Wielki Mistrz Zygfryd, słynący pobożnością, w czas postów wstrzymywał się nie tylko od pokarmów mięsnych i słodyczy czy mocniejszych alkoholi, ale także od ryb, żył więc o chlebie i wodzie niemal. Miłosierdzie i mądrość w ocenie ludzi nakazywały mu jednak większą pobłażliwość w stosunku do współbraci lub gości, zapraszanych do Barienborga. W dni postne podawano więc na przykład wykwintne ryby, przygotowane tak, by udawały mięso, czy skorupki jaj wypełnione ikrą oraz mlekiem migdałowym.
Franciszek z Tomino, Żywoty świętobliwe
Historycy do dzisiaj spierają się, czy nadanie ziemi Zakonowi Płonącej Róży przez Radowida Srogiego było rozwiązaniem politycznie sensownym. Nie z perspektywy czasu, ta dowiodła niezbicie, że bynajmniej: Zakon urósł w siłę i zagroził bezpieczeństwu oraz jedności kraju. Chodzi jedynie o kwestię, czy ów ciąg wydarzeń można było ówcześnie przewidzieć, ba, czy był wręcz, jak dziś niektórzy krytycy Radowida V twierdzą, jedynym możliwym, czy też może decyzja króla była racjonalną z punktu widzenia swych czasów, a przyszłe wypadki pozostawały, jak to często bywa, chaotyczne i niemożliwe do przewidzenia.
Alphonse Faux-Mielle, Korona Redanii. Rozwój pojęcia
'
'
Wesele było wspaniałe. Kassja, dumał Dijkstra, z czułością, z jaką rzadko pozwalał sobie myśleć o żonie, sprawiła się wyśmienicie, świetną jest organizatorką. I doskonałą gospodynią. Moja Kassja, moja śliczna, ech, kiedyśmy ostatnio... Za dawno. Za dawno. W końcu nowa krew do rodu wchodzi, trzeba jej pokazać, że i stara coś umie!
Aczkolwiek, zgodnie z obyczajem Zerrikanii, to mąż musiał przyjąć nazwisko żony, a zamieszkają w ogóle w osobnym domostwie. Drobiazgi, drobiazgi, różnice kulturowe, grunt, że w zamian za te ustępstwa rodzina narzeczonej – Istrii – pozwoliła na ceremonię w stylu Północy. Kassjeczka byłaby niepocieszona, gdyby się rzecz odbyła inaczej.
Boreas wyrósł obok niego, nieźle już narąbany. Jego odporność na alkohol była więcej niż niezła, nadal jednak nie dorównywał dwóm pozostałym „kolegom z przełęczy".
— Sigi — oznajmił, jeszcze nie bełkotliwie, ale już z tą specyficzną intonacją pijanych. — Sigi, przyjacielu najdroższy, musimy ci coś powiedzieć. Z Wolfem musimy. Ustaliliśmy, że skoro to taki... ważny dzień, dzień tryumfu dla ciebie, jako mężczyzny, że oto trud twego ojcostwa uwieńczony został – powodzeniem! i to jakim, piękna para, świetne przyjęcie! – to czas wyznać ci prawdę...
— W duchu wzajemnej szczerości.
Isengrim wyrósł obok z kieliszkiem kovirskiego czerwonego wina w dłoni. Chyba rozbawiony.
— Jesteście szpiegami? — spytał znużonym tonem Reuven. — Brałem pod uwagę taką possibilię. W końcu jakoś zwiałeś, Wolf, przed tymi siepaczami, a to nieźli ludzie byli, jeszcze ich wybrać zdążyłem... Może ci Nilfgaard pomógł, myślałem...
— Nilfgaard. mi. pomógł. — Elf błysnął zębami. — Sigi, ty to jednak czasem przekombinujesz. Stary problem śledczych, na torturach też ciągną w nieskończoność, aż im delikwent z powodu... przeciążenia sensorycznego... nie zacznie absurdalnie skomplikowanych bajek konfabulować. Sam taki na początku byłem, pamiętam...
— A życie — wtrącił filozoficznym tonem Boreas — zwykle bywa proste. Najprostsze właśnie. Jak ta nasza prawda. Ale przygotuj się psychicznie, co? Usiądź może...
Sigi nie usiadł – od czasu spotkania z Geraltem na Thenedd nie znosił, gdy mu kazano siadać, zawsze miał wówczas poczucie upokorzenia – jeno, śmiechem parsknąwszy, dziarsko wbił zęby w udko zerrikańskiej dzikiej świni, mh'ika. Chwilę później gorzko pożałował.
'
'
— Nakarmiliście mnie szczurem?! Chędożonym szczurem?!
— Raczej nie chędożonym — zauważył spokojnie Wolf. — To nie była pora rui tego akurat podgatunku. A i „nakarmiliście" jest pewnym nadużyciem semantycznym...
— Zjadłem przez was kurewskiego szczura! — bełkotał Sigi; kawałek mh'ika stał mu gulą w gardle. — I nazwaliście go jeszcze skrekkiem!
— To jedna z ludowych nazw szczura w starszej mowie.
— Zjadłem szczura. Ze smakiem — jęknął Reuven, twarz ukrywszy w dłoniach, walcząc z mdłościami. — Niżej to już nie upadnę.
— Nie mów hop... — mruknął rozlewnym tonem Mun.
Adka, wyrósłszy jak spod ziemi, weszła mu w słowo:
— Co wyście zrobili mojemu tatce, niedobrzy stryjkowie?
— Próbowali mnie otruć — dramatycznym tonem oznajmił Sigi.
— Na weselu syna? Nic decorum stryjkowie nie znają, świętości szargają największe, na mir rodzinny nastają! — oznajmiła Adelajda z komicznie poważnym wyrazem oburzenia na twarzy. — Ale, ale, czy tata sam nie opowiadał, jak to jednego z naszych bankierów przykry wypadek spotkał, gdy do żony w połogu leżącej bieżał...?
— Od kochanki. Sam mir rodzinny naruszył — odparł defensywnie Reuven. — A ty nie podsłuchuj. I w ogóle zamach na moje życie przeprowadzano nie dziś, a z osiem lat temu...
— Zaczynam się martwić o tatki pamięć. To nie stryjkowie, tylko Redania — oznajmiła Adzia, teraz z kolei pobłażliwie. — I nie truć chciała, a po prostu przysłała skrytobójców.
— Nie wtedy. Niedługo później. Na przełęczy. Jakeśmy się poznawali.
Wargi Isengrimy drżały spazmatycznie. Boreas dał sobie spokój z próbami opanowania i po prostu w głos chichotał, nieco pijanym chichotem.
— Hm. Nie spodziewałeś się niby? — Dziewczyna wyglądała niczym uosobienie politycznej trzeźwości.
— Jak ty się do ojca zwracasz, hm? — spytał Sigi, wracając do kontrolowania teraźniejszości.
— Przepraszam tatkę. — Adka dygnęła, tak głęboko, że na skraju parodii.
— A teraz mi jeszcze moje niedomaganie wypominasz, moją ranę w służbie ojczyzny poniesioną – niedobre, wyrodne dziecko! — Sigi teatralnie chwycił się za serce. — Za co ja cię tak kocham?
— No, no — zaczął Boreas, przez mgłę alkoholu nie zauważywszy ironii. — Adelajda to cudowna młoda dama jest, śliczna i z głową na karku, nie ma powodów, byś ją tak postponował. Kocha cię bardzo. Nie widziałeś niby, jak to wygląda w innych szlacheckich rodzinach? Tam to sobie dopiero do oczu skaczą, trują, poduszkami duszą... Chłopi z kolei staruszków zagładzają, z moim dziadem tak stryj postąpił, a ty na taką dobrą dziewczynę narzekasz, wstydu nie masz, po prostu...
— Tatko żartował — ucięła Adzia, zarumieniona nieco.
— Juści, że żartowałem, toż ja bym za moją gwiazdeczkę, za każde z moich dzieci, w ogień skoczył – ale nie próbuj mnie w tym względzie, skarbie — dorzucił szybko Dijkstra. — Rozumiesz, musiałbym się dokuśtykać najpierw...
'
'
Adelajda Reuven było to dziewczę piętnastoletnie i po piętnastoletniemu kapryśne, na przemian niepewne siebie, to znów aroganckie, do tego po ojcu dziedziczące wymowność, zdolność celnego osądu ludzkich przywar oraz predylekcję do kombinowania – bez nabywanej z wiekiem ostrożności, empatii i umiejętności niuansowania. Krótko: wyszczekany, narwany szczeniak płci żeńskiej.
Ojciec za nią przepadał, jak zresztą za wszystkim swoimi dziećmi. Do Isengrima mówiła „stryjku", jak zresztą wszystkie dzieci Sigiego. Panienki z dobrych domów Północy, piszące ckliwe, łzami oblewane listy do bohatera, zabiłyby, by się znaleźć na jej miejscu – albo na miejscu dowolnego z dzieci Sigiego, może poza Vrsarem.
Sporo z nich wiele by także dało, by mieć jej szczupłą, ładnie umięśnioną figurę z wyraźnie zaznaczoną talią, smukłe łydki, proste nogi, mały, ładny nosek i plecy, jak struna. Sama Adzia uważała, oczywiście, że jest brzydactwem, dziedziczącym z potężnej postury ojca jedynie szerokie biodra i uda, ze zbyt małym biustem, piegowatą, do tego jeszcze po młodzieńczemu nierówną cerą, włosami w kolorze gnijącej słomy, banalnie szarymi oczami oraz zbyt męskim, kwadratowym podbródkiem.
Jej rówieśnicy, czy to z Zerrikanii, czy spośród emigrantów się wywodzący, żadną miarą nie mogli dorównać tytanicznym biografiom ojca i stryjków-imigrantów, choćby dlatego, że w trakcie drugiej bitwy pod Brenną latali jeszcze z drewnianymi mieczykami po podwórkach, ewentualne zaczynali terminować w swoim fachu, zamiast, na przykład, mordować rannych po szpitalach, szantażować, spiskować czy torturować. Z mordowania rannych czy torturowania znacznie prościej zrobić piękną i romantyczną opowieść. Ewentualnie zabawną anegdotkę.
Adka, dorastając więc wśród osobowości wybitnych, czuła się, do bólu typowo, niezrozumiana i nieszczęśliwa, gdy świat okazywał się miejscem pełnym osób o charakterach, cóż, raczej przeciętnych, umysłach wąskich, inteligencji niskiej. Zważywszy na to, jak wygląda struktura świata, nikogo nie dziwiło, że Adzia czuła się nieszczęśliwa i niezrozumiana przez, lekko licząc, trzy czwarte doby. Jedną czwartą przeznaczała na sen. Dla urody.
Wszystko te okoliczności wieść musiały szeroką, brukowaną drogą do sytuacji tragikomicznej. Póki co jednak Adelajda jedynie, dostawszy kilka miesięcy temu list od dawnego znajomego, syna niezłego rodu, i uznawszy żarliwie tęskne wyznanie za oczywistą prowokację, bo komu by się chciało, ją, nieważną Adzię, odszukiwać i do niej pisać, postanowiła jednak odpowiedzieć. Bo własna przygoda niosła obietnicę miłej ekscytacji. Bo chciała pokazać ojcu, jaka jest sprytna. Bo jej, wychowanej w duchu zgorzkniale, lecz jednak idealistyczno-patriotycznym, zależało na dobru Północy. Bo była ciekawa, jak się rzeczy potoczy i co jeszcze tamci, kimkolwiek byli, wymyślą. Bo tata dopiero od niedawna w ogóle pozwalał, namówiony przez matkę, odpisywać.
Korespondencja okazała się zaskakująco ożywiona. I nalegająca na spotkanie. Młodzieniec początkowy był tylko zainteresowany faktem, iż dawne wspomnienia – jedno właściwie, bal u Medyreuszy, na którym tak pięknie tańczyła, a jeszcze piękniej docinała, nawet dorosłym, najpiękniej zaś złośliwie komentowała po kątach – nie chcą odejść, że czasem, między snem a jawą, znowu ją widzi i słyszy jej drwiny. W trakcie ich półrocznej korespondencji, zaklinał się tenże szlachcic, z poczwarki tejże fascynacji wyrósł motyl wielkiej miłości. Chłopina się zadurzył kompletnie, znaczy. Nie dojadał, z pijatyk zrezygnował, a skoro dziewczę wzbraniało się przed powrotem, to kombinował, czy przypadkiem nie zainwestować pieniędzy ze spadku po dziadku we własny interes, który pozwoli zdobyć środki na przyjazd do Zerrikanii, padnięcie w pył tej niegościnnej ziemi i błaganie jej nieprzejednanego ojca o zgodę na ślub. Możliwie najrychlejszy.
Dziewczyna, pękając ze śmiechu – no doprawdy, kto im teraz te prowokacyjne listy pisze? bardowie? Jaskier albo Miguel di Florino, albo Dmuchawiec, zwany „Profesorem", albo Piquet, albo Novalis, przypominała sobie ciąg nazwisk, wspominanych przez papę – odpowiadała bezlitosną kpiną, pamiętając wszakże o pozostawieniu furtki do kolejnego listu. Między szyderstwa wplatała więc drobne czułości, może ironiczne, ale zawsze. Gdy sarkastycznie wypominała nierówny rytm miłosnego wiersza, pamiętała, by dorzucić odrobinę nieśmiałego zachwytu nad tym, że chłopcu się w ogóle próbować tak trudnej formy, jak vilanella, chciało. I to dla niej, dla niej jedynej!
Młodzieniec, Revik, na każdą jej chłostę odpowiadał coraz większym zachwytem. Że z niej taka inteligentna panna, taka wykształcona, taka spostrzegawcza, nie to, co te nudne dziewczęta, poznawane na balach, co to tylko siedzą, jak trusie i próbują złowić męża – albo udają jędze, w próżnej nadziei, że to je uczyni czarodziejkami bądź przynajmniej szarymi eminencjami, na co, w przeciwieństwie do Adelajdy, nijak nie mają dość zdolności.
Cóż, z rozmów domowych Adka wiedziała, że są i tacy, co to lubią kobiety o bardziej krytycznym spojrzeniu. Mamusia zwykła wypominać papie, z wielkim upodobaniem, jak się owa preferencja dla niego skończyła. Przykrywkę dziewczyna uznała więc, z łaski, za nadal prawdopodobną. Gdyby, oczywiście, nie była nieprawdopodobna już w samym założeniu.
Teraz odpisywała, z wielkim zapałem wcielając się w rolę kobiety flirtującej, prowadzącej korespondencyjnie rodzaj salonu towarzyskiego. Salonu, dobre sobie, Adzia ostatnie lata raczej nadrabiała braki w przeszkoleniu bojowym, jeżdżąc i ćwicząc z amazonkami – ojciec, po ucieczce z Tretogoru, się coś zaczął bać o bezpieczeństwo rodziny. Amazonki twierdziły, brutalnie szczere, że do poziomu choćby przyzwoitego wiele Adelajdzie brakuje, niemniej przyznawały też, iż raczej się już nie zabije własnym mieczem. Znaczy, coś tam jednak umie. Tata twierdził, że jak na redańską panienkę, to nawet bardzo dużo. Revik na każdą wzmiankę o jej umiejętnościach fechtunku, reagował takim entuzjazmem, jakby co najmniej Białą Raylą była. Paradne, komentowała w duchu Adka.
Ale na papierze dodawała, że miło jej, iż kawaler taką wiarę w jej umiejętności ma. Ślicznie to świadczy o jego przywiązaniu.
'
'
— Stryjku! — Adelajda złapała Isengrima w ogrodzie, gdy wracał z wychodka. — Ja muszę ze stryjkiem porozmawiać, koniecznie!
Adka wołała z odległości dobrych paru metrów, przez parę lat znajomości nauczona, że podchodzenie blisko byłych partyzantów bez zapowiedzi kończy się nieprzyjemnymi emocjonalnie pokazami braku zaufania.
— Co by stryjek zrobił — dopytała, lekceważąc ścieżki, przechodząc skrótem, depcząc trawę oraz nawigując między klombami czerwonych róż; w dramatycznych próbach ocalenia od kolców delikatnej, ciemnozielonej sukienki — gdyby musiał ustalić... sprawdzić... czy ktoś mówi prawdę?
— Wrzuciłbym do mrowiska. Zerrikańskie mrówki są nawet od naszych zjadliwsze — odparł bez namysłu, podając dziewczynie dłoń, by ułatwić przejście przez rząd białych, kilkudziesięciocentymetrowych kamieni, odgradzających klomby od alejek. — Kassja będzie znowu narzekała, że jej goście trawę stratowali...
— Było mnie nie zmuszać do zakładania obcasów — prychnęła Adelajda. — Płaskie trzewiki znacznie mniej szkód robią. A ad remując – mrowiska i ogniska odpadają, bo to... — urwała, zmarszczyła brwi. — Mogę stryjkowi zaufać? Że stryjek rodzicom nie powie?
Gdyby jego brat żył, to może nawet właśnie by się żenił, jak Vrsar. Z pewnością nie miałby jeszcze dzieci, niczego, co mogłoby do niego, Isengrima, zwracać się „stryjku". Taka absurdalna, oderwana myśl.
— Zależy. Jeśli szykujesz przewrót pałacowy w... gdziekolwiek właściwie, to twoi rodzice o tym wiedzieć powinni. Przynajmniej ojciec.
Dziewczyna posłała mu uśmiech, który, widział, miał maskować ulgę.
— Nic z tych rzeczy. Tylko to – ten człowiek, którego prawdomówność chcę zbadać, to... to młody mężczyzna jest.
Isengrimowi kamień spadł z serca. Przez chwilę naprawdę wyobrażał już sobie różnorakie straszliwe intrygi polityczne w jakie tak młode, pełne zapału stworzenie wpaść mogło. Czy raczej: w jakie mogło zostać zwiedzione. Żeby daleko nie szukać, on sam miał lat, przeliczając na ludzkie, jakieś szesnaście, gdy poszedł do Scoia'tael.
— Nie, to mrowisko rzeczywiście być nie może. W końcu jeśli mówi prawdę, to nie chcielibyśmy go za bardzo oszpecić, prawda?
— Jeśli kłamie, to też niekoniecznie, w końcu takich również wykorzystać można — zauważyła Adka.
Trochę mechanicznie. Elf odgadł, że powtarza zasłyszaną frazę.
— Nie mów tak — pouczył odruchowo. — To... to niedobra wizja miłości. To niedobra wizja związków w ogóle.
— Mhm. Jak mam go sprawdzić? Najlepiej na odległość? — dopytywała Adelajda.
Słusznie, pomyślał Isengrim. Dziewczyna jest najprawdopodobniej od delikwenta słabsza, lepiej, żeby się nie narażała na fizyczną konfrontację.
— W wydobywaniu informacji drogą wywiadowczą to twój ojciec jest lepszy — przypomniał lojalnie. — Ale rozumiem, że powiadamianie go nie wchodzi w grę. Mogę... mogę sprawdzić za ciebie.
Z jednym zakochanym szczeniakiem to sobie spokojnie da radę. Wystarczy pewnie trochę pośledzić, potem najwyżej raz dopytać bardziej bezpośrednio. Sama blizna powinna zrobić swoje.
— To nie będzie konieczne. To znaczy, dziękuję bardzo, stryjku, bardzo mi miło, że się stryjek tak troszczy, lecz o moje prywatne sprawy wolałabym dbać własnoręcznie i własnoumyślnie. Nie jestem już dzieckiem! — dorzuciła z komiczną wprost afektacją. — A jestem najmłodsza, więc wszyscy mnie tak traktują...
Żałość ostatnich słów niemal roztkliwiła elfa. Zupełnie, zupełnie, jak on sam w mniej więcej jej wieku. Tylko jemu młodość wypadła na ten podły czas, czas pogardy, czas menu pełnego złych wyborów. Kiedy w końcu wybrał zaś najświętszą sprawę, okazała się ona mirażem, złudą, ludzką drobną polityką. I tak oto mądre, długoletnie elfy, potężna starsza rasa, zostały użyte jak łuk albo balista, ślepe miecze, nic więcej. Głupie dzieciaki.
Poświęceni na ołtarzu sprawy. Jakby to ujął Sigi, wyruchani bez łoju, choćby z małżowiny. Jakby to ujął Boreas, zrobieni w chuja.
Adeczka tak żyć nie miała. Zerrikania była daleko, mile neutralna, ze zjadliwymi owadami i dobrymi, słodkimi winogronami. Żadna z przeklętych spraw Północy nie powinna tutaj doścignąć tych dzieci. Dzieci miały mieć dzieciństwo sielskie, anielskie, beztroskie aż do przesady, odgrodzone, jak być powinno, od wszelkich burz i naporów. Sigi już o to zadbał. Sigi oraz Kassja – partyzant zaczął doceniać żonę Reuvena już w pierwszej chwili, gdy do nich dobiła: nie tylko uciekłszy siepaczom ze wszystkimi dziećmi oraz ulubionym kucharzem, nie tylko przeszmuglowawszy przez te przeklęte przełęcze prawie trzy czwarte całego majątku, lecz także ubrana w suknię skrojoną wedle najnowszej novigradzkiej mody.
— Nie wplątałaś się w nic groźnego? — spytał pod wpływem wspomnień.
Adelajda się zastanowiła. Uczciwie. To dobrze, instynktowne odpowiedzi trudniej odczytać. Bywają zakłamane na kilku poziomach na raz, a przy tym absurdalnie wręcz szczere w swojej odruchowości.
— Nie. To raczej nie jest nic groźnego. Nie wygląda na takie. Żadnej idei w tym nie ma.
— Tylko miłość? — Upewnił się.
— Nie wiem. On tak twierdzi. Ja w ogóle tego nie czuję. Ale jestem... — Zatoczyła szeroki krąg dłonią — ...ciekawa.
Zupełnie zdrowy objaw u piętnastoletniej ludzkiej panienki, uznał Faoiltiarna. Nadal jednak, sprawdzanie czyjejś prawdomówności to poważna sprawa, czasem odkrywamy rzeczy, które wolelibyśmy pozostawić ukryte. W innych i w sobie. Pomijając całą lawinę wydarzeń, jaką czasem proste nawet przepytanie może wywołać. Isengrim wolałby się sprawą zająć sam, oszczędzić małej Sigiego kłopotu – w końcu to młode jeszcze, niech sobie pożyje ze złudzeniami! No, takimi złudzeniami, jakie może mieć córka wygnanego arcyszpiega.
Zacięty wyraz twarzy Adki upewniał go, że nie ma szans, mała się uparła. Sama chce problem rozwiązać. Pewnie trochę liczy, że zaimponuje ojcu. Wpływ Dijkstry na dzieci był przemożny, choć nieuświadomiony. Jakim cudem nieuświadomiony, tego elf nie wiedział, bo rzeczony wpływ bił na milę niczym łuna nad spaloną wioską, jeśli nie, by użyć tego wyświechtanego porównania, nad Cintrą. Adusia podobno w wieku lat ośmiu, wyrwawszy się papie spod opieki, jaką wyjątkowo na nią tego dnia sprawował, przemknęła do cel więziennych, gdzie, korzystając ze swego niewinnego wyglądu, chwacko wydobyła kilka kluczowych informacji z dowódcy bandy przemytników.
— Adeczko — zaczął teraz, bo dziewczyna wpatrywała się w niego, jak w obrazek, czekała słów — każdemu innemu, czy to człowiekowi, czy to ze starszych ras, powiedziałbym... poprosiłbym, żeby mi coś obiecał. Ale ty jesteś nieodrodną córką swego ojca, podobnemu jemu, jak na nocnym niebie gwiazda gwieździe. Różnice są, lecz trudno je wypatrzyć i nie należą do istotowych, znaczy. Wiem więc, jak potraktujesz swoją obietnicę, gdy tylko większe dobro do ciebie zamacha. Cel uświęca środki, co z oczu, to z serca, białe kłamstwa. Nie protestuj, przyszywano bratanico. — Uniósł dostojnie dłoń, celowo przesadnie, by się roześmiała. — Ja to rozumiem. Rozumiem cię. Proszę więc tylko, żebyś, podejmując decyzje w swoim życiu, pamiętała, brała pod uwagę i rozważała, rozważała naprawdę, nie ot, tak, jak odklepujecie modlitwy... że twój stryjek miał kiedyś brata. I nie chciałby – bardzo, bardzo nie chciałbym – żeby twoje rodzeństwo mówiło, że miało kiedyś siostrę. Rozumiesz?
Dziewczyna solennie pokiwała głową. Obiecać była gotowa, ale ją powstrzymał.
— Nie chcę, żebyś łamała dawana mi słowo. I tak złamiesz niejedno, przecież rozumiem i nie mam pretensji. Ja, wystaw sobie, obiecałem mojej matce, idąc do lasu, że będę na siebie uważał.
Na siebie i brata.
— A teraz, skoro odciążyłem swoje sumienie, przejdźmy do rzeczy: żeby naprawdę dobrze sprawdzić informacje zwykle potrzebna jest jednak siatka wywiadowcza. Ludzie. Inaczej ciężko o porównanie faktów. Jednak sama analiza słów jednego człowieka, uważna analiza, też może przynieść niebagatelne korzyści. Porównujemy daty, opinie, stwierdzenia, badamy ton i intonację. Szukamy wyrażeń regionalnych, zawodowych, powiedzonek konkretnych grup ludzi, ogólnie rzecz ujmując. Cytatów z popularnych tekstów kultury. Cytatów z innych ludzi, czasem intonacja tutaj może bardzo wyraźnie wskazać na źródło. Mowa ciała, jeśli mamy szansę patrzeć na badanego. Jeśli nie, to cóż, język. Granice mego języka są granicami mego świata – znasz język, znaczy, znasz świat oczyma danej jednostki. Jej wewnętrzny pejzaż. A kiedy to już masz, łatwiej ci znaleźć miejsca, które są – które nie pasują...
'
'
W ramach równości i poprawności towarzyskiej ojciec pana młodego z przyjaciółmi odśpiewał tak rycerskie pieśni Redanii, jak hymn Nilfgaardu oraz Pierwszą brygadę tudzież parę innych elfich partyzanckich utworów. Do tego wykonano sporo tradycyjnych zerrikańskich pieśni, ludowe przyśpiewki Północy, nawet kilka pijackich ballad Cesarstwa. Opowiadano anegdotki ze wszystkich ostatnich wojen.
— Imaginujecie sobie zaskoczenie Yaevinna, jak odepchnął tego histerycznego, dramatyzującego lekarzynę, podnosi płaszcz, a tam – Nilfgaardczyk! Chirurg tak był zawodowi oddany, że za wroga by życie poświęcił...
— Z perspektywy czasu myślę — wtrącił Sigi — że go wtedy ten cały Yaevinn powinien do waszych oddziałów zaprosić, miał tamten zadatki na męczennika przegranej sprawy...
Isengrim uśmiechnął się nostalgicznie:
— Ech, młodym się było, głupim, piękne czasy. Chociaż bitwa przegrana, szlag by ją.
Anegdotka była znana, ale jak zawsze kwitowana śmiechem. Adelajda się śmiała najgłośniej, zawieszona na ramieniu stryjka, przytulona do ojca. Boreasa tknęło myślą, że to dziwne, mała od jakiegoś czasu próbowała raczej grać dorosłą, teraz zachowywała się zaś jak małe dziecko. No, ale to może taki wiek. Młodość, młodość, wszyscy wiem, że bywa trudna, zwłaszcza dla otoczenia, myślał z zabarwionym winem rozczuleniem.
Zresztą, po chwili jakaś ruda, opalona amazonka – albo może i okoliczna chłopka, grunt, że z figurą amazonki, szczupłą, umięśnioną – skutecznie przechwyciła jego uwagę.
'
'
— Co tam, zwykły szary emerycie, w polityce? — spytał Boreas rankiem.
Czy raczej na wpół jęknął. Do drzwi, tymże rankiem po weselu, kilkudniowym weselu na litość bóstw, załomotał listonosz. Złośliwy z urzędu. Z workami korespondencji, od razu do wszystkich zgromadzonych gości. Ptasia poczta miała centralę ledwie kilkanaście kilometrów dalej, w Hvilvie, jednej z większych miejscowości Zerrikanii, wieści o weselu ani chybi tam dotarły, ba, połowa lokalnej śmietanki była zaproszona, Kassja nie omieszkała więc, w bardzo uprzejmych słowach i z cudownym uśmiechem na ustach, zrugać listonosza i wywołać w nim poczucia winy.
Niemniej, kogo walenie do drzwi wejściowych oraz radosne, fałszujące pogwizdywanie doręczyciela mogło obudzić – wszystkich – tego obudziło. Obudziło do świata skąpanego w jasnym słońcu, pełnego zapachów, wczoraj jeszcze apetycznych, i dźwięków, wczoraj jeszcze przyjemnych.
Dzisiaj Mun, skacowany jak nieboskie stworzenie, najchętniej wślizgnąłby się do jakiejś trumny i zakopał pod ziemią. Cicho, ciemno, listonosze chyba też truposzy nie nachodzą...
— Ale trupojady już tak. A tych także w Zerrikanii sporo — wtrącił Isengrim.
On wyglądał całkiem nieźle. Boreas był pewien, że po prostu udawał, jak to elf. Po tym swoim Scoia'tael to na pewno miał szkołę w mężnym znoszeniu cierpienia, klęsk tudzież inszych pocisków zawistnego losu.
— Niemniej, to faktycznie dobre pytanie. Przeczytaj co lepsze kawałki, Sigi. Skoro nas już przez tę korespondencję obudzono, to możemy się chociaż pośmiać.
Reuven zacmokał teatralnie. Po czym jęknął, bo cmoknięcie okazało się zbyt głośnym dźwiękiem.
— Przecież ja tego nie czytam, nie mam okularów, a w ogóle światło od kartki odbite chyba by mnie oślepiło, gdybym się przyglądał...
— To po co oglądasz? — spytał niemrawo Mun, wygrzebując zza foteli butelkę i szukając w niej, potrząsając, choć kapinki alkoholu.
— Z papeterii też wiele wyczytać można.
— Mhm. To na przykład na pewno od jakiegoś północnego ludzkiego arystokraty, bo całe w plamach tłuszczu. Nikt inny tak ostentacyjnie nie okazałby pogardy. Albo był tak niewychowany. Brak wychowania tylko u arystokratów przechodzi, bo wszyscy zawsze zakładają, że taki celowo błąd popełnia, nie po prostu nie wie — mruknął elf.
— Celna obserwacja socjologiczna — wyjęczał Sigi — ale czy naprawdę musimy się takowymi przerzucać akurat bladym świtem z najgorszym kacem moich ostatnich lat w tle?
Faoiltiarna westchnął coś, co dziwnie przypominało „Ve, dh'oinne". Wy, ludzie.
— To od Filippy — dorzucił tymczasem Reuven, rzuciwszy okiem na podpis. — Znaczy, tego, komu ona dyktuje. Czyli nie nadal nie odzyskała wzroku, czyli nie ma dostępu do magii, co nie jest dziwne, bo Północ prawie kompletnie oczyszczono. Zgadzam się z uwagą naszego drogiego przyjaciela, czyli – Filippa spiskuje z jakimś ważnym magnatem. Jak przeczytam list, to dowiem się, czy redańskim. Może nawet nazwisko poznam.
— A podobno nie obchodzi cię polityka? — zaintonował ironicznie Isengrim.
— Nie zamierzam się mieszać w politykę. Ale mogę się bawić w zgadywanki. To miła rozrywka.
— A pewnie — przypomniał sobie nagle Boreas; w butelce nie było alkoholu. — Pamiętacie, jak tu przyjechaliśmy? Po raz pierwszy? Jak się bawiliśmy w futurologię? Nawet skacowani podobnie byliśmy.
Skacowani faktycznie byli podobnie. Określenie „bawili się w futurologię" było za to wielce nieprecyzyjne. I równie taktowne.
'
'
— Emhyr mógłby przypadkiem podłożyć chuja na kowadło. Automatyczne. Takie, jak krasnoludowie mają. I rzeczone kowadło mogłoby nie wykazać odpowiedniego szacunku dla jego cesarskiej korony.
— Filippę mogłoby – och, nie mam pomysłu, ona lubi na ostro, a wiecie, co mówią o masochistach...
— ...że na torturach powiedzą wszystko; z wdzięczności. Wiemy.
— Fil... Filippa mogłaby stracić władzę i zostać osadzona z tylko męskimi skazańcami. Z dzikimi, bekającymi i pierdzącymi skazańcami. Cuchnącymi męskimi potem.
— Emhyrowi płynnego złota – albo gówna – lać do gardła. A najlepiej złota do rzyci, gówna do gardła.
— Do mrowiska z nim! Koniecznie do mrowiska, może być przed albo po reszcie.
— Ta. Zarezerwujemy jedno i Fil... Filippie. Koniecznie.
— Wiedźminowi z jego wesołą bandą także.
— Mrowiska dla wszystkich, demokratycznie! Móc wrzucić sąsiada do mrowiska konstytucyjnym prawem obywatela!
'
'
Potem przybyła Kassja z orszakiem. I dziećmi. Co natychmiast popsuło ten mały kawalerski raj, jaki sobie w ciągu pierwszych paru miesięcy wygnania zbudowali. Alkohol, przychodząca raz w tygodniu pani sprzątająca burdel, który w międzyczasie zrobili, Boreas, regularnie sprowadzający dziewczynki z prawdziwego burdelu – i dużo nostalgicznego, melancholijnego rozczulania się nad sobą, udającego, oczywiście, całkowity stoicyzm, twardość żelaza w obliczu przeciwności losu.
Panowie zarabiali na życie tym, co umieli najlepiej, czyli rozwiązywali okoliczne problemy. Na wpół trzeźwo nawet, bo jednak fantazję lub zdolności śledcze mieli zawsze, po wódkach tylko łeb ich bolał.
Mieli całkiem rozbudowaną ofertę. Od najtańszych usług, samo śledztwo, zdobycie informacji lub samo pobicie czy wymuszenie, poprzez morderstwa, po pełny pakiet, czyli wyśledzenie źródła kłopotów, następnie rozmowa z delikwentem oraz zakończenie, zależne od wyniku rozmowy. Szło im całkiem nieźle, do tego wyrobili sobie wśród lokalnej społeczności, wdzięcznej za wykańczanie pomniejszych szumowin, wyjątkowo pozytywną opinię.
'
'
— Pamiętasz nasze śledztwo w sprawie morderstwa w zamkniętym pokoju? Bardzo klastyczna zagadka...
— A okazało się, że we wszystko jest zamieszana jeszcze mafia, baronowie fisstechowi, którzy próbowali upozorować sprawę rodzinną, spadkową...
— Świetnie wam wychodziło odgrywanie tych detektywów z romansów bardów. Świetnie. Sigi był tym kostycznym, analitycznym geniuszem, a ty, Wolf, takim niebezpiecznym, melancholijnym typem na skraju załamania nerwowego — oznajmił lojalnie Boreas.
— Fakt. To były czasy. Mamy coś, by za nie wypić? — spytał Reuven, rozglądając się po stole.
— Tylko kefir. Kassja nam przyniosła. I zabroniła choćby kropli czegoś mocniejszego. — Elfowi kolejny z jego grymasów – uśmiechów – przeciął twarz. — Kassji się narażać nie zamierzam.
'
'
Kassja, jako się rzekło, zburzyła ich drobną harmonię. Z hukiem, wrzaskami i gromadą zatrudnionych pomocników. Wysprzątali dom od podłóg po sufity, wyszorowali nawet dachy, wywalili narkotyki, alkohol, podejrzane eliksiry. Dzieci zostały u poleconej przez lokalnych niani, bo żona Sigiego oświadczyła stanowczo, że do takiego chlewu ich nie wpuści.
Trzech kumpli ekipa sprzątająca wywaliła na dwór, na patio. Reuvena zresztą za chwilę, po doprowadzeniu gabinetu do stanu ładu, Kassja zawołała do środka. Gdzie zmyła mu głowę. Dość cicho, by człowiek nie usłyszał, ale Isengrim, ulegając nawykom, podkradł się blisko i ordynarnie podsłuchiwał.
— Miałeś dać sobie spokój z polityką! Właśnie zrujnowała życie dzieciom, wiesz, jakie to obciążenie, zmieniać nagle szkołę i środowisko, i znajomych? Wiesz, jak mi jest ciężko? A wszystko przez jakieś polityczne bzdury – obiecałeś mi, że to emerytura, koniec, finito!
Sigi coś wymamrotał, pokornie, przepraszająco.
— Nie próbuj ze mną pogrywać! — wrzasnęła kobieta. — Chcesz, żebym uwierzyła, że wpadłeś przypadkiem akurat na niego? Ze wszystkich istot? Akurat na legendarnego dowódcę...
— Kochanie, może nie mówmy...
— ...akurat na niego? Przypadkiem? Od ilu miesięcy to planowaliście jako jakiś plan „B"? W czasie, gdy Wiewiórki mordowały naszych synów? W imię Nilfgaardu? Pamiętasz, jak Cyntia przeżywała stratę brata?
— Ale już Lady Kirvell była bardzo szczęśliwa, kiedy załatwili jej męża. Czy to się nie wyrównuje? Poza tym, to historia, to już minęło.
Porządny Dh'oine z Sigiego, przemknęło przez głowę elfowi.
— Pół roku temu! — sądząc po głosie, w oczach Kassji pojawiły się łzy. — Chodzi mi tylko o dzieci, już nawet nie o mnie, a o dzieci. Chcę, żeby były bezpieczne, rozumiesz? Nie, nie rozumiesz, oczywiście, ty dla polityki byłbyś je zabić gotów! — o, a teraz oskarżenie; pani Reuvena była niezła, jak to zwykle kobiety.
