Straszliwie to długie wyszło. No, trzecia jest Anais, więc cóż, Hasz będzie musiała i tak odpuścić koniec (ale Iorweth też tam jest ;)), a wszyscy inni fragment drugi, który jest czystym emocjonalnym porno i który w imię owej przyjemności pozwala sobie nagiąć rzeczywistość, mechanizmy psychologiczne i charaktery bohaterów (ale, mam nadzieję, nadal będąc trochę prawdopodobnym w swych drobnych przesadach, choć nieprawdziwym; chociaż tam, pal sześć, pornografia emocjonalna; jak ktoś tego znieść nie może, to nic się nie stanie, zapewniam, jak ten fragment pominie).

Znaczy, taaa, rozdział pełen dialogów nawet jak na mnie. I w ogóle rozdział po to, by mi było przyjemnie, ale cały fik w końcu z tą intencją, więc.


Pojęcie korony Temerii istniało oczywiście przed rozbiciem kraju. Pojęcie korony kraju od kilku wieków torowało sobie drogę do zasobu idei, było już więc całkiem nieźle ugruntowane, używane często, gdzieniegdzie stanowiło wręcz oficjalną wykładnię kancelarii królewskich, pomagając w przejściu do monarchii stanowej (lub stając się, jak w przypadku Kaedwen, początkiem długiej drogi do monarchii absolutnej). Znano z doświadczenia jego moc, tak prawną, jak w oddziaływaniu na wyobraźnię ludzi. Wszystkie strony próbowały więc wykorzystać ów termin na swoją korzyść, co czyni trzecią fazę wojen północnych jedną z najciekawszych w dziejach konceptu korony. To wówczas w pełni okazał on swą elastyczność, wówczas powstały też najkunsztowniejsze koncepcje prawne oparte na owym pojęciu.

Piotr Miksza, Korona Królestw Północy; mit, fantazmat czy możliwość?

'

'

Roche prawie nie zauważył, kiedy w ciągu tych paru tygodni pojedynki ćwiczebne z Yeylią weszły mu w nawyk. To zresztą była jedyna czynność, przy której się nie kłócili, bo w rozmowach – a rozmawiali często, głównie z powodu małej – zawsze jakoś zeszli na politykę. I to nie bieżącą, ta może by ich jeszcze godziła. Nie, zawsze jakoś wpadali w wir zaczynający się Loc Muinne albo Aelirenną, albo mordowaniem po szpitalach, a kończący długimi listami nazwisk zabitych, już osobiście, przez zainteresowane strony. W trakcie treningów za to umieli, w przerwach albo rwanych, wyrzucanych w trakcie walki zdaniach, nawet podyskutować. No, prawie. Wymienić uwagi o bieżącej sztuce i kulturze, vel najnowszych balladach Jaskra, plotkach dworskich, nadchodzącej wojnie, życiu ogólnie.

Vernon nie do końca rozumiał mechanizm, który stał za tym faktem, ale chętnie korzystał. Kiedy się z kapitan dogadywali, Anais była spokojniejsza. Poza tym, zwykle wygrywał.

Teraz wszakże nie, teraz się zagapił i elfka wytrąciła mu broń z ręki, a potem płynnym, ładnym gestem – zaraza, jakim cudem piękne kobiety wszystko zawsze robiły „ładnie", „uroczo", „ślicznie", choćby to było podrzynanie gardeł, choćby to były drwiny – przyłożyła ostrze do tchawicy. Zastygł, odruchowo.

Niepokojące, bo nie walczyli do pierwszej krwi. Nie było powodu, by rzecz ciągnąć poza pozbawienie przeciwnika broni.

Dziewczyna nie drgnęła, patrzyła na niego, dłoń miała mocno, spazmatycznie zaciśniętą na rękojeści, choć przed chwilą trzymała ją normalnie.

— Rozluźnij palce — poradził konwersacyjnym tonem. — Gratulacje, jeszcze raz próbujemy? Czy na dzisiaj dosyć?

Nie odpowiedziała. Palce trochę odpuściły, ale niewiele; Roche miał wrażenie, że elfkę nawet owo „niewiele" kosztowało dużo świadomego wysiłku. Cisza stała między nimi dobrą minutę i Vernon powinien się zacząć bać, mimo jakichś teoretycznych statusów dyplomatycznych – Yeylia naprawdę niewiele o nie dbała. Ale czuł tylko to zwykłe napięcie, związane z wysiłkiem pojedynku oraz reakcją na metal przy gardle; jakoś nie umiał w sobie wzbudzić lęku, jeszcze nie teraz, kiedy tamta czegoś ewidentnie chciała.

Poza tym, Iorweth nie życzył sobie go widzieć martwym, okazywał to, ku szczerej irytacji mężczyzny, dosyć dobitnie. A kapitan się pułkownika słuchała, jak pies, jeśli nie bardziej, pochłonięta fanatycznym uniesieniem, tak bardzo przypominającym miłość.

Iorweth za tę miłość prowadził na śmierć, rzucał na szańce, do ataków, w płomienie, na szafoty, szafował nią, jakby była tak tania, jak jego przemowy. Straszliwie marnotrawstwo, przemknęło przez głowę Roche'owi – uświadomił sobie, że pożądanie przez niego mówi, pożądanie i zazdrość, zacmokał nad sobą z pobłażaniem. W duszy, bo przy szyi ciągle miał ostrze.

— Mój brat — głos elfki, gdy się wreszcie odezwała, był lekko zachrypnięty — czy on... czy on naprawdę zdradził? Powiedział coś?

Ach. O to chodziło.

— Nie próbuj kłamać — dodała, śmiertelnie poważnie. — Nie będę zła za prawdę, jaka by nie była – jeśli go złamałeś, to w końcu jego wina, nie twoja – a wiem, kiedy ktoś kłamie. Elf, człowiek, krasnolud, niziołek, wiem, kiedy ktoś kłamie, zawsze.

Mężczyzna, któremu pamięć w sekundę podała szczegóły przesłuchań rzeczonego brata, nawet się domyślał, skąd ta umiejętność. Na szczęście tym razem prawda była stosunkowo niebolesna. Mogła przynieść ukojenie. Czemu chciał przynieść ukojenie terrorystce, Roche postanowił chwilowo nie deliberować, niech będzie, że o jej czułość w stosunku do Anais chodziło.

— Nie, nie powiedział. On nie był nikim ważnym, nie przesłuchiwaliśmy go jakoś specjalnie uważnie — oznajmił spokojnie. — Złapaliśmy, pobiliśmy, powiesiliśmy. Jak to ludzie. Zresztą, gorączka z ran zaczęła go zżerać drugiego dnia, jak go wieszaliśmy, to właściwie tylko majaczył, musieliśmy lekami docucać, żeby przytomny usłyszał wyrok i żeby przytomny – no, w miarę przytomny – zawisł. Mieliśmy bardzo dobrego kata — dorzucił, w ramach odpłacania dobrem za opiekę nad małą. — Naprawdę świetnie wieszał. Twój brat nie cierpiał, kark mu przetrąciło natychmiast.

Yeylia mierzyła go spojrzeniem. Kilka sekund. Potem wycofała broń.

— Jesteśmy gotowi na śmierć i cierpienie — stwierdziła chłodno. — Gaellan też był.

— Może tak, ale w trakcie wojny nie ma sensu tracić czasu na zabawy w wystawne egzekucje. Nie pionków — prychnął Vernon, zirytowany. — Wybacz, że nie zaspokajamy waszego masochizmu.

On tu próbuje być miły, a proszę, jak się mu odpłaca. Czyściutkim, stereotypowym wzorcem rasy. I nie bądź tu szowinistą.

— Nic nie powiedział, majacząc? — upewniła się jeszcze elfka.

— O Wiewiórkach? Nic. O tobie zresztą też niewiele, ale sprawiło mu ulgę, że dałaś radę uciec, umierał spokojnie. Większość czasu po prostu całkiem nieprzytomny był.

Jestem dzisiaj człowiekiem pełnym anielskiej dobroci, uznał w duchu Roche, jak jakaś chędożona wróżka z bajek po prostu. Proszę, nigdym by się tego po sobie nie spodziewał. Mam nadzieję, do cholery, że to chociaż dlatego, że dziewczyna ładna, a nie, bo mięknę na starość.

— To miłe, że powiedziałeś od razu prawdę. Zwłaszcza, jak na Dh'oine — mruknęła tymczasem Yeylia z czymś na kształt zdziwienia w tonie. — Ćwiczymy dalej?

'

'

Iorweth się starał. Naprawdę. Milczał w trakcie oficjalnych posiłków. Całymi dnami ćwiczył oddziały, siedział w koszarach, z dawnym Scoia'tael, unikał dworu i cywili, przebywał głównie na prywatnych pokojach z Saskią. A proszę, Roche musiał mu wle... wpaść... wkroczyć do gabinetu. I od razu przeszedł na prawo. Przy każdej rozmowie to robił.

— Na dworze Foltesta się nie pukało?

— Nie poniżej baroneta. Arystokrację by deprymowało, gdyby osobnicy z klas niższych okazywali dobre maniery, rozumiesz, sugerowałoby, że a nuż jesteśmy takimi samymi ludźmi...

Elf przechylił głowę, minimalnie, wstrzymując w ostatniej chwili odruch obrócenia się w kierunku głosu – Roche przeszedłby po prostu dalej, jak zawsze.

— I uznałeś za stosowne potraktować mnie, jak jakiegoś arystokratę Dh'oinne? — spytał, przesycając głos swoją najlepszą aktorską pogardą.

Pułkownik zaklaskałby, doceniając ironię słów, gdyby był pewien, że poprawnie rozszyfrował wszystkie poziomy sarkazmu – samo to, że miał jakieś wątpliwości, podkopywało mu, przyznawał, wizję świata.

— Uznałem, że skoro jesteś gospodarzem — nadpłynął uprzejmy głos z ciemności — to zrobię ci tę uprzejmość i potwierdzę twój rasistowski obraz życia.

— Różnica między rasami jest rzeczywista, w przeciwieństwie do wyimaginowanych hierarchii Dh'oinne...

— Mówią, że przeciętny gnom – prawdziwa starsza rasa, najstarsza, nie? – nie odróżnia wielkich Aen Seidhe od podłych, marnych Dh'oinne. Prawda li?

Zoltan. Ani chybi Zoltan. Czy krasnoludy muszą tyle gadać?

— Marzylibyście, nie wątpię. Jedyny powód do dumy, jaki wasza rasa...

— Mnie zwisa, z kim mnie mylą wpółślepi staruszkowie. Ale mogę ci opowiedzieć bajkę. O bandzie dzieciaków, organizujących terrorystyczną partyzantkę pod wyimaginowanym sztandarem „starszych ras", w nadziei, że wpółślepi staruszkowie ich wreszcie raczą uznać za takową, a nie jakieś nowe, barbarzyńskie błoto, żrące się między sobą. Mogę ci opowiedzieć, jak ślicznie ginęli, bo to jest ten moment, który mogłeś przegapić, uciekając...

Iorweth zareagował odruchowo, wiedząc, że popełnia błąd już sekundy po tym pierwszym instynkcie. Zamachnął się w prawo, nie na ślepo, miał wprawę w lokalizacji po głosie – i to był problem właśnie, bo skoro nie na ślepo, to trafił, a Roche wiedział, że trafi. Chwycił go za rękę, fachowo wykręcił i przytrzymał, zablokował. Jak przy aresztowaniu, co wystarczyło, by wywołać w partyzancie przypływ paniki, stłumiony w kilku oddechach, ale jednak. Sklął własną słabość – i przeżył drobny szok. Bo Vernon też odetchnął głęboko, rozluźnił chwyt, przeniósł ręce wyżej, bardziej na barki.

— Przepraszam — prawie warknął. — Przepraszam — dodał łagodniej. — Nie powinienem. Wiem, że się starasz. Nie przyszedłem, żeby się kłócić.

— To po co...

— Porozmawiać.

— Porozmawialiśmy.

Nie puścił go, ale poluzował palce jeszcze bardziej. Elf mógłby się bez trudu wyrwać. Nie do końca rozumiał, czemu nie spróbował.

— Przepraszam — powtórzył agent. — Wiem, że się tego... że to przywodzi złe wspomnienia.

— Nie boję się — syknął odruchowo watażka. — Dh'oinne nie są w stanie rozmawiać bez wykręcania rąk?

Poczuł raczej niż usłyszał kolejne westchnienie, a potem mężczyzna go wreszcie puścił. Iorweth, wstrzymując instynkt odskoczenia, powoli usiadł ponownie. Nie odwrócił głowy.

— O czym chcesz porozmawiać? — spytał lodowato.

— Nie mam jeszcze pojęcia. O tym, co cię tak ładnie wykańcza.

— Nic mnie...

Urwał, czując ciężar dłoni na ramieniu. Tym razem bez chwytania, tylko położona płasko. Gdyby to był Ciaran albo Saskia, albo nawet Geralt, zaryzykowałby stwierdzenie „uspokajająco" czy „wspierając". W tym przypadku był raczej gotów podejrzewać manipulację. Sprawdzanie reakcji.

— Nie, wcale. Masz dostęp do łóżek, jedzenia, leków, a wyglądasz gorzej niż we Flotsam. Że niby chędożone trudy rządzenia?

— Według ciebie rządzić jest łatwo i przyjemnie? Karaluchom może i tak, ale...

— Według mnie Foltest nie wyglądał, jakby miał zaraz umrzeć z wyczerpania. Nawet w najgorszych okresach. Ty nie śpisz, nie dojadasz i się włóczysz, jakbyś z mostku którego skoczyć chciał. Rozumiesz, co mam na myśli?

Roche obszedł powoli krzesło, tym razem z lewej. Przykucnął, przesuwając rękę niżej, do dłoni, splatając im palce, ale tak, by elfa były na wierzchu. Bardzo prosta sztuczka, myślał watażka, cały się jeżąc wewnętrznie, bardzo, bardzo prosta. Dotyk daje wrażenie bliskości, fałszywe, przykucnięcie to, również fałszywa, sugestia niższej pozycji, poddania się, kontroli dla mnie – tak samo te palce. Wszystko po to, żebym przez moment uwierzył, że jestem we względnie bezpiecznym położeniu. I zaczął mówić.

— Dh'oinne — prychnął z pogardą. — Nie umiecie docenić prawdziwego piękna. Dla was urodziwe znaczy tłuste, wesołe, tępe, jak wieprzek. Nie daj chaosie, żeby czasem sobie myślało, bo już się włóczy z myślami samobójczymi.

— Nie zwalaj na rasę — mruknął Vernon. — Ciaran wygląda lepiej. Yeylia. Każdy inny. Nie łżyj mi, za dużo was w życiu powiesiłem. Fizjologię mam rozpracowaną.

Przy ostatnich zdaniach rozluźnił rękę pod dłonią partyzanta. Sprytne, sprytne, dumał ten leniwie, odwlekając moment działania, sprytne, bo równoważy to, co mówisz, pokazuje, że się nie ma czego bać, bo przecież mam kontrolę. Mogę połamać ci palce. Sprytne, zwodnicze, niewiele warte.

— Czemu jesteś nagle zainteresowanym moim dobrobytem?

— Jej Wysokość musi przebywać w Vergen. Twoja... dyspozycja wpływa na spokój w Vergen. Diagram? — Agent sięgnął po ołówek i kartkę, jedną ręką.

Brzmiało prawdopodobnie. Iorweth nie zniżył się do wyrywania mu z rąk artykułów piśmienniczych – nie miał na biurku żadnych tajnych ustaw.

— A czemu ja miałbym być zainteresowany mówieniem ci o moim dobrobycie? — spytał dostojnie; czy raczej próbując brzmieć dostojnie, nie był pewien, czy mu się po ostatniej scenie się mu udaje tak dobrze, jak zwykle.

Roche uniósł spojrzenie znad czystego jeszcze papieru. Uniósł brwi, przekrzywił minimalnie głowę, machnął ręką – wszystko z emfazą godną aktora w prowincjonalnym teatrze, udającego pogrążonego w głębokiej refleksji. Dh'oine, nic wyczucia, prychała jakaś urażona część duszy w elfie. Część urażona zdecydowanie dziecinnie, może nawet uciekająca od sytuacji, więc ją zignorował.

— Pomyślmy... Bo jesteś pieprzonym, aroganckim dowódcą Wiewiórek, więc nie porozmawiasz z Saskią ani swoimi oddziałami, ani krasnoludami? — rzucił wreszcie Vernon, nadal z teatralną manierą. — Ani niziołkami? Bo by ci godności ubyło?

— Ale z karaluchem tak?

— Waszej taksonomii wiele brakuje do precyzji — mruknął drwiąco agent. — Dorysuję ci drugi diagram, z różnicą między owadami a ssakami. Do rzeczy wszakże: rozmowa z muchą przelatującą przez pokój to właściwie tyle samo, ile rozmowa z sobą. Nie zdarza ci się?

Zdarzało, ale tego absolutnie żadne Dh'oine nie powinno wiedzieć. Niemniej, ładna sztuczka, Roche, przyznał watażka, bo teraz albo powinienem z tobą porozmawiać, albo przyznać, że twoja rasa jest jednak warta ciut więcej niż karaluchy. O ile nie ucieknę... nie zirytuję cię na tyle, byś poszedł precz.

— Taksonomii. Skąd w ogóle...

— ...znam to słowo? Zastanówmy się — o, teraz w głosie mężczyzny pojawiła się wściekła, kąsająca, z każdym wyrazem narastająca gorycz. — Może pijałem w barze ze zdegenerowanymi przyrodnikami. Może, zgubiwszy się na zamku, wszedłem do biblioteki i akurat słownik leżał otwarty. Może któraś z tych szlachcianek, które raczyły mnie pieprzyć, lubiła używać encyklopedycznych słów jako dzwonków ostrzegawczych. Ale nie, czekaj, to są wyjaśnienia miłe temerskiej szlachcie, nie nieludzkim rasistom – więc może jakiś biedny, storturowany, oczywiście niewinny elf raczył mnie oświecić w kwestii istnienia taksonomii. Albo może po prostu jednak korzystałem z przywileju nauki, który mi zapewnił Foltest i postarałem się przyswoić podawaną wiedzę, bo tam, skąd pochodziłem, była dobrem luksusowym — prychnął sarkastycznie. — Nie, nie, to niemożliwe. Wróćmy do poprzednich.

Jak się to rozgada, to przemawia dłużej ode mnie, myślał partyzant. Myśli bardzo nieudolnie przykrywały poczucie winy, a skoro to dostrzegł, to musiał zarzucić.

— Nie chciałem cię urazić — zaczął i zdał sobie sprawę, że właściwie to sam ma ochotę skwitować rzeczone stwierdzenie śmiechem. — Znaczy, nie chciałem aż tak bardzo.

Roche patrzył na niego wzrokiem, który irytująco przypominał ten, jaki przybierał w stosunku do Anais. Zwłaszcza, gdy ta próbowała coś nie dość zręcznie ukryć albo nie dość biegle skłamać. Znaczy, spojrzenie pełne było pobłażania.

— Że niby przepraszasz?

Może nawet bardziej pobłażające niż to do Jej Wysokości. Za to zdecydowanie mniej czułe.

— Nie — odparł natychmiast Iorweth, z sykiem.

Są granice i chyba już dosyć dobrze traktuje ludzi w Dolinie Pontaru, zwłaszcza pamiętając, co oni robili starszym rasom, oni nigdy, nigdy nie zdobyliby się na nawet na tyle, na zwykłą tolerancję, Kaedwen właśnie rozpoczęło deportacje, czy skoro jest już o tyle lepszy, od ludzi i od innych Aen Seidhe nawet, Dol Blathanna też robiła czystki, chyba są granice upokorzenia, do których spadać nie musi, znowu, znowu, bo przecież wszystkich ich zmuszano w dzieciństwie i później, poniżano, zabraniano mówić w starszej, zmuszano do przepraszania za samo istnienie, do czapkowania, do błagań – i to już nie wróci, poświęcił życie i bloede souer, by nie wróciło, więc nawet jeśli powiedział o słowo za dużo, to nie będzie przepraszał, ani śledczy, ani żaden inny bloede Dh'oine już nigdy na nim nie wymusi...

Vernon się roześmiał.

— Dobrze, dobrze. Wezmę to, żeś mi w połowie mojoej gadaniny prawie złamał dłoń, za... ekwiwalent.

Dopiero wówczas watażka uświadomił sobie, że faktycznie, zacisnął palce – nie, nie tak mocno, by złamać, troszeczkę tylko, ale jednak. Rozprostował je, odruchowo, odgadł, że wygląda żałośniej jeszcze i zastygł tak, w pół ruchu.

— Mamy rozegrać parę kolejnych partyjek „obelg i przeprosin" — ciągnął agent — czy mi powiesz już teraz?

— Ani teraz, ani później — warknął elf, wyrywając wreszcie rękę. — Idź stąd.

— Nie „won"? — Mężczyzna wstał, odłożył papier na biurko, ołówek nadal przerzucał między palcami. — To, że chcesz się zadręczać, mi zwisa. Masz za co. Ale chodzi o Jej Wysokość. Jeśli dojdzie – do czegokolwiek, najmniejszych niepokojów – to ona jest dzieckiem. Przeżyła już dosyć. Zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa. We „wszystko" mamy też pomaganie rzeźnikom w zachowaniu jako takiej równowagi.

— Doceniam, że się powstrzymałeś od „skurwysynom".

I od wspomnienia, że sytuacja Anais jest konsekwencją nie tylko twoich działań.

— Powstrzymałem się też od wzmianki o szkole w Dwórkach – ups, wypsnęło się mi.

Bloede skolae. Chociaż nie, to nie jej wina przecież, nawet nie Roche'a, który tam wtedy był tylko zastępcą dowódcy. Nawet nie tego dowódcy, w ogóle nie wojska, oni przecież tylko wykonywali swoją robotę. Tego pieprzonego komendanta okręgu wina, jego i zarządców okolicznych wsi, okrutnego traktowania wszystkich, łącznie z ludźmi, tego, że w którymś momencie to było albo oni, albo nie tylko Scoia'tael, ale dosłownie wszyscy Aen Seidhe w okolicy. I to się musiało okazać pułapką, rozgrywką polityczna na poziomie lokalnym, w której któryś z tych chujów postanowił wykorzystać tak partyzantów, jak wojsko królewskie. Zabili go, przynajmniej o tyle się przeliczył. A oni się przeliczyli ze wszystkim innym...

— Czemu ty się zawsze zachowujesz, jakby to tobie, kurwa, tamto najbardziej ciążyło? — Vernon się mu brutalnie wdarł we wspomnienie.

Najwyraźniej partyzant nie zamaskował emocji dość wyraźnie. Starzeję się, uznał, albo pokój mnie straszliwie zmiękczył.

— Nikt ci nie kazał zajmować tamtej szkoły — warczał mężczyzna. — No, może poza lękiem przed śmiercią. Ocaliłeś skórę. Dzieci zginęły. Wizerunek waszej sprawy się pogorszył. Doszło do paru pogromów. Ale ocaliłeś skórę.

— I gdzie byś się podział z twoją małą królową, gdybym nie ocalił?

To właściwie było tak niskie, głupiutkie, bezsensowne zagranie, że watażka miał szczerą ochotę odgryźć sobie język, ledwie opuściło jego usta.

W spojrzeniu agenta znów zajaśniało pobłażanie. Czyste. Czyściutkie, jak kruszce z Mahakamu. Nawet bez gniewu sprzed chwili, tak go jakoś wywiało.

— Nie będę nas obu upokarzał traktowaniem tego argumentu poważnie. Niech będzie, że cię ta szkoła boli. Nie chciałeś tego, rozumiem. Splot okoliczności zmusił?

Tutaj był podstęp, podstęp zaszyfrowany w ustąpieniu (że niby jestem ci winien uprzejmość za uprzejmość, tak?), w dłoni znów opadającej na ramię, w niedbałym geście, jakim Roche dostawił sobie – wreszcie – drugie krzesło, bardzo blisko, i opadł na nie, gotów do słuchania.

Z drugiej strony wszakże, istniała szansa, choćby najmniejsza, na to, że przestanie wspominać o Dwórkach co najmniej pięć razy dziennie – może było warto. Pułkownik się wdał w tłumaczenia, w opisy okrucieństw tamtego komendanta, że nie miał dokąd uciec, że nie chodziło o niego, a o oddział, że nie podniósł nawet ręki na te dzieci, że im nic nie było aż do szturmu, że zginęły od dymu, że żadnego z nich nie skrzywdzono, że wyprowadził, że to oni, ludzie, je zabili...

— Iorweth — mruknął Vernon, dziwnie łagodnie — ja też tam byłem. W trakcie szturmu. I mogę ci przysiąc, że widziałem elfy, strzelające do dzieci i tych, którzy je ratowali. Na własne życie mogę przysiąc, bo widziałem. Nie mogę przysiąc, że widziałem ciebie. Ale nie bredź mi tu o elfiej wielkości, bo jakieś elfy się tymi dziećmi zasłoniły, jakieś elfy do tych maluchów strzelały. Na zawsze pozbawiając się choćby cienia honoru.

— Panika — bąknął w odpowiedzi watażka. — Nie miałem... nie miałem już kontroli. Wiesz, jak to jest.

— Ratuj się, kto może? — podrzucił sarkastycznie agent.

Położył jednak dłoń tuż obok rąk elfa, znowu. Turlał ołówek między palcami. Było prościej, znacznie prościej, uświadomił sobie partyzant, mówić, jeśli się skupiło na tym ruchu. I mężczyzna to przecież wiedział, na pewno.

— Może tak — szepnął watażka. — Ale nie chciałem tego. Oni też, oni się tylko bali, cokolwiek zrobili...

— Tak, ogień bardzo przeraża zwierzęta. — Vernon zakołysał się na krześle, nonszalancko.

Zabolało, jak uderzenie w twarz.

— Ludzi zresztą także. Ale że wielkich Aen Seidhe, no, no... — wymruczał tamten, jak zadowolony, najedzony kot. — Część z twoich uciekła. Pytałeś, jak? Pytałeś, co zrobili? Czy to nie oni strzelali do tych dzieci? Bo wątpię, żebyśmy wszystkich złapali.

Oni nigdy nie pytali, czemu do tego doprowadził, nie wypomnieli błędu, nie zostawili, wsparli na nieformalnych przesłuchaniach, gdy, nawet inni dowódcy, go oskarżyli, stali przy nim, choć nazywano go Rzeźnikiem, choć ta opinia przylgnęła do jego komand. Czasu się nie cofnie, walka to teraz, to działanie, nie rozgrzebywanie przeszłości.

— Nie miałem prawa.

— Czyli nie wiesz. To cię gryzie?

Rysik ołówka dotykał teraz koniuszków palców Iorwetha, leciutko. Powinno być irytujące, ale jakoś uspokajało. Trzymało w rzeczywistości. Oddzielało wspomnienia. Pułkownik zastanowił się przez moment, czy Roche... wie tylko z cudzego doświadczenia, czy też sam musiał szukać kotwic, bezpiecznych przejść między pamięcią, a teraz.

— Nie. Cokolwiek się stało, to moja odpowiedzialność. Moja wina. Niczyja inna.

— Mhm. Tylko przysięgałeś, że nie podniosłeś – ty – ręki na te...

— A ty przysiągłeś, że moje przysięgi na nic, bo ktoś jednak do dzieci strzelał — syknął partyzant, ściągając dłonie ze stołu gwałtownym ruchem. — Skoro tak, to równie dobrze mogłem to być ja. Nie będę uciekał. To moja wina. Nie wypytuj ich.

— Ja mam prawo — zauważył zimno, stalowo Vernon. — Broniliśmy potem nieludzi przed pogromem. Prawie mnie przy okazji tłum zlinczował.

Foltest wykorzystywał to propagandowo do cna, pomyślał zgryźliwie watażka, ale tak, broniliście potem ludności cywilnej. Bo król nie chciał niepokojów, byłyby mu nie na rękę, żadnej w tym wielkiej filozofii czy dobroci serca, ale broniliście. I oberwałeś – przecież nie dla tej rodziny aep hen ichaer, wieszałeś takie, bez powodu i bez wyrzutów sumienia – oberwałeś wtedy też tylko dla Foltesta. Ale oberwałeś. I rodzina Aen Seidhe była w tamtym domu, na którego progu cię dopadł jakiś wzburzony ludzki chłop, sprzeciwiający się woli króla. Wola króla, nic w tym więcej nie ma, ale tak, przecież cię za to szanujemy, ja, całe Scoia'tael, czego jeszcze...

— Tss. Ale wierzę ci, że ty nie skrzywdziłeś wtedy żadnego dziecka. Że ty je wyprowadziłeś. Że ty nie chciałeś — stwierdził cicho, spokojnie agent.

I spróbował go dotknąć, co było taką typową, podłą manipulacją, starym zabiegiem śledczych, Iorweth pamiętał, znosił to tyle razy – niekiedy bywało... nielekko, niekiedy w morzu bólu to ciepło, miękkość, sam fakt, że druga istota może nie być cierpieniem, to niekiedy mogło być jak oddech, jak nadzieja, jak wszystko – i trzeba było za każdym razem odrzucać, za każdym razem wykpiwać, wiedząc, że ta odmowa oznacza powrót... całej reszty.

Doprawdy, poczuł się aż urażony, że Roche śmiał pomyśleć, iż zdoła go złapać na tak oczywistą, dziecinną sztuczkę. Urażony, tylko urażony, bo zdrady oczekiwał od początku, więc czemuż miałby teraz odczuwać rozczarowanie.

— Och, pieprzony łaskawco — syknął wściekle, wycofując rękę, unikając cudzych palców. — Jakże miłosiernie i pięknie, uwierzyłeś słowom nie-człowieka. Raczyłeś uznać, że może mordowanie dzieci nie sprawiało mi przyjemności. Medal chcesz za to? Za twoją bloede vae... gotowość wiary? Powinniśmy ci dziękować za twoją pieprzoną tolerancję, za zaszczyt bycia uznanym za potencjalnie prawdomównego przez Dh'oine, za...

— Już, już, już — przerwał mu w końcu Vernon; wyglądał, jakby liczył w duchu. — Nie mieszaj w swoje zbrodnie rasy.

— Nie mieszaj w swoje... — Elf się prawie zakrztusił. — Oświecę cię, marna jętko: ja zbrodnie popełniłem dla mojej rasy, z powodu cierpień mojej rasy. Oczywiście — oznajmił z pozornym spokojem — tak jest wygodniej, oddzielić skutek od przyczyny, pozbyć się odpowiedzialności, zrównać Scoia'tael z bandami morderców... A czym ty niby byłeś? Morderca z królewskim glejtem — syknął, z chłodem cokolwiek manierycznym, sam przyznawał. — Co martwym za różnica, że ich śmierć była w twojej jurysdykcji? Bloede pest, ja miałem pozwolenie od Emhyra, to chyba w obecnej sytuacji politycznej się nawet bardziej liczy, Foltest ziemię gryzie, takeście go pilnowali...

Agent go sklął, długą i piękną wiązanką, wstając z krzesła. I dobrze, i niech sobie idzie precz. Tylko tamten zawrócił w połowie drogi:

— Kiedy mówiłem „już", miałem na myśli „dość". I mam nadal.

— A co mnie twoje bloede „dość" obchodzi? Ty tu na mojej chędożonej łasce siedzisz. Jeśli zechcę, to cię po prostu z Vergen precz wyrzucą, a już się postaram, żeby zaraz za granicą cię powieszono...

— Dość — powtórzył Roche; spokojnie, bez emocji, co było dziwaczne, bo zwykle – nawet przed chwileczką – szlag go trafiał z byle powodu, wystarczyły dwa słowa.

O sekundę za późno elf zdał sobie sprawę, że tamten wszedł w wygodny tryb śledztwa, przesłuchań, że cokolwiek teraz usłyszy, po prostu zignoruje, przynajmniej na poziomie emocjonalnym. O sekundę za późno, ale jeszcze zdążył, zauważywszy ruch w swoim kierunku, odskoczyć od biurka i krzesła, sięgnąć do miecza – jednak agent nie podszedł bliżej, wycofał rękę, patrzył na partyzanta, jak na ciekawy okaz laboratoryjny, co było tak upokarzające, a przy tym tak straszliwie znajome...

— Ciekawe. Wszystko, coś powiedział, to prawda przecież — stwierdził z zamyśleniem Vernon. — Ja tu jestem na twojej łasce. Nie mam prawa choćby cię dotknąć, wystarczy, że straże zawołasz, wystarczy, że powiesz Radzie, będę martwy, nim doba upłynie. A Temerii rzecz wielce zaszkodzi.

— Zmierzasz do czegoś? — spytał watażka; brzmiał dostojnie, tyle dobrego.

— Jak na istotę, której jedno słowo w każdej chwili mnie wszystko kosztować może, to ty się bardzo boisz. Na bardzo wiele mi pozwalasz.

Trafiło. Trafiło tym mocniej, iż pułkownik uświadomił sobie, bodaj czy nie po raz pierwszy, że to prawda.

— Bardzo nie spuszczasz gardy — ciągnął z zimną fascynacją agent. — Bardzo nie ufasz. Widziałem to. Na przesłuchaniach twardych więźniów. I chyba rozumiem — obniżył głos do współczującego szeptu. — Vergen to krasnoludzkie miasto. Wąskie przejścia. Głęboko w ziemi kute sale. Sztuczne oświetlenie. Mało okien.

Iorwetha, do którego dochodziło, coraz szybciej, jaśniej, do czego cała rzecz prowadzi, zdjął nie tyle lęk – Aen Seidhe się nie boją, Scoia'tael się nie boją, nie dowódcy, nie mogą – nie tyle niepokój, ile fizyczna czysto niechęć, blokada, potrzeba tak cielesna, jak instynkt ucieczki, bezmyślna. Nie chciał tego słyszeć. Bez żadnych uczuć, za to z pełnym zestawem somatycznym, ściśniętym gardłem, szumem w uszach, wyostrzonym widzeniem, bólem, promieniującym jakby od stawów, wzdłuż żył...

— Vergen ci przypomina... — kończył tryumfalnie Roche.

Czy raczej zaczął kończyć, bo elf wszedł mu w słowo, po trosze odruchowo, po trosze przemyślawszy, w tym błyskawicznym tempie kojarzenia, jaki zwykle się włączał w akcji, to, co zostało powiedziane.

— Dosyć.

Nie oczekiwał tak naprawdę niczego, z pewnością nie reakcji, czekał już słowa, nazwy raczej niż kategorii, uderzenia. Lecz zapadła cisza. Słowo wahało się na skraju powietrza, drżące, migotliwe, nie dość wyraźne, by straszyć. I najwyraźniej nie ukrył zdumienia, bo Vernon parsknął niegłośnym śmiechem.

— Masz tu władzę. Zwłaszcza nade mną — przypomniał, nieco znużony. — Myślisz, że naraziłbym życie? I Temerię? Dosyć to dosyć. Ale ciebie to wykańcza, tego się boisz. I to nie zniknie. Możecie zbudować tutaj park, fontannę, nawet chędożone jeziorko, ale nie zburzycie całego Vergen. Nie zbudujecie w trzy noce nowego miasta. A nie przyzwyczaisz się. Prędzej ci resztki nerwów puszczą, tobie i Wiewiórkom. A kiedy wam puszczą nerwy, to ulicami rzeki krwi spłyną, tu jest wąwóz...

— Przestań.

Agent znów posłusznie umilkł, co było wrażeniem nowym. W innych okolicznościach pewnie nawet miłym.

— Idź do Saskii, Iorweth — stwierdził po chwili, ostro. — Albo Ciarana, albo kogokolwiek, komu ufasz – a jeśli nikomu nie ufasz, to się zmuś – i to powiedz. Może coś wymyślicie razem. Może cię opowiedzenie uspokoi, tak bywało w wojsku. Ale idź koniecznie. Inaczej nie dożyjesz końca tej wojny. A nikt inny nie opanuje Wiewiórek.

'

'

Iorweth nie rozumiał. Świata, życia, Dh'oine, losu, ironii, konieczności, niczego, wszystkiego, samego siebie. Dzieci nade wszystko.

Dziecko – królowa – dziecko uparło się przychodzić do niego co drugi, trzeci dzień. Wobec czego teraz siedziało obok, radośnie recytując wierszyki, w lot zapamiętując. Niedługo pewnie będzie ich znało więcej niż przeciętny elf. I nawet akcent będzie miało lepszy – watażka nie miał złudzeń co do jakości starszej mowy używanej przez większość społeczeństwa. Sam za dobrze pamiętał ten bełkot, którym gadał w dzieciństwie. Ku pełnej aprobacie matki, radosnej, że się dobrze integruje, że wrasta w wielokulturową społeczność, że tworzy się nowe, tolerancyjne, że języki nie dzielą...

Zatrzymał myśli. Miał poniekąd własnego malucha na głowie w końcu, powinien uważać, dzieciaki są nieprzewidywalne, jeszcze sobie powietrzem krzywdę zrobi. Miał na głowie własne coś do opieki. Nawet, proszę, własne-coś-Dh'oine. Wielorasowo. Tolerancyjnie, bloede arse. Wariactwo, czyste wariactwo. Matka byłaby dumna, znaczy.

Po raz pierwszy od lat jakieś nierozpoznane, ckliwe uczucie wygięło mu wargi w uśmiechu na myśl o niej. To nie tak przecież, przemknęło mu przez głowę, ledwie zdał sobie sprawę z rzadkości tej dziwnostki, że jej nie kocham. Nie kochałem. Po prostu – po prostu.

— Co to jest polityka? — padło naraz.

Wreszcie, poniekąd. Mała pytała o to już nawet Jaskra oraz przekupki na targu, najwyraźniej zafascynowana republikańskimi wykładami Saskii. Dziwnym byłoby, gdyby, przyzwyczaiwszy się już do elfa, jemu tego oszczędziła. Liczył chyba jednak, że kwestia zostanie poruszona później i teraz mógł tylko wyrecytować filozoficzną formułkę. Tą, którą najbardziej – nie, nie lubił. Którą najczęściej odczuwał jako prawdziwą. Zwłaszcza w lesie.

— Ironia metafizyki. Znaczy – idei. Ironia idei. Polityka to ironia met... idei.

Dziecko uniosło głowę, zmarszczyło brwi. Pewnie czekało na wyjaśnienia, ale sam Iorweth nie wiedział, jak to ująć w prostszych słowach, nie od razu.

— Ironia — mruknęła mała, układając ręce na książce — to jest, kiedy się mówi coś innego, niż się myśli. Albo robi. Takim specjalnym tonem, żeby inni widzieli... widzieli... różnicę? zmianę? że to nieprawda właśnie? — Szukała słowa.

— Mhm. Kontrast, jakby — podrzucił watażka.

— Kontrast — powtórzyło solennie dziecko. — To jest ironia. To albo złośliwość. Idea to są – no, idee. Marzenia. Cele. Pomysły.

Pokiwał głową, bo dziewczynka wpatrywała się w niego, oczekując potwierdzenia każdego słowa niemal z osobna.

— A meta... metafizyka? — zapytała.

Bloede arse. Iorweth nie był może niewykształconym chłopem, jak żołnierze Dh'oinne, do filozofa wszakże było mu daleko. A i tak kojarzył co najmniej pięć wielkich historycznych sporów o sens słowa „metafizyka". No, ale jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

— To... wszystko, co jest – co jest przyjmowane, w co się wierzy, ale nie ma dowodów. Badanie tego, w co wierzymy, że jest, ale co nie jest... materialne. Fizyczne. To znaczy, co jest głębiej niż prosta powłoka fizyczna. — Sam słyszał, że się wikła.

— Czyli zabobon? Albo religia?

— Nie, nie, metafizyka to kategoria filozoficzna, nauka o bycie... Fizyczność właściwie też obejmuje, tylko sięga głębiej. Rozmyślanie nad tym... co jest ponad nami, jakby. Ponad małymi zasadami świata. Ważniejsze. Bardziej podstawowe. Nad tym, co nadaje sens. Nad... strukturą świata. Taka podstawowa filozofia, inne się w niej mieszczą. To jest... zaduma nad sensem i sposobami istnienia. Istnieniem w ogóle. Nad takimi prostymi pytaniami, po co żyjemy, gdzie zmierzamy, skąd jesteśmy, czy istnieje Istota Najwyższa, dlaczego istnieje raczej coś niż nic. — Czuł się jak ostatni idiota. — Religia jest częścią. Religia jest – odpowiedzią na pytania, jakie metafizyka stawia, tak. Zabobon jakby też.

Miał ochotę przeprosić dziecko, że je w te niezgrabne rozważania wplątał. Ono jednak sprawiało wrażenie całkiem zadowolonego.

— Polityka to złośliwość marzeń — przetłumaczyło sobie. — Polityka to złośliwość sensu, złośliwość bytu, złośliwość struktury świata, złośliwość istnienia, polityka to złośliwość celów — powtórzyło te frazy jeszcze kilkakrotnie, coraz szybciej, śpiewniej, próbując kolejnych melodii. — Albo kontrast, różnica, różnica marzeń, różnica sensu, kontrast bytu — zaśmiało się, najwyraźniej ukontentowane zabawą, potokiem słów, potem nagle urwało, znów zamyślone. — Odwrotna strona, jakby, tak? Odwrotna strona marzeń, odwrotna strona sensu, taka, którą się robi, ale mówi się albo myśli, albo marzy inaczej, tak?

Królowa jest zdecydowanie najinteligentniejszym ludzkim stworzeniem, jakie w życiu widziałem, zdecydował Iorweth. To dobrze wróży Temerii. Może należałoby ją jakoś, zabiwszy Roche'a i wykończywszy temerską partyzantkę, adoptować i zostawić jako władczynię Vergen, mogliby z Saskią wtedy za parę dekad uciec od tego wszystkiego... O ile Saskia w ogóle chciałaby uciekać. Może tylko on był zmęczony.

— Tak, właśnie tak. Jesteś bardzo zdolna, milva — stwierdził na głos. — Zwłaszcza zważywszy, jak niedobrym jestem nauczycielem. Polityka to złośliwość marzeń, myślę, że na tej definicji możemy poprzestać. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi.

— Ładna jest — uznała mała, zakładając włosy za uszy; stały u niej gest, zwykle oznaczający, że zamierza przejść do jakiejś pracy. — Polityka to złośliwość marzeń. Elfy wszystko tak ładnie ujmują, prawda?

Miły stereotyp nadal jest stereotypem. Szufladkowaniem. Przemocą Dh'oinne, które potem wyprowadzają z tego wniosek, że elfy nie nadają się do posiadania własnego państwa, bo są zbyt oderwane od życia, że właściwie powinny być wdzięczne, iż ktoś inny zdejmuje im z barków brzemię i pozwala zajmować się czystą poezją. Jak tak delikatnie istotki powinny.

No, pokazał im, pieprzonym małpom, jak bardzo Aen Seidhe są delikatni, czyż nie? Jak pożoga mniej więcej. Ale to nie dziecka wina. Dziecku należało wytłumaczyć.

— Nie do końca — westchnął watażka. — Klniemy tak samo, jak wszyscy inni. Zabijamy, jak wszyscy. Torturujemy, jak wszyscy. Jemy, wydalamy, śpimy, krwawimy, jak wszyscy. Rodzimy się, cierpimy, umieramy. Jak wszyscy. Nic w tym ładniejszego.

Anais spojrzała na niego bystro.

— Taak. Tylko na przykład wujek Vernon powiedziałby „żremy, sramy, zdychamy". I wrzuciłby coś o chędożeniu i dupach. Za przeproszeniem — zauważyła. — Może to samo, ale ująłeś ładniej.

No, doprawdy, są granice upadku, które można znieść. Iorweth odkrywał właśnie, wielce zdziwiony, że w przypadku dziecka, tego dziecka, jego się znacznie przesuwają. Już nie chodziło o to, iż nie mógł jej kazać powiesić, uderzyć, wrzucić do mrowiska, co zrobiłby jeszcze dwa lata temu każdemu Dh'oine, które by się ważyło porównać go z Roche'em – chodziło o to, że nie chciał. Nic jej nie chciał zrobić.

Najwyżej westchnąć i pogłaskać po głowie, i przytulić. To pierwsze zresztą uczynił. Pozostałych się nie odważył.

— Markiz La Fayatte z pewnością wyraziłby się delikatniej — wytknął. — A jest człowiekiem. To jest kwestia manier, charakteru, sytuacji... Wielu różnych rzeczy. Samo bycie Dh'oine nie czyni mimo wszystko chamem ani kretynem, ani mordercą. Nie na poziomie jednostki. Aczkolwiek zwiększa prawdopodobieństwo.

— To czemu Scoia'tael woła „ludzie do morza"? Wszyscy ludzie?

Raz w życiu próbuj nie być rasistą. To dostaniesz od losu własnym propagandowym hasełkiem w twarz. Sęk w tym, że mała zadała pytanie, widział, całkowicie niewinnie, odruchowo, z najczystszej ciekawości.

— Odpowiedź „przez politykę tak trzeba" cię pewnie nie zadowoli? — mruknął, nerwowo szykując wykład o konieczności, socjotechnice, skali, o tym wszystkim, co się tak ładnie streszczało w „bogowie, jeśli istnieją, rozpoznają przyzwoitych"...

Ku jego zdumieniu wykład się okazał niepotrzebny, bo Anais wzięła tę „politykę" za dobrą monetę, przemyślała, obróciła – i oczywiście użyła przeciwko niemu. Nadal bez złej woli. Dzieci to przerażające stworzenia.

— Polityka. Pewnie tak. Pooliiityka, politykaaa — zanuciła jeszcze parę razy. — To jakie w takim razie jest – jakie macie marzenie?

Iorwethowi się ścisnęło gardło. Marzenie. Bloede arse, czy to biedne maleństwo nie ma już niczego innego...? Saskia go zapytała prawie o to samo, parę lat temu, ale to była Saskia, a poza tym, jej wtedy też nie za bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Niepodległość. Miasta, kamień i marmur. Władza. Tożsamość. Prawa. Same suche słowa i bał się, że dziecko mu to wypomni, że zabijali żywych, pełnych krwi, mokrych, lepkich, cielesnych żywych za suche idee, za wyraz, dźwięk albo kształt na papierze. Żeby było, jak dawniej, więc – ha, sam nie wiedział, jak było dawniej. To się raczej czuło niż wymawiało, przynajmniej w komandach. To, za co walczyli było chyba zbyt święte, by tak po prostu opowiedzieć. Musiało pozostać w ukryciu. Póki sobie nie wywalczą, bo wtedy staną twarz w twarz. Coś w tym stylu. I tym bardziej nie będzie potrzeby nazywać, pomyślał sarkastycznie.

Powiedzieć „nie wiem", to byłaby nie tyle klęska, co koniec, głuchy, mały, skamlący. I nie kłamał dzieciom.

— Jeśli wolno mi prosić o zwolnienie z odpowiedzi, to proszę. Na cóż ludzki królom znać marzenia nieludzi? A nie chcę o tym mówić — szepnął; nie zauważył, kiedy przymknął powieki. — Nie umiem o tym mówić. Ale ono jest – bardzo ważne i bardzo piękne. Bardzo, bardzo piękne.

Zapadła cisza. Usłyszał cichutkie „łup", mała pewnie zamknęła książkę.

— Wiesz, zireael, nie znam się na polityce — wyrzucił z siebie, nadal cicho, sam nie wiedział, po co. — Ja tylko walczę. Oczywiście, miałem jakąś... swobodę, jako dowódca, ale to nie to samo, co polityka. Ja tylko walczę i mam nadzieję, ufam, że kiedy mnie poświęcają, to... to wiedzą, za co, mają to przemyślane, że nie na darmo.

Oddech Anais się zawahał, jakby nabrała powietrza, pewnie, by coś powiedzieć. Potem znów cisza, najwyraźniej dziewczynka się rozmyśliła. A potem usłyszał tylko szelest szat i nim zdążył zareagować, mała ostrożnie położyła mu głowę na ramieniu, przytuliła się trochę, sztywno, niepewnie.

Otworzył oko, natychmiast, prawie ją odepchnął, ale w porę się opamiętał. Ludzkie dzieci, przypomniał sobie, takie są. Dh'oinne są emocjonalne jako rasa, to ich dzieci takoż. Płaczą, się śmieją, wymagają pocałunków, przytulania, pieszczot. Z własnego dzieciństwa powinien przecież pamiętać: dziewczynki, które leciały z płaczem, wrzaskiem, piskiem na skargę o każde wrzucenie do stawu, o każde uniesienie spódnicy, chłopców, rwących się do bitki na patyki i kamienie z powodu byle trzech słów.

— Zmartwiłam cię — mruczała niewyraźnie królowa, bardziej czuł ruch warg niż słyszał słowa. — Przepraszam. Przepraszam.

Roche, jeśli tu wejdzie, to mnie zabije i oskarży o deprawowanie nieletnich, ba, nawet markiz nie zareaguje lepiej, myślał watażka, właściwie bez związku z sytuacją, bo Anais miała od niego odebrać dzisiaj Yeylia. Myśleć w związku z sytuacją nie chciał, nie miał bowiem najmniejszej wizji ani pomysłu, co zrobić. Pewnie gdyby się cofnął do głębokiego dzieciństwa albo rozmów z matką, to bez trudu znalazłby odpowiedź – ale przy całej pewności wiary nie umiał myśleć o swojej wiosce bez potykania się o to, że ją spalił. Ani o matce bez świadomości, że ona żyła w rzeczonej wiosce kilkadziesiąt lat, bardzo szczęśliwa, popierając integrację.

Pomijając już implikacje faktu, że tak dobrze znałby kulturę karaluchów.

— Nie przepraszaj — szepnął, zamykając znowu powieki; w końcu dziecko było niegroźne, jasne, cieplutkie, łaskoczące włosami. — Nic się nie stało. Możemy wrócić do czytania.

Mała podniosła głowę z jego ramienia dopiero po chwili. Nadal tkwiła bliżej niż na początku, trochę przytulona, półleżąca, to książkę przyciągnęła do nich i chciała jakoś rozłożyć na wolnym kawałku kanapy. Co nie miało prawa wyjść, więc zabrał jej z ręki, otworzył sobie na kolanach. Próbował przywrócić poprzednią beztroskę, żartował nawet, nieco może wymuszenie. Ale dziecko było wyraźnie zaniepokojone, smutniejsze, nie chciało się od niego odsunąć, przeciwnie, pod koniec leżało znowu wtulone, żywy obraz skrywanego strachu. Pułkownik przysiągłby, że Yeylia, kiedy weszła, rzuciła mu oskarżycielskie spojrzenie. Chociaż to przecież właściwie dobrze, jeśli królowa go znielubi, przecież będzie musiała kiedyś...

Ci leżą w grobie, co już tym byli, czym chciałbym być. myślał leniwie Iorweth. Jak to ujął poeta. A ona mi o marzeniach, biedne, skazane dziecko.

Ale chciałby też móc uciec z Saskią. Chciałby móc któregoś dnia ustanowić tę jej republikę, upewnić, umocnić i – móc uciec. Albo odpocząć. Widzieć elfie miasta, państwa, szczęśliwych nieludzi, nie musieć się bać, że ktoś to zabierze. Może i to było to marzenie. Straszliwie głupiutkie w takim razie, uznał, wstając gwałtownie, przechodząc do biurka, projekty uchwał czekały, jutro przecież zebranie Rady, straszliwie głupiutkie, bo zawsze ktoś nam może zabrać, wszystkiego, co się wywalczyło, trzeba bronić, nigdy nie wolno odpocząć.

Czy Anais umie w ogóle podrzynać gardła? tknęło go nagle. Pewnie nie. Pewnie za mała na to. Chyba, że Roche ją przeszkolił... Trzeba będzie sprawdzić, nauczyć.

— Bo przecież — syknął ironicznie, na głos; niedobry zwyczaj, którego nabrał po trosze w więzieniu, po trosze w tym czasie po utracie komanda, niekiedy wracający — zdecydowanie nie chcesz zostać zabitym po dyletancku, tak? Mniej się nadaje na pieśni? Bardziej boli? — Zaśmiał się, prawie lekko, tylko nieco zbyt gardłowo. — Tchórz, tchórz, tchórz, przeklęty tchórz.