Ku rozpaczy co poniektórych (i wielkiej radości mojego id) calutki rozdział jest z małą. Nadal.
— Możemy wejść, pułkowniku? — rozległo się od drzwi głosikiem cichym, nieśmiałym i dziecięcym.
Iorweth podniósł głowę znad rachunków wojskowych. Anais, wiedział, że to Anais, więc nie rozumiał, po co sprawdza, wstaje i milczy, zamiast odpowiedzieć „Nie, pracuję, Wasza Wysokość, przepraszam".
Mała stała na progu, grzecznie, z rączkami i stopami ceremonialnie złożonymi. Czekała, aż odpowie. Z jakimś dziwnym, lękliwym uczuciem uświadomił sobie, że właściwie nie ma pojęcia, co się robi z ludzkimi dziećmi. Z nieludzkimi zresztą też.
Co w sumie niepokojące, bo przecież miał całkiem normalne dzieciństwo. Powinien pamiętać.
— Yeylia nie ma czasu? — Spróbował zbyć sprawę. — Ani Roche?
— Mieliby, gdybyśmy spytali. — Dziewczynka nadal stała w drzwiach i do pułkownika powoli docierała niestosowność sytuacji. — Ale teraz się kłócą. Myślą, oczywiście, że nie wiemy. Dorośli — westchnęła.
— Się kłócą — powtórzył mechanicznie, zaraz dodając. — Wasza Wysokość, niech Wasza Wysokość wejdzie, proszę.
— Czemu oni się tak często kłócą, pułkowniku? — spytała królowa, przestępując próg z gracją i dostojnością zdecydowanie przynależącą raczej jej tytułom niż wiekowi. — Nikt nie chce nam powiedzieć, ale przecież wiemy, widzimy... Wszyscy tylko się wykręcają — Zrobiła nieokreślony gest ręką. — A wy nas nigdy nie oszukujecie.
Fakt, jeśli Iorweth miał jakąkolwiek zasadę dotyczącą dzieci, to była nią absolutna szczerość. Dzieciom nie wolno kłamać, chyba, że się naprawdę nie dało inaczej. Należało je traktować tak poważnie, jak dorosłych – kłamać zaś nawet mniej, bo mniej zasługiwały na zdradę.
Zdrady należało oszczędzać, nawet jeśli ceną miałaby być nadzieja. W tamtej przeklętej szkole, kiedy ich otoczyli – kiedy ją zajął – też im nie kłamał. Znaczy, temu jednemu chłopcu, który się nie bał zapytać; ale był pewien, że potem dzieciak przekazał reszcie („Wszyscy zginiemy, oczywiście" – stał wtedy przy oknie, wpatrzony w horyzont ponad oddziałami Temerii, bo na ludzi nie było sensu, nic się nie zmieniało, nie mogło, rodzice lamentowali, wojsko czekało w gotowości – „ale nie śmierci trzeba się bać, a utraty honoru... Z was zrobią męczenników. I krew na pewno popłynie w waszym imieniu").
— Yeylia i ja, i Ciaran, i wiele nieludzi stąd było w Scoia'tael — odparł więc — a wiesz, czym się zajmował Roche.
Stała tylko kilka kroków od niego, dziwna figurka, mała, chudziutka, jasnowłosa, wielkooka – ale szaty czyniły ją olbrzymią, purpurowa suknia zamiatała ziemię, ciągnęła się z tyłu trenem, szeroki, wysoki kołnierz sięgał prawie do czoła, włosy ufryzowano i podniesiono w kok. Musiało być jakieś drobne święto w tej ichniej delegaci, normalnie Anais chodziła ubrana zdecydowanie wygodniej.
Zamarła teraz.
— Ale to polityka — stwierdziła ostrożnie. — Konieczność. Historia. On tak musiał. Wy tak musieliście. Nie mamy wyboru, mamy tylko... — Zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć określenie — ...sprzeczne interesy. Moment dziejowy. O to się spiera, ale nie kłóci, nie... nie nie lubi.
Trzeba królowej oddać, była zdecydowanie bystrą obserwatorką. Elf nie mógł zaprzeczyć, całe swoje życie strwonił na to, co było konieczne w tym momencie dziejowym – i teraz przyparła go do muru, całkiem niechcący.
— Tam jest jeszcze kwestia — zawahał się — osobista. I właśnie dlatego nie mogę o niej mówić. Niech Wasza Wysokość siądzie, proszę, jeśli Wasza Wysokość nie chce towarzystwa Ciarana albo markiza, albo dwórek...
— Nie chcemy — stwierdziło dziecko zdecydowanym tonem. — Mieliśmy już dzisiaj lekcje. Markiz ma urodzin. A Ciaran ćwiczy oddziały.
— To bardzo przydatna królom wiedza — zauważył Iorweth. — Zwłaszcza, gdy nie mają generałów ani kraju, ani armii. Natalis może w każdej chwili umrzeć. Roche, Arjan La Valette, każdy z wojskowych – za kwartał wszyscy dowódcy Waszej Wysokości mogą być martwi. Kto wtedy się zajmie ludem Waszej Wysokości?
To było niepotrzebne, pomyślał, niedyplomatyczne. Było też jednak prawdziwe. Plątał się więc w paradoksy, paty, kąty, ale po namyśle uznał, iż dziwność sytuacji wynikała z tego, że dotąd rzadko musiał rozmawiać z dziećmi aż tak długo. Tamte w szkole były zbyt przerażone albo zbyt skupione na sobie (ale nic im nie zrobił, nic im nie chciał – pożar wybuch, dach runął, ale to przy szturmie, nie z jego winy, nie chciał tego), w komandach dzieci nie było, przy paleniu wiosek rzecz się sprowadzała do decyzji „zabić – oszczędzić" i nie wymagała interakcji, zależała od polityki.
Mała ucichła jednak, bąknęła tylko, że wie, że już parę razy towarzyszyła Ciaranowi... Wahała się, jakby chciała coś powiedzieć i nie mogła wykrztusić słowa. Iorweth się domyślał, że chce z nim jednak o czymś porozmawiać – świetnie, ciekawe, co takiego mogła już na jego temat usłyszeć? – tylko się boi.
Nie, żeby domysły cokolwiek mu dawały. W komandzie po prostu odciągnąłby taką osobę na bok i mniej bądź bardziej delikatnie wymusił postawienie pytania. Z królową tak postąpić nie mógł, zresztą, dziecko pewnie tylko by się zaniepokoiło, gdyby nagle zaczął naciskać, nawet niektórzy młodsi partyzanci tak reagowali i trzeba było czasu – którego zwykle nie mieli, ale zostawić kogoś z wątpliwością albo gniewem to ryzykować zdradę – by ich uspokoić, rozgryźć, upewnić.
Powiedział Roche'owi, że będzie umiał dać władczyni ciszę w cieple, ale teraz jakoś zwątpił. Partyzanci, choć bardzo młodzi, to jednak nie maluchy w wieku szkolnym. Poza tym, nie sądził, że póki major tutaj będzie, Anais w ogóle zechce widywać Scoia'tael.
— Chciałaby Wasza Wysokość coś poczytać? — spróbował, sam słysząc ucieczkę w swoim głosie. — Albo – albo dam papier, Wasza Wysokość ćwiczy rysunek z Yeylią, podobno wykazuje Wasza Wysokość pewien talent, a dużo zapału...
— A co wy robicie, pułkowniku?
Iorweth zamrugał, lekko zaskoczony.
— Sprawdzam propozycje budżetu wojsk. Jutro jest posiedzenie Rady w tej sprawie, więc...
— ...więc przeszkadzamy?
Właściwie, to praktycznie skończył. Za kwadrans byłby wolny, myśleć o problemie mógł w każdej niemal sytuacji. A królowa wyglądała, jakby chciała – bloede arse, z jakiego powodu? – przynajmniej posiedzieć przy nim.
— Wasza Wysokość nigdy nie przeszkadza. Czuję się zaszczycony, że poświęcacie czas marnemu pułkownikowi — odparł ostrożnie. — Zaraz skończę. Za pół godziny? Jeśli Wasza Wysokość chciałaby porozmawiać teraz, to nie jest to oczywiście kłopotem...
Dziewczynka weszła mu w słowo, własne wyrzucając spiesznie, z rodzajem zdenerwowania.
— Możemy poczytać przez pół godziny. Albo dłużej. Nie chcemy wam zabierać czasu pracy. Budżety są ważne — dodała dorośle. — Będziemy grzeczni i cisi. Umiemy. Siedzieliśmy dawniej przy ojcu, kiedy pracował.
Nic nie było w jej głosie. I właśnie fakt, że nie było tam nic, ścinał krew. Ale elf prawie przegapił, tak szybko mu zaskoczenie minęło, tak ładnie je zamiótł uprzejmym:
— A co Wasza Wysokość chciałaby poczytać?
Jego biblioteka była teraz całkiem obfita. Jego – doprawdy, żart. Zbyt świeża, by być jego; składkowa raczej, kupowana naprędce i bez namysłu, ledwo pokój w Vergen się nieco ustabilizował, a do pułkownika doszło, jak dawno już nie czytał nic, poza tymi kilkoma słynnymi, wielkimi poematami, które trzymali pod poduszką nawet w partyzantce, powtarzali z pamięci, zabijając.
— Co lubicie, pułkowniku. Co lubią elfy? Albo krasnoludy? Nie czytaliśmy wiele z książek krasnoludów.
I chciała nadrobić. Albo markiz nieźle małą przećwiczył, albo była autentycznie ciekawa – u dzieci przecież chyba normalne – albo miała naturalny talent do manipulacji, zjednywania dusz, rodzaj charyzmy. Skoro w Vergen są nieludzie, to będzie czytać literaturę nieludzi.
— Kiedy byliśmy u trolli, wyrecytowały nam swoje wiersze, jak poprosiliśmy — dorzuciła Anais, teraz, wchodząc na znany grunt, pewniej. — One były... ciekawe. Trochę w stylu żartów, jakie opowiadał błazen ojca. Albo książek niższych warstw... wszyscy się na nie oburzali, bo wykpiwały dwór, ale je uwielbiali czytać. I plotkować, kto jest kim.
— I czytali je Waszej Wysokości? — mruknął z cieniem zdumienia Iorweth; literatura rybałtowska słynęła z rubasznej grubiańskości oraz niewybrednych aluzji seksualno-politycznych.
— Nie oficjalnie — stwierdziła z uśmiechem. — Jego Wysokość, papa, nam czytał. Uważał, że się dzięki temu uodpornimy na krytykę. I będziemy mniej drażliwi, mówił, że drażliwy władca to nieszczęście dla kraju. Mama tak nie uważała, więc się przed nią kryliśmy... — nostalgia zabarwiła jej głos, zasnuła rysy. — Mieliśmy zawsze inną, poważną książkę, najlepiej jakąś religijną, na wierzchu, chowaliśmy pod nią tamte... zabawniejsze, kiedy tylko wchodziła mama albo któryś z jej służących. Kiedyś nas przyłapała i skrzyczała papę, że nas źle wychowuje, że nas uczy przekleństw i zachowań niegodnych damy... Ale to nieprawda, tata wszystkie wulgaryzmy wykasływał... zagłuszał, o. Wydawał takie zabawne dźwięki, udawał różne zwierzątka, żeby było zabawniej, wymyślał własne wierszyki, dorabialiśmy końce opowiadań albo środki – tych, które już znaliśmy na pamięć – było bardzo wesoło. Ale i tak się o to pokłócili — zaczęła mówić ciszej, szeptem prawie. — Wtedy się coraz częściej kłócili, ale jeszcze nie tak często, jak... jak potem, kiedy mama nas w końcu zabrała.
Zapadła cisza. Iorweth przebiegał palcami po grzbietach książek i oprawach pergaminów. Stare, dobre Aen N'og mab Taedh'morc. Kiedy właściwie to kupił? Albo może nie on, może któryś z krasnoludów, kompletowali mu biblioteczkę w ramach – w ramach życzenia Saskii, właściwie.
— Z elfich dzieł to jest chyba najlepsze dla Waszej Wysokości. To znaczy – to zbiór bajek, ale stanowi dobry wstęp do kultury.
Dziecko grzecznie usiadło na sofie, wzięło książkę i pogrążyło się w lekturze. Ze spojrzeń, rzucanych czasem znad rachunków, mógł stwierdzić, że niezbyt uważnej. Albo raczej: próbowało być uważne, próbowało czytać, ale coś ewidentnie je rozpraszało, uwaga mu uciekała. Myśli. Problem, z którym przyszło.
Będzie chciało, to powie, uznał pułkownik. Z władcami się inaczej nie da. Z maluchami najwyraźniej też nie. Ten konkretny szkrab cierpliwie, uprzejmie czekał, aż Iorweth odłoży papiery, przez kilka minut przemyśli sprawę – pieniędzy Dolina Pontaru miała w bród, ale jeśli chcieliby wystawić, czy raczej kupić, porządną konnicę, to mimo wszystko musieliby odłożyć pełną modernizację pozostałych oddziałów, wprowadziliby tylko najpotrzebniejsze zmiany – dopiero potem zamknęło książkę i zaczęło się w niego uważnie wpatrywać, całe napięte. Ale nie zaczynało rozmowy.
Czyli zadanie spada na niego.
— Skończyłem, Wasza Wysokość. Jeśli Wasza Wysokość czegoś ode mnie sobie życzy...
— Nic sobie nie życzymy. Możemy prosić. Możemy prosić... Tylko wy, pułkowniku, mówicie mi tytułami. Dlaczego?
Wybieg, jasny wybieg. Ale pozwolił jej na to, zresztą, samo pytanie raczej było szczere. Serca reszty Vergen podbiła w końcu błyskawicznie. I zresztą to nie było tak, że jej nie lubił. Raczej wydawało się mu słusznym unikać – ze względu na wszystko.
— Jeśli Wasza Wysokość życzy sobie, bym się do niej zwracał po imieniu...
— Prosilibyśmy. Nie możemy kazać.
— Oczywiście usłucham... verinne. — „Czajko"; do dziewczynki wszyscy naokoło się zwracali kwiatowo-ptasim schematem.
Małą to chyba zadowoliło. Może nawet na tyle, by porzuciła poprzednie pytania, przynajmniej na chwilę, co wszakże nie zadowalało elfa. Problemy w końcu zawsze wracały, nie sądził, by dwór się w tym względzie wiele różnił od lasu.
— Nie miałaś kłopotów ze starszą mową?
Królowa przyjęła zmianę tematu z ulgą, zaczęła świergotać, domagać się wyjaśnień na temat kolejnych przypowieści. Przy okazji wymawiając tę starszą mowę ze zdecydowanie błędnym akcentem i północnymi, miękkimi naleciałościami. Brzmiało jak seplenienie, więc prawie bez namysłu ją poprawił, zaproponował, że nauczy. Spędzili kilkanaście całkiem miłych minut na tłumaczeniu i głośnej lekturze, aczkolwiek Iorweth cały czas się zastanawiał, dlaczego dziecko chciało widzieć akurat jego. Nie miał z nim wiele kontaktu, ot, codziennie wymieniali oficjalne uprzejmości i parę razy rozmawiał z nią na korytarzu, również krótko, oficjalnie.
— W starszej mowie zwierzątka wydają inne odgłosy niż w północnej — mruknęła w którymś momencie Anais. — Nigdy o tym nie myślałam.
Co oczywiście pchnęło ich na tory odgrywania kolejnych stworzonek. Łącznie z tworzeniem cieni. Zdecydowanie w czymś muszę przypominać Foltesta, westchnął w duchu elf. Z pewną straceńczą rezygnacją.
Mała była całkiem... miła. Inteligentna. Żywa. Trochę smutna w swojej bezwzględnej, zimnej, politycznej logice, wskakującej czasem do rozmowy; to wszakże było zrozumiałe. Siedziała, utrzymując grzeczny dystans, ale czasem dolatywał go zapach perfum, mocno kwiatowy.
Poprawiał jej układy dłoni przy zabawie w cienie, ostrożnie. Palce miała chudziutkie, ale ciepłe, zwinne, wiotkie, jak to u dzieci, z mięciutkimi opuszkami, zabawnie uginającymi się pod dotykiem. Bardzo to było wszystko urocze, zadziwiająco urocze, sam nie wiedział dlaczego. Na wszelki wypadek starał się królowej dotykać tak niewiele, jak tylko się dało. Protokół, powtarzał sobie. I dziwny, dławiący lęk, pomieszany ze wzruszeniem, tych wszakże nie chciał analizować (kiedy wyprowadzał te kilkoro dzieci, jedna chwyciła jego rękę tak bardzo mocno, miała taką mięciutką właśnie, zupełnie taką, w tamtej chwili to było takie dziwaczne, obce, zapominane wrażenie, i nic innego prawie nie pamiętał stamtąd, dymu ani trzasku, ani płaczu, nic nie pamiętał, jak tylko tę maleńką łapkę małego stworzonka – i wyszli, i wyżyli, i nie chciało go puścić, bo się bało, i nie mógł zostać, chłopiec, trochę starszy, powiedział „wiem, gdzie mieszka, zaprowadzę ją, zaprowadzę ich wszystkich", ale ona nadal nie chciała puścić, i chyba spróbował jej wytłumaczyć, tak się mu zdawało, że uratował ją i jest kontent, ale musi teraz siebie, bo go zabiją, czy chce, by go zabili, a ona powiedziała – i nie płakała nawet, tylko go ściskała za rękę – że tak, że chce, by zdechł, bo przez niego umarli jej przyjaciele, kuzyni, zaczęła wymieniać, i chłopiec zbladł, bo był starszy, i więcej rozumiał, a Iorweth – to znów pamiętał krystalicznie, jakby w teatrze widział, obraz za obrazem, każdy szczegół – dał jej w twarz, mocno, z bólu puściła go i krzyknęła, ale nie płakała nadal, i powiedział chłopcu, żeby się zajął wszystkimi, dzielnie, bo jest przecież dzielny, jest mężczyzną, rycerzem, a potem po prostu uciekł i wiedział, że ucieka, i prawie nigdy o tym nie myślał, i czemu teraz...).
— Podobno walczysz najlepiej w komandzie — zaczęła dziewczynka, trochę ośmielona przerwą w rozmowie, ciszą. — Powiedziałeś, wtedy w gospodzie, że mi pomożesz – będziesz mi dawał lekcje, proszę? Kiedy wujek Vernon wyjedzie?
To nadal nie jest to, zgadywał pułkownik, gwałtownie przywrócony życiu i rad z tego. To nie jest to, ale bliżej, a lekcje stanowiłby świetną okazję do rozmowy. Dziecko, pomyślał z rozbawieniem, szykuje sobie grunt. Sprytna istotka. Spryt nie zwalniał go jednak z obowiązku mówienia prawdy.
— Nie jestem dobrym nauczycielem. Nie na twoim etapie, milva. Poza tym... — Doprawdy, gdyby nie był dzieciom, a już temu zwłaszcza, winien szczerości, to chyba nigdy nie przeszłoby mu przez gardło — ...to nawet nie chodzi o twoje umiejętności. Za wiele z tego, jak walczę, jest podporządkowane kalectwu, nadrabianiu ograniczonego pola widzenia. Nie ma sensu, żebyś się tego uczyła.
Mała nie naciskała. Oczywiście. Niepełnosprawność zawsze zamykała wszystkim usta. Iorweth nienawidził jej używać.
— Ale i tak jesteś najlepszy — zauważyła Anais szeptem, po chwili, w momencie ciszy po kolejnej przeczytanej bajce. — Chociaż nie masz oka.
Maluchy bywają uroczo bezpośrednie, przypomniał sobie elf.
— Byłbym lepszy — odparł po prostu. — Byłbym znacznie lepszy.
— A byłeś? — dopytało dziecko, celnie wykorzystując implikacje czasowe.
— Właściwie... — Przekręcił głowę, żeby spojrzeć za okno, w horyzont. — Nie wiem. To było dawno, nie miałem tyle doświadczenia... Chyba nie. Ale doświadczenie bym zdobył tak czy siak. Ćwiczyłbym może mniej. Może bardziej sobie folgował.
Przez „folgowanie" rozumiał pozwalanie sobie na takie luksusy, jak niećwiczenie do omdlenia. I odpoczywanie po takim zemdleniu, nie wracanie do pracy.
— Nie, jednak byłbym znacznie lepszy — skonstatował, teraz z nutą obojętnej pewności. — Trudno.
Królowa coś ewidentnie przemyśliwała. Coś raczej istotnego, bo następny wierszyk odczytała z prostymi błędami, nieuważnie – ale kiedy zapytał, się spłoszyła i musiał ją upewniać, że cokolwiek to jest, z pewnością go nie urazi.
— Gdybyś był lepszy — szepnęła wreszcie — to byś zabił wujka Vernona?
Iorweth się domyślał, że pytanie dla dziecka implikuje jeszcze problem, kto by je uratował z rąk porywaczy, implikuje zupełnie inną, znacznie gorszą historię. Ale na szczęście mała o tym nie wspominała, więc nie musiał się odnosić, mógł szybko zbyć kwestię.
— Moje obecne umiejętności wystarczą aż nadto, mirriaela, żeby zabić jedno... jednego Dh'oine. Roche'a też. Miałem raz ostrze przy jego szyi – nie pchnąłem.
— I nie będziesz go próbował zabić?
— W obecnej sytuacji politycznej nic bym na tym nie zyskał.
— A jeśli sytuacja polityczna się zmieni? — drążyła Anais.
— Nie sądzę, by się zmieniła w najbliższym czasie.
— Ale jeśli?
Dlatego właśnie, przypomniał sobie elf, dzieciom nie wolno kłamać ani obchodzić tematu. I tak do niego dojdą. Bezwzględnie.
— Jeśli zabicie Roche'a będzie dobre dla sprawy, to go zabiję.
— Ale to nie jest tak, że chcesz? Że go nie lubisz? — upewniła się mała. — Tylko gdybyś musiał?
Ach, w tym rzecz.
— Szanuję go — stwierdził łagodnie pułkownik. — „Lubię" to bardziej intymne uczucie. Ale go szanuję.
Anais to wystarczyło, uspokoiła się i wróciła do pytań o zwierzątka. Znowu było miło, bardzo miło, nie pomyślałby nigdy, że z ludzkim dzieckiem można tak przyjemnie spędzać czas. Kiedy w kwadrans później do pokoju wpadli, zaniepokojeni, Roche, Yeylia i Ciaran, odczuł nawet coś na kształt żalu. Tudzież irytacji, bo o ile zaskoczenie na twarzy Temerczyka rozumiał, o tyle fakt, że jego właśni podwładni też przez chwilę wyglądali na pełnych tej niedowierzającej ulgi, złościł prawie tak samo, jak krasnoludzkie „rzeźnik".
— Kochanie — jęknął agent, jakby pobladły — martwiliśmy się, szukaliśmy cię po całym Vergen, co ty tu...
— Czytamy sobie — oznajmił lodowato Iorweth. — I uczę małą poprawnego akcentu starszej mowy.
— Bawimy się w teatrzyk cieni! — dodała entuzjastycznie dziewczynka. — I udajemy zwierzątka!
— Znaczy... — Yeylia się zawahała. — Znaczy, że możemy... że się dobrze bawicie... że nie przeszkadza?
— Już późno — wtrącił Roche, nim pułkownik albo królowa mieli szansę odpowiedzieć. — Jej Wysokość powinna się powoli przygotowywać do snu. Ma jeszcze lekcje do powtórzenia. Chodź, skarbie — dodał ciepło, podchodząc do kanapy.
Naokoło, bo drzwi były po lewej – a on musiał przecież podejść od prawej. Iorweth wstrzymał odruch przekręcenia głowy, poczekał spokojnie, aż człowiek mu wejdzie w pole widzenia, chwyci małą za rękę. Dziewczynka posłusznie zeskoczyła na ziemię.
— Mogę przyjść jutro i dokończymy czytanie? — zapytała.
Roche zacisnął palce na jej dłoni, gwałtownie. Pułkownik miał ochotę się urazić, ale potem sobie przypomniał – całość sytuacji – i nagle wszelka złość go opuściła.
— Jutro cały dzień pracuję — oznajmił łagodnie. — Potem jadę na dwa-trzy dni polowania. Może, jak wrócę.
