Armand La Fayatte, markiz Dourraux, miał doskonałe warunki, by zostać zdobywcą serc niewieścich – męski wygląd i kobiece wychowanie, które pozwoliło mu, donoszą źródła, doskonale rozumieć żeński sposób myślenia czy raczej: czucia. Mimo wszystkich tych zalet lista gości jego alkowy, choć na niewyrobionym czytelniku może zrobić wrażenie, znających kontekst historyków skłania ku tezie, iż markiz był człowiekiem od romansów stroniącym. Na liście takowej znalazłoby się bowiem najwyżej trzydzieści nazwisk! Biografowie, zależnie od preferencji, lubią w tym widzieć wyraz albo nikłego zainteresowania prywatną stroną życia (tak wyświechtane frazy, jak „oddany Temerii" bądź „dynastii" czy „miłował jedynie politykę" lub „prawo", lub „sprawy publiczne" są w życiorysach La Fayatte'a normą, niestety), albo urazu po wielu poronieniach oraz kilku nieudanych porodach młodej i pięknej małżonki, jedynej córki i dziedziczki hrabiego Varre, które to nieomal zakończyły jej życie, przyniosły zaś – na siedem rozwiązań! – jedynie dwoje żywych dzieci, też zresztą słabej konstytucji. Krew i śmierć, będące następstwami krótkotrwałej rozkoszy łoża miałyby, twierdzi szkoła psychologiczna, odstręczać markiza od współżycia, a nawet, zdaniem co bardziej radykalnych interpretatorów, czynić go impotentem (należy tu jednak wspomnieć, że żadne zachowane świadectwo tez tak daleko idących nie potwierdza ani nawet nie sugeruje).
My, oczywiście, zajmiemy się w naszej skromnej książeczce raczej wzmiankowanymi trzydziestoma nazwiskami.
Victor von Billiger (pseudonim) W sidłach Erosa. Żywoty intymne szlachty Północy
'
'
Zbudzili ją wcześniej rano. Ubrali ładniej niż zwykle. Uczesali. Sprawiali wrażenie trochę zadowolonych, a trochę zdenerwowanych. I nic nie chcieli jej tłumaczyć, poganiali tylko. Nawet nie złośliwie, sami się po prostu spieszyli.
Do Ves, która raz już widziała podobne zamieszanie, dotarło, że prawdopodobnie znaleźli na nią kupca. Albo raczej kupiec się znalazł, bo chyba nie szukali?
Kupiec oznaczał szansę ucieczki. Szansę na wolność i ocalenie tego małego bachora, do którego Ves, prawdopodobnie dlatego, że ostatnio nieustannie o nim myślała – i nie piła ziółek, a bez ziółek świat był tak podły, że musiała szukać jakiejś ucieczki – zdążyła się już przyzwyczaić, nadać mu jakby płeć i strzępki tożsamości. A nawet imię. Wszystko to zresztą co chwila zmieniała. Bardzo głupio, powtarzała sobie, bo przecież bachora zaraz jej spędzą. Albo sam umrze, poronienia na tym etapie ciąży są częste.
Kupiec oznaczał też lepsze albo znacznie gorsze życie. Albo constans. Ucieczka za to wiodła do prawie pewnej śmierci, bo zima się zapowiadała ostra, wojna czuwała przy granicy, ludzie będą przerażeni i niechętni do pomocy, Wiewiórki na pewno znów obstawiły drogi.
Ale migrujące tłumy mogły pomóc zatrzeć ślady. Jeśli w ogóle zechce uciekać, bo przecież to był tak głupi pomysł, przecież nie miała nawet planu – jedynie jakieś strzępki wiedzy topograficznej o okolicy, które od paru tygodni zaczęła zbierać. Na wszelki wypadek. Wcześniej jakoś nijak nie obchodziło jej, gdzie właściwie się znajduje.
— Ktoś chce mnie widzieć? — spytała w trakcie ostatnich poprawek fryzjerskich Kavię, burdelmamę swego rodzaju; starszą siostrę właściciela, pobożną wyznawczynię proroka Lebiody.
Siedziały w saloniku obok gościnnego pokoju. Druga kobieta odwróciła na moment wzrok.
— Ano, chce — mruknęła z wyraźną niechęcią.
Teraz dopiero Ves się zaniepokoiła. Spróbowała jednak nadać głosowi lekkie, nonszalanckie brzmienie, trochę nawet leniwe, jakby wszystko było jej obojętne.
— Kupiec? Myślałam, że jesteście ze mnie zadowoleni...
— Bo jesteśmy — westchnęła Kavia. — Ale oni przyszli i tylko o ciebie pytali, cenę oferowali dobrą. Gdyby to ode mnie zależało, to za żadne pieniądze bym cię tym potworom nie wydawała, złotko, ale wiesz, jaki mój brat jest, kasę ma zamiast serca. Mnie by sprzedał, gdyby nie to, że taki grzech by mu złą opinię wśród klienteli wyrobił...
— Potworom? — powtórzyła Ves, czując, jak się jej ściska gardło.
Kobieta splunęła. Z rozmachem. I trafiła w spluwaczkę, choć ta nowinka techniczna stała o dobre dwa metry dalej.
— Elfom.
Kurwa, pomyślała Ves, chociaż odwykła ostatnio od żołnierskiego języka – że niby dziewczynom do towarzystwa nie przystoi, że się ma starać, bo potem klienci narzekają – kurwa, kurwa, kurwa. Bo, tak na zdrowy rozum, tylko z jednego powodu elfy mogły chcieć jej, konkretnie jej, nie żadnej z ich kobiet. Z zemsty. A mścić się, jak Ves pamiętała, pamiętała teraz z całą ostrością i szczegółami, i oddałaby wszystko za ciemny letarg ziółek, pal sześć bachora, mścić się elfy umiały świetnie.
Najwyraźniej jej zdolności do ukrywania emocji opadły przy ciąży, bo Kavia spojrzała na nią, po trosze z ciekawością, po trosze z lękiem.
— Coś ty tak pobladła? Boisz się? — dorzuciła domyślnie. — Ech, może niedobrze, że ci powiedziałam, no, ale chociaż się jakoś przygotujesz... Zresztą, nie martw się, powiedziały, że ci krzywdy nie zrobią...
Mówić ludziom, to Wiewiórki mogą wszystko, z ich punktu widzenia to jakby człowiek mówił „no, muszko, muszko, stójże spokojnie, nic ci nie zrobię", pomyślała Ves.
— Pani — spróbowała, bardzo rozpaczliwie; po dobroci zawsze łatwiej niż przemocą. — Pani, ja... musi mi pani pozwolić uciec. Sprzedajcie moje rzeczy, to się wam strata zwróci, niech mi pani da, proszę, szmaty jakieś, ale ja muszę uciec. Nim mnie oni dopadną, bo nie dam rady Wiewiórkom. Proszę panią, błagam panią, proszę — skomlała.
Lustrując przy tym pokój. Szło jej wolniej niż w poprzednim życiu, nadal wszakże nieźle: krzesła z ciężkim oparciami, stolik o rzeźbionych nogach. Kilkanaście kryształowych bibelotów, głównie zbereźnych. Metalowa patera z dzbankiem pełnym ziółek i kubkami.
Bardzo dużo rzeczy, którymi można ogłuszyć, jeśli się ma wprawę albo fart. Swojej wprawy Ves nie była pewna, nie po tylu miesiącach, była za to całkowicie pewna swojej desperacji, ta, jak wiadomo, nieźle wpływa zaś na fartowność.
Kavia tymczasem zacisnęła usta.
— Wiewiórki, mówisz... Taak, zachowują się, jak Wiewiórki, patrzą na nas, jak na łajno. Czemu ty się boisz tak bardzo, skarbie? — spytała.
Dzbankiem będzie najlepiej. Zacząć dzbankiem, poprawić sporą, stiukową figurką, przedstawiającą krasnoluda uprawiającego amory z trollem.
— Wioskę mi spalili — odpowiedziała dziewczyna. — Ale ja się spodobałam dowódcy. Uciekłam potem i... i trochę kradłam, i mnie z kolei złapali w Kaedwen i sprzedali do was. Ale tamtemu prawie odgryzłam ja... przyrodzenie — poprawiła się; Kavia, pobożna matrona, nie znosiła wulgaryzmów — i przysiągł mi zemstę. I one są po to tutaj, jestem pewna, wie pani, jakie one pamiętliwe...
Propaganda, pomyślała, ale raczej zadziała. Kaedwen nie słynie z miłości do nieludzi. A narzeczonego Kavii zabito w forcie Leyda.
Oczywiście, mogła też powiedzieć całą prawdę. Ale wtedy, gdyby szukali jej inni, zostawi ślad. No i właściciele burdelu byli poniekąd patriotyczni. Niekoniecznie chętni do pomocy Temerczykom, znaczy. Zresztą, kłamać jest zawsze bezpieczniej.
— A nas aby ich pamiętliwość nie zabije? — spytała podejrzliwie kobieta.
Czyli już przekonana do samej idei, odetchnęła z ulgą Ves.
— Powiecie, że panią zmusiłam, ogłuszyłam, nóż do papierów przyłożyłam do gardła, cokolwiek... Uwierzą. Gdzie im czas marnować na domy rekreacyjne, zrobiłby się raban, nie mogą hasać sobie po Kaedwen, kiedy wojna za progiem, sami się muszą ukrywać – gdyby was mogli zabić, to by nawet nie próbowali przekupić pieniędzmi, przecież to Wiewiórki...
W tych wsiach, gdzie Wiewiórki się zaopatrywały, taki argument wywołałby salwę śmiechu, bo partyzanci może nie byli najlepszymi klientami, trochę za gwałtownie targowali ceny, ale za to przynajmniej kupowali hurtowo. I płacili, a juści. Niekiedy Ves z kolegami musieli ostro przesłuchiwać ludzkich wieśniaków, tak bardzo tamci cenili przyjaźń komand. Ale Deavon daleko było do takiej wsi, więc kilka szowinistycznych argumentów oraz gorących łez później Kavia, wzdychając ciężko, trochę chyba przelękniona, poszła po rzeczy pomocy kuchennej, pomogła Ves zmyć makijaż, rozpuścić włosy – szybko, w parę minuty dosłownie – dała nieco pożywienia i podprowadziła do tylnego wyjścia. Figurkę stłukły, że niby w szamotaninie, nóż do kopert dziewczyna wzięła z sobą.
— Idź na wschód, koło głównej drogi, w stronę stolicy, tam najłatwiej trop zgubisz — poradziła jeszcze Kavia, wskazując kierunek.
— Nigdy tego pani nie zapomnę — zapewniła dziewczyna gorąco. — Nigdy.
— Tyś się, złotko, jakaś taka emocjonalna zrobiła, aż myślałam, czy nie sprawdzić, czy ty aby nie przy nadziei... — kobieta zmierzyła ją podejrzliwym wzrokiem, potem jednak się rozpogodziła. — No, ale to teraz twój kłopot. A to się mój drogi braciszek zdziwi, jak mu powiem, że mu interes przepadł, hihi, będzie miał za paktowanie z elfami... — chichotała pod nosem, zatrzaskując drzwi.
Ves się znalazła, wolna, na rogatkach mieściny w samiutkim centrum Kaedwen. Burdel leżał na obrzeżach, naokoło były pola, parę kilometrów dalej las. Wolna, powtórzyła sobie. Wolna i z zapasem jedzenia na trzy dni. W płaszczu, który był całkiem ciepły teraz i zdecydowanie zbyt lekki na zimę, a ta tuż. Wolna i nie mająca się podziać. Za to z Wiewiórkami na karku.
Tudzież krwią wszystkich w tym burdelu na rękach, pomyślała obojętnie, kierując się nie ku drodze, a ku lasowi i na południowy zachód. Acz obserwując równocześnie główny trakt, gdyby jaki pojedynczy jeździec się trafił, to podwózka, choćby o kilkanaście kilometrów, mogłaby życie jej i bachora uratować.
'
'
— Uciekła — powtórzył Finari eap Iserina. — Uciekła wam dziewka, powiadacie. Cóż, szkoda; świetny interes przepadł.
Bardzo teatralnie zabrzęczał sakiewką. Gustik Pirk miał rozpacz dosłownie wymalowaną na twarzy. Dh'oine, pomyślał z niezmierzoną pogardą elf, jakie to obrzydliwe. I nawet zabić nie wolno. Nie teraz.
— Możemy elfki wykupić — szepnęła w jakiejś ludowej wersji starszej mowy Blanka.
Jakby one były wiele warte, po tym, ile lat przeżyły w takim położeniu, prychnął Finari, przeżyły i nawet nie spróbowały buntu czy ucieczki. Ale Blanka też tak żyła we Flotsam, a sam Gwynbleidd ja uratował, służyła teraz na dworze, więc może nie mam racji, upomniał się zaraz.
— Za moment — mruknął, nadal lustrując ludzi wzrokiem.
Siostra właściciela wyglądała na podejrzenia spokojną. Nie dość wściekłą, jak na kogoś, komu uciekający żywy inwentarz groził śmiercią. Z oczu biła jej nienawiść do szanownych kupujących, więc to może tłumaczyło. A może nie.
— Dziewka więc wam zwiała. Rano. Ha, bywa. Ale to jednak dziwne — dodał głośno elf, znów we wspólnym, pozorując zamyślenie.
— Co niby? Że kurwa ucieka? To, panie, widać naszego losu w ogóle nie znacie, naszej ciężkiej doli, pracy się w nie masę wkłada, zysk prawie żaden, wdzięczności żadnej, za to spuścić tylko z oka, a zaraz uciekają, jakby im gdzieś tam lepiej miało być...
— Że uciekła od waszej czułej opieki, to mnie nie dziwi ni trochę. Dziwi — wytłumaczył obojętnie Finari, spoglądając na szczerze wzburzonego mężczyznę, miotającego wymyślne klątwy i unoszącego ręce w geście tak stereotypowym, że aż parodystycznym — iż dziewczyna z temerskich oddziałów specjalnych, uciekając, nawet wam gardeł nie poderżnęła. I się musiała szamotać z kobietą. Dziwne, bo wiem na pewno, że ona silnych, wyszkolonych wojowników umiała powalić. No, ale może narkotyki...
— Temerskie oddziały specjalne? — powtórzył Gustik, ewidentnie ogłupiały.
W oczach jego siostry błysnęło zdumienie. I coś jakby... uraza. Poczucie zdrady. No doprawdy, Dh'oine, przecież to właściwie aż nieuprzejme wobec świata, tak wszystkim okazywać swoje emocje. Finari zacmokał pobłażliwie.
— A coście myśleli, że za co ona na sprzedaż trafiła? Za zwykłe złodziejstwo?
Gustik potaknął. Elf posłał mu uśmiech. W stylu „pełnego rozczulenia dziecinną naiwnością".
— Za szpiegostwo, sabotowanie, działanie na szkodę Kaedwen, dynastii i Jego Wysokości – spisek knuli pod Vergen, spisek, który, lubo odkryty, jednak zebrał swe żniwo i do tej strasznej klęski Jego Wysokość doprowadził. Król jej okazał łaskę, życie darował – ale cóż, łaska na tym świecie nie popłaca. Dziewka uciekła i pewnie znowu knuć będzie, a Północy teraz jedność potrzebna, jak nigdy... Stolica blisko — mruknął, jakby coś sobie uprzytomniwszy. — Trzeba ostrzec... Trudno, nie wasza przecież wina. No, ale zameldować będę musiał. Chodźmy. — Zawrócił efektownie, nie zaszczyciwszy już ludzi ni jednym spojrzeniem.
Uszedł ledwie dwa kroki, nim przeszli do siebie.
— Komu zameldować musicie, panie? — spytał niepewnie mężczyzna.
Pułkownikowi, że mi się stworzenie nie wyżej niż małpa stojące wymknęło, mnie, potomkowi szlachty, pomyślał z goryczą Finari. Że jak chciał, żebym mu zabawkę dla zwierzątka sprowadził, to nawet tyle nie dałem rady.
— Odpowiednim władzom. Nie wasza rzecz — oznajmił lodowato, nie odwracając głowy.
I wyszedł, mimo ich protestów. Za nim podążyła Blanka i reszta, której połowę zaraz pchnął, by tej Ves szukała. Wrócili do gospody – dobrej, drogiej gospody, w końcu wydawali pieniądze Roche'a, nie Sprawy – czekali spokojnie.
Dh'oinne przyszły po godzinie. Niecałej. Kobieta z podbitym okiem, co wywołało w elfie kolejną falę obrzydzenia i pogardy. Żeby podnosić rękę na swoje samice, to naprawdę, wyjątkowo podłym trzeba być gatunkiem zwierzęcia...
— Czego wy tutaj? — spytał, porzucając handlowy ton. — Zbieramy się, gońca już do stolicy z ostrzeżeniem puściliśmy, ale nam samym też ruszać pora. Nie mamy czasu na wasze żale.
— Dynastia jest zagrożona? — szepnęła kobieta trwożliwie. — Jego Wysokość? Przez nasz... mój błąd?
Najwyraźniej w tę godzinę zdążyli już sobie wyobrazić najgorsze możliwe scenariusze, jakby co najmniej wielkimi szpiegami byli, jakby losy czegokolwiek ważnego faktycznie od nich zależeć mogły. Ukryć tego za nic nie umieli, tępe, aroganckie prostaki.
Spojrzał surowo. Czyli właściwie jak zwykle, te głupie bestie spokój i opanowanie interpretowały zawsze jako chłód i wściekłość władzy.
— Jaki błąd niby? — przeciągnął głoski.
Kobieta zbladła, zamilkła. Gustik walnął ją w twarz, otwartą dłonią, ale mocno.
— No powiedz, powiedz, co żeś zrobiła — syknął.
— Ja... ale ona mi groziła panie, przysięgam, groziła, ale i zwiodła, bo mówiła, że musi, że przeprasza... ja jej dałam trochę jedzenia. I odzienie. I powiedziałam, żeby szła do stolicy, pokazałam drogę...
Jakby się mogła sama nie zorientować, gdzie ta wasza prymitywna kupa kamieni leży, pomyślał Finari. Ale udał, oczywiście, że to straszna przewina, udał namysł nad karą, udał współczucie dla nieszczęsnych, praworządnych obywateli, małych handlarzy, którzy dotąd wszystkie podatki płacili, wspierali nimi swoje królestwo chętnie i szczodrze, i nigdy nie próbowali ukryć dochodu, choć nie raz im proponowano, ale oni nigdy, boć przecież przywiązanie do Jego Wysokości wymagało, więc wspierali kraj obfitą strugą złota, teraz też stratę ponieśli, czy kraj im tego wybaczyć nie może, w niepamięć puścić...
Łgali jak psy. Elfa brało niemal na mdłości, bo ze wszystkich bloede Dh'oinne Kaedweńczyków, złodziei, rzeźników, nienawidził chyba najbardziej. A właściciele burdeli też wysoko na liście jego antypatii byli.
— Nadal was własny interes i własna strata bardziej niż dobro kraju obchodzi? Obrzydliwe — warknął; nawet nie musiał udawać wściekłości. — Precz mi z oczu!
Och, teraz zaczęli oferować łapówki. Umarłby z tłumionego śmiechu, gdyby śmiech nie wydawał się mu czymś poniżej godności.
— Jestem — stwierdził wreszcie — patriotą. I rozumiem trud ludu pracującego oraz drobnych przedsiębiorców. Którzy są solą tego kraju, podtrzymują go i wzmacniają, a na których barki wielkie ciężary się nakłada. Ale i los kobiet nie jest mi obojętny... zwłaszcza tych z mojej rasy. Dworek mam i tam się nimi... opiekuję. — Teraz postarał się uśmiechnąć dwuznacznie a lubieżnie.
Sądząc z reakcji Dh'oinne rzecz się powiodła. Wcale nie wiedział, czy go to cieszy. Ale zaproponowali mu jedną elfkę. Jako służącą do dworku. Zważywszy na cenę żywego towaru, to musieli być naprawdę nieźle przestraszeni.
Potargował się, bo tego chyba od niego oczekiwano. No i miał pieniądze, mógł je w sumie wydać. Blanka wychynęła z drugiego pokoju, a że miała większe doświadczenie w takich negocjacjach, to po jakimś kwadransie – i groźbie natychmiastowego zakończenia rozmowy, bo przecież życie Jego Wysokości tudzież byt kraju są zagrożone – za cenę tego, co dał im Roche, no, z górką, wykupili wszystkie istoty z domieszką elfiej krwi, jakie były w burdelu. I jeszcze jednego niziołka, który robił tam za służącego, tak na dokładkę, by „jaśnie pan" dobrze przybytek rekreacji i wypoczynku wspominał.
Finari odgrywał wielkopańsko zadowolonego. Rozanielonego i zasmuconego tym, że już ruszać musi, ledwie kontrakt podpisał – czy chociaż strzemiennego się z nim nie napiją? Napili. Pochwalili wino. Finari, pięknie grając wzruszenie, oddał im resztę butelki, żeby nie było, że za podarek im nie odpłacił, że on tak bezdusznie kupczy.
Ledwo ludzie z dwoma elfami pomknęli do burdelu, Blanka opadła na fotel i parsknęła śmiechem.
— Zdefraudowaliśmy pieniądze, tak właściwie — zauważyła, kiedy już jej napad wesołości przeszedł.
— Zaraz przecież pojedziemy tej wariatki szukać. Skoro tamtej powiedziała, że do stolicy idzie, to na pewno poleciała do lasu, toż ona nie głupia. Ale to ze względu na rozkaz pułkownika tylko. Pieniądze są i tak ze skarbca Temerii, utuczonej na naszej krzywdzie. Odbieramy, co nasze, co się nam należy. — Finari był szczerze zdziwiony, że w ogóle tłumaczyć musi.
— To nie temerskie, to prywatne Roche'a — zauważyła przytomnie półelfka, podciągając nogi i kuląc się, odruchowo erotycznie, na fotelu.
— A skąd je niby ma, jak nie z tego, co ukradł za służby u Foltesta? Może nie ze skarbu państwa, bo to naiwniutki patriota jest — prychnął z pobłażaniem — ale zdarł sobie z tych wszystkich szlachciców, z łapówek, z przymykania oczu... Zresztą, czy można okraść zwierzę? — spytał retorycznie. — Jeśli małpa wyrwie mi z rąk sakiewkę, a ja jej ją odbiorę, to też powiesz, że to defraudacja?
Blanka zaczęła się śmiać jeszcze głośniej, łzy jej prawie pociekły. Jak Dh'oine.
— Ale wiesz — mruknęła, ocierając oczy wierzchem dłoni — to właściwie bardzo miłe, jak na ciebie. Że ich puściłeś. Byłam pewna, że ich zabijesz, jak tylko powiedzieli, że dziewczyna zwiała. Martwiłam się o okolicznych naszych, bo wiesz, jak Kaedwen odpowiada, za jedno ich życie tuzin...
Finari spojrzał na nią z niebotycznym zdumieniem.
— Myślisz, że bym te podłe kreatury żywcem puścił? Wino jest zatrute, ja nie piłem, nie zauważyłaś? Umrą, ale nie szybko, właśnie żeby problemów w okolicy nie było, gdzieś tak w ciągu tygodnia... Na chorobę zaraźliwą, przez wiatr roznoszoną. Tak doktorzy ichni powiedzą, bo zawsze tak mówią przy tym specyfiku. Nadęci głupcy. Może nawet, jeśli los będzie łaskaw, ktoś się jeszcze u nich w domu winem poczęstuje... — dodał z nadzieją.
Śmiech Blanki się urywa, jak ucięty nożem.
'
'
Szukali Ves cały tydzień. Ale jest ich tylko ośmioro, bo przecież nie chcieli ściągać uwagi, a las i pola szerokie, zwłaszcza, gdy ktoś się umie ukrywać. Zwłaszcza, gdy wiadomo, że do ciebie dobrowolnie nie przyjdzie, za to cały czas się porusza. I tylko nie wiadomo, czy na północ, żeby umknąć przed wojną, czy może na południe, do domu.
W końcu musieli dać sobie spokój. Finari wściekły, poniżony i ponury. Blanka szczerze zmartwiona, bo przecież „biedactwo nie przeżyje zimy". Właściciele burdelu i dwaj chłopcy z obsługi martwi. „Zawsze to jakieś pocieszenie", wymruczał elf.
'
'
Ves ucieka. Do Temerii (mniej więcej, bo łapie podwózki w dowolną stronę, myli tropy na każdych rozstajach, jakby zygzakami szła), bo tam, jak wynika z tych nikłych informacji, które zdobyła po drodze, nie ma już frontu, wszystko już pozamiatane, przegrali dokumentnie: czyli spokój. Poza tym, przynajmniej zna kraj, zna ludzi, wie, kto ma długi, kto jest jakimś odległym krewnym, gdzie się wiedzie dość dobrze, by ją przyjęli. W domu, chce wierzyć, choćby to głupia wiara była, się nie zginie. A póki armie stoją, czekają, przez linię frontu będzie łatwiej przejść.
Najpierw żyła z korzonków i kradła po okolicznych wsiach elementy jakiegoś podstawowego ekwipunku podróżnika, bo zakładała, że Wiewiórki będą o nią pytać. Potem zaczęła żebrać, brać ludzi na litość ot, tak, siecią przypadkowo utkanych kłamstw („mąż mnie bił, uciekłam"; „mąż mi zmarł, rodzina wygoniła, nie ma gdzie się podziać, a dziecko w drodze, ulitujcie się"). Ucieka w sumie nadspodziewanie łatwo i to ją niesamowicie niepokoi.
'
'
Nóż do kopert jest całkiem ostry. Dała radę ściąć nim włosy. Dała też radę, już całkiem sama, znaleźć rozsądne uzasadnienie, czemu je ścina. Zmiana wyglądu, wygoda. Ot, wszystek (chociaż, gdy szła spać, nadpływało, mimo zmęczenia, że klienci uwielbiali jej włosy, bo niby mężczyźni kochają blondynki; wcześniej, zresztą, tam też jej włosy lubiano, koniecznie długie, tylko nigdy nie splatane, bo się było Dh'oine, a do warkoczy mieli prawo jedynie wojowni... należało przerwać, zasnąć).
'
'
Spanie samemu, nawet otulonym szczelnie w szmaty, jest głupie, można zamarznąć, jeśli się dość wcześnie nie zbudzi, jeśli ognisko całkiem zagaśnie. Ale Ves chwilowo ufała swojemu instynktowi przetrwania bardziej niż ludziom.
'
'
Nóż do kopert się okazał fantastyczny. Przywiązała się do niego, autentycznie, kiedy po kilku godzinach błagań i zaklinania, i wyzywania od najgorszych nawet góry, z której wydobyto rudę, z której go wytopiono, udało się jej wreszcie za jego pomocą oprawić królika. No, jako tako oprawić. Tak czy siak, ostrze się nie złamała i nóż, zdecydowała zmęczona Ves, prawie na skraju łez, dziwnie histeryczna – to pewnie wina tego utrapionego bachora, który aktualnie nosi imię Laura – jest ostrzem godnym legend. Legend i epickich przydomków.
— Pasowałoby ci, droga rzeczy — mruczała tego wieczora, zasypiając — nazwanie „Wielkim rozpruwaczem króliczych brzuchów"? Nie? A „Obrońcą sierot, nienarodzonych dzieci i tułających się po świecie brzuchatych panien"? Też nie? Strasznieś wybredny, będziemy musieli z tobą do Jaskra pójść...
A potem śniła o dawnym życiu. Tym w Niebieskich Pasach, ale też tym przed, jeszcze w domu. I nic nie pamiętała, kiedy się budziła, ale trochę ją rozgrzewały te sny.
'
'
W jednej wsi jakiś miły wdowiec jej proponował, żeby się u niego zatrzymała na stałe, bo ładna, młoda, miła, jemu zimno samemu w łóżko, po żonce się mu ckni; jej dzieciaka jak swojego wychowa.
Propozycja była kusząca. Los w małżeństwie z rozsądku jest zdecydowanie lepszy niż dziwki. I zima przecież szła. Poza tym facet był całkiem dorzeczny, miał sporo ziemi, wygodną chałupę. Dzieciaka by raczej nie skrzywdził. Ves przyjęłaby rzecz z pocałowaniem ręki, jako dar od losu, gdyby nie to, że jednak wioska leżała niecała dwa tygodnie, konno, od stolicy. Jeśli Wiewiórki jej szukają – a muszą szukać, przecież nie przypadkiem na nią wpadli w tym burdelu – to tutaj na pewno dopadną. Nie w tym miesiącu, to następnym. A jak już ją dopadną, to nie tylko zarżną miłego gospodarza, nie, znając elfie komanda, to spalą wioskę i wyrżną całą okoliczną ludność. Bo tak.
Ale pobyła kilka dni w tamtej chacie. Wykazała się swoimi nabytymi w ciągu ostatnich miesięcy (i wcześniej, ale tego nie wolno było pamiętać, nie warto było, jak tłumaczył dawniej Roche, ciepło, delikatnie, siedząc u wezgłowia łóżka i... i tego też pamiętać nie należało) erotycznymi umiejętnościami. Tamten był zachwycony, oczywiście, przysięgał, że nosiłby ją na rękach.
Wystarczyło, że dał jej prowiant na drogę. I prosty gospodarski nóż. I nawet jakiś tani pozłacany pierścionek, na szczęście niby. Koni, niestety, w wiosce za dużo nie mieli, ledwie na ich własne potrzeby starczało. Ale to akurat nie był wielki problem. Całkiem niewielki nawet, bo w Blatce, miejscowości, jak znać było z przerobionej elfiej nazwy, starszej i większej, o trzy dni drogi piechotą stąd, mieć wierzchowce na sprzedaż powinni.
Jeśli sprzeda ten pierścionek oraz zabawkę do rozcinania papieru, to co prawda konia nie kupi, ale już na przejazd do Een Mirr, najbliższego sporego miasta, powinno starczyć. Miasto prawie piętnaście tysięcy mieszkańców liczy. Będzie w nim można odetchnąć, zarobić albo ukraść trochę, spokojniej się rozejrzeć. Wykupić potem przejazd dalej, na południe, zimą już być na granicy. W jakiejś karczmie, nie w lesie.
'
'
Wszystkie te plany trafił szlag. Zima przyszła. Wcześnie. Gwałtownie. Bez żadnego etapu przejścia, ot, tak, z porannych przymrozków Ves trafiła prosto zamiecie, zawieje, minus kilkanaście stopni. Ledwo się doczołgała do tej Blatki. Tam jej powiedziano, że wóz wyruszy, pewnie, ale nie wcześniej, jak za parę tygodni, bo zapasy mają.
Ale chociaż znalazła kąt do spania. U samego zarządcy, bo się okazało, że w wioseczce mają słynne na całą okręg konie, a co za tym idzie, są miejscowością prestiżową, handlowo istotną, wymagającą więc pańskiego oka. Pańskie oko zaoferowało jej przezimowanie. W zamian za pomoc w gospodarstwie. I usługi seksualne. Na tym etapie, szczerze mówiąc, zupełnie jej to nie przeszkadzało, zwłaszcza, że zarządca nie miał jakichś szczególnie perwersyjnych wymagań, to, że kręciły go ciężarne trudno uznać za wielką dewiację – a przynajmniej, myślała Ves, okolicznym chłopkom lżej będzie. I w jego prawie-że-dworku było ciepło. I jeść dawano nieźle, nawet służbie i nowej dziwce jaśnie pana Perivisa, jakiegoś zubożałego szlachetki czy tam siódmego syna średniozamożnego ojca; w każdym razie, mężczyzny z tytułem i wymaganiami godnymi tego tytułu, lecz bez ziemi. Co wszakże oznaczało, że życie w jego wygodnym, zbytkownie urządzonym domostwie było więcej niż znośne.
'
'
Roche, kiedy usłyszał raport Finarinego, zaczął kląć. Najgorszymi wulgaryzmami, bluzgając słowami tak ostrymi, twardymi, że elfy, też przecież przyzwyczajone do żołnierskiego języka, nie umiały powstrzymać wzdrygnięcia. Klął sprawę, Aen Seidhe, klął ich nieumiejętność, los, klął siebie, Henselta, Cyda, bo dał mu moment nadziei, Scoia'tael – ich klął najpodlej.
Pułkownik mu pozwalał, pułkownik niemal przepraszał, wyrażał żal i zrozumienie, współczuł, pułkownik patrzył na podporucznika z – nie tyle pogardą, ile rozczarowaniem. Niezadowoleniem. Ostentacyjnym wręcz. Finari skrewił sprawę, przegrał z Dh'oine, rozczarował pułkownika, zmusił go do przepraszania, upokorzył. Nic nie mogło, myślał podporucznik, skręcając się ze wstydu, boleć bardziej.
Yeylia też była wściekła. Śliczna, śliczna Yeylia, krew z mlekiem, złoto włosów, szmaragdowa zieleń oczu, kwiat swojego ludu, była bliska furii, furii pełnej łez upokorzenia. Podeszła, położyła rękę na ramieniu majora, uścisnęła. Mocno, twardo, po żołniersku. I Finari odkrył, że się mylił moment wcześniej. Ten gest zabolał go znacznie, znacznie mocniej.
