A to jest rozdział o pieniądzach. Dla A. ;)
Pałac Shaerrawedd przy Likseli
broni się młodzież od Elireny,
na ludzkie miecze mają strzały,
lud elfi bowiem bardzo zuchwały
jest!
Piosenka powstańcza, autorstwo, tradycyjnie przypisywane Irilláinne aep Finnédh'air, w pierwszym wydaniu, vergeńskim, oznaczono jako nieustalone; tłumacz nieznany
Każde elfiątko umrzeć pragnie,
bo zginąć w boju to jest tak ładnie,
a ci, co przeżyli przypadkiem,
to poderżnęli gardła ukradkiem
se!
Ludzki paszkwil
'
'
— Kredyt — powtórzył z lubością Viska Gamma, dyrektor do spraw… właściwie wszelakich... banku Vivaldich — pragnie pan otrzymać. Na kilka milionów koron. A jakież to nagłe wydatki mogą wymagać tak wielkiego wsparcia?
Natalis nie powiedział ani słowa. Przez dobrą minutę. Niziołek uśmiechał się spokojnym, szczęśliwym uśmiechem bazyliszka, czekającego na posiłek.
Czekali też zresztą na niemetaforyczny posiłek. Czekali z kremowymi, sztywnymi, jak pal do nabijania wrogów, serwetami na kolanach, dzieleni śnieżnobiałym obrusem i kieliszkami tak cienkim, że gdy konetabl uniósł je do ust, miał wrażenie, że pije wprost z mgły, z dymu. Zastawy jeszcze nie podano, będzie jednak z pewnością z porcelany tak wytwornej, iż będą przez nią prześwitywać nie tylko dania, lecz również palce kelnerów.
Siedzieli, znaczy, w najdroższej restauracji w Wyzimie, dość drogiej, by za odpowiednią opłatą gościć nawet poszukiwanych partyzantów.
Viska tej opłaty z pewnością nie wnosił. Bank Vivaldich po prostu kupił lokal kilka miesięcy temu. Przez podstawionych ludzi. Podobno miejsce przynosiło więcej niż przyzwoite zyski.
— Wojna — odparł wreszcie Natalis, bo zdecydowanie nie był w nastroju na gierki.
Gamma skrzywił wąskie usta, nieco teatralnie. Jakby nie siedzieli w odosobnionym pokoju, całym pokrytym runami przeciwpodsłuchowymi, tylko na środku karczmy. Z drugiej strony, jak to mawiał Talar, na środku karczmy nikt się ciebie przynajmniej nie spodziewa, nikt nie próbuje złamać zabezpieczeń, nikt nie obstawia stale czarami. Ta restauracja z każdej strony skrzyła się od magii.
— Wojnę ze szkodnikami, które pustoszą moje pola — dodał więc szybko, raczej dla uspokojenia rozmówcy. — Plaga szczurów.
— I na to trzeba milionów?
— Wielce są sprytne. I dużo ich. Wielu gatunków. A nie chcę sobie wytruć włościan.
Rude brwi niziołka uniosły się trochę w górę.
— Zabawne… Myślałem, że wasze nieruchomości i ruchomości zostały objęte sekwestrem przy rozbiorze Temerii.
— Nadal się wszakże troszczę o ludność — odparł konetabl z twarzą kamienną.
Wpłynięcie kelnerów, przynoszących przystawki – restauracja krasnoludzka, więc normalne tak w rozmiarze, jak rodzaju: szynki, chleb z omastą i smalcem, czosnek, przyprawione sery, trochę wędzonych ryb, żadnych tam żab, ślimaków czy głowonogów – wydatnie mu to ułatwiło. Następne kilka minut spędzili bowiem na komentowaniu doskonałej jakości potraw. Oraz spożywaniu owej doskonałej jakości.
— Tak po partyzancku dbacie, znaczy? — przeszedł do rzeczy Viska.
Tonem tak wypranym z wszelkiej złośliwości, tak delikatnym, że upokarzającym, jak kupa gnoju wylana na łeb.
— W ramach wolontariatu — odparł jednak Natalis równie grzecznie. — Może sobie nawet ten kredyt od podatku jako działalność charytatywną odpiszecie.
— Nie oszukujemy na podatkach. Ograbialibyśmy Rzeczpospolitą — zaperzył się Gamma.
Rozmówca udał, że mu wierzy. Pomógł w tym sobie winem oraz potężnym kawałem wędzonej szynki wołowej, mielenie którego zębami skutecznie usunęło mu z twarzy wszelkie uczucia.
— Nie interesuje nas polityka… rolna — westchnął niziołek — tylko zdolności kredytowe, stabilność finansowa, możliwości rozwoju…
— Odmawiacie. Nilfgaard zabronił? — spytał zjadliwie wojskowy.
— A cóż Cesarza obchodzą szczury na pańskich dawnych polach? — zdumiał się Viska. — Jak już mówiłem, oceniamy pozycję kredytobiorców z pozycji czysto ekonomicznych. Nie chcemy mieć kryzysu wywołanego nadmiernym zadłużeniem, niewypłacalnymi wekslami, płatnościami pustymi, iluzorycznymi pieniędzmi. W systemie weksli kryje się wiele niebezpieczeństw… — znacząco zawiesił głos.
Natalisowi nieprzyjemny dreszcz przebiegł po karku. Rozbawienie w głosie Gammy i pewność, z jaką mówił, były ciut za duże, jak na sytuację czysto teoretyczną. Nie, żeby wojskowy w ogóle rozumiał, na czym polega problem czy tam zagrożenie. Iluzyjne pieniądze?
— Czasem się płaci — tłumaczył z uśmiechem niziołek — nie tym, co się ma, a prestiżem. Zaufaniem. Pewnością przyszłych zysków lub przekonaniem o tej pewności. Rozumiecie? Płaci się niekiedy potencjalnymi pieniędzmi, pieniędzmi, które się będzie miało w przyszłości i wówczas się odda… Przynajmniej teoretycznie.
— To po prostu pożyczka — uciął krótko wojskowy, niespecjalnie zainteresowany gadaniną bankierów.
— Poniekąd — potaknął Viska. — Choć nie zawsze się to tak traktuje. I wielka część naszego świata się już opiera na owym specyficznym rodzaju żyrowania, pożyczania, zastawiania własnej reputacji, własnej wielkości - czy przypadkiem na tej zasadzie nie ma pan już u nas jednego, całkiem niemałego, kredytu? I czy nie na tej zasadzie pragnie pan wziąć drugi? Pan i pańscy znajomi oferujecie nam przyszły, wielce niepewny, lecz olbrzymi zysk… Z tego punktu widzenia to nawet nie kredyt, a inwestycja, nieprawdaż? Zainwestujemy więc w wytępienie szkodników z pańskich ziem, zainwestujemy w tę… spółkę. Interes ryzykowny, ale podejmiemy owo ryzyko. — Uśmiechnął się szeroko. — Bo wierzymy w pańską sprawę i ufamy pańskim zdolnościom oraz ideom, które mają moc porywania tłumów, znacznie bardziej niż tabelkom ekonomicznym. Może być, że ostatnim pokoleniem, które tak myśli, jesteśmy — dodał, melancholijniejąc.
Cóż, z Rzeczpospolitą się wam powiodło, pomyślał konetabl. A Rzeczpospolita to pewnie dla was też tylko spółka, kolejna z wielu. Zmarszczył brwi. Coś się mu nie spodobało w tej myśli.
— Jeśli przez zysk rozumiecie odsetki, choćby i wysokie, to, rozumiejąc ryzyko, na jakie was narażam, mogę honorem zaręczyć, że zrobię wszystko, by je spłacić, co do grosza. O tyle się wam opłaci. O nic więcej.
Kelner wniósł akurat kolejną butelkę alkoholu. Wino. Wyborne.
Panowie chwilę pokontemplowali więc bogaty, powoli się rozwijający bukiet, głęboką czerwień barwy. Pachniał, jak młode, żywiczne gałęzie, jak sok brzozowy. Natalisowi wspomnienia dzieciństwa na kilka sekund zaparły dech.
— O tyle się nam opłaci, o nic więcej — przerwał mu zamyślenie Viska. — Dobrze, skoro tak pan uważa… Ale i pan pożycza pod zastaw swojego honoru, nie swoich dochodów czy dóbr – wiem, nie ma pan ich już, sekwestr wszystko objął – honorem swoim i dynastii, i całego państwa gwarantuje pan ten kredyt — mówiąc, przymrużył oczy, rozkoszując się łykiem trunku — którego Bank Vivaldich panu z chęcią udzieli, chociaż pana oraz pańskiego spisku ani szlachta, ani mieszczaństwo kredytować już nie chcą, najwyraźniej honorowi i czystości intencji już nie ufając... My wszakże mamy dostęp do danych lepszych i ciekawszych niż te, które posiada Redania, czyż nie? I to nam pozwala przewidywać, że spłaci pan, spłacicie swoje zobowiązania. Na pewno. Co do grosza. Królowa inaczej byłaby… niepocieszona.
Konetabl taktownie milczał. Bank Vivaldich był jedyną instytucją skłonną choćby negocjować wspieranie ich małej politycznej awantury. Prawdopodobnie też jedyną, która dysponowała środkami na tyle dużymi, by uważać całość sprawy za drobiazg. W kasie to oni tonęli. Zwłaszcza od czasu numeru wyciętego Dol Blathannie...
'
'
— Wasze pieniądze i włości — zapewnił z uśmiechem Viska Gamma, główny menadżer do spraw kontaktu z klientami o wysokim priorytecie Banku Vivaldich (tak przynajmniej zwykł się przedstawiać tym akurat rozmówcom) — są, o dostojni panowie, odtąd całkowicie bezpieczne. Całkowicie. Obejmiemy je sekwestrem i weźmiemy pod zastaw hipoteczny, co uczyni wasze dobra własnością ponadnarodowej i w konflikty polityczne się nie mieszającej organizacji handlowej, słusznie wielką sławą oraz zaufaniem się cieszącej...
Wielmożny pan hrabia, Janus Vrir, prychnął pod nosem coś, wielce wulgarne coś, o ufaniu nieludziom i tym, jak to się zwykle kończy. Przedstawiciele banku rzecz uprzejmie puścili mimo uszu.
— ...która to organizacja wypłacać wam, panowie, będzie odtąd odsetki od wartości tudzież dochodów, jakie owe majątki przyniosą. Chyba, że ktoś z państwa woli po prostu sprzedać?
W obliczu błyskawicznej kampanii Nilfgaardu owszem, niektórzy woleli, najwyraźniej nie sądząc, że za swojego życia wrócą do Dol Blathanny.
'
'
— Wina?
Roche przywykł do siedzenia z Cydem wieczorami, kiedy akurat Anais miała zajęcia albo siedziała z Yeylią. Przywykł, czyli zachowywał tym większą czujność. W końcu ich ostatnia… umowa… kosztowała sprzysiężenie rojalistyczne utratę prawie całego wsparcia szlachty i mieszczaństwa. Właściwie markiz pozwalał na ponowne spotkania tylko dlatego, że jak ujmował, przy takim stężeniu dyplomatów na małej przestrzeni kasztelu i tak na siebie wpadać będą, a plotki niekontrolowane to plotki gorsze.
— Poproszę — mruknął Vernon.
Trzeba korzystać z przyjemności życia, póki możemy. Cyd jako jednostka niewiele miał do gadania w sprawie morderstwa Foltesta. Z pewnością wyrażał wobec niego mniejszy entuzjazm niż ich obecny gospodarz.
— Moi ludzie zdobyli informacje — mruknął graf, unosząc kieliszek do ust. — O tej waszej dziewczynie.
Ona nie jest moja, tylko swoja własna, przemknęło Roche'owi przez głowę, zirytowane. Jedynie przemknęło, po prawie natychmiast skierował uwagę na sprawy większej wagi.
— I? — spytał, nawet nie próbując udawać grzeczności.
— Burdel w Kaedwen, w Daevon, taki kurort dla zamożnych, na wschód od stolicy. Przekazali mi cały plik informacji, łącznie z tym, za ile ją kupiono i ile miesięcznie zysku przynosi. Sporo, niestety. Nietanio ją będzie wam wykupić.
Szlachcic, człowiek uprzejmy, wyjął wspominany plik papierów nawet bez dalszego ponaglania. I w ciszy poczekał, aż Roche przestudiuje, wyciągnie wnioski. Wnioski raczej pesymistyczne, bo faktycznie, tanio to nie wyjdzie.
Miał, co prawda, pieniądze. Nie był aż tak idealistycznym idiotą, by sobie nie dorobić w trakcie tłustych lat na dworze – zresztą, jedynym, który sobie nie dorabiał, był Geralt, a i on po prostu zostawił rzecz Triss. Tylko jego pieniądze, jak wszystkich w rojalistycznym sprzysiężeniu, winny być zachowane na czarną godzinę, winny służyć dynastii. Zwłaszcza teraz, gdy z finansami stali krucho, zwłaszcza pieniądze Roche'a, który do sytuacji, jak mu nieustannie wypominano, doprowadził.
Spisku ani Temerii los jednej kobiety niskiego rodu nie obchodzi, los samego Vernona obchodzi raczej tylko na doczepkę – bo królowa go lubi, bo Iorweth z nim chciał rozmawiać, bo Geralt, który nagle się okazywał kluczowym kawałkiem układanki, miał wobec niego jakiś drobny dług. Inaczej, jak bez ogródek oznajmił Armand, po tym numerze z pojedynkiem sami rojaliści by majora zabili. Ves na wykupienie swojego istnienia nie miała nic.
Ves gdzieś tam cierpiała przez jego, dowódcy, błąd, jego lekkomyślność. Jego chędożony błąd. Jego chędożony, głupi błąd, bo Foltest już wtedy nie żył, nikt już nie mógł zapewnić im ochrony, to nie była jakaś wiedza tajemna ani wielka polityka, nawet on powinien był przewidzieć...
— Mogę pomóc — przerwał ciszę dyplomata.
Nie tknął przez cały ten czas wina. Jakże uprzejmie.
— W zamian za przysługę? — spytał automatycznie Vernon, odkładając papiery i sięgając po kieliszek. — Dla grafa Cesarstwa to nie jest chyba wielka suma?
Cyd posłał mu kojący uśmiech. Agent, który nie znosił pobłażania, poczuł, jak się mu naprężają wszystkie mięśnie.
— Nie, w rzeczy samej, nie jest. Raczej implikacje polityczne mnie martwią – zdobyć informacje to jedno, wydobywać zdrajców Kaedwen to drugie... Nawet przy wojnie.
— A mimo wszystko możecie pomóc? — mruknął Roche, nawet nie skrywając sarkazmu.
Uśmiech zniknął z warg posła.
— Spisek, który był wymierzony w Jej Wysokość. Na pewno słyszeliście, takiej fali aresztowań nie dało się ukryć. Zresztą, Talar twierdził, kiedy nas ostrzegał, że to wyście mu większą część tych danych przynieśli. I Talar nam powiedział wszystko o tym spisku na Jej Wysokość – tylko o nim... Rozumiecie, majorze?
Rozumiał, cholera, rozumiał świetnie. Zdrada stanu zamajaczyła mu przed oczami; ale to był spisek i dokumenty nilfgaardzkie, nie temerskie, nic by o Temerii nie powiedział, dokumenty i tak zostałyby u Talara, dalej mógłby je dowolnie interpretować, co to komu szkodzi – no, może szkodzi, dobrze, niewiele wszakże, na pewno mniej niż Ves szkodzi burdel, bogowie, ona to przecież raz już przeżyła i Roche chciałby wymazać z pamięci, jak przeraźliwie, jak żałośnie i żałobnie wyglądała, gdy ją z chłopakami znaleźli.
Nie raz już prawo czy to, co powszechnie uważano za rację stanu, przekraczał. Wcale nie zawsze z pewnością, że robi dobrze dla Temerii, częściej po prostu starannie unikając myślenia o wszystkich możliwych konsekwencjach i prawnych określeniach na jego działanie, ufając instynktowi albo nieokreślonemu poczuciu słuszności. Na tej zasadzie pomógł wiedźminowi.
I dużo mu, cholera, z tego przyszło.
— Nie mam pojęcia, o czym mówicie. Ani o co chodziło Talarowi — skłamał teraz odruchowo.
Zresztą, co Talarowi odbiło, to naprawdę nie miał pojęcia. Cyd musiał wyczuć, bo wyjaśnił:
— Przychylność Jego Wysokości Cesarza zapewnił tymi słowami sobie – i wam, majorze...
— Może po to kłamał.
— Sugerujecie, że Cesarza i najlepszych ludzi Nilfgaardu mógłby zwieść byle wyżej postawiony temerski szpieg? Nie, raczej nie kłamał, majorze. — Uśmiech, całkiem chyba szczery.
Przynajmniej szeroki, łaskawy, serdeczny. Idealny przykład uśmiechu, jaki pan powinien ukazywać chłopom, co Vernona natychmiast zjeżyło. Graf odczekał ponad minutę, skoro jednak Roche dalej uparcie milczał, sącząc wino, machnął delikatnie ręką, stwierdzając:
— Wasz patriotyzm i bezwzględne oddanie sprawie budzą najwyższy podziw. Nie chcę urazić waszego honoru. Nie mówmy już o tym. Pojedziecie z nami na następne polowanie?
Nie mówmy już, ale mam wiedzieć, myślał Temerczyk, gdzieś tam, kątem umysłu prowadząc zdawkową, grzecznościową rozmowę, mam wiedzieć, mam rozważać, mam się zapętlać, mam kombinować. Przy każdym problemie, za każdym razem, gdy będę potrzebował pomocy, mam myśleć, że to moja karta przetargowa – tylko tam nic przecież prawie nie ma. Większość wymienionych w papierach ludzi już wpadła. O rozmieszczeniu swoich wojsk Nilfgaard i tak wie. Owszem, straciliby przewagę wynikłą z tego, że wróg niby nie wiedział, że oni wiedzą, ale ta przewaga była czysto teoretyczna, skoro tamci się domyślali, że rojaliści mają jeszcze jakieś informacje. Prawdopodobnie nawet przeceniali ich rozległość.
Być może Roche coś po prostu w papierach pominął, nie docenił ważności, z jakiejś pałacowej gierki Cesarstwa nie zdawał sobie sprawy. Przestudiował papiery raz jeszcze, w głowie, dziękując losom za dobrą pamięć, wyszkoloną przez lata w biednej dzielnicy, gdzie nie było pieniędzy na papier.
Nadal nie widział w dokumentach nic specjalnie ważnego, ale to jednak były dane, a analitykiem to on z kolei nigdy nie był. Układy to jedno, zdrada to drugie.
Ale gdyby nie powiedział nic, gdyby tylko wydał prywatne środki – nikt nie musiałby się dowiedzieć. Nie wydałby przecież wszystkich, Talar chyba nie wiedział co do orena, ile kto ma w prywatnej sakiewce. No i czy inni nie wydawali na zbytki, na kobiety, alkohole, wygodne życie?
Mógłby po prostu napisać do Natalisa, poprosić o zgodę. Albo poprosić markiza La Fayatte, którego liczne rodzinne koalicje, koligacje i koniunkcje chroniły przed sekwestrem choćby morgi majątku. Tylko Armand też napisze najpierw do Natalisa.
Może by Roche zgodę dowództwa dostał. Ale może by mu zabroniono, może by wskazywano mu miliony dziur w planie, zapytano, kto właściwie ma dziewczynę przywieźć z Kaedwen, teraz, kiedy wojna idzie, jak właściwie chce ją wykupić po cichu, bo przecież Henselta nie ucieszy, że mu się tak unieważnia wyroki i czy zdaje sobie sprawę, że za tę sumę mogą wyżywić oddział...
— Majorze — głos Cyda brzmiał kojąco, co natychmiast zaalarmowało Roche — z informacji wynika, że jej tam jest stosunkowo dobrze. Nie biją jej, nie głodzą. To nie jest najgorszy taki przybytek w okolicy.
Powiedział to, by Vernona dobić, jasne. Ta jasność niewiele jakoś pomogła. Z powodu niczego, ot, paranoi de Rideaux, która przecież naprawdę nie zaszkodzi Temerii, z powodu paru tysięcy orenów, o których przecież i tak nikt nie będzie wiedział, o które przecież i tak nikt nie poprosi, zmarnują się w banku uprzejmego, racjonalnego Vivaldiego, z powodu tych głupot Ves miała gnić...
To znaczy, tak właściwie to Ves gniła w burdelu, bo on, Roche, się, kretyn, chciał, idiota, nieudolnie pobawić w politykę. Przez niego, znaczy. Jak mama, zaczął obojętny, matowy głos w głowie i Roche zdusił natychmiast, ale jednak za późno i już wiedział, że nie ma mowy, że jej tam nie zostawi.
'
'
Tylko, rozmyślał kilka godzin później major, Anais też zostawić nie mógł. Żadną miarą. Tyle go rozmowy z markizem oraz drwiny nieludzi nauczyły, panować minimalnie nad swoimi impulsami. Co znaczyło, że musi znaleźć kogoś, komu powierzy kilka tysięcy orenów i wyśle z tajną misją w imię nieistniejącego państwa (że za plecami owego państwa przedstawicieli? Jej Wysokość z pewnością przyklepie, kiedy już zasiądzie na tronie) oraz honoru syna nierządnicy.
Brygidy, niestety, nie miał pod ręką, chociaż słyszał ostatnio od jednej z dawnych dam dworu, szukających schronienia przed wojną, że dziewczynie się udało wyżyć. I zwiać do Brugge. Skąd blisko było do Cintry, więc właściwie kontakt się mógł nadal przydać.
Wybaczyła mu już na pewno te drobne narażenia życia. Kobieta mają miękkie serca, a poza tym on jej w końcu przebaczył, że nie dopilnowała Bussy'ego, co się chyba liczy bardziej.
Tak czy siak, sprawa nie na teraz. Do „teraz" należało ocalenie Ves, czyli znalezienie środków i osób.
Zawsze, wiedział, o osoby mógł poprosić Saskię. Pewnie by się zgodziła, zwłaszcza, gdyby skarb Rzeczpospolitej nie musiał płacić. Tylko wysłałaby, do bólu racjonalnie, elfy; od Wiewiórek najłatwiej się odciąć w razie problemów, a partyzantom, z każdym tygodniem bardziej nieradzącym sobie z pokojem, mała akcja mogła dobrze zrobić. Proszenie Saskii będzie więc oznaczało proszenie Iorwetha.
Od proszenia, syknął w duchu, nie uciekniesz tak czy siak, pierwszym pytaniem kobiety będzie, czy przypadkiem obecność Ves skurwysynowi delikatnej duszyczki nie ukrzywdzi. Twoja duma narobiła już wystarczająco dużo szkód, czyż nie? Licząc od tego kretyńskiego pomysłu, by się pojawić we Flotsam samemu z Niebieskimi Pasami, a nie wrzucić wiedźmina do lochu, jeszcze tylko na trochę, a północ kraju najechać z jakimiś w biegu spreparowanymi dokumentami, które pozwoliłyby przydusić Loreda, jeśli nie posłać go od razu na stryczek… O, a skoro o Loredzie mowa…
'
'
Blanka była półelfką. Z burdelu we Flotsam właśnie. Roche, gdy jeszcze byli w mieście, w ogóle jej nie zauważył, nie tylko dlatego, że typ urody – bure włosy, piwne oczy, szczupła sylwetka – miała raczej nieefektowny. Nie korzystał po prostu z usług prostytutek, chociaż też nie latał jak nawiedzony klecha, potępiając i wyzwalając. Na większość tych kobiet poza zamtuzami czekał znacznie gorszy los; nie zamierzał przykładać do niego ręki.
Do Flotsam przybył z Geraltem (którego radosną woltę ideologiczną można byłoby zresztą podsumować jakimś krótkim, nędznym aforyzmem porównującym do latawicy), więc Blanka, kiedy wpadł na nią w Vergen, cała się rozjaśniła. Streściła mu wszystko: ultimatum Loreda, odwagę wiedźmina. I to, że przecież wiedziały, wszystkie dziewczyny, że muszą zwiewać – nawet jeśli mieszkańcy byli za nimi, to ogłupiały strach komendanta mógł potrwać najwyżej kilka dni, potem mężczyzna będzie chciał na kimś rozładować swoją porażkę.
Poszły na wschód, wieści o cudownym zwycięstwie w Dolinie Pontaru szybko do nich dotarły. A skoro szukały schronienia, to nowy kraj się wydawał idealnym miejscem. Nowy kraj, nowy początek. Przynajmniej tak tłumaczyła półelfka.
Vernon sądził, że poza tym dziewczyny miały po prostu dobre wyczucie meandrów duszy i emocji. Jasne, Iorweth nie mógł poświęcić siebie oraz komanda w imię paru prostytutek, to byłaby głupota – i tyle wiedział nawet taki Loredo, musiało mu raczej chodzić o efekt propagandowy – ale czy to na sumieniu, czy na dumie, czy choćby wizerunku watażki musiał zaciążyć fakt, że ostatecznie w ogień po elfie kobiety skoczył Geralt. Może zmutowany, lecz zawsze człowiek.
Wobec czego panienki, skoro trafiły do Vergen, zaraz dostały kąt, pieniądze i pomoc w rozpoczęciu tego nowego życia.
— Dwór był wtedy jeszcze w powijakach, wie pan — opowiadała Blanka. — Ja kiedyś się przyuczałam do szycia, a nasza madame, porządna kobieta, nauczyła nas sporo o manierach, prawdziwych manierach, więc dostałam tutaj normalną pracę, jako służąca, ale wszyscy mnie traktują dobrze, jak równą sobie, nazywają „panią do pomocy", tak zupełnie bez sensu, ale ładnie... Czasem pomagam dziewczynom, jeśli usłyszę, że gdzieś je bardzo źle traktują...
Pomaganie oznaczało wykupienie. Jeśli Roche był wobec projektu minimalnie mniej sceptyczny niż wobec pomysłów kaznodziejów, to głównie ze względu na trzeźwość pomysłodawczyni, widoczną choćby w tym, że kupowała jedynie nieludzkie kobiety, co pozwalało jej twierdzić, iż ratuje uciskane z rąk Dh'oinne. W tolerancyjnej republice Vergen, gdzie połowę oficjeli stanowili mordercy-szowiniści, to na pewno ułatwiało zdobywanie funduszy.
Ves nie była elfką. Ale Vernon nie sądził, by Blanka mu odmówiła, a jej z kolei odmówiono w Rzeczpospolitej. Wiewiórki raczej nie przestaną zabijać wyrzutów sumienia regularnymi wpłatami na szlachetny cel. Na dowolne szlachetne cele. Dolina Pontaru, o której gospodarkę dbały krasnoludy oraz niziołki, zaczęła dysponować nagle naprawdę sporymi środkami. Scoia'tael na państwowej pensji – też. I chyba jeszcze nie do końca nawykły do myśli, że można pieniądze przeznaczyć na coś innego niż jakąkolwiek bądź sprawa. Yeylia podobno przez pierwsze miesiące poprzedniego roku latała do Iorwetha z pytaniem, czy jej wolno tyle wydać, przed zakupem czegokolwiek droższego niż dwadzieścia orenów.
A przy tym wszystkim w Dolinie Pontaru planowano fantastyczną armię, niesamowite wzmocnienia, budowę nowych miast, dawano posłuch najbardziej utopijnym projektom, pozwalano zwariowanym wynalazcom, architektom, artystom, projektantom i społecznym wizjonerom snuć rojenia na państwowym mecenacie. Ba, próbowano niektóre z nich wprowadzać, na przykład coś, co nazwano państwem opiekuńczym, a co Vernona z jednej strony bawiło, jako dziecięce marzenie, iluzja bezpieczeństwa dla dzieci partyzantki, z drugiej nieco irytowało, jako swego rodzaju pobłażanie, rozmiękczanie.
Może Vergen potrzebowało po prostu upewnienia w swoim niepodległym istnieniu, może ostentacją i fantazją chciało nadrobić te wszystkie dekady, kiedy nie było go na mapach. Jakby, dajmy na to, postawienie parku w środku pustynnego wąwozu miało ich wstecznie zapisać na kartach historii.
Może to był więc sprytny plan polityczny. Ale raczej po prostu nie umieli inaczej, podsumował prychnięciem Roche, smarkacze. Nawet Iorwethowi, starszemu niż średnia partyzancka, do setki było daleko, co w przeliczeniu na ludzkie czyniło go młodszym od Vernona. Durne bachory: gdzieś pod ich zimnym okrucieństwem zawsze się kryła ta roztrwoniona, zwichnięta młodość. Tyle razy do niej dochodził: błysk rozczarowania, poczucia zdrady, żalu za tym życiem, co go podobno wcale nie cenili, jakaś tęsknota, jakieś marzenie – tyle, tyle razy...
Znienacka mignęło mu, jak obraz czy znużenie, tym typowym dla pewnych zawodów poczuciem, że jeśli nie faktycznie istnieje jakiś Stwórca tego świata, to należałoby go powiesić. Albo nie, za łatwo: ukrzyżować, dajmy na to. Niech sobie wiecznie, Nieśmiertelny Chuj, wisi.
Mignęło mu i znikło, bo głębsze rozważania prowadziłyby w kierunku wyrzutów sumienia, a takowe byłyby piękną bronią propagandową dla drugiej strony. Wrócił do problemu. Osobę już miał. Teraz pozostawało pytanie o środki, Blanka nie dysponowała prawdopodobnie wystarczającym budżetem, mogła najwyżej się dołożyć. Skoro już jednak myślał o stanie finansowym Rzeczpospolitej, to rozwiązanie nadpłynęło niemal samo.
Nieulęknione środowisko banku Vivaldich oraz reszta działu ekonomicznego robili, niepomni na zagrożenie ze strony Scoia'tael, interesy na boku. Nie jakieś oszałamiająco nielojalne, raczej w stylu małych defraudacji, ustawionych przetargów, zawyżonych faktur. Nie tam, gdzie naprawdę mogliby zaszkodzić republice – mniej więcej jak co bardziej patriotyczni dworzanie Temerii. Łącznie z Vernonem. Pewnie dlatego wiedział, gdzie szukać dowodów.
'
'
Bankowcy to konkretne istoty, trzeba przyznać.
— Zważywszy na to, że tym razem nie możesz nas znacjonalizować, a jesteś, widzę, w interesach – ile potrzebujesz, by milczeć? — spytał Viska, ledwie Roche się pojawił z plikiem kartek szczelnie pokrytym kolumnami cyfr, dat, nazw ustaw.
Mężczyzna uniósł brwi w teatralnym wyrazie zdumienia.
— Żadnych tłumaczeń? Oburzenia? Żadnego „jak śmiesz podejrzewać nas o okradanie Rzeczypospolitej, dobra wspólnego, naszej świętej sprawy"?
Niziołek wzruszył ramionami.
— Gdybyś chciał nam narobić kłopotów, zacząłbyś głośno rozpowiadać na rynku. Jesteś u nas, znaczy chcesz zapłaty za milczenie, ale nie nazwiemy tego szantażem, bo — przy tym słowie posłał mu uprzejmy, biznesowy uśmiech — nie jesteś w sytuacji, by nas szantażować. Saskia ani Scoia'tael nie są głupi, wiedzą, że nie zdołają bez krasnoludów zarobić nawet połowy tego, co mają dzisiaj w budżecie. Ale jesteśmy gotowi ci zapłacić, żeby uniknąć nieprzyjemnej sceny i wyrzutów. — Gestykulował szybko, zamaszyście, mówił pewnym, przekonującym głosem handlowca.
— Faktycznie — prychnął Roche, zdetonowany i rozbawiony. — Wiewiórki pewnie ni dnia w życiu uczciwie nie przepracowały. Żyli raczej metodą „złup lub wyżebraj".
Ku jego zdumieniu pracownicy się obruszyli. Mocno. W szmerze głosów wyłapał zdania o bohaterach, o sprawie.
— Potwierdzasz najgorsze stereotypy rasowe — oznajmił Gamma.
Z prawdziwą złością. Vernon potrząsnął głową.
— Że niby?
— Te o niewdzięczności zwłaszcza — ciągnął Viska. — Mów, ile potrzebujesz, załatwimy interesy – ale nie próbuj szkalować Scoia'tael. Nie tutaj. Nie są święci, ale nie tobie o tym sądzić. Sam nie zarabiałeś uczciwiej.
— No doprawdy... — zaczął Roche.
— Część mojego klanu zginęła przy pacyfikacji pogórza, więc wybacz, jeśli moja ocena twojej pracy cię uraża, ale raczej jej nie zmienię. Ile potrzebujesz? — powtórzył spokojnie Gamma.
— Pięćdziesiąt. I dolę od zysków.
Krasnoludy parsknęły śmiechem. Niziołek tylko wyszczerzył zęby.
— Możemy dać dwa... och, niech będzie cztery. W ramach jałmużny.
Tym razem po prostu się targowali, więc agent nie poczuł nawet cienia urazy.
— Czterdzieści siedem. Pięć, jeśli zwiększycie dolę.
— Powiedziałem cztery. I cztery to było moje ostatnie słowo.
'
'
Stanęło na jedenastu. I bez doli, ale na nią Vernon specjalnie nie liczył. Kiedy wychodził, Gamma zawołał jeszcze za nim, twardym, prawie wyzywającym tonem:
— To, co sobie bierzemy na boku, to najniższa prowizja, jaką komukolwiek kiedykolwiek policzyliśmy. My zawsze — zaakcentował słowo — wspieraliśmy sprawę.
'
'
Blanka w końcu pojechała z paroma chłopcami z dawnych komand. Zgodnie z przewidywaniami. Jeśli tamci byli niezadowoleni, że mają ratować dziewczynę z oddziałów, które ich przez pół życia ścigały, to nie dali tego po sobie poznać. Saskia powiedziała, że pojadą, tamci przenieśli spojrzenia na Iorwetha, który prawie niedostrzegalnie skinął głową, sprawa załatwiona. Zrobią wszystko co w ich mocy, zapewnił Finari, podporucznik.
Roche zniósł i znosił, z zaciśniętymi zębami, komentarze, jakie natychmiast się rozeszły po Vergen – po pewnej części Vergen. Te o zabawkach, zwierzątkach, rozpuszczaniu, jak dziadowski bicz.
