W sezonie wiosna/lato będziemy w tym roku nosiły suknie długie i proste, z wyraźnie zaznaczonymi ramionami, raczej skromne, bez dekoltów czy rozcięć. Najsłynniejsi krawcy i projektanci dostosowują się do panujących minorowych, wojennych nastrojów. Wstążki i portreciki naszych dzielnych młodzieńców oraz poważna biżuteria w kolorach patriotycznych będą absolutnie koniecznymi dodatkami; zainwestuj w coś porządnego, bo nie sądzimy, by ten prąd miał się odwrócić przed końcem wojny. Który, jak wszyscy się modlimy, oby był prędki; lecz nigdy nic nie wiadomo, a prawdziwa dama jest przygotowana na każdą okazję.
Kobieta i styl, novigradzkie pismo o modzie
Niech się szlachcianki stroją, milej się potem na takim jedwabiu chędoży.
Przypisywane Witkowi z Małej Łubianki, jednemu z przywódców północnych żakerii
'
'
Zima stężała w twardą pięść. Ruszenie się z wioski na krok, samemu, byłoby samobójstwem. Ves – tutaj występująca jako Tafia – popełniać takowego nie zamierzała. W końcu śnieg po kolana utrudniał też życie Wiewiórkom. Skoro nie znaleźli jej w poprzedniej miejscowości, to w tej raczej też wytrzyma do wiosny. Może nawet do rozwiązania. Ogrzana, nakarmiona, silna. W miarę wolna.
Krzątała się teraz, pomagając przygotować posiłek. Zwykle unikała kuchni, bo ciąża uczyniła ją niezwykle wrażliwą na zapachy. ale dzisiaj obiad miał być wystawny i na kilka osób. Huk roboty było.
— Dziedzic ze znajomymi przyjechał. Bo tu piękne lasy w okolicy. Kuligi i polowania robić będą. Albo co — poinformował służbę zarządca, wyraźnie niezadowolony, że nagle spadnie z okolicznego samodzierżawcy do roli podwładnego.
Ves pomagała więc, gdy jednak zrobiła się nieco zielona na twarzy, wysłano ją z zastawą na pokoje. Stamtąd z kolei odesłano ją po nowe obrusy, bo stare, uznała Walinka, dostojna matrona, pełniąca funkcję kogoś na kształt ochmistrzyni, zupełnie nie pasują pod kwiatowe ozdoby, w ogóle czyj był to pomysł, żeby tamte wyciągać, na pewno teraz nie zdążą!
Dziewczyna wyjęła rzeczone obrusy, wygładziła odruchowo fałdki, ułożyła stosik, odwróciła się ku drzwiom – i zamarła.
— No, no, no. Co my tu mamy — mruknął stojący w drzwiach mężczyzna. — Dziwkę Roche'a.
Jeden z żołnierzy Henselta. Spod Vergen. Najwyraźniej Wiewiórki, wbrew temu, co podsłuchała jeszcze u handlarzy, nie wystrzelały wszystkich. Chwilowo Ves, bodaj czy nie pierwszy raz w życiu, szczerze żałowała, iż Scoia'tael się nie udało.
— Coś wątpię, by stary Perivis kupił sobie kurwę. Za skąpy jest na to — ciągnął tamten, teatralnie przeciągając głos. — Czyli się uciekło? Niemądrze, niemądrze — zakląskał językiem. — W burdelu byś miała znacznie lepszą opiekę niż ci należy, mała temerska kurewko – a tak, cóż, kto cię obroni? — Rozłożył szeroko ręce. — A całkiem miło wspominam naszą krótką znajomość i chętnie ją sobie odświeżę...
Jedyna dobrą rzeczą w sadystycznych draniach – nie w sadystach, większość sadystów to mili, empatyczni ludzie – jest ich skłonność do zabawy, do przedłużania cierpień ofiary i czerpania, ile się da, z jej strachu. No, poprawiła samą siebie Ves, może nie tyle dobrą, co niekiedy przydatną, oznacza bowiem, że ofiara ma szansę znaleźć drogę ucieczki. Gdyby żołdak Kaedwen po prostu zaszedł od tyłu i ją udusił albo doniósł Perivisowi i zastrzelił w imię króla, byłoby już po ptakach.
A tak miała szansę. Jeśli się uspokoję, powtarzała w myślach, jeśli się uspokoję – na co się, niestety, nie zanosiło. Wspomnienia ją opadły, lęk zawarczał w kościach, sparaliżował mięśnie. Ledwo się utrzymywała na powierzchni świadomości; myślała, miejscami nawet sarkastycznie, gdy tamten perorował, podchodząc powoli, ale to były nie te myśli. To były ucieczki, próby wyparcia rzeczywistości – jak wtedy, w obozie Wiewiórek, jak potem przez moment u Loreda – i nie, nie, nie, nie należy do tego wracać, bo to nie pomoże – próby zachowania dystansu, ale nie dość silne, by prowadzić do działania.
A bez działania będzie martwa. Ona i dziecko (możesz je nazwać Killean, szepnęło wyparcie, Killean albo może wolałabyś Cercini, albo może...). Jeśli nie teraz, to za tydzień albo miesiąc, kiedy tam się skurwysynowi znudzi (więc poczekaj, poczekaj, zbierz siły, przemyśl). I jeśli nie zrobi czegoś teraz, to potem będzie tylko trudniej. Jak w tamtym burdelu, jak w obozie, człowiek się poddaje, przywyka, zaczyna myśleć, że nie jest źle...
— Cicha jesteś — mruknął mężczyzna, gładząc ją po policzku.
Miał chłodne ręce. Spierzchniętą skórę. Zgrubienia na kostkach palców. Ves nie wiedziała, czy ostatnim razem było tak samo, tamte wspomnienia, dzięki bogom, fisstech i ziółka wytłumiły dokumentnie.
Odetchnęła głębiej, ale nie odwróciła głowy. I tak by ją przytrzymał, a nie zamierzała dawać mu powodów do używania przemocy.
— Ale wtedy też byłaś — westchnął z czymś, co brzmiało, jak prawdziwa nostalgia. — Aż nas to z chłopakami zastanawiało, bo myśleliśmy, że dziwka z oddziałów specjalnych będzie stawiała większy opór. No, ale jaki kraj, takie oddziały specjalne.
Nie jestem Roche'em, pomyślała, raczej ze znużeniem niż prawdziwą złością, los i dobre imię Temerii mam tak naprawdę głęboko w dupie, nie zirytujesz mnie w ten sposób. Ale próbuj dalej. Daj mi czas. Cokolwiek.
Nie dał. Pchnął ją nagle mocniej na komodę, chwycił za włosy, pochylił się ku jej szyi. Gryzł, nie całował, Ves powinna już była coś wykombinować, przecież nawet w ogniu nie czuła takiej waty w głowie, takiej bezsiły, a teraz chodziło o życie – nie, żeby miała gdzie uciec, ale to później, później – a ona tylko stała i mechanicznie odłożyła obrusy na blat mebla, jakby to było najistotniejsze, jakby to...
Obrusy. Obrusy miały szpilki. Ves poczuła przypływ nadziei, a za nią jasności umysłu. Mogła z powrotem analizować sytuację, szukać wyjść – ręką wyczuła jedną ze szpilek, druga, trzecią, chwyciła, wyjęła powoli, przyszykowała – żołdak mruczał coś o dziwkach, kurwach, może i o Temerii, nie zwróciła uwagi, rozdarł jej bluzkę, zadarł spódnice, a potem szarpnął dziewczyną, by mieć łatwiejszy dostęp...
W tym momencie Ves wybiła mu oczy palcami. Tak po prostu, szeroko je rozstawiwszy i wbiwszy z rozmachem w obie gałki. Nawet szpilki nie potrzebowała. Prosta sztuczka, wymagała jedynie przełamania lęku przed skrzywdzeniem.
Żołnierz zawył, odruchowo chwycił ją mocniej, zabolało, może nawet zwichnął nadgarstek. Bez znaczenia. Dziewczyna musiała go uciszyć. Nie sądziła, by miała dość siły na wyrwanie krtani, ale miała porządne obrusy. Można nimi było stłumić krzyk – tamten spróbował zerwać z siebie tkaninę, puścił kobietę, która, dostawszy moment, sięgnęła po te szpilki i spokojnie, prawie fachowo, prawie bez drżenia dłoni wbiła w ucho. Do mózgu.
Potem wymieniła pogniecione obrusy na nowe, otarła palce, spokojnie przeszła do jadalni, powiedziała Walince, że te, których tamta chciała, są niestety brudne, wysłuchała narzekań, pocieszyła zdawkowo, acz ciepło – wszystko z poczuciem uczestniczenia we śnie – ukradkiem wyjęła nóż z szuflady, rzuciła, że idzie do kuchni, wróciła do składziku i poderżnęła mężczyźnie gardło, wcześniej zabezpieczywszy przed krwią podłogę oraz siebie jednym ze zużytych obrusów. Brzydko to zrobiła, tnąc tchawicę, nie żyłę czy tętnicę, płytko. Wyjęła szpilkę. Nie chciała, by rzecz wyglądała zbyt profesjonalnie. Zakryła ranę obrusem, przeciągnęła truchło za komodę – ciężkie było, ale dała jakoś radę – zrobiła coś na kształt porządku w pomieszczeniu. Spokojnie przeszła do części prywatnej dworku, spakowała parę najcieplejszych ubrań zarządcy, biżuterię, co cenniejsze drobiazgi, trochę broni, jedzenie.
Nie przeżyjesz sama zimą, na dworze, szeptał rozsądek, nagle przebudzony, gdy się wślizgnęła w mrok stajni. Konie ją już trochę znały, parskały cicho, ale nie narobiły wielkiego rabanu, nawet, kiedy wyprowadzała jednego z łagodniejszych. Sprawiał też wrażenie całkiem wytrzymałego. Na wrażeniu musiała się oprzeć – nie miała czasu.
Nie przeżyjesz sama zimą, nawet z koniem, nawet z jukami. Daleko nie zajedziesz, za kilka-kilkanaście tygodni ciąża będzie już zbyt zaawansowana na podróże wierzchem. Ruszy za tobą pościg, ruszą za tobą psy, zabiłaś człowieka. Nie przeżyjesz, zginiesz, trzeba było mu pozwolić...
I tak bym umarła, odpowiedziała obojętnie, już poza granicami obejścia, wskakując na konia. I tak by mnie zabił albo wydał, a jeślibym wróciła do handlarzy, to znalazłyby mnie Wiewiórki. Śmierć z zimna jest, mówią, całkiem przyjemna.
'
'
Ves nie szczędziła konia, pamiętała o zacieraniu śladów i co jakiś czas nawet rzucała trochę mięsa na drogę, mając nadzieję, że zmiesza tym psy. Dwa dni później, praktycznie nieprzytomna z braku snu – drzemała na koniu tylko chwilami, razem z nim, bojąc się, że zwierzę odruchowo zawróci do stajni, jeśli przestanie nad nim czuwać – uznała, że pościg przestał być jej największym zmartwieniem. Owszem, nadal pewnie szukają, pewnie zawiadomią posterunki, ale chwilowo była raczej bezpieczna.
Na tyle bezpieczna, by sen zyskał priorytet. Sen, ustalenie planów, bo zniosło ją sporo na wschód przez te parę dni. Znalezienie może jakiejś nory, która dałaby schronienie przed śniegiem – co prawda pogoda była dla niej póki co łaskawa, nic nie padało, a dawny śnieg zdążył już stężeć, osiąść, jednak szaloną naiwnością byłoby złudzenie, iż będzie tak zawsze.
Sen. Koniecznie sen. Potem trzeba będzie zacząć myśleć o polowaniu, bo zapasów jedzenia starczy tylko na niewiele ponad tydzień.
'
'
Dwa tygodnie tułaczki, niedożywienia, głodu – cud, prawdziwy cud, że nie poroniła – to wszystko, myślała ze znużeniem Ves, idzie właśnie na marne.
Nawet się tym nie przejmowała. Koń uciekł jej dwa dni temu, wcale się mu nie dziwiła; śnieg padał, teraz jeszcze lekko, ale stale. Świeży, puchaty, mokry, ciężki śnieg. Grząski. Trudno w nim iść, ale wygodnie zasnąć, zwłaszcza teraz, nocą. Bardzo wygodnie, zasnąć i przestać się przejmować. Koniec wszystkich problemów, do diabła z bachorem, życiem, wolnością, z Roche'em, który pewnie już dawno zdechł w jakiejś norze, dopadnięty przez ludzi Henselta, i dobrze mu tak, chujowi...
Aczkolwiek przecież przeżyła też całkiem dobre, piękne, szczęśliwe dni z tym chujem, dzięki temu chujowi. Uratował ją. Przygarnął. Chłopaki nauczyły ją strzelać z kuszy. Bronić się. Pić najmocniejszą okowitę i najgorsze szczyny. Potwornie kląć. „Rzygać szlachetniej, jak arystokraci", by zacytować Trzynastkę. Wszystko to ze wzruszeniem ramion albo uśmiechem na ustach.
No i skończyli, do kurwy nędzy, na belce. Ze wzruszeniem ramion Roche'a i własnym uśmiechem na ustach. Może. Nie widziała dokładnie. Henseltowi się do chędożenia spieszyło. Ale nie chciała tego obrazu, nie chciała zasypiać z tym pod powiekami, więc wróciła do ciepła, do kominków, do ćwiczeń, do pijanego śpiewania po gospodzie, do nocnych rajdów po Wyzimie, gdzie nikt się nigdy nie śmiał im przeciwstawić...
— Nu, mir'en, mir'en, Civean. Que es aép ná'chd?
Otworzenie oczu, całkiem gwałtowne i niemal wyczerpujące wszystkie siły. A nad dziewczyną szczupłe twarze, wystające kości policzkowe, ciemne, wielkie oczy. Elfy. Ves powoli, z wysiłkiem, obróciła słowa w głowie, jeszcze niepewna, czy to nie zwidy. „Popatrzże, popatrzże, Civean. Co się tu...", nie, źle, to potoczne, we wspólnym: „co my tu mamy?".
— En anival — mruknął drugi obojętnie. — Cyfebe anival — dodał, przekrzywiając głowę i chwytając towarzysza za dłoń, którą tamten już ku Ves wyciągał. — Vort. N'te tuve. Né onóir, né seálg aép yn cáemmath.
Chędożeni rasiści. Fakt, że chędożony rasizm właśnie jej ratował życie – no tak, nie zabija się samic z młodymi – niczego tu nie zmieniał. Elfy oglądały ją sobie, jak rzecz, a potem zamierzały tu prawdopodobnie zostawić na pewną śmierć od mrozu. Chociaż pierwszy zaczął się tłumaczyć, że chciał tylko sprawdzić...
— Que suecc's? — dobiegł ich trzeci głos, kobiecy tam razem.
Nie ma to, jak przed śmiercią stać się jeszcze małym dziwowiskiem. Dziewczyna zaprotestowałaby, gdyby miała siłę. I gdyby się trochę mniej bała. Ci tutaj to co prawda na pewno nie Wiewiórki, ubrani byli, jak zwykli podróżni, bogaci chłopi albo ubożsi mieszczanie, nadal jednak mogli ją zabić. Jeszcze nim to zrobi zimno.
— Aniv... Dh'oine — poprawił się szybko pierwszy z elfów, trochę niższy od towarzysza, z ciemnymi, prawie granatowymi włosami. — Ire Dh'oine, arded — dodał.
O, to tamta, kimkolwiek była, cieszyła się sporym mirem, skoro ją tytułowano. Nie bardzo formalnie, ale jednak. Za chwilę zresztą podeszła bliżej, a że noc była jasna, mimo popadującego śniegu, to Ves ujrzała kobietę całkiem wyraźnie. I ją zmroziło. Bo na tle nowoprzybyłej większość miejskich elfów, większość Wiewiórek, wyglądała, jak mieszańce.
Kośćmi policzkowymi można byłoby ciąć papier. Oczy były z dwa razy większe niż norma, z ogromnymi źrenicami. Usta małe, pełne, a najwyraźniej zaznaczonym łukiem kupidyna, jaki Ves w życiu widziała. Cera nieskazitelna, uszy niemal tak spiczaste, jak u rysia, tylko pędzelków na górze im brakowało – ale dziewczyna podświadomie oczekiwała, aż się pojawią, tak bardzo byłyby na miejscu. Włosy proste, ciemne, zaplecione w gruby warkocz. Zęby będą, zgadywała kobieta, przeraźliwie drobne, równe, prawie niewidoczne.
Elfka patrzyła na nią kilka sekund. A potem jej twarz ułożyła się w całkowicie ludzki wyraz życzliwego, dzielnego zatroskania. Ves przeszył dreszcz, bo na tak rasowych rysach prawdopodobnie każda ludzka emocja wyglądałyby na maskę, nieważne, jak doskonale podobna. Im podobniejsza, tym właśnie straszniej. Ta była zaś podobna w sposób idealny, szczera, naturalna w grze mięśni – tylko nie w kościach, nie w kontekście.
— To czemu tu stoicie i gadacie? — spytała tamta, przechodząc na wspólny, przyklękając przy dziewczynie; i och, tak, jej zębów prawie nie było widać, takie były maleńkie, bielutkie błyski w ciemności, nawet przy mówieniu niemal całkowicie zakryte wargami. — Jej trzeba pomóc, szybko. Yeywidd, leć do obozu, niech przygotują coś ciepłego, jedzenie, okrycia... Przecież ona prawie zamarzła, a wyście tu stali i pletli. No, nuże, co ja powiedziałam?
Yeywidd, ten niższy, się ewidentnie spłoszył, ukłonił lekko i zniknął za drzewami. Musiało mnie znieść bliżej drogi, pomyślała Ves, kompletnie irracjonalnie, przyznawała, bo teraz to niespecjalnie miało znaczenia.
— Ona i tak nie wytrzyma. Nie kontaktuje już — mruknął Civean, rozpinając pelerynę; też przeszedł na wspólny.
Elfka, właśnie dokonująca szybkiego sprawdzenia stanu chorej – dziwne, myślała kobieta, że nie mam siły choćby jej powiedzieć, jak się czuję, przecież to by ułatwiło – nawet nie odwróciła głowy, syknęła tylko:
— O tobie, kiedy cię mi przynieśli po tej waszej nieudanej przygodzie, też mówili, że nie dasz rady. Ile wtedy miałeś, trzydzieści? Dziecko zupełne. Pochlebiam sobie może, ale wygląda na to, żeś się, z moją skromną pomocą, świetnie wykaraskał. A ty kontaktujesz przecież, tylko tych durniów masz dosyć — rzuciła nagle, ciepłym, żartobliwym ludzkim tonem do kobiety. — Jak ci na imię, panienko?
To „panienko" była tak nagłe, tak zupełnie nieoczekiwane, tak niepasujące, że Ves parsknęła histerycznym śmiechem. Na który nie miała siły, więc brzmiał, jak coś między kaszlem, a zduszonym charkotem.
— Zapalenie płuc — stwierdziła fachowym tonem elfka, chwytając okrycie towarzysza, zręcznym ruchem opatulając dziewczynę. — Krtani, oskrzeli i prawdopodobnie wszystkiego. Tym się zajmiemy, jak już opanujemy odmrożenia. Ale dobrze, że się wolisz śmiać niż płakać. Jak na ciebie mówić, skoro nie „panienko"? — i zaraz, na jednym wydechu, dorzuciła: — Weź ją na ręce, Civean, przecież nie dojdzie.
Ves chwycił kolejny nieopanowany atak chichotu. Czegoś, co miało być w założeniu chichotem. Istota, która ledwie minuty temu nazywała ją „ciężarnym zwierzątkiem", teraz brała ją w ramiona, okrywała szczelniej płaszczem, pozwalała wtulić głowę w swoje długie, ciemnoblond loki i ogólnie wykazywała najwyższą troskę o jej dobrobyt. Oczywiście, gdyby dziewczynie parę lat temu ktoś, kto jej uratował życie, dajmy na to Roche, kazał się zająć rannym psiaczkiem – sama wizja wywołała nowy napad wesołości swoim nieprawdopodobieństwem, ale gdyby jednak kazał – to by się przecież rzuciła nim zajmować z podobnym oddaniem. Nadal, sytuacja była komiczna.
— Mire, Sh'aenid, arded? Beanna ne etarghnín te — szepnął Civean ku elfce, która tylko potrząsnęła głową.
— Jest słaba i zmęczona, i prawie umarła, a ty oczekujesz, że będzie reagowała logicznie. Ludzie tak nie działają. I oszczędź jej wysiłku tłumaczenia starszej mowy — dorzuciła, krocząc lekko przez śnieg – jakby to lód, nie puch, był.
Kiedy rozmawiała ze swoim towarzyszem, zauważyła Ves, w ogóle nie okazywała emocji. Przynajmniej nie na ludzką miarę. Te nagłe zmiany masek, konwencji też były raczej straszne i... I lepsze niż śmierć z zimna, upomniała samą siebie, rozwlekłą, omdlewającą myślą, doceniłabyś, że ktoś wreszcie próbuje być dla ciebie miły.
Zniosło ją faktycznie blisko drogi, bo do obozu doszli po paru minutach. Gdyby nie była w tak złym stanie, pewnie sama dostrzegła głosy i światło. W obozie czekało ciepło, koce, w miarę miękkie posłanie w wozie, woda, która dziewczyna prawie parzyła, ale prawdopodobnie była raczej chłodna. Czekały lekarstwa, a przynajmniej gorzkie, gęste ziołowe płyny, rozrabiane w alkoholu, które zdecydowanie wyglądały, pachniały i smakowały, jak lekarstwa.
Cokolwiek nieludzie z obozu o niej myśleli, radosne, acz stalowo stanowcze „Patrzcie, kogo chłopcy znaleźli, trzeba się natychmiast zająć" Sh'aenid zamknęło im usta. Kto chciałby się sprzeciwiać uzdrowicielce, akuszerce – „pani od wszystkiego", jak twierdziła sama elfka?
Ves podała jej w końcu imię, ba, nawet się zgodziła przejść na „ty", między podsypianiem a pełnymi paniki pobudkami. Przez gorączkę prawdziwe imię, nieużywane od lat, Vesanna. Prawie sobie odgryzła język ze złości, gdy usłyszała, co właśnie palnęła. Sh'aenid nie zwróciła jednak na słowo najmniejszej uwagi, co uświadomiło dziewczynie, że popada w paranoję. Mało to Vesek chodzi po świecie? Popularne wśród ludu imię żeńskie, podobno po jakieś dobrotliwej hrabinie sprzed wieków.
Elfka paplała o różnych błahostkach – na pewno celowo, ale z dużym wdziękiem, tak, że rzecz brzmiała naturalnie – i dziewczyna, kiedy się w końcu przyzwyczaiła do kontrastu między jej ludzkim zachowaniem a nieludzkimi rysami twarzy, poczuła coś łudząco przypominającego bezpieczeństwo, za którym szedł głęboki sen. Pewnikiem tyleż dzięki nastrojowi, co którejś miksturze, jednak nie miała sił ani jasności umysłu, by to analizować.
'
'
— Patrz, jakie śliczne szaty ci znalazłam — szczebiotała uzdrowicielka. — Zielone, pod odcień włosów, z obramowaniem z lisa, będzie ci ciepło... Och, jeśli chcesz, oczywiście, jeśli nie chcesz, poszukam innych, to w końcu ty w tym będziesz chodzić.
To było takie normalne, tak bardzo różne od tego, do czego Ves nawykła, że dziewczyna niemal się topiła w tej codzienności, dławiła uprzejmością. Każde miłe słowo wywoływało podskórny lęk, to jednak mogła tylko zrzucić na przeczulenie, wzmocnione jeszcze wspomnieniami. Śladu Wiewiórek nie było w tej wędrownej grupie. Elfy może podzielały ich przekonania, raczej jednak nie wspierały aktywnie.
— Pasują — szepnęła słabo kobieta; nadal przesypiała większość czasu, nadal jadła tylko papki na mleku. — Bardzo... bardzo są ładne. Dziękuję.
— Proszę. — Lekarka położyła ubranie na stołku obok, wygładziła fałdki. — Będzie, jak znalazł, kiedy już będziesz mogła wstawać. Czyli całkiem niedługo. Gorączka spadła, płuca nie była tak zajęte, jak myślałam, jeszcze trochę poleżysz w łóżku i będziesz zupełnie, zupełnie zdrowa — entuzjazm bił z głosu.
— Madh'yai, madh'yaimil — wymamrotała Ves; tak się jej wydało grzeczniej. — Aép e'n aen, ys e'n ard, yn e'n en...
Sh'aenid, teraz zajęta odmierzaniem dawki leków, potrząsnęła tylko lekko głową.
— Nie ma za co. I nie męcz się formalną starszą mową. Rozumiem wspólny, rozumiem północne gwary. A ty nie masz przecież dobrych wspomnień z nami.
Dziewczyna drgnęła, szeroko otwarła oczy, spróbowała wstać. Elfka położyła jej dłoń na ramieniu, łagodnie, ale stanowczo.
— Nie bój się, leż, leż, krzywdę sobie jeszcze zrobisz, nie bój się, nie masz czego, nikt nic nie wie, nikt cię nie szukał – po prostu te dwa dni temu, jak odsypiałaś i gorączkowałaś, bardzo, tak to jest, ciało wie, kiedy sobie może pozwolić... Chłopcy tu byli, żeby cię pilnować, żebym ja spać mogła, ocknęłaś się, trochę, nie do końca. I się ich przestraszyłaś. Mówiłaś w starszej mowie — westchnęła ciężko, odwróciła głowę — wielce... sugerujące rzeczy. Jasne, w pewnym kontekście. Dla kobiet. Dla tych, którzy przeżyli wojnę. — Spróbowała ją wziąć za rękę; Ves pozwoliła. — Ale ktokolwiek cię skrzywdził, tutaj go nie ma. I mogę cię obiecać, że przy mnie nigdy więcej cię nie skrzywdzi. Tak?
A co ty mogłabyś zrobić, przemknęło dziewczynie przez głowę, co w ogóle mogą zrobić dobrzy, kochani ludzie, jak ty? Władza akuszerek i lekarek jest wielka w czasie pokoju, w społecznościach, tam, gdzie chce się troszczyć o los żon, matek, córek, sióstr – lecz władza brutalnej siły zawsze wygra wojną, rozerwie wspólnotę, plwać będzie na łzy, prośby, zaklinania ojców, braci, synów... Sami plwali w Pasach.
— Nie wierzysz. — Zielarka zmarszczyła brwi, ścisnęła kobietę za rękę. — Nie mnie kwestionować brak zaufania u tych, którzy przeszli przez... — zawahała się, zrobiła nieokreślony, ogólny gest ręką. — Nie chcę wywoływać złych wspomnień.
Skoro wszakże wspomnienia się stały najwyraźniej tajemnicą poliszynela, to równie dobrze można je wypowiedzieć, przynajmniej plotkom, domysłom oraz nocnym masturbacyjnym fantazjom co bardziej rasistowskich elfiątek z obozu się położy kres, uznała Ves. W porywie straceńczej odwagi. Tudzież gniewu. Bardzo niesprawiedliwego gniewu, bo przecież ci tutaj tylko jej pomagali, nawet szowinistyczne odzywki nie padły z ust Sh'aenid – ale dziewczyna jakoś nagle nie dbała. Może z powodu leków i temperatury, nadal nieco otumaniających. Może z powodu tego okropnego bachora.
— Przeszli przez – przez co niby? Wielką ciszę, która okrywa wszystkie nie dość szlachetne czyny wielkiej i dumnej, i ach-tak-bardzo-lepszej rasy? To jest ta cisza? Czy może jakieś inne ładne określenie? Wyzysk seksualny, to kiedyś słyszałam. Opresja erotyczna. Los gorszy od śmierci — parsknęła śmiechem. — A to akurat prawda. Przeszłam przez pierdolone miesiące jako kurewska niewolnica kurewskiego dowódcy komanda Wiewiórek, który sobie mnie chędożył, jak chciał i kiedy mu przyszła pierdolona ochota, łącznie z chwilą po tym, jak wyrżnął całą moją wioskę. Z moim rodzicami i rodzeństwem włącznie. I oczekiwał jeszcze, że mu wdzięczna będę. To jest, przez co przeszłam, nie żadne machanie dłonią ani... ani coś „jasno sugerującego w pewnym kontekście". Proszę — sarknęła, głośno, donośniej niż chciała — jaśniej mówić chyba nie można?
Elfka nie sprawiała wrażenia urażonej. Przybrała za to zmartwioną, głęboko współczującą minę – maskę, takie rzeczy u tej rasy zawsze stanowiły maski, przybierane z uprzejmości lub wymuszone niewolą. Ves wiedziała, bo przez te lata, które teraz, po tym małym wybuchu, nagle postanowiły zapukać do pamięci, przypomnieć, że nadal tam sobie siedzą, że ich nie wymazała, tylko upchnęła pod łóżkiem, przez te wszystkie lata sama się dostosowywała, z niezłym efektem, do kodu oprawców. W głupim, głuchym, ślepym pędzie życia.
— Czy... czy chłopcy — spytała po minutach ciszy lekarka, spokojnym tonem — spróbowali ci coś zrobić, tam, w lesie? Cokolwiek?
Dziewczyna zamrugała, zaskoczona. Nic chyba z tego, co powiedziała, nie wskazywało, że...
— Nie. Zamierzali mnie zostawić, żebym sobie zamarzła — prychnęła, bez urazy nawet — ale mnie nie dotknęli. Chyba by się brzydzili.
Zielarka zmrużyła oczy. Wyraz irytacji, znaczy. Jakże uprzejmie.
— Porozmawiam z nimi — oznajmiła. — Długo. Surowo. Ale tobie, Vesanna, co ja ci mogę powiedzieć. Przykro mi. Przepraszam. Bardzo mi przykro i bardzo przepraszam. Ani ja, ani nikt tutaj nie życzyłby żadnej kobiecie – nikomu – takiego losu. Nasi przodkowie też by nie życzyli. Aelirenn by nie życzyła. To jest niegodne zachowanie, żadna rozumna istota nie ma prawa tak się zachować, nieważne, co mówią, nikt i nic w naszej kulturze, w naszej historii, im nie daje prawa... Tylko słowa nic nie zmienią ani nic nie dadzą tobie... — westchnęła ciężko, przyłożyła wolną dłoń do czoła. — Tu cię nie spotka krzywda — podjęła po chwili — nigdy i nigdzie cię przy mnie nie spotka krzywda, w samym środku dworu Dol Blathanny nie spotka cię przy mnie krzywda. Mogę ci tyle obiecać – to nie cofnie, ale przy mnie przynajmniej możesz się nie bać.
Dziwne, lecz głosie Sh'aenid brzmiała pewność tak wielka, iż Ves jej uwierzyła. Poniekąd. Chociaż to były słowa całkowicie absurdalne, zważywszy na to, że elfy właśnie znowu wypędziły wszystkich ludzi z Doliny Kwiatów i zamknęły dla nich granice, tyle usłyszała jeszcze w dworku zarządcy. Niemniej, Ves jakby uwierzyła, a wraz z poczuciem pewności, bezpieczeństwa przypełzło do niej poczucie winy. Nawet Civean i Yeywidd nie byli w końcu odpowiedzialni za to pomniejsze piekło, które przeżyła lata temu.
— To nie twoja wina. Nie powinnam krzyczeć. Przepraszam. Po prostu – to przez ciążę — wyszeptała, przymykając oczy; teraz, po chwilowym przypływie siły, związanym ze złością, jeszcze osłabła. — I chorobę. I ostatnie wypadki. Jestem taka... roztrzęsiona. Przepraszam.
— I niby za co? — mruknęła elfka; dziewczyna gotowa byłaby się założyć, że teraz, gdy zasypiała, tamta wróciła do zamkniętego, obojętnego wyrazu twarzy. — Powiedziałaś tylko prawdę. Nie nazwałabym tego „roztrzęsieniem". Nazwałabym „odpowiednimi słowami". Nazwałabym „racją". — Umilkła na chwilę, dopiero, gdy chora nie odpowiadała, podjęła. — Nie wpuszczaliśmy mężczyzn od tamtej nocy do ciebie, jeśli chcesz, możemy tak robić dalej... To w pełni zrozumiałe. Nikt się nie sprzeciwi.
Jakie to wszystko miłe, pomyślała Ves, w sumie znacznie milsze niż chłopcy z Pasów i Roche, chociaż oni też byli kochani, ale tutaj przynajmniej nikt nic nie chce, nikt nie każe pamiętać, przypominać sobie wszystkich zasłyszanych strzępków informacji, ćwiczyć starszej mowy...
A potem, straszliwie głupio, poczuła taką tęsknotę – do tamtych czasów, do Pasów i Roche'a i może nawet rodzinnej wioski – że, schowawszy głowę w poduszkę, udawszy sen, zaczęła bezgłośnie płakać. Łzy od razu wsiąkały w materiał, ale dziewczyna była przekonana, iż lekarka wie, widzi, uprzejmie milczy.
'
'
Następnego dnia – czy raczej przy następnym przebudzeniu – czuła głównie skrępowanie wczorajszymi przebojami emocjonalnymi. Zaproponowała, że pomoże w jakiejś drobnej pracy, ale zielarka kategorycznie zabroniła jej wstawać z łóżka.
— Sztucznie zbita gorączka nie oznacza, że zapalenie płuc się skończyło — przypomniała. — Cieszę się wszakże, że chcesz do pracy. To dobry znak. Przyniosę ci może książki albo robótkę ręczną dla rozrywki.
Prawdę powiedziawszy, Ves było spieszno raczej do zabicia wyrzutów sumienia niż pracy, postanowiła to jednak przemilczeć. Sh'aenid zaczęłaby ani chybi tłumaczyć, jak to nie ma powodów, co byłoby urocze i miłe, więc sprawiłoby, że dziewczyna poczułaby się jeszcze gorzej.
— Sama mówiłaś, że przespałam całe pięć dni. Znaleźliście mnie prawie tydzień temu. Już mi lepiej — zaprotestowała.
— Tydzień dla ciężkiego wyziębienia, zapalenia płuc – i to jeszcze w ciąży? Zaiste, od groma i ciut czasu — parsknęła elfka. — Poleżysz w łóżku jeszcze drugie tyle. Co najmniej. Jaką chcesz książkę?
— Żeby miała dużo obrazków. Dla dzieci — mruknęła Ves, tylko półżartobliwie.
Umiała w miarę czytać. Ale w książkach dla dzieci był jakiś niewysłowiony urok, niewinne, okrutne szczęście, prosta, radosna sprawiedliwość, które ściskały za serce. One albo wspomnienie. W to się nie wierzyło, nawet jako dziecko, to tylko... było ładne. Zwłaszcza z dobrymi obrazkami.
Czekała, aż lekarka westchnie ciężko albo zacmoka nad Dh'oine, albo ukryje się za uprzejmą obojętnością. Tamta jednak tylko się rozpromieniła, jakby chęć na czytanie dziecinnych powiastek była najlepszą oznaką zdrowienia pod słońcem.
'
'
Książki, która Ves przyniesiono po południu, były fantastyczne. We wspólnym, z czarno-białymi drzeworytami. Wspaniałej jakości, odtwarzające najdrobniejsze detale, z cieniowaniem tak dobrym, że się futerko zwierząt zdawało ruszać, włosy rozwiewać, gatunek materiału użyty na szaty można było rozpoznać po fakturze. Drewniana podłoga miała nawet widoczne słoje. Małe arcydzieła, jednym słowem.
Książki były zbiorami znanych baśni, więc nawet niespecjalnie zwracała uwagę na słowa, już raczej na ozdobne inicjały. Oplecione kwiatami, wpisane w kształty zwierząt i potworów. Albo przedstawiające małe scenki rodzajowe, żniwa, bale, karczmę, pogrzeby, wesela, turnieje. Niektóre nawet drukowane na czerwono, co musiało jeszcze podwyższyć cenę.
Potem Sh'aenid doniosła trzy inne. Stare, ręcznie pisane. Dawnymi pismem i w starszej mowie, więc dziewczyna niewiele rozumiała – ale tam dopiero były ilustracje! Wielokolorowe, ozdabiane złotem, niektóre błyszczącym pyłem, sproszkowanym pewnie ze szlachetnych metali, gdzieniegdzie nawet maleńkimi klejnotami. Każda strona tekstu była obramowana, zwykle motywem roślinnym, czasem zwierzęcym. Inicjały przybierały kształty tak fantazyjne, że ani jeden nie powtarzał się w żadnym miejscu dzieła.
Same obrazki przedstawiały elfy i inne starsze rasy. Też scenki rodzajowe albo legendarne, jeśli Ves dobrze wnioskowała – postaci były mocno stylizowane, zupełnie inaczej niż w ilustratorstwie ludzkim, oczywiście, więc czasem trudno jej było odgadnąć zwierzę czy pozycję postaci. Zwłaszcza, gdy dochodziło do czegoś, co miało chyba symbolizować czary lub obrzędy, czy bóstwa, do abstrakcyjnych, geometrycznych, rozetą rozchodzących się figur, ciężkich od złota, błyszczącego proszku, klejnotów.
Dziewczyna przesiedziała nad tymi trzema, wcale nie tak wielkimi, tomami cały dzień, wieczór, pół nocy i dopiero kategoryczny nakaz zielarki, połączony ze zdmuchnięciem świecy, zmusił ją do snu.
'
'
Następny dzień też spędziła nad książkami, skacząc od rycin do ręcznych ilustracji, uradowana jak dziecko. Naprawdę szczęśliwa, stwierdzała za zdumieniem. Zupełnie jakby ten daleki, nieprawdziwy, zaklęty świat kolorów wracał jej siły. Nadal nie miała pojęcia, o czym te elfie opowieści są, nie chciała też zawracać innym głowy pytaniem, wyobrażała sobie tylko, mniej więcej dopasowując, przygody tych istot z obrazków, mieszając ludzkie, ludowe powiastki z całym tym wykwintem. Księżniczki, dzielni Jasiowie, dobrzy królowie, rycerze, prości żołnierze, odważne i sprytne karczmarki, wszystko to jakoś zaludniło świat szczupłych, długich, zblakłych nieco postaci z obcych kart. Pewnie z niewielką pomocą gorączki, ułatwiającej najdziksze pomysły.
Po jakimś czasie Ves wymyśliła nawet imiona dla tych wszystkich bohaterów i stworzeń – niektórzy się nawet przewijali, jeśli dobrze rozumiała, na więcej niż jednej ilustracji – dopasowała im role, bawiła się historiami, splątywała ścieżki. To było tak odległe, że nie przypominało, inaczej niż ryciny, w których dziewczyna mogła niekiedy dostrzec coś nieprzyjemnie znajomego, kogoś, kto wyglądał nieco jak Roche albo Fenn, albo wujek Truk z jej wioski... Nie bardzo podobnego, poprawiała siebie zaraz, to choroba miesza. Ale Roche oraz Pasy, gdzieś nawet Henselt, wskoczyli jej nagle pod powieki, zaludnili nawet dziwaczny, przestylizowany świat ręcznych ilustracji. Wieszali te śliczne, odziane w złote postaci.
— Temperatura podskoczyła — rozległ się trzeźwy głos elfki. — Weźmiesz podwójną dawkę lekarstwa dzisiaj.
Ves otworzyła oczy. No tak, zasnęła przy „lekturze". Już ciemno na dworze.
— To miłe, że ci się książki podobają — stwierdziła łagodnie Sh'aenid. — Nawet nasze. Myślałam, że cię może znudzą, bo to stare pismo. Niewielu młodych, nawet Aen Seidhe, potrafi je odczytać. Przestało być używane... bardzo dawno, według waszych miar.
Dziewczynie zrobiło się głupio, sama nie wiedziała, czemu. Chyba ciągle z powodu niedawnego wybuchu – każda czułość, każda uprzejmość jej ciążyła od tamtego czasu.
— Ilustracje są piękne — odpowiedziała.
Słowa brzmiały zupełnie nie dość, nie dość barwnie, nie dość ślicznie, nie oddawały zachwytu. Ale lekarka chyba zrozumiała, bo nagle w jej oczach zapłonęła duma, którą Ves oceniała jako szczerą, nieodegraną.
Zaraz jednak emocja zgasła, a zielarka nagłą, gorączkową krzątaniną przy medykamentach próbowała ją chyba ukryć.
— Och, to stare rzeczy, z dawnego świata — oznajmiła nieuważnie, przez ramię. — Kiedyś ceniono rzemiosło, nie to, co dzisiaj, raz zrobiona rzecz mogła przetrwać wieki, a przy tym zawsze była pełna wdzięku, po prostu ładna, nie to, co dzisiejsze, bez krztyny gustu i nie mówię tu o kwestiach rasowych, pokoleniowych raczej... Ale! pewnie zawsze słyszysz takie narzekania od starych ludzi. — Teraz odwróciła głowę, posłała chorej uśmiech.
Dziewczyna odpowiedziała uniesieniem warg. Przez chwilę panowała cisza, wypełniona stukaniem moździerza, trzaskiem pojemniczków, szumem przelewanych mikstur. Potem milczenie się przedłużyło na cały wieczorny obrządek leczniczy – i wreszcie elfka je przerwała:
— Mogę ci opowiedzieć, o czym są te historie, jeśli chcesz. Przynajmniej niektóre. Interesują cię jakieś szczególnie? — dodała.
Zwykłym, konwersacyjnym tonem. Jednak Ves wahanie tamtej oraz lata w niewoli podpowiedziały, że ta propozycja musiała być trudna. Wraz z tą wiedzą nadpłynęło przypomnienie – elfy uważały olbrzymią część swojej kultury za świętą, zamkniętą. Czyli może nawet pokazanie jej ilustracji stanowiło wielkie odstępstwo.
Co właściwie, myślała dziewczyna, coraz jaśniej, bo gorączka opadała szybko, ona powiedziała? Że młodzież tego pisma nie umie czytać. Ha, to te wszystkie durne, aroganckie wiewiórcze skurwysyny, które wieszaliśmy, patrzyłyby na to, jak ja, też nic nie rozumiały, też musiały zgadywać... Pewnie nawet w rękach takich książek nie miały. Ten chuj, który ją więził, też przeglądałby tylko obrazki i nic, nic nie rozumiał, patrzyłby na te ich chędożone dziedzictwo kulturowe, na tę ich pierdoloną tożsamość, w imię której mordował i gwałcił, i nic, nic by nie rozumiał. Przeglądałby obrazki. Jak dziecko. Jak Dh'oine.
Zaczęła się śmiać, trochę może histerycznie, ale za to na pewno szczerze. Równocześnie próbowała wykonać jakiś gest, który uspokoiłby lekarkę, która już się ku niej rzuciła, zaniepokojona reakcją.
Roche, dotarło do Ves między falami chichotu a spazmatycznym łapaniem powietrza, jak odprysk dawnego, metodycznego myślenia, uznałby to za świetny sposób na przesłuchania, zaraz kazałby sobie taką książkę sprawić, zrobić kopie, pewnie nawet znalazłaby uczonego, który by mu ją przetłumaczył, żeby móc bardziej więźniów dobijać.
Dziewczyna stwierdziła, z rodzajem zaskoczenia, że jej z kolei to zwisa. I powiewa. Nawet chęci zemsty w niej nie było, tamten konkretny skurwiel w końcu już nie żył. Wiewiórki się mordowało, jak każdych bandytów, w Pasach była szczęśliwa, miała miejsce, ludzi, którzy je zastąpili rodzinę – ale jakoś to, czy bandyta zawiśnie złamany, skomląc, czy z „Niech żyje wolność" na ustach, różnicy jej nie robiło. Jasne, lepiej, żeby gadał, tylko zwykle i tak nie gadali; Roche, mówiono, jest w te klocki dobry, a jemu ponad połowa złapanych bez słowa na tamten świat odchodziła. Inna rzecz, że przy większości nie było też sensu się bardzo starać, skupiano się raczej na dowódcach.
Ves to było, zrozumiała teraz, powoli uspokajając paroksyzmy śmiechu, kompletnie, totalnie, kurewsko obojętne. Gadali, nie gadali, wygrana, przegrana Temerii, wsio rawno. Temeria to było słowo, owszem, wygodne, owszem, przynależność, owszem, rywalizowali z oddziałami z innych krajów, urządzali konkursy w piciu i śmiali się, że to dla chwały kraju, ale nie było w tym prawdziwego przywiązania. Ojczyzna to ludzie, nie kawałek ziemi, nie dynastia. Temeria jej zwisała, Pasy jej obojętne nie były. Jaka szkoda, że tu się z dowódcą różnili.
— Już dobrze — szepnęła, ledwo łapiąc powietrze, gdy chichot wreszcie ustał. — Nie wiem... Wymyśliłam już sobie historie i nie wiem, czy chcę znać prawdziwe. To znaczy, dziękuję bardzo, madh'yaimil, madh'yai, madh'yai, ale to będzie takie... dziwne, poznać prawdziwe wersje. Te moje jakby stracą urok. To pewnie strasznie niewdzięcznie brzmi, przepraszam...
— Nie, czemu? — Elfka trzymała jej dłoń na ramieniu, nadal pokazując, że jest niespokojna, chociaż pokrywała to równocześnie czułym uśmiechem. — To raczej zrozumiałe. Te opowieści niewiele się zresztą strukturalnie różnią od waszych. Ta sama materia życia. Inne imiona. — Odrzuciła kosmyk włosów, który uciekł jej z koka, za ucho, jakby tym gestem kończyła temat. — Gdybyś kiedykolwiek chciała jednak się czegoś dowiedzieć, to po prostu pytaj.
Uśmiech rozjaśnił jej w końcu oczy, powoli, torując sobie drogę od ust, poprzez tę niesamowicie napiętą skórę na policzkach, aż do czoła. Dziewczyna nie była pewna, ile w tym gry, ile szczerej ulgi, ile przywiązania, ile dobrotliwości przynależnej zawodowi – albo charakterowi może. Nie była pewna, ale lepiej się jej zasypiało, gdy go widziała obok, gdy tamta, pracując, cicho nuciła, elfie i ludzkie piosenki, kołysanki, romanse, ludowe przyśpiewki. Niektóre nawet z Temerii.
