jak ją nazywał, za przewodnika po warsztatach pracy vergeńskich krasnoludów (zapowiadali te wycieczki wcześniej, żeby ostrzec o kłopocie, jaki sprawią), uznał pytanie za poważne. Wobec czego się zastanowił. I nim wyrzucił z siebie piękną, dumną, odpowiednio dosadną, acz celną, definicję, w słowo wszedł mu Yarpen.
— Polityka? Polityka, słoneczko, to działanie na rzecz dobra swoich, czyli przy okazji straty wszystkich innych, to jest ta, jak jej tam... gra o sumie zerowej, o. W teorii. A tak w praktyce życiowej, polityka to sprawienie, by inni zrobili coś, z czego ty będziesz miał zysk, a oni stracą.
— No, bez przesady z tym cynizmem — nieco się obruszył Zoltan.
Yarpen rzucił mu spojrzenie pełne pobłażliwej wzgardy.
— Mała ma być naszą królową, czy nie? Ma być. To po co jej napychać głowę chędożonymi – o, pardon – eeee, zapchlony... głupimi, nieżyciowymi pomysłami idealistów?
— Są rzeczy, których się dla polityki nie poświęca...
— A pewnie — wtrącił Brunon, pomocnik kowala — kufla piwa i dobrego chędożenia – to jest, znaczy, przepraszam, Wasza Miłość, ekhm, dobrego towarzystwa – tego się dla polityki nie poświęca. Ale też zawsze warto sprawdzić, czy sprytna polityka nam przypadkiem większej ilości piwa i... towarzystwa nie zapewni.
Dziewczynka przechyliła głowę. Włosy wymknęły się jej spod złotej siateczki, zaczęły wpadać do oczu i dmuchnęła na nie, raz czy dwa, z irytacją, nim zrezygnowana pomogła sobie dłońmi, przy okazji stwierdzając, słodkim, nieuważnym tonem:
— Wiem, co to jest chędożenie. To samo, co gwałt, tylko wtedy, jak wszyscy się kochają. I z tego są dzieci. A poza tym to jeszcze obowiązek małżeński — dorzuciła.
Kowal, usłyszawszy pierwsze skojarzenie, niemal upuścił sobie młot na palce. Spojrzenia, jakie padły na nieszczęsnego pomocnika, mogłyby zabić.
— Ale ciebie – nikt ci – nie... — po chwili ciszy jął bełkotać Zoltan.
— Żadnego zamachu na twoją cnotę nie było? — spytał brutalnie Yarpen.
— Nieeee — zaprzeczyła mała, nadal zajęta głównie włosami. — Tylko słyszałam, jak rozmawiali, bo się zastanawiali – ale uznali, że nie wiadomo, czy im zapłacą, jak mnie wybrok.. wybrakowaną dostarczą. Ci, co mnie porwali... A! Ja mam ich zabić i potrzebuję waszej pomocy! — Zeskoczyła z blatu, wyprostowała się dumnie, przejęta. — Prawie ich nie kojarzę, ale wujek Vernon powiedział, że to nic, że ich znajdziemy. I mam od niego sztylet, i nazwałam go Cahir, ale to mało. Potrzebuję miecza, takiego specjalnego, jak w legendach. I łuku. I wszystkiego, specjalnie na nich, specjalnie dla mnie, jak w książkach i w pieśniach. Tak będzie pięknie i, i... i porządnie. A chcę, żeby wszystko było, jak trzeba, z moją zemstą — oznajmiła głośno, podchodząc do wiszącej broni, delikatnie dotykając jelca najbliższego miecza. — Żeby wszystko było idealnie. W pieśniach jest cała masa szczegółów i to trudno niekiedy zapamiętać — westchnęła z żalem. — Ale to może dobrze. To, co przychodzi łatwo, niewiele jest warte. Wujek Natalis tak mówi.
— No, tak na moje, to zemsta będzie, jak trzeba, jak jędrna du... idealna będzie, znaczy, jeśli skurwysyny... dranie zginą — stwierdził stanowczo Zoltan, wychodząc nieco z szoku. — To, czym, i kiedy, to rzecz drugorzędna, przepióreczko, pieśni i księgi ubarwiają, żeby było piękniej... Co najwyżej się troszcz o to, by zdechli w mękach. Akcesoriami się nie przejmuj. Później w balladach Jaskier i tak swoje dopisze.
— Ale jeśli chcesz akcesoria, to z wielką przyjemnością oferujemy swoje usługi. Chętnie wykonamy, czego sobie tylko zażyczysz. Tylko to trochę zajmie — wtrącił kowal. — Ale możesz przychodzić co jakiś czas i oglądać postępy, zdobienia wybrać...
— Zdobienia, tak. Z herbem Temerii. I dynastii. I smokiem, bo mój ojciec uwielbiał taką jedną legendę o smoku, zawsze mi opowiadał, zawsze trochę inaczej... — głos dziewczynki zamierał powoli, jakby przygnieciony wspomnieniami, oczy i palce nadal wszakże błądziły po broniach. — Nie wiem, czy umiem ją teraz powtórzyć. Ale zdobienia muszą być piękne. I ze smokiem — szepnęła wreszcie.
— Będą najpiękniejsze — zapewnił kowal. — To będą najpiękniejsze chędożone zdobienia na całym tym chędożonym świecie. To będą tak piękne i dobre miecze, jakich dotąd moje ręce nigdy nie wykuły dla człowieka. I poprosimy najlepszy rzemieślników z Mahakamu, by tu przybyli i raczyli wspomóc nas swoją wiedzą.
— Dla ciebie — wtrącił szorstkim, chropawym głosem Yarpen. — Dla ciebie i tylko dla ciebie, dla twojej pamięci i twoich pragnień. Dla nikogo innego.
'
'
— Ja rozumiem, mordy, wojna — prychnął kowal, ledwo królowa i Zoltan zniknęli mu z oczu. — Rozumiem, niekiedy dzieciak się pod miecz nawinie. Ale jakim trzeba być skurwielem, żeby przy dziecku deliberować, czy się je zgwałci? Jednak ludzcy mężczyźni to zaraza jest, wszystkich ich wykastrować by należało. Wykastrować, a potem te ich chuje im wepchnąć do gardeł, a kosy w dupę...
Chłopak, Marik, pomagający w kuźni przy pracach gospodarczych bardziej, aż się wzdrygnął. Oczy zapłonęły mu złością.
— A ten wasz niby wielki bohater, Iorweth, on niby mniejszy rzeźnik? Szkoły zajmował! Te dzieci też się mu pod miecz nawinęły? — Zacisnął pięści.
Jakiś młodszy krasnolud już odrzucił narzędzia, już się rwał do bitki, ale dłoń Yarpena opadła mu na ramię. Ciężko.
— Iorweth to rzeźnik i terrorysta, nikt się nie spiera. Wszyscy, jak tu stoimy, uważamy Dwórki za barbarzyństwo wojenne. Przekonujesz przekonanych. Ale on walczył za naszą republikę, razem z nami, tak? Nie oczekuj przeprosin, chędożony elf prędzej umrze, niż przeprosi, ale jego prawie ze Scoia'tael za Dwórki wywali. Nie mamy co sobie wypominać. My nie wspominamy o ludzkich zbrodniach w każdej rozmowie.
Chłopak prychnął wojowniczo, ale spuścił nieco wzrok.
— Może nie w każdej, ale co ja się nasłuchać muszę, a Wiewiórki na mnie patrzą, pieprzone, jak na gówno w polu! A to przed chwilą, co Hagart powiedział?
— Zirytowany kurewsko byłem — burknął pod nosem wzmiankowany. — Ciebie niby wszystko to nie złości? Biednemu dziecku ukatrupili ojca, brata, teraz ją po świecie ścigają, cholerni politycy, a ona jeszcze, zamiast płakać czy się lalkami bawić, chce tylko mieczów dla zemsty! Ruda, co ją kopiemy, by się wzruszyła – a człowiek niby nie? — zakończył podejrzliwie.
Marik zmrużył oczy, zacisnął dłoń na blacie, tak mocno, że aż kostki mu pobielały.
— Los małej mnie przeraża — oznajmił z zimną furią — ale nie udawajcie świętych, trzymacie ją tu, bo się wam opłaca, przestanie opłacać, sami temu rzeźnikowi oddacie, żeby ją zabił, bo wy sobie rączek nie będziecie chcieli pobrudzić. Banda hipokrytów! — już wymawiając ostatnie słowa sięgnął po leżącą obok przyłbicę naprawianego hełmu, a teraz, gdy Brunon skoczył ku niemu, z zamiarami raczej morderczymi, cisnął przedmiotem.
Na oślep raczej i celując we wzrost ludzki, ale trafił, rozwalając przeciwnikowi czoło. Z pół metra trudno nie trafić, myślał Yarpen, z rezygnacją rozdzielając walczące strony. Hagart, po chwili wahania, dołączył do niego, stronyneutralnej, nie Brunona.
'
'
Saskia tłumaczyła, że polityka to dobro wspólne, tłumaczyła zasady republiki, wskazywała przykłady. Tłumaczyła, że to poświęcenie wszystkiego, każdego oddechu, dla wspólnoty – ale też każda rzecz, która się między ludźmi rozgrywa. „Wszyscy jesteśmy politykami, skarbie", mówiła z uśmiechem, „miłość to polityka, wojna to polityka, dzielenie domowych pieniędzy to polityka. Tylko jest jeszcze kwestia skali".
Anais była gotowa uznać, że Saskia wie o polityce najwięcej. A przynajmniej nie zbywa niewygodnych pytań.
— Ciociu, ciociu, ciociuciuciu — prawie krzyczała, wpadając do pokoju, słowa motały się jej w ustach z pośpiechu. — O... pan pułkownik. Przepraszamy.
Elf zrobił nieokreślony, szeroki, bardzo niedbały gest ręką, raczej zapraszający. Ale dziewczynka stanęła w progu, teraz zestresowana. Myślała o tym, co mówiła Saskia, miała wrażenie, że dostrzegła lukę – albo po prostu zasadę – i chciała o tym porozmawiać, dostać wyjaśnienie... Od cioci. Iorwetha, który jako jeden z nielicznych nadal mówił do niej „Wasza Wysokość", się nieco bała. Aczkolwiek nie jakimś panicznym strachem – pułkownik naprawdę przypominał jej ojca, czasami, tak bardzo migotliwie. Niepokój się brał raczej z pytań i nadziei oraz dziwnego wrażenia, że może będzie temu odległemu elfowi przykra, chociaż nikomu innemu nie była.
— Kochanie — głos Saskii był ciepły, serdeczny, jak zwykle. — Chciałaś mi coś powiedzieć?
Ach, tak.
— Myślałam o republice — odparła szybko. — Rzeczpospolitej. O tym, co mi ciocia opowiadała. I, i – myślę, że coś – już wiem, co się mi nie zgadza. Znaczy, nie, że nie ma ciocia racji, tylko to tam jest i... — Posłała Saskii błagalne spojrzenie.
— I co zauważyłaś? — dopytała tamta łagodnie. — Opowiedz tak, jak czujesz, swoimi słowami, nie przejmuj się. Zrozumiem.
Anais, trochę upewniona, nabrała powietrza, wypuściła, przygryzła język, ale w końcu zaczęła:
— Że rzeczpospolita działa, jakby ludzie byli dobrzy. — Ponieważ zapadła cisza, to dziewczynka po chwili kontynuowała, szybko wyrzucając z siebie argumenty. — Dobrzy i mądrzy, jakby im zależało i byli się gotowi poświęcić dla innych, dla wspólnoty, dla rzeczpospolitej – wtedy to działa. Ale ludzie wcale nie są dobrzy ani mądrzy, nie zawsze. Hrabia mnie sprzedał za pieniądze, wcale nie było dużo tych pieniędzy, mało właściwie! — oznajmiła z tryumfem, jakby właśnie wygrała dyskusję. — A on ich i tak miał w bród! I ci, co mnie porwali, to też byli przecież z Północy, a zrobili tak, żeby Nilfgaard wygrał. I ja wiem, pamiętam, że mówiłaś, ciociu, że rzeczpospolite mają specjalne zabezpieczenia, żeby jednostka zła i skorom... skurom... skorumpowana nie zdobyła władzy, ale co wtedy, jak wszystkie jednostki będą złe? Bo ciocia myśli tak, jakby zwykle ludzie byli dobrzy i mądrzy, ale oni są... Oni mogą być zwykle źli, podli i głupi! — zakończyła z przejęciem.
Iorweth się uśmiechnął, trochę do niej, trochę gdzieś w przestrzeń.
— Doprawdy, nie śmiem się nie zgodzić ze zdaniem Waszej Wysokości — oznajmił tonem tak słodkim, jakiego u niego jeszcze dziewczynka nie słyszała.
Co zresztą natychmiast wzbudziło w niej podejrzenia, że albo kpi, papa często kpił, albo coś ukrywa, albo po prostu kłamie – ale w tych kilku rozmowach, które przeprowadzili, zawsze się zdawał szalenie szczery.
— Wstrzymałbyś swój szowinizm — poprosiła Saskia; sprawiała wszakże wrażenie raczej rozbawionej niż gniewnej.
Elf zresztą też, uznała teraz Anais, chyba się odprężył. Uniósł teatralnie ramiona i rzucił cioci urażone spojrzenie.
— Doprawdy! Jak się nie zgadzam z Dh'oinne...
— ...ludźmi — wtrąciła z naciskiem Saskia.
— ...i walczę z ich królami, to jestem szowinistą, jak się zgadzam, to też jestem szowinistą, to co mi w ogóle mówić wolno? I gdzie tu wolność słowa? Gdzie republikańska równość?
Musiałam coś wielce zabawnego powiedzieć, westchnęła w duchu dziewczynka, tylko nie wiem, co. Musiałam coś pominąć w myśleniu, coś prostego.
— Wasza Wysokość ma absolutną rację, republika się opiera na założeniu, że w obywatelach jest więcej dobra niż zła. I są gotowi do poświęceń. W przypadku Dh'oinne...
— ...ludzi... — westchnęła ciocia, przykładając sobie dłoń do skroni.
— ...to raczej wiara w ich instynkt samozachowawczy, bo o dobro ich bym specjalnie nie posądzał. Ani ja, ani nikt w miarę rozumny. Ale są też, oczywiście, jednostki wybitne i wznoszące się ponad tę... ludzką magmę i Wasza Wysokość swoją celną analizą dowiodła dobitnie, że się wśród nich znajduje. Cytować Waszą Wysokość będę. W sporach, przemowach tudzież dysputach, oczywiście zaznaczając, że to słowa Waszej Miłości.
— Wy sobie żartujecie, pułkowniku — stwierdziła Anais, wreszcie zirytowana i trochę urażona, i może nieco zraniona, bo myślała, że to jest dobre, to, co wymyśliła — zamiast mi wytłumaczyć.
Teraz wszelki cień wesołości zniknął z oczu cioci, w sekundę dosłownie, co było dziwne i jakoś przestraszyło dziewczynkę.
— Patrz, co żeś narobił w imię swoich głupich wojenek — syknęła Saskia. — Bogowie, że ty się nigdy, nigdy nie zmienisz – wygrałeś, mamy państwo, oni je stracili, czego ci jeszcze potrzeba, żeby zaspokoić twoje lę...
— Nie przy Jej Wysokości — szepnął Iorweth, cały naraz zamieniony w żarliwą prośbę, co też było dziwne, bo Anais nigdy nie widziała u niego emocji.
Ale potem zaraz się obrócił ku niej, już znowu spokojny.
— Nie żartuję z Waszej Wysokości, nie śmiałbym — zapewnił. — To była dobra analiza podstaw rzeczpospolitych. One się rzeczywiście opierają na założeniu, że ich obywatele są... raczej lepsi niż gorsi. Dlatego uważam, że z ludźmi to nie ma sensu — prychnął — i zgadzam się z obawami Waszej Wysokości. Saskia sądzi inaczej i ona może wytłumaczyć, czemu. Ja nie należę do wielbicieli ludzkiej kultury. Ale Wasza Wysokość naprawdę bardzo celnie zanalizowała problem, większość dorosłych by tak nie umiała. Będzie Wasza Wysokość świetnym władcą, a może i wielkim filozofem. Dumę przynoszącym Temerii i swojemu rodowi — dodał z uśmiechem, który tym razem był zwrócony naprawdę do niej.
— Ludzie nie są głównie źli — wtrąciła wreszcie Saskia. — Ludzie się bardzo starają być dobrzy i naprawdę dokonują wielkich rzeczy, dobrych rzeczy, jeśli dać im szansę, jeśli dać im motywację, jeśli im pomóc... I nie, Iorweth, przez to nie rozumiemy „przyłożenia ostrza do szyi, torturowania i zadawania pytań".
— Ależ, ja bym się akurat zgodził: w takiej sytuacji faktycznie Dh'oinne – ludzie – są w stanie dokonać pożytecznych rzeczy. Wasza Wysokość, proszę, niech Wasza Wysokość wejdzie, to nie uchodzi, by królowa stała w drzwiach. A już z pewnością nie najsprytniejsza, najmądrzejsza królowa, jaką Północ widziała od paru dekad. — Położył Anais rękę na ramieniu i praktycznie wciągnął do środka; na tyle łagodnie jednak, że dziewczynka się nie przestraszyła, właściwie się jej zrobiło miło. — Wasza Wysokość, Saskia cała na usługi Waszej Wysokości – ja wychodzę, muszę jeszcze poczytać. I dojść do siebie po tym szoku, bo doprawdy, pomyśleć, że się w czymś zgadzam z ludzką królową! Wasza Wysokość, Saskio: dobranoc.
Anais patrzyła na niego z narastającą podejrzliwością. Nastroje pułkownika zwykle się wahały od elfiej wyniosłej obojętności, poprzez elfią wyniosłą uprzejmość, do elfiej wyniosłej, aroganckiej zgryźliwości. Lekko ironicznej, ale jednak serdeczności zdecydowanie w tej palecie nie było. Rozbawienia tym bardziej.
— Co ja takiego powiedziałam, ciociu? — spytała dziewczynka.
— Nic. Nic, kochanie — upewniła ją Saskia, przyklękając, przytulając mocno. — Po prostu... Miałaś rację, co do republiki. Naprawdę. I jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak to ładnie rozebrałaś i jak na to wpadłaś, to jest... jesteś naprawdę bardzo sprytną, inteligentną istotką, jaskółeczko. Bardzo.
— Pułkownik był rozbawiony — nalegała Anais. — Rzadko jest.
— Ale to – nie z ciebie. Z sytuacji. Powiedziałaś coś o podłości i głupocie ludzkiej, w rozsądnym kontekście, ale on następny rok będzie się na to powoływał przy każdej dyskusji. Zwłaszcza z Temerczykami. Nie martw się, ty miałaś rację, Iorweth po prostu – mężczyźni tacy są. Ja też tego do końca nie łapię... Geralt mi kiedyś tłumaczył, ale nadal nie łapię. Nie przejmuj się. — Puściła małą, wstała i nalała jej mleka, znalazła makowe ciasteczka. — Proszę, skarbie. Chcesz, to ci wytłumaczę, dlaczego jednak wierzę, że ludzie mogą – jeśli dać im szansę – w większości zachowywać się przynajmniej przyzwoicie. Chcesz?
Jasne, pomyślała dziewczynka, entuzjastycznie kiwając głową i rozsiadając się na kanapie, po to w końcu przyszłam, a nie po jakieś... jakieś męskie wygłupy.
