Czerń, okrutna, wygłodzona, podsycana przez żądnych krwi nieludzi, w tym elfie komanda, napadła na dwór letni rodu Virtenów, nadal, mimo tylu zdrad wokół, wiernie trwających przy swoim seniorze, sprawiedliwym, walecznym i dobrym księciu Stennisie. Na dworek i okoliczne wsie, bo owi chłopi nic mieli litości dla ludności własnego stanu, jeśli próbowała ich przed gwałtem, mordami i grabieżą zatrzymywać.
Nim noc nastała, z dworku oraz wsi nic nie zostało, tylko płomienie buchały, a wraz z nimi jęki umęczonych ludzi: mężczyzn, kobiet i dzieci, wszystkich pomordowanych z bestialsko wyrafinowaną przemyślnością, do jakiej serce honorowego człeka nigdy by zdolne nie było. Mężczyznom zdzierano skórę z rąk, twierdząc, że się białe rękawiczki panom ściąga, skalpowano ich, głosząc, że się oto zdziera peruki, ucinano wszelkie członki, pieczono i zmuszano rodzinę, a niekiedy i samego okaleczonego, do zjedzenia takiej potrawy. Dzieciom odrąbywano główki lub pieczono czy palono żywcem, brano je też na cel zawodów łuczniczych bądź w strzelaniu nożami. Kobietom nie oszczędzono żadnej z tych, a także wielu innych, mąk, dodając jeszcze gwałty.
Mnie samej jeden z chłopów powiedział, przemocą biorąc, że na tym polega republikańska równość, iż wreszcie chłop może sobie szlachetną dziewkę pochędożyć, a ta chłopskie bachory teraz nosić będzie. Szczęśliwie nie zaszłam wówczas w ciążę; jedna z moich znajomych, którą podobny los spotkał, powiesiła się na chustce przy pierwszych objawach przeklętego stanu.
Helena Virgenta Okropieństwa i bezeceństwa w Aedirn przez buntowników wyprawiane, z własnych spisane wspomnień, wydane przez dwór w Aedirn
Et, takie babskie histeryzowanie, gadanina egzaltowana taka, byłem w Vergen cały czas i nic się tam nadzwyczajnie złego nie działo. Dobro za to, o, dobro się tam stawało niezwyczajne!
Jaskier, nieoficjalny komentarz do wspomnień Heleny Virgenty, przytoczony przez Hugona z Ville w publicznie ogłoszonej Obronie Rzeczpospolitej
'
'
Jakiś odważniejszy Dh'oine – nadal tchórz, zaraz po czynie chowający się w burym, jak to zimą, tłumie – splunął przechodzącym elfom ze Scoia'tael – z armii Rzeczpospolitej – pod nogi. Krzyknął coś, pewnikiem „mordercy" albo „zbrodniarze".
Palce Yeylii nerwowo zadrgały, same podbiegły do rękojeści, oczyma szukała Iorwetha albo Ciarana, albo kogokolwiek, kto mógłby…
— Jest dobrze. To tylko tchórzliwa gnida, nie warta zachodu ani zamieszania, nie warta szkody Rzeczpospolitej.
W głosie Ciarana nie było tak znowu wiele przekonania.
— Rzeczpospolita pozwala pluć na swoich żołnierzy — głos Yeylii brzmiał bardzo, bardzo dziecinnie. — A my mamy za nich umierać…
— To tylko cywilne, pozbawieni honoru tchórze. Za takich zawsze trzeba umierać, bo oni sami się nie bronią — prychnął Iorweth, kładąc jej dłoń na ramieniu. — Tak jest w każdym państwie. Nie wiesz zresztą, kto to. Może mu zabiliśmy całą rodzinę. Może ma prawo do tych słów — spróbował łagodniej.
— Więc niech wyjdzie i walczy — warknęła elfka. — Jestem gotowa stanąć do pojedynku z każdym, kto sobie zażyczy, jestem gotowa rozwiązać to honorowo, wszyscy jesteśmy.
— Cywile się nie pojedynkują — przypomniał Ciaran, teraz, gdy zszedł na kwestie teoretyczne, znacznie pewniej. — Honor kupca jest inny od honoru wojownika, bardziej się opiera na rzetelności…
— Niech nam więc nie plują pod nogi — prychnęła.
Westchnienia. Kolejne tłumaczenia, które tylko frustrowały ją bardziej. Ludzie odsunęli się o dodatkowe kilka metrów – zawsze się odsuwają, gdy przechodzimy, pomyślała z dumą kapitan, boją się – Scoia'tael miało wokół siebie pustkę, mieszkańcy stłoczyli się na dole ulicy, wyraźnie zaniepokojeni. Niektórzy głośno wyklinali spluwającego kretyna.
— W Nilfgaardzie traktowali nas lepiej — wypomniała wreszcie, mimowolnie; męczyło ją to od dawna, tylko nigdy nie próbowała ubrać w słowa. — Znacznie lepiej. A jak się to skończyło?
Iorweth drgnął. Ciaran nie powiedział nic, widziała jednak w jego twarzy, że rozumie.
— W Nilfgaardzie byliśmy na cudzej łasce, bezsilni. Tutaj wreszcie my mamy władzę, my mamy głos. A skoro tak, to możemy zapobiec kolejnej zdradzie, po prostu decydując. Na tym polega prawdziwa władza, Yeylia. Nie na ślepej zemście, nie na mordowaniu. Nie mieliśmy jej w komandach, w komandach – w komandach tylko gryźliśmy, tylko walczyliśmy o władzę, daleko nam do niej było. Tłumaczyłem wam. Tobie — dodał miękko, z ledwie wyczuwalną nutą rozczarowania.
Może nawet nie rozczarowania, może w swoim lękliwym przywiązaniu elfka przesadzała, może to tylko znużenie i zmęczenie było. Niemniej, kapitan, z przestrachu, odpowiedziała złością, obronnie, wyrzucając z siebie wszystkie wątpliwości. Szybko, przyciszonym tonem:
— To potrwa tylko do momentu, w którym Dh'oinne zdobędą nad nami przewagę, w którym przestaną nas potrzebować, potem nas zabiją. Jak dawniej. Już tyle, tyle razy… Historia pokazała. One zapominają. I giną za szybko, by pamiętać wdzięczność.
— I właśnie po to nam równość i władza. Aby temu zapobiec.
— Odbiorą nam władzę.
— Nie, jeśli się nie będą bać, jeśli się nauczą – nauczymy – razem żyć — przekonywał Iorweth.
— A nawet jeśli nie, to przynajmniej zyskamy kilka lat czy dekad spokoju. Czas na odpoczynek, płodzenie dzieci i przegrupowanie. Dolina Pontaru to najlepsze, co możemy dostać — wtrącił trzeźwo Ciaran. — Choćby za to należy być wdzięcznym.
Ostatnie słowa były delikatnym, lecz wyraźnym napomnieniem. Yeylia potrząsnęła głową, czując, jak rumieniec wypływa jej na policzki.
— To nie jest tak, że się nie zgadzam z pułkownikiem. To nie jest tak… Ja wiem, że nam tutaj jest lepiej — mruknęła przepraszająco, niezgrabnie; watażka machnął dłonią, zbywając sprawę. — Ja się po prostu…
Iorweth posłał jej ciepły uśmiech, położył dłoń na ramieniu, przyciągnął trochę do siebie.
— Boisz. Ja też się niepokoję — mruknął. — Ale ufam Saskii i jej idei. Na teraz to wystarczy. Ufam jej — powtórzył z naciskiem.
Nacisk sugerował dość wiele, by elfkę zawstydzić mocniej. Zawstydzić, przerazić, zranić, bo myśl o tym, że pułkownik sądzi, iż ona mogłaby…
— Ja ufam tobie — zapewniła gorliwie. — Całkowicie.
Uśmiechnął się, szepnął „wiem" z taką pewnością, że cały świat się Yeylii rozśpiewał z radości. Ciaran za to, jak zwykle praktyczny, wtrącił z uśmiechem, najwyżej kapinkę wymuszonym:
— Czyli nie ma problemu, prawda?
'
'
Problem był. Nawet problemy. Ale które młode państwo nie ma problemów? Zwłaszcza takie oparte na czystej idei?
— Potrzebujemy tamtej ziemi, miasto się musi rozwijać, każdego dnia przybywają nowi imigranci, nasze ideały przyciągają tłumy, ale musimy się dostosować do potrzeb, które nasz sukces wytworzył… — Rude wąsy Gustawa Kiellicza, dawniej barona Aedirn, obecnie jednego z przedstawicieli ludzi w Dolinie Pontaru, dosłownie podskakiwały, z tak wielkim entuzjazmem opowiadał o projekcie.
— Nie. Po prostu nie. Veto — oznajmił lodowato Iorweth. — Veto członka Rady nie podlega dalszemu głosowaniu. Zgodnie ze statutami.
— Jeśli każda ludzka propozycja ma się spotykać z rasistowskim oporem, to drugiego Nilfgaardu tak nie zbudujemy — skontrował Gustaw, wyraźnie urażony.
— Ne chcemy tu drugiego Nilfgaardu — wtrącił pojednawczo Yarpen.
— Nie „każda ludzka propozycja" — zaintonował ironicznie hetman — tylko propozycja, która godzi w żywotne potrzeby mojego ludu i łudząco przypomina sytuację w Dol Blathannie albo Brokilonie, co samo w sobie otwiera rany, dla nas świeże, jest właściwie policzkiem…
— Możemy rozmawiać o konkretach, zamiast się skupiać na ozdobnikach retorycznych?
— Nasze uczucia są i potrzeby są, jak zwykle, tylko ozdobnikami retorycznymi? A nasze życia? Coś wątpię, by dla barona znaczyły wiele więcej…
— Odrzuciłem tytuł szlachecki dla Rzeczpospolitej — oznajmił z emfazą Kiellicz — i pragnąłbym, by to respektowano, skoro już się tak łapiemy za słówka. I pragnę także zwrócić uwagę, że ludzka część mieszkańców również ma potrzeby. Tutaj akurat zbieżne z potrzebami niziołków i krasnoludów, jak sadzę, zbieżne też zresztą z potrzebami samego miasta, koniecznym dla niego rozwojem…
— Przez „rozwój" rozumiemy oczywiście „zachowanie zgodne z ludzką wizją cywilizacji i postępu", bo to w końcu jedyna właściwa wizja — sarknęła Minve Kalkberg, niziołka, teatralnym szeptem. — Chociaż zgadzam się, że warto przynajmniej przedyskutować propozycję Gustawa, zamiast odrzucać ją w ciemno. Rzeczpospolita to w końcu sztuka kompromisu.
— Nikt nie mówi, by zieleń wyciąć całkowicie, mowa tylko o lepszym zagospodarowaniu okolicy przedmieść. Zostawimy tam park. Parki są potrzebne mieszkańcom wszystkich ras.
— Nie potrzebujemy waszej jałmużny — warknął Iorweth.
— A naszego azylu? — rzucił ktoś sarkastycznie.
Uciszono owego natychmiast, zaczęto poszukiwać jako sabotażysty. Watażka milczał. Saskia szturchnęła go kolanem, lekko, w założeniu pewnie krzepiąco.
— Azylu od waszych zbrodni i waszej niechęci, której zniszczenie najbliższego nam miejsca w Vergen będzie jasnym przejawem... — zaintonował wreszcie hetman.
— Mam dosyć — warknął naraz Ziemek Wirko, przedstawiciel chłopstwa — znoszenia fochów i fumów rzeźnika, dosyć mam traktowania mordercy jak ofiary!
— W sensie strukturalnym to wszystkie rasy nieludzkie, zwłaszcza elfy, są ofiarami — zauważyła ostrożnie Minve.
— Na trzy sążnie głęboko mam sens strukturalny! — wybuchnął Ziemek. — Rzeźnik mi zabił dwóch kuzynów, stryja i cioteczną babkę z całą rodziną, że o dalszej rodzinie nie wspomnę! Jak on jest ofiara, to ze mnie jest chędożony baron! I żądam prawa, by o tym głośno mówić, żądam, by ludzkie ofiary band Wiewiórek nie zostały zapomniane!
Pokój zaszemrał, częściowo z oburzeniem, częściowo z poparciem.
— Proszę państwa, wróćmy do tematu. — Smokobójczyni wprowadziła porządek poprzez zignorowanie. — Nawet jeśli przystaniemy na propozycję Gustawa, Vergen nie wystarczy dla całej ludności. Nie bez utraty potencjału obronnego, który już zabudowanie przedmieść znacząco zmniejszy. Vergen to twierdza, nie metropolia. Zamiast próbować je zmieniać w tę drugą, może czas pomyśleć o rozwijaniu innych miast, o większych wsparciu dla osadnictwa w okolicy, może o założeniu nowej stolicy, tolerancyjnej, symbolu wielorasowości... Niedaleko, oczywiście, by w razie wojny móc łatwo przenieść się z powrotem do twierdzy Vergen.
Zapadła cisza.
— Nowe miasto? — rzucił w końcu Kiellicz.
— Rozmawiałam z ministrami gospodarki i skarbu. Są pewni, że mamy dość pieniędzy – i że będziemy je mieli, to w końcu wieloletnia inwestycja – by sobie na to pozwolić. A stolica stałaby się dzięki temu symbolem. Oraz rozwiązała kwestie małej miejskości Vergen. Pozostałoby ono zamkiem, miejscem zwycięstwa, twierdzą, ważnym ośrodkiem górniczym. Role pałacu, centrum kulturalno-ekonomicznego i podobne przejęłoby inne miejsce. Omówiłam rzecz z władzami miasta. Nie miały nic przeciwko.
Burmistrz potaknął.
— Całe to stołeczne zamieszanie — westchnął — nam nie służy. Dodaje obowiązków i problemów, utrudnia porządną pracę w kopalni, odciąga uwagę od spraw wydobycia... Nasze górnictwo na tym cierpi, póki co niewiele, ale będzie tylko gorzej. Nowa stolica rozwiązałaby część problemów. I tak połowa życia już teraz się dzieje wśród wsi, na podgrodziu, u nas nie ma dość miejsca...
— Porzucić miejsce wiktorii? — mruknął z niezdecydowaniem Gustaw. — Propagandą się pewnie mistrz Jaskier sprawnie zajmie, nadal to jednak dziwna wróżba.
— Nie wróżby kują nasze losy — wtrącił zimno Iorweth. — I nie obawy dają nam zwycięstwo. W nowej stolicy, jak rozumiem, uwzględnione zostaną potrzeby wszystkich ras? Jeśli tak, to popieram projekt – porozmawiam z oddziałami, ale sądzę, że i one go poprą, jeśli tylko zagwarantuje się nam tam zieleń oraz trochę przestrzeni...
— Pałace zamiast koszar i ogrody zamiast targów — wytknęła Minve. — Jeśli jednak powstrzymamy elfie zapędy ku niepraktyczności, to nie mam nic przeciwko budowie miasta, taka inwestycja z pewnością rozrusza gospodarkę kraju, da pracę tysiącom, ściągnie do nas, zwłaszcza teraz, gdy Północ ma na głowie wojnę, najsłynniejszych artystów i rzemieślników – opromieni nas blaskiem.
— Będzie piękna — przyznał Kiellicz, naraz zapominając o wszystkich zastrzeżeniach. — Będzie mogła być bardzo, bardzo piękna, nowoczesna, cała zbudowana z jednym planem, w jednym stylu, harmonijna...
— Stolica ma uwzględniać potrzeby wszystkich ras — upomniał Yarpen. — Ras. Mieszkańców. Nie jakichś w dupę chędożonych architektów.
— Szczegóły możemy ustalić później, inwestycję rozpoczniemy najwcześniej wiosną, myślę, że odtąd co najmniej raz w tygodniu jedno spotkanie poświęcimy detalom. Ważne, że wstępnie, jak rozumiemy, wszyscy się zgadzamy? I będziemy przekonywać ludność, by też się zgodziła. Zamówiłam już wstępne projekty i wyceny, chciałabym je skonsultować najpierw z wami, potem z mieszkańcami w ogóle. — Saskia się uśmiechnęła.
Kolano przycisnęła mocniej do nóg Iorwetha, gdy chwilę później wstawali, wszyscy ruszyli do drzwi, wzięła go za rękę, ścisnęła krótko, szepnęła „nigdy nie spełniłabym tego – nie osiągnęlibyśmy naszych marzeń – bez ciebie, dziękuję", szepnęła, ale jakoś tak, by co najmniej kilku najbliżej stojących usłyszało.
'
'
Saskia tęskniła za lataniem. Polityka zabierała jej normalnie dość dużo czasu i wysiłku, by ową tęsknotę przykryć, zepchnąć na dalszy plan, nigdy jednak kobieta do końca nie zapomniała. Pęd powietrza, wiatr, wilgoć chmur, osiadająca na łuskach, przyjemna jak kąpiel, to poczucie wolności, świat, nagle tak mały, że chciałoby się go wziąć pod skrzydła, otulić, ochronić.
Nie chodziło nawet o ogień oraz siłę, którą miała w smoczej formie, chociaż niekiedy tych jej brakowało. Ale ogień nosiła w sobie zawsze, tak samo moc, czuła, jak drzemie w jej skórze, w tym była pociecha. Latanie było zewnętrzne, żalu nie mogły pokryć wspomnienia ani logiczne wywody o wiecznie otwartej możliwości. Nie mogła teraz latać, siedziała w wąwozie, z którego perspektywy nawet niebo wydawało się uwięzione kratą skał – albo wyglądało na wąziutki przesmyk, nie nieskończony przestwór, tyle miało z wolności, co podwórko ze stepu.
Nie, żeby zamierzała się skarżyć. W końcu zawsze mogła wyjść na górę kasztelu, przejść się nad wodospad, zawsze mogła zanurzyć się w politykę, zarządzanie, bitwy. Bycie w Vergen nie było lataniem, nie było też jednak uwięzieniem, nie budziło przeraźliwych wspomnień. Nie tak, jak dla Iorwetha.
Iorweth sprawiał wrażenie balansującego na granicy paranoicznego obłędu i trzymającego się po stronie porządku tylko dzięki woli. Oraz miłości. Saskia wolała nie myśleć, co by się stało, gdyby tej ostatnie zabrakło, gdyby elf się nagle odkochał. Albo gdybym, westchnęła w duszy, nagle postanowiła coś zmienić. Zakochać się. Zostawić go. Oczywiście, zniósłby to niby dobrze, przyjąłby moją wolę, odszedł spokojnie, godnie. A potem zaczął rezać. Albo próbował popełnić samobójstwo walką. Najpewniej jedno i drugie.
On się boi, przypomniała sobie po raz enty smoczyca, on się cholernie boi, co zrozumiałe. Mało żołnierzy czy rekrutów widziałaś w takich stanach? On przynajmniej nie morduje, tyle nad sobą kontroli ma, to już nieźle, wielu się nie udaje. Jemu trzeba pomagać, przecież się stara, przecież mu dobrze idzie, tyle teraz ze strony ludności znosi... Prawie tyle, ile ludność dawniej znosiła od niego.
Ostatnie zdanie jest do bólu sarkastyczne, więc Saskia je sklęła, ledwo przeskoczyło jej między myślami. Sarkazm nie służył Rzeczpospolitej. Delikatnie ujmując. Ani Iorwethowi, a Iorweth miał pod sobą brygadę elfów. O Vergen walczyło wszystkiego tysiąc osób, z czego większość pospolitego ruszenia, nie wyszkolonych wojskowych. Tych kilkuset elfów stanowiło niesamowitą siłę, kontrowaną nieco najemnikami –- pospolite ruszenie się, cóż, rozproszyło – ale najemnicy przychodzą i odchodzą, zależnie od pieniędzy. Już teraz utrzymanie armii pożerało spore sumy, a jasnym było, że armia wzrosnąć musi. Mieszkańcy wszystkich ras się niepokoili, bali o zdobytą wolność, o tolerancję, nieludzi niepokoili ludzie, ludzi nieludzka część wojsk... Zaciąganie kolejnych oddziałów – mieli ich już teraz kilkukrotnie więcej niż inne podobne wielkością państwa – chwilowo ten problem wyciszało. Z naciskiem na chwilowo, bo stale wojska Rzeczpospolitej nadal składały się w dobrej połowie z byłych Scoia'tael. Scoia'tael, których Vergen najwyraźniej niepokoiło, drażniło, którzy sobie po prostu z nową sytuacją słabo radzili. Nie, żeby nie próbowali, tylko próby podszyte były lękiem, czekaniem zdrady, niewiarą.
I nie, żeby nie starała się Dolina Pontaru. Otworzono szkoły zaoczne dla żołnierzy z komand, różnorakie kursy już to zawodowe, już to czysto hobbystyczne, różnorakie, żeby każdy mógł sobie wybrać, co go interesuje lub co w nim nie budzi złych wspomnień. Sprowadzono co bardziej neutralnych politycznie starców z Dol Blathanny oraz nauczycieli krasnoludów, by uczyli kultury starszych ras, dawnych eposów, baśni, pisma, muzyki, nawet tańca. Iorweth oraz inni dowódcy komand też chodzili na niektóre lekcje, pokazując, że to żaden wstyd, nie umieć, żaden wstyd, mieć z czymś trudności. Scoia'tael ze swojej strony było grzeczne – na ludzi nadal reagowali w typie „spierdalaj", ale do nauczycieli zawsze „panie profesorze" cichym głosem, z oczyma spuszczonymi, z nerwową zabawą palcami. Nauczyciele rewanżowali się cierpliwością, łagodnym napominaniem, że problemów w sali nie rozwiązujemy nożami, wiecznym przypominaniem, że to nic, jeśli za pierwszym razem nie wyjdzie, że mamy prawo do błędu, że starania się liczą, bo dzieciaki z partyzantki gotowe były wykląć same siebie za najmniejsze uchybienie, najmniejsze odchylenie od perfekcji. A jeśli już wyjątkowo były z siebie jako-tako rade, to latały do swoich dawnych dowódców, do Iorwetha też – co akurat zdaniem smoczycy było w sumie miłe – żeby pokazać, żeby się pochwalić, żeby było widać, że się integrują, wykonują polecenia, że się starają. Trochę jak dzieci, trochę jak żołnierze.
Wszyscy się starali. Nic nikomu nie można było zarzucić. Tylko to czasem, myślała Saskia, wpatrując się od dobrego kwadransa w ten sam dokument – powinna choć ten jeden jeszcze przeczytać, przemyśleć, wydać opinię – to czasem sprawiało wrażenie tak całkowicie daremnego. Jakby się pruło w rękach, choć przecież, jeśli spojrzeć obiektywnie, to właśnie przeciwnie, właśnie budowali, rosły budynki, budżet, armia, artyści gromadnie ściągali na dwór, ludność wszystkich ras chętnie zasiedlała żyzne ziemie Doliny Pontaru. Po ostatnich akcjach propagandowych nawet lęk przed Scoia'tael nieco zelżał, zwłaszcza, że tamci nie pozwali sobie na żadne ekscesy, nie tykali ludności, już prędzej krasnoludy i ludzie pijackie burdy urządzali.
Dawne komanda wysłano parę razy jako wsparcie dla chłopów, walczących z pozostałościami władzy szlacheckiej, z feudałami niechętnymi demokracji, z poplecznikami Stennisa – i to również zyskało im pewną sympatię, a także uspokoiło samych wojowników. Saskia co prawda do dzisiaj czuła pewien niesmak czy niepokój na myśl o tamtych akcjach, o okrutnie przelanej krwi, o zemście, którą zapowiedziano i przed którą będą musieli się znów bronić, znów zabijać... Ale cóż, przemoc jest akuszerką dziejów, krew płynie przy narodzinach państw, szeroka jest jej struga, im szersza, tym państwo mocniejsze, może, jak w starożytnych rytuałach, ofiara wrzucana w fundamenty, skropienie juchą, by się nie zawaliło. Stara, potężna magia.
Tylko najwyraźniej czasy się zmieniły, magia znarowiła albo czegoś nie dopatrzyli, nie tak dobrali przebłagalne jagniątka, bo krew gnije, podchodzi ściany, wylewa się spod podłóg, straszy. Wszystkie strony.
Taki ładny obrazek, ironizowała Saskia, ostatecznie odkładając papiery, powinnam może zostać poetką. Poetessą. Albo chociaż podrzucić pomysł jednemu z tych dworskich artystów, obżerających nas i obgadujących w obfitej korespondencji. Zabawna rzecz, tacy niby szpiedzy, nikt im właściwie w te ich raporty nie ufa, a się im na nie pozwala – zamawia – bo wtedy tworzą awanturnicze legendy na własny temat, których się świetnie słucha. No i życie artysty to materiał jego sztuki, a potrzebujemy dobrej sztuki, dumała dalej złośliwie, więc się tym biednym genialnym kalekom ciekawe życie zapewnia.
Iorweth za chwilę przyjdzie, zapyta, czy może u niej spać tej nocy, co jest jakimś ceremonialnym bezsensem, bo sypia u niej każdej nocy od ponad roku, od czasu, jak słowa Geralta jej uświadomiły, że oszukiwanie siebie i świata nie zdało egzaminu, właściwie chyba było tchórzostwem – do dzisiaj, kiedy wracała do tamtych tygodni, własne uniki budziły w niej palącą niechęć, najpierw na siebie, potem na niego, no bo czy musiał się, dureń, tak zakochiwać? – że trzeba coś zmienić, a najprościej jest się zgodzić, politycznie wygodne, prywatnie też nie przeszkadza, bo się przecież znali, rozmawiali tyle razy, czyn ich łączył, choć dzieliły nieco idee, bo przecież nawet go lubiła i była wdzięczna za pomoc.
Seks był dobry i była przyjaźń, była wojenna bliskość, i był elf zakochany jak pies, gotów całować stopy, to znacznie więcej niż miała większość małżeństw w wyższych sferach. Straszliwie niewdzięcznie byłoby narzekać, wobec czego powie mu dzisiaj, że oczywiście i żeby nie pytał, że zawsze może. Spróbuje stworzyć intymność, porozmawiać, co nie wypali, ale to w sumie jej wina, że chce wiedzieć, tylu żołnierzy woli nie opowiadać, to nic dziwnego, on się przecież stara...
Dawniej, westchnęła w duchu Saskia, nasłuchując kroków, opowiedziałabym jemu o lataniu, o tęsknocie, przecież nawet parę razy go wzięłam z sobą, niziutko frunęliśmy, powoli, chciałam się trochę popisać, trochę olśnić, a trochę dorosnąć do tego zachwytu, który on miał w oczach. Opowiedziałabym mu, zamiast się bać, że go w ten sposób zranię czy rozchwieję, a za nim cały kraj – to głupie, nie jest mimozą, ale się jednak jakoś bała, zrealizowane marzenia to taki kruchy cud – opowiedziałabym, on by mnie zaczął namawiać, żebyśmy na parę dni to wszystko zostawili, jeszcze bym uległa, jakiś urlop, może nawet nie skończyłoby się klęską, w końcu Vergen wytrzyma naszą nieobecność, może byśmy byli szczęśliwi, trochę jak dawniej, a trochę nawet bardziej...
Drzwi, ciężkie, wielkie, jak wszystko w kasztelu, skrzypnęły.
— Możesz — rzuciła niepytana, wstając od biurka z ciemnego drzewa. — Ja już na dzisiaj skończyłam, pójdziemy razem. — Przywołała na usta uśmiech, głosowi dodała entuzjazmu. — Będziemy mieli dla siebie trochę czasu.
'
'
„To twoja wina, popsułeś go, więc napraw", wisiało w powietrzu. Aczkolwiek Saskia Smokobójczyni, królowa Rzeczpospolitej Doliny Pontaru ujęła rzecz znacznie delikatniej. Opłotkami.
— Nie umiem leczyć, pani. Płacono mi za to, żebym łamał. — I właściwie oczekujesz teraz ode mnie, myślał Roche, żebym niszczył własną robotę.
Robotę, która mi – i innym – koncertowo wyszła, najwyraźniej, skoro Iorweth nawet syty i bezpieczny, nawet w sobolach, z pięknym, przerasowionym chartem u boku, cały czas się boi, cały czas zrywa przed świtem.
— Nie mogę pójść do elfów — odparła trzeźwo kobieta, wracając do przechadzki po gabinecie. — Nie mogę pójść po najmniejszą choćby radę w sprawie Iorwetha do elfów. Oni moją... nieumiejętność, wątpliwości... wezmą za zdradę, za dowód manipulacji. Krasnoludowie mi nie pomogą, oni najchętniej by się Iorwetha pozbyli w ogóle. Jaskier wygada. Zostajesz ty.
— To bardzo... oryginalna konstatacja, pani. Zważywszy na to, że ostatnie lata próbowałem go złapać, posłać na tortury i zabić...
— Jesteś jedyną grupą na dworze, która ma takie same cele – potrzeby – plany w stosunku do Iorwetha, jak ja. Nie, to źle brzmi — westchnęła ciężko. — Jesteś jedną z nielicznych istot, którym też musi, z przyczyn politycznych, zależeć na tym, by on był w miarę... szczęśliwy. Stabilny. Spokojny. Żeby się czuł dobrze. Scoia'tael to fanatycy, im obojętne, pokój czy krew. Krasnoludy myślą, że damy sobie radę bez Scoia'tael.
— Mrzonka.
— Owszem. Tu jest wąwóz, do diaska. A jeśli podniesiemy rękę na oddziały w Vergen, to wszystkie pozostałe, ci wszyscy dzisiaj neutralni dowódcy natychmiast zaczną nam szarpać granice. Oni może się kłócą wewnętrznie, może krytykują między sobą Iorwetha, ale jeśli będziemy zmuszeni go stracić...
— ...nie wybaczą kolejnego pokoju cintryjskiego. Jasne. Zwłaszcza, że Rzeczpospolitej, inaczej niż Cesarstwu, coś mogą zrobić. Rozumiem.
— Ty – wasz mały spisek – za to potrzebujesz pokoju w Dolinie Pontaru. Dla swojej królowej i dla Temerii. I rozumiesz, inaczej niż krasnoludy czy ludzcy chłopi, że dla bezpieczeństwa Vergen spokój ducha Iorwetha jest konieczny. Wyłuszczyłam rzecz jasno?
Jaśniej nie można, pomyślał z przekąsem Roche.
— Nie ufam ci jako osobie. Sądzę, prawdę mówiąc, że gdyby sytuacja polityczna się zmieniła, to pierwszy byś się rwał, żeby go torturować. I wypominać, jak to ci pozwolił żyć w Vergen, zamiast się pozbyć zagrożenia.
Vernon spróbował jakoś zaprzeczyć. Zabrzmiał, sam słyszał, słabiej, mniej przekonująco niż bard – Jaskier, dajmy na to – tłumaczący się przed kochanką. Żałośnie, znaczy. Ale przy okazji owych tłumaczeń spostrzegł, z pewnym zaskoczeniem, że jemu samemu, gdzieś głęboko, ich słabość wydaje się odruchowa, fałszywa.
Saskia uniosła dłoń.
— Ale na Temerii i Anais ci zależy bardziej niż na zemście, temu ufam. I jakimś szczątkom twego rozsądku. Jeśli Iorweth mi powie, że twoja obecność go męczy, jeśli sama dojdę do tego wniosku – możesz być pewien, że w ciągu doby się znajdziesz poza granicami miasta. I nie wrócisz.
Nie zobaczysz Anais, przetłumaczył sobie agent. Zostawisz ją nie na kilka miesięcy, okres działań wojennych, ale na lata, może na zawsze.
— Rozumiem — powtórzył. — Tylko nie wiem, co bym mógł... Jak mam pomóc. To nie jest tak prosto, że wystarczy odwrócić, zamienić minusy na plusy i już ze śledczego mamy uzdrowiciela. To jest... zupełnie inna dziedzina. Nie znam się na niej. Już prędzej markiz albo pani...
— Ty wiesz, co mu zrobiliście — zauważyła kobieta, prawie ostro. — Ja nie. Do markiza Iorweth nie ma stosunku emocjonalnego. Do ciebie, niestety, i owszem.
— Ja też nie wiem, co mu zrobił na przykład Nikolaus i reszta zespołu w Drakenborgu. I już nie zapytam, bo Iorweth go z dwa lata temu dopadł i torturował do śmierci. Przy okazji swojego małego rajdu po odznaki. Który był mu potrzebny, by zdobyć dość posłuchu, by móc namówić oddziały do obrony pani Vergen. Tolerancyjnego, równego, pokój miłującego Vergen.
— Cokolwiek sugerujesz – nie kazałam mu...
— Nie, oczywiście, że nie. O niczym pani nie wiedziała, założyła pani, że Wiewiórki same z siebie uznają, że odtąd zmieniają cele z eksterminacji ludzi na budowanie razem z ludźmi republik. Nic mu pani nie kazała, pani tylko potrzebowała oddziałów. I dlatego, niech mi pani wybaczy bezpośredniość, pani może spać. No, tak też znacznie prościej się potem odciąć. Wydać, oburzonym będąc zbrodniami, ofiarom...
— Scoia'tael jest bezpieczne w Vergen — ton kobiety stał się lodowaty. — Wszystko, co się stało przed oblężeniem jest... nieistotne. Nie dbam o to. Trochę mnie różni od Emhyra.
— Niewątpliwie — mężczyzna napełnił głos znużeniem, by łatwiej wybaczono mu nietakt. — Wielkość państwa choćby. Lecz znacznie mniej od królowej Franceski.
— Masz mnie za dziwkę?
Bezpośrednie, delikatnie ujmując. Roche się zakrztusił, naprawdę, bez cienia teatru.
— Nie, nigdy, skąd pani...
— Jak miło — ironia zajaśniała w słowach władczyni. — Ale to bez znaczenia, cokolwiek sądzisz ty albo ktokolwiek inny – nie jestem dziwką. Nie jestem. Iorweth walczył ze mną od początku. Wspierał mnie i sprawę. Polityczne implikacje jego stanu, choć ważne, nie są dla mnie jedynymi. Moja troska ma podłoże, wystaw sobie, uczuciowe. Chcę, żeby nie cierpiał, bo jestem do niego przywiązana. Nie zamierzam go wydawać na szubienicę, bo bliskim mi jest. Czy się wyrażam jasno?
Jaśniej znowu nie można i to jest podejrzane, szeptał w Vernonie zdrowy sceptycyzm. Bo to może prawda, a może tylko zasłona, może po prostu nie chcesz, żebym złamał skurwysyna sugestią, że obchodzą cię jedynie jego oddziały.
Tak czy siak, sceptycyzm należało zachować dla siebie. Dla Saskii, to mężczyzna się skłonił.
— Zaufanie pani napełnia mnie radością. Ale nadal nie wiem, jak miałbym mu podołać. Ta wiedza, o której pani mówi – ona nie ma większego znaczenia. To nie ma większego znaczenia, czy go więcej przypalano, czy więcej bito, czy może więcej podwieszano. Coś tam mogę wywróżyć z blizn, ale to nie ma sensu. Te informacje miałaby znaczenie, gdyby on je pani podał. Dowód zaufania i takie tam. Ale on o tym nie mówi, mam rację?
Kobieta westchnęła. Prawie przewróciła oczami, widział, jak zaciska palce na oparciu krzesła.
— Moja wiedza nic nie da — powtórzył z przekonaniem Roche. — Tutaj wystarczy pamiętać, że on musiał przez dekadę czy dwie mordować, ukrywać się, przymierać głodem, że chował kolejnych towarzyszy, że dowodził bandą smarkaczy młodszych – albo czasem starszych – od siebie, że ciągnął ich na śmierć, że wiecznie był zagrożony zdradą, że w końcu najbliżsi sojusznicy zdradzili, że trafił do więzienia, że czuł już pętlę na szyi, że musiał znieść miesiące tortur. To, jak te tortury dokładnie wyglądały, znaczenie może mieć tylko dla fantazji erotycznych. Nie dla pomocy.
— Ad rem przechodząc... — podrzuciła Saskia z niemal niewyczuwalną pytająca intonacją.
— Iorweth się boi. I nie ufa. Ani żywym istotom, ani samej rzeczywistości, ani sobie, po długich przesłuchaniach to normalne. I potrzebuje kontroli, po to mnie tutaj trzyma. I się nie umie odnaleźć w pokoju, ale to akurat najmniejszy problem, prawie każdy żołnierz tak ma, pani sama walczyła, więc zrozumie... On się boi i nie ufa. Jeśli tyle pani zapamięta, spróbuje w ten sposób sobie tłumaczyć... to powinno już sporo pomóc.
Dziwnie się czuł, gadając tak dużo. Będąc słuchanym. Tak, myślał sardonicznie, być nie powinno, ja tu jestem od wykonywania rozkazów, nie pisania podręczników reperowania zniszczonych duszyczek.
— Tyle, to ja widzę. Pytanie brzmi, jak pomóc. I nie mów mi, że nie możesz. W twoich oddziałach niby nikt się nie bał i wszyscy światu w ciemno ufali?
Nie, oczywiście, że nie. Ale przynajmniej mieli rodziny. I króla za sobą, całą potęgę państwa. Chociaż Ves, biedna, mała Ves – nadal go dławiło na samą myśl – na samym początku, przerażone, wychudłe stworzenie, Ves może była blisko... Tylko nie chciał w ten sposób myśleć o watażce, nie potrzebował sobie tworzyć punktów zaczepiania, łagodzić obrazu. Nie potrzebował w nim widzieć pojedynczej istoty, potrzebował widzieć cel, słabości, informacje, linie. Nie coś, co cierpi. Nigdy nie wolno było myśleć o tamtych jak o czymś, co cierpi, nie naprawdę, poza grą. Cienka, wąziutka granica oddziała bowiem użytkowe, funkcjonalne współczucie od takiego, które rodzi zdradę.
— To nie do końca to samo, pani.
— On się budzi o tej godzinie, o której mu wyrżnąłeś oddział. Codziennie. O tym też niby nic nie wiesz i nic z tym nie możesz zrobić?
— Gdyby się nadal mnie bał, gdybym miał władzę, to może – ale on się raczej obawia Kaedwen, Cesarstwa, wojny. Mnie teraz ma, jak psa. Budzi się, bo nawykł, ale nie ja jestem obecnie przyczyną...
— Jesteś bardzo wymownym, gdy się trzeba wymigać od pomocy — zauważyła z przekąsem Saskia. — Co mnie chyba dziwić nie powinno. Aż taką przyjemność ci to sprawia? Patrzyć, jak on się męczy.
— Żadnej. Ja nie jestem idealistą, pani. Dla dobra dynastii miałem go torturować i ubić, to bym torturował i ubił, ale teraz dla dobra dynastii jego spokój, jak pani wyłożyła, jest konieczny. — Agent stwierdził, znów z pewnym zdumieniem, że to prawda.
Nie miał żadnej przyjemności w patrzeniu, jak tamten się męczy. Nie większą niż zwykła satysfakcja z problemów bliźniego swego. Właściwie to stan watażki napawał go raczej politycznym niepokojem. Może trochę irytował. Chłodny profesjonalizm, nic, tylko podziwiać, stwierdził z dumą, piękne zrobiłem postępy.
— Świetnie. — Kobieta skrzyżowała ręce na piersi. — To ci daję zadanie. Jako zawodowcowi. Specjalne, a juści. Masz jemu i mnie pomóc ów spokój osiągnąć.
C. mi narysowała śliczne ilustrację do różnych fików do Wiedźmina! Małe podsumowaniu tutaj też przecież nie zaszkodzi, tak w ramach chwalenia się światu (obchodzenia ffnetu i w ogóle - po tumblr trzeba oczywiście com, trzeba oczywiście wykasować spacje i w ogóle zadać sobie sporo trudu, którego pewnie wyszukanie przez google oszczędzi).
papierowybandyta. tumblr post/92763918472/polski-trollom-poza-zwyczajowym-kawalem
I do ścieżki neutralnej w Nikt nie może zwieść słońca... (mogłam sobie wymyślić bardziej poręczne tytuły):
papierowybandyta. tumblr post/92031154857/zachowujac-przyrodzona-rasie-calkowita
