Skoro ktoś, kto czyta, ma urodziny, to część nadprogramowa, proszę. Znaczy, programowa, ale o dwa dni za wczesna. I wyjątkowo długa. I pierwszy kawałek można przelecieć wzrokiem, bo to znów pornografia (mniej emocjonalna, bardziej, powiedzmy, polityczna) dla mnie. I różne aluzje literacko-teoretyczne. Dla mnie. W ramach easter eggów, zabawy autorka z samym sobą, jak zwał, tak zwał. Dla reszty świata pewnie znacznie mniej zabawne, więc reszta świata musi mi uwierzyć, że jak cały ten fik jest crackiem (moim crackiem), tak ta część już wyjątkowo. Intermezzo, jednym słowem.
Wszystkiego najlepszego!
To się, panie dzieju, zrobiła sprawa całkiem polityczna. Okropna. Dawniej rach-ciach, tylko klient pieniądze odliczył i wzór wskazał, już go na fotel czy leżankę i robiliśmy. Jak prawdziwi artyści. Zresztą, z nas są prawdziwi artyści, bardziej nawet niż z malarzy czy rzeźbiarzy, bo przecież nasza robota delikatniejsza, skórę pod uwagę brać musimy, wygląd klienta. Wszystko. I to na lata zostaje, zmienia się z czasem, nie, jak te ich dzieła, nieruchome, z życia wyjęte. Nasza praca to samo życie, panie dzieju. Samo życie. I tym bardziej żal, że i do nas cenzura przyszła, że mroczne czasy podejrzeń i donosów, i przesłuchań, ogólnie, wtryniania się profanów w święte sztuki misteria, nastały. Od szpicli się po zakładach zaroiło, ufać sobie mistrzowie przestali, a pomocnikom to w ogóle. Bo wie pan, panie dzieju, za wszystko można było wpaść. Za nie taki obrazek, że niby symboliczny, że, ja wiem, liście to las, a las to partyzantka od razu. Albo że niby nieludzki wzór przypomina, a co, ja się pana pytam, elfiego wzoru nie przypomina, jak to od nich nasza sztuka pochodzi? Obrazki więc nam sprawdzali, że napisy, to wiadome, a jakich się umieli kodów w prostym „Kocham Elkę" doczytać, to poeta by tyle nie znalazł. Obrazki, napisy, ale jeszcze klienci, bo cokolwiek, cokolwiek, powiadam, elf by sobie zrobił, to zaraz podejrzane. Choćby to hymn ku chwale dynastii był. Zaraz się czepiali, że ironiczne.
Wodospad żywych kolorów, wywiad-rzeka z Rejmundem Vivekiem (prawdziwe imię: Radek Wicko), mistrzem tatuażu
'
'
W Vergen, opiewał później te zimowe dni Jaskier, aż buzowało od entuzjazmu obywateli, od wielkich emocji i gorących uczuć. Tu, trzeba oddać, bard nie koloryzował ni trochę. Rzeczywiście, buzowało od szczerych uczuć, które trudniej już było rozładowywać spacerami, siłą więc rzeczy piętrzyły się na małym (poeta rzekłby: przytulnym) vergeńskim metrażu. A w małym garnku mleko kipi, jak mawiają, zdaniem Jaskra, proste kobiety. Kipiało tedy. Zwłaszcza na dworze.
'
'
— Masz podobno wolierę u siebie?
Stwierdzić, że pytanie Roche'a zaskoczyło Iorwetha, to nic nie stwierdzić zgoła.
— Tak. I?
— Mogę zobaczyć?
Zdecydowanie podejrzane. Agent żadnych wielkich wspomnień z lasem chyba nie miał.
— Oczekiwanie manier od karaluchów jest oczywiście daremne i naiwne...
— Proszę. — Mężczyzna przewrócił oczami.
Niezwykle ugodowe to-to dzisiaj. Niepokój elfa tylko wzrósł.
— Ty w ogóle rozróżniasz gatunki ptaków? — spytał sarkastycznie watażka.
— Taaaa — mężczyzna przeciągnął głoski, straszliwie irytujące, bo pułkownik by przysiągł, że robi to z cieniem parodii akcentu starszej mowy. — Niektóre.
— Brawo. — Pułkownik zaklaskał. — Sowę od wróbla? Gołębia od kury?
— Nawet jastrzębia od czapli. Pokażesz mi?
Do woliery dało się dojść od strony korytarza, z ominięciem sypialni i gabinetu, prywatnej części pokojów. Może więc tak, może to nic nie zaszkodzi. Może głupie, barbarzyńskie Dh'oine chciało po prostu sobie obejrzeć ptaki. Jak dziecko w ZOO.
Rasizm nie przyniósł spodziewanego ukojenia, zaraz za nim podążyło bowiem wspomnienie – a jak nazwać tego, kto się daje prawie złapać dziecku, kto w zasadzce dziecka traci cały odział?
— Czy ty mi cytujesz tę marną sztukę z Wyzimy? — spytał, przechodząc w kierunku drzwi; niechże Dh'oine ma, skoro chce.
— Wcale nie była marna — zaprotestował Roche, niemal z pasją. — Największy przebój ostatnich paru lat...
— Schlebiająca najniższym gustom, znaczy. Najniższym gustom najniższej rasy. To mówi samo za siebie.
Klucz zgrzytnął z zamku, świergot ptaków wypełnił powietrze, zagłuszając skrzypienie drzwi.
— To jest świetna sztuka — oznajmił agent z urazą, kiedy zwierzątka – fruwające zwierzątka – nieco przycichły albo oni się przyzwyczaili do hałasu. — Świetna. Byłem na niej sam nie wiem, ile razy. Cała stolica ją uwielbia. Krew, spiski, zawiedziona miłość, a na końcu wszyscy giną w doskonale wyreżyserowanym pojedynku. I powinieneś widzieć te efekty specjalne przy duchu ojca, niesamowite po prostu. Trup się ściele gęsto, intryga jest, seks jest, humor jest, nawet trochę makabry się trafiło, bo sceny cmentarne, arystokracji utarto nosa, aluzjami do skandali dworskich rzecz naszpikowano, autor w rzyć nikomu nie właził – czego ty jeszcze chciałbyś od sztuki? I gdzieś ty ją w ogóle widział?
— Czytałem. Trupę teatralną złapaliśmy w jednym siole... Aktorzy sporo plotek znają, szpiegują, więc ich przepytaliśmy.
— Aktorzy przeżyli?
Ależ doprawdy. Iorweth westchnął:
— W trakcie pacyfikacji Mahaka...
— Pytanie było głupie, fakt. Wróćmy do sztuki. Przepytywaliście aktorów...
— ...a to trochę trwało, więc przeczytałem w międzyczasie, co tam mieli z nowości.
— Sztuk się nie czyta — prychnął pobłażliwie mężczyzna, zapominając o ptakach — tylko ogląda. Na pomysł czytania teatru to mogły wpaść tylko elfy i odcięci od kultury, barbarzyńscy partyzanci. — Wyglądał, jakby oczekiwał, że rozmówca się zakrztusi albo oburzy, wobec czego rzeczony się od powyższych wstrzymał. — Przecież to zawsze nudne na papierze...
— Można ocenić większość elementów samej sztuki, nie wystawienia. Sztuka jest bardzo marna. Kompozycyjnie się rozłazi – po co tam w ogóle ten epizod z aktorami i teatrem w teatrze jest? Pusta sztuczka formalna, napisane tylko, by środowisku sprawić przyjemność, zbędna komplikacja, niczemu ta autoteliczność nie służy, fabuły nie ubogaca.
Człowiek, sądząc z gestu dłonią, zamierzał się chyba wtrącić, ale pułkownik, porwany falą krytyki, nie dał mu dojść do słowa. Dawno już nie narzekał na upadek kultury:
— Sztucznie rozciągnięto czas działania księcia, który zamiast przystąpić do czynu, co chwilę sobie znajduje wymówki czy raczej autor mu znajduje, byleby sztuka trwała i można było dać zarobić aktorom. Wiele postaci istnieje z tego samego powodu, bo znów: nic nie wnoszą. Grabarze, na przykład. Niech będzie, że jakiś koloryt, komentarz społeczny – jeno marnej jakości, przebrzmiałe idee, nic nowego, ot, marudzenie, że ich klasa wyższa uciska. Największym błędem wszakże jest brak motywacji u głównych bohaterów. Pobocznych też. Oni nie mają żadnego powodu, by działać, jak działają, innego niż to, że autorowi wygodnie. Tam żadnej spójności nie ma! Scena się ze sceną nie wiąże ani jedna z drugiej nie wynika. Do tego rzecz jest tylko przeróbką dawnej krasnoludzkiej legendy, zupełnie bezsensowną, bo to, co tam było rozsądne i spójne – książę musi udawać szaleństwo, bo jest dzieckiem i inaczej go zabiją – tutaj niczemu nie służy. Kompozycji brak, motywacji brak, tam po prostu jeden chaos jest.
Roche wyglądał, jakby chciał go poklepać po głowie.
— Tak się kończy czytanie sztuk — zawyrokował jednak tylko. — Zamiast się skupiać na tym, że śliczna aktorka zadziera spódnicę, pokazując nogi i tyłeczek, szaty rozdziera niemal do pępka w scenie szaleństwa, to ty się zastanawiasz, czym to jest uzasadnione. Szlag z motywacją bohaterów, Luiza Ferriczanka z zadartą spódnicą i obnażonym dekoltem to jest uzasadnienie wszystkiego. Wszystkiego, łącznie z bólem naszej na tym padole łez egzystencyji. A ty, naprawdę, jak Triss.
Merigold niby się w czymś z nim zgadzała? Przez te kilka tygodni, które Geralt spędził z nią w Vergen, szykując się do podróży, zwykle jedynie wykpiwała wszystkie fundamenty rzeczpospolitej, zabraniała wiedźminowi pić, absorbowała sobą nie tylko jego, ale i pół miasta – kłótnie i pogodzenia ludzkich kochanków bywają głośne tudzież wulgarnie sugestywne, a komentarze krasnoludów jeszcze gorsze – dopytywała o Filippę, obmawiała królów, wyciągała informacje polityczne, próbowała doradzać Radzie, z pewnością knuła spiski. Do tego co jakiś czas, niby to z troski, marudziła Iorwethowi, że ten za dużo beta-karotenu spożywa i niedługo się zrobi pomarańczowy.
W skrócie rzecz ujmując, Iorweth zdążył, całkowicie stereotypowo, znienawidzić partnerkę stworzenia, które uznał za coś jakby na kształt poniekąd przyjaciela. Kolegi. Zaufanego znajomego.
— Co takiego powiedziała? — spytał, skrywając niechęć.
— Że sztuka uwłacza godności kobiet, bo bohaterki nie działają same z siebie, tylko ze względu na mężczyzn, że są tylko trofeami, że są jednowymiarowe i ten jeden wymiar to akurat ich relacja do mężczyzn... Geralt to uważał za bzdury i ja też, bo Victor von Liberstadt tam gra z Marianem Wiencpolem. Obaj przystojni. Szacowne damy piszczą na tym przedstawieniu i sprośne uwagi rzucają, zwłaszcza w scenach pojedynku, jak panowie rozdzierają sobie koszule.
— To Triss mówiła o społecznym wydźwięku. Ja tylko o formie. Że autor jest rasistą, to nawet nie wspominałem — stwierdził wyniośle Iorweth. — Jedyne małżeństwo wielorasowe u niego kończy się oczywiście tym, że aroganccy, szowinistyczni Aen Seidhe, nie mogąc znieść tego związku, podpuszczają Dh'oine, by zabiło żonę – oczywiście niewinnie, bo może udusiło, ale tylko dlatego, że fałszywy przyjaciel, Seidhe, je zwiódł. Aen Seidhe są tam zresztą tak tchórzliwi, że owo Dh'oine musi za nich wojny wygrywać...
— Ty wypominasz innym szowinizm? — Agent teatralnie przetarł sobie uszy. — Pamiętam chędożone ulotki Wiewiórek, nazywające małżeństwa wielorasowe zbrodnią.
— Nie zbrodnią, a polityczną głupotą i działaniem na szkodę rasy. I nie ja je pisałem. Zawsze je uważałem za błędne, bo zrażające do nas mieszane małżeństwa, dzieci z nich, elfie kobiety w ogóle, wielu innych...
Iorweth zdał sobie sprawę, że mówi defensywnie, jakby się tłumaczył. A do tego nie wolno było dopuścić – tylko chyba jednak było już za późno.
— A myślałem, że ze względu na piękno miłości — zakpił mężczyzna, przenosząc wreszcie, przynajmniej pozornie, uwagę na ptaki, odwracając głowę od watażki. — Do szlachetnych Smokobójczyń, na przykład. Tak czy siak, miło, żeś chociaż tego szczytu hipokryzji w życiu nie zdobył.
Smokobójczyni, pomyślał sardonicznie pułkownik; ona nie ma nic, nic wspólnego z waszą podłą, zgniłą, kradnącą nawet nasze opowieści rasą ani draniami, którzy mogliby podnosić rękę na te cudowne zwierzęta. Co właśnie gwarantuje Saskii szlachetność i pozwala widzieć was w świetle na tyle idealistycznym, by nie chcieć zamordować was wszystkich, co do najmniejszego dziecka w kołysce. Ale tego nie można było powiedzieć.
— Ani bloede słowa na jej temat — warknął za to. — Nie waż się.
— Wróćmy do sztuki, więc — wyjątkowo łatwo się zgodził Roche. — Jakby sytuacja była odwrotna, elf dusił ludzką kobietę, to przypadkiem nie powiedziałbyś, że rzecz przedstawia elfy jako morderców, działających tylko za namową ludzi, więc biernych i pokonanych – rasizm! A jak pisać tylko o ludziach, to się pomija nieludzi, więc też: rasizm. Jak się pisze tylko o nieludziach, to się sugeruje getta, więc: rasizm. Co to za ptak?
Dobrzy śledczy bardzo łatwo rozbierają myślenie wszelkich istot, znajdują schematy, po czym wywracają je na nice. Niestety, w fachu wyuczonym Roche był akurat niezły, westchnął w duchu Iorweth, nawet jeśli na sztuce czy ornitologii się ni trochę nie znał.
— Jarząbek. Chodzi o wykonanie, sposób przedstawienia, nie prosty schemat fabularny. — Po co ja się w ogóle męczę i tłumaczę, pomyślał z irytacją watażka. — Nie wątpię, że Dh'oine zdołałoby każdą opowieść, którą ukradnie, przedstawić rasistowsko, zważywszy na to, co zrobiliście z historią Lary...
— Szlag by... Musisz zaczynać? Jarząbek. Bardzo ładny. A to brązowe?
„Brązowe", prychał w myśli watażka, szalenie precyzyjna informacja, mamy zimę, większość ptaków jest brązowa albo bura. Na szczęście mężczyzna wskazał też nieelegancko stworzonko palcem. Mniej więcej. Bardziej kierunek. Pod którym, na piasku, wysokiej, specjalnie posianej na cieniutkiej warstwie gleby trawie, wśród uschłych konarów, pełniących funkcję zabawek, podskakiwało, dreptało lub podfruwało dobre pięć różnych gatunków. Szczęściem dwa raczej czarne, o tyle, o ile można ufać wyczuciu kolorystycznemu Dh'oine, wśród pozostałych jednym była zaś czajka. Po pierwsze, czarno-biała, po drugie, czajkę to chyba każdy by rozpoznał, co pozostawiało...
— Po lewej, te... bardziej brązowe, to para kulonów. Po prawej, pojedynczy, to mornel. Ten z białym pasmem z boku głowy, nad okiem, widzisz? I z białym dołem brzucha.
— Widzę — burknął agent. — Nie traktuj mnie jak dziecka. Kulon. Mornel. Dobrze. Tamto to czyżyk — dodał z cieniem tryumfu. — A w klatce obok dzierzba.
To wszystko zaczynało wkraczać w terytoria szaleństwa, uznał pułkownik. Siedział sobie z Roche'em, rozmawiali o sztuce i ornitologii, gdyby ich kto magicznie podsłuchiwał, prawdopodobnie wzywałby już kryptografów. Może słusznie, bo w to, że dowódca Pasów, choćby były, naprawdę ma ochotę po prostu spędzać czas z bohaterem elfiej partyzantki – albo nadrobić zaległości w biologii – jakoś tak trudno się wierzyło.
— Elfy to się jednak znają na przyrodzie — mruknął Vernon z czymś na kształt pełnego podziwu rozbawienia.
Iorweth ten ton znał. Oznaczał coś w stylu „znacie się na głupotkach, poezji, ptaszkach, nieżyciowych igraszkach, gdzie wam do władzy albo polityki, siedźcie po rezerwatach, przyjmujcie pomoc humanitarną i piszcie śliczne wiersze, przymierając głodem, jak to wypada poetom".
— Aen Seidhe tak samo, jak Dh'oinne, się znają na różnych rzeczach, zależnie od jednostki — oznajmił z irytacją pułkownik. — Ja rozróżniam ptactwo, owszem. Bo się wychowałem na wsi.
— Mhm. I dekady mordowałeś po lasach. Nazywasz ptaki jakoś? — dopytywał tymczasem mężczyzna, naraz niby całkiem zajęty zwierzętami, rozbawiony ich beztroską.
— Żadnego „Vernon". I żadnego „Roche". Nawet od „Foltesta" się wstrzymałem — poinformował tonem wielkiej łaski Iorweth.
Pomijając, w przypływie wielkoduszności, iż raczej o szacunek wobec ptaków mu chodziło, na porównanie z karaluchami te urocze istotki nie zasługiwały.
Uraza przemknęła przez twarz agenta, zaraz za nią stłumiony tak niedbale, że aż ostentacyjny, ciąg najgorszych przekleństw. Najwyraźniej fakt, że na swojego charta nilfgaardzkiego watażka wołał „Roche", jednak mężczyznę bolał. Poniekąd bardzo dobrze, aczkolwiek cel był zupełnie inny i pułkownik ubolewał niekiedy, że tamten nie rozumie. Honorowy, honorowany wróg chyba powinien.
Aczkolwiek przyjemność kontroli, zemsty, przyjemność upokarzania innych, och, to też było wiele warte. Może nawet właśnie ta przyjemność przeważyła pod Flotsam, nie słowa Geralta czy szacunek dla zdolności stworzenia.
Pułkownik oczekiwał awantury, tak właściwie. Dh'oinne nie słynęły z samokontroli, to konkretne już w ogóle. Roche jednak, ukoiwszy duszę małym wybuchem gniewu, tylko się przyglądał to gospodarzowi, to klatkom. Nawet z całkiem zadumanym wyrazem twarzy. Który pewnie był odgrywany. Na pewno nawet. I Iorweth wiedział, że nie powinien wpadać w tak prostą pułapkę, tylko – tylko był ciekawy. Agent go zwykle trochę bawił, trochę irytował, najbardziej właśnie ciekawił. On albo ten śmieszny, pokrętny obraz siebie w cudzych oczach, jaki elf mógł wydobyć. Pieśni mówiły w końcu, że wrogowie to najlepsze lustra.
Nawet nie tyle ciekawi, myślał elf, kapitulując powoli przed tą mętną emocją, ile zmusza do ciekawości, jak te resztki zębów, które się właściwie jedynie po to dotyka językiem, by bolało.
— Nad czym myślisz? — spytał wreszcie; z idealnie, jak ocenił, odegraną obojętnością.
Która nic nie zmieni, bo gdyby naprawdę go nie obchodziło, to by nie zapytał.
— Próbuję zrozumieć — odparł uprzejmie mężczyzna; uroczo nic niemówiąca odpowiedź; rozwinął jednak, po chwili ciszy. — Ciebie. I twoją chęd... i waszą rasę.
Czemu, byłoby pytaniem odruchowym. Tudzież głupim, uznał po chwili watażka, bardzo głupim, bo akurat odpowiedź była oczywista.
— Jakieś efekty? — spytał więc, z powątpiewaniem bardzo drwiącym.
— Dużo pytań. Czy trafnych – tego nigdy się nie wie, nim się nie sprawdzi. — Po twarzy agentowi błąkał się uśmiech, co do którego Iorweth był irytująco pewien, że wynika z jaśnienia wewnętrznym sekretem klasy przesłuchujących oprawców.
Pułkownik znów wstrzymał język, spróbował wstrzymać również ciekawość. Tym razem Roche mu ułatwił, pytając nagle, czy ptaki są oswojone, czy się dadzą brać w ręce, a skoro elf potwierdził, prosząc, nawet w miarę grzecznie, posłusznie sięgając po ziarno, a potem, gdy akurat malutki, ruchliwy szpak się skusił i przysiadł mu na dłoni, delikatnie głaszcząc po piórach.
Watażka lubił tego akurat ptaszka. Młodziutkie to było, już urodzone w hodowli, podfruwało, ledwie otworzyłeś klatkę, zupełnie się nie bało. No i dostał stworzonko od Saskii. Maleńkie jeszcze, prawie pisklę wówczas. Teraz tamten zjadał ostatnie okruszki z palców agenta, świergotał radośnie. Mężczyzna przeleciał dłonią po łebku, na moment zamknął w ręku – i coś w ruchu, tempo albo nacisk, albo może tylko wspomnienie, miraż, spowodowało, że pułkownik uświadomił sobie, z przeraźliwą ostrością (śledztwa, więzienie, areszty, lekarze i czarodzieje, prawnicy, fałszywi współwięźniowie, kapusie, ci wszyscy rzekomo po jego stronie, nawet nie zawsze Dh'oinne, całkiem często nieludzie, Aen Seidhe też, nawet nie miał siły mieć do nich pretensji, to raczej ćmiło, bo przecież nie bolało), całość sytuacji...
— Nie rób mu – nie zabijaj go tylko dlatego, że go lubię — prosił; tamten był w Vergen na jego łasce, lecz jednak prosił, odruch, wracający gwałtownie jak powódź.
Chociaż i tak stał za daleko, jeśliby Roche zechciał – akurat to – wystarczyłoby, by zamknął dłoń, jakie to proste, jakie to łagodne, bo mógłby to zrobić łagodnie (przy czarach albo otwieraniu ran, albo zakażaniu, zawsze ciepłym, miłym głosem, niekiedy z ręką przeczesującą włosy, „to będzie bardzo, bardzo bolało, głuptasie, ale to tylko, żebyś się już dłużej nie wygłupiał, przecież wszystko już i tak ustalone, wszystko nam powiedzieli, mamy wszyściuchne informacje – mówiłam, że będzie bolało, widzisz, ja ci nigdy nie kłamię – to nic nie zmieni, że powiesz, tylko tobie umożliwi wyjście, parę głupich zdań, a przyjdzie amnestia albo łaska króla, nic wielkiego – no, widzisz, jak ładnie wytrzymałeś? teraz przestanie boleć, już zaraz, obiecuję – taki z ciebie dzielny dzieciak, taki młody, ratuj siebie, głuptasie, ja cię przecież tak lubię, głupio w moim zawodzie, serce się mi kraje...", najgorzej było z lekarkami i uzdrowicielkami wszelkiej maści, bo matka pachniała podobnie, podobnie modulowała głos, jak już nieźle majaczył od eliksirów, chorób i bólu, to tak bardzo myliło).
— Ta, przez chwilę chciałem, instynktownie, ale potem sobie przypomniałem, że tym razem nie muszę — rzuciło Dh'oine.
Żartobliwym tonem. Ale przyglądało się elfowi uważnie, lekkim gestem kierując szpaka z powrotem do klatki. Zamykając starannie drzwiczki, otrzepując palce z okruchów, poprawiając rękawiczki.
— Naderwał, drań. Odpowiedziałeś mi w sumie na parę pytań — mruknęło i watażka drgnął, przestraszony, wściekły na siebie, głupio, wiedział, głupio, bo podaje kolejne informacje. — Jak się ten nazywa? — spytało, teraz, jak przed chwilą, konwersacyjnie, wskazując na kolejnego ptaka.
— Nie wiem — odpowiedział pułkownik szybko, mechanicznie; bez sensu, zdał sobie sprawę ułamki sekundy później, poprawił. — Jemiołuszka. Samica.
— Mhm — Odwróciło wzrok od elfa, pomilczało chwilę, potem przeszło gdzieś na prawo. — Wiesz, gdzie jesteś? Bo że pamiętasz, kim jestem, nie mam wątpliwości.
Takie głupie pytanie.
— Rejon sporny między Kaedwen a Aedirn, Temeria też miałaby chrapkę. Dolina Pontaru. Vergen. Wąwóz, ale las obok — świetna pozycja na obóz była koło wodospadu, niedaleko jeszcze lepsze jaskinie; tego jednak nie powiedział.
Tak samo, jak tego, że miasto było dobre do obrony, ale jeśli ktoś by zaszedł od stromizny, to nie mieli szans. Dlatego tam wiecznie stały warty.
— Gdyby wiedział, że cię chwyci, to bym nawet o te zwierzaki nie pytał — warknęło za nim, moment później stanęło w polu widzenia. — Mogę cię dotknąć? Chcesz wyjść na dwór? Zawołać Ciarana? Saskię? Kogokolwiek z tej waszej Rzeczpospolitej – pamiętasz Rzeczpospolitą?
Oczywiście, że pamiętał. Saskię, Ciarana też. Ba, rozmowa, która doprowadziła do jego nie-dość-obecnego stanu, nagle zaczęła się mu wyjawiać z pamięci. Klarowna. I Dh'oine, wynikało z niej niezbicie, nic specjalnie groźnego nie zrobiło. Nie mogło, nie w tej sytuacji politycznej. On za to mógłby kazać je torturować, kazać je bić, bić długo, potem trzymać za palce, wbijając równocześnie sztylet w podbrzusze, kazać je przypalać, bić znowu, pochylać się z fałszywą troską...
— Cokolwiek zrobię, to ci się przecież skojarzy — westchnęło. — Ale, u licha, mnie niby szanujecie, tak? Więc – pamiętasz, jak się nazywasz? Tyle dobrego. Iorweth – mogę ci przysiąc, choćby w starszej, że ci teraz nie zrobię krzywdy. Zvaere aen me ichaer. Wierzysz mi?
Mało ceremonialna ta przysięga była, no, ale była. Obowiązywałaby, gdyby przyjął. I przecież w sumie nie chciał torturować Roche'a, w ogóle niczego w życiu torturować nie chciał. Musiał, owszem, nie raz.
— Twój ród? On i tak jest marny. I nie możesz mi zrobić krzywdy — syknął zamiast tego. — Nie tutaj, nie teraz, tyle oddziałów poświęciło życie, żebyśmy wreszcie mieli płachetek ziemi, gdzie nie możecie nas bezkarnie...
— O, wróciłeś — stwierdził agent, przez twarz przemknęło mu coś, co wyglądało na autentyczną ulgę. — To świetnie. Mogę wyjść? Mam wyjść? — poprawił po sekundzie.
Pułkownikowi teraz to było jednako, wspomnienia minęły, jakby je fala zmyła. „Won" oznaczałoby w tym przypadku słabość, więc machnął ręką, wrócił do ornitologii i dyskusji o sztuce. Najpierw nieco wymuszenie, potem zaskoczyło, gładko. Watażka pomarudził na zdegenerowanie kultury u Dh'oinne – „wy prędzej uznacie dzieło za piękne, bo interesujące, nie za interesujące, bo piękne, wielbiciele kuriozów, traktujecie sztukę jak cyrkowy zbiór kobiet z brodą" – podkreślając przy okazji, że oczywiście chodzi mu o zdegenerowanie przejętej, ukradzionej lub danej przez zdrajców Aen Seidhe, bo sami z siebie ludzie żadnej kultury nie mają, ludzka kultura to mit jest, pokrywający zawłaszczenie. Ordynarną kradzież.
Mężczyzna się śmiał. Szczerze, głośno. Gdzieś między parsknięciami dopytując, czy Iorweth w te rasistowskie bzdety naprawdę wierzy, bo on sam z kolei odmawia wiary, że cokolwiek, co się mu wymykało tak długo, ba, w końcu wymknęło ostatecznie, aż tak głupie jest.
Znaczy, było, jak zwykle. Miło, w pewien specyficzny sposób. Stabilnie i bezpiecznie, wyjątkowo bezpiecznie, bez żadnych naprawdę bolesnych personalnych wycieczek, bez rozdrapywania ran i wypominania podłości. Na tyle jednak złośliwie, by pułkownik nie odczuł spokoju jako litości – później już, w nocy, wtulając się w Saskię może mocniej niż zwykle, może mocniej zaciskając powieki, szukając ciemności bez powidoków, błysków, halucynacyjek, uprzytomnił sobie, jak wiele to Roche'a musiało kosztować – staranności, co najmniej.
'
'
Parę dni później Roche opowiedział Iorwethowi, przy okazji uczty, już nieco wypiwszy, że jak był dzieckiem, to znalazł na ulicach kundla, szczeniaka jeszcze, kompletnie do niczego, kulawego, z naderwanym uchem, brzydkiego jak noc, w jakimś burym, ohydnym kolorze.
Powinien był, twierdził, zabić i sprzedać na smalec. Sama jego matka to powiedziała i zamierzała zarżnąć bydlę, ale się rzucił, niczym jaki kretyński elfi powstaniec, zabronił, zaczął prosić – do dzisiaj nie wie, dlaczego, bo bezdomnych zwierzaków było w dzielnicy w bród, jakby odczuwał potrzebę się z jakim pobawić, to by sobie na chwilę znalazł – a nie mieli przecież pieniędzy na utrzymanie jeszcze psa, choćby chudego. Ale coś go wzięło wówczas, zamiast kamieniem w łeb przyrżnąć i kasę dostać, to się nagle przywiązał. I matkę w końcu zmiękczył, wiadomo, matka. Powiedziała, że ni skrawka chleba nie da na szkaradztwo, że sam będzie musiał żarcie mu skombinować, więc kombinował, zwykle podkradając albo puszczając zwierzę koło śmietników, tam sobie wyniuchać umiało.
Było słabe, nieprzydatne, zamiast szczekać, skamlało. Nie przestawało kuleć. Sierść miało nieprzyjemnie szorstką, od łażenia po śmietnikach zwykle cuchnącą oraz brudną – no ale, agent przyznawał, ludzie w tamtej dzielnicy też nie wonieli różami. Roche co drugie zdanie opowieści wtrącał, jak to nie rozumie, czemu się psiskiem zajął, jaki był wówczas dziecinny i głupi, matka się przecież zaharowywała na śmierć o każdy gówniany miedziak, a za psie truchło coś by im do kieszeni wpadło.
Kiedyś na ulicy go znowu banda dzieciaków dopadła. Cóż, nie był już pięciolatkiem, więc się nawet nieźle bronił, ale mieli zdecydowaną przewagę. Poharatał przywódcy gromady wargi, złamał nos, a potem, jak go już trzymali, nawet się ponabijał z krwi, co tamtemu trysnęła, jak babie w trakcie miesiączki. Albo rozdziewiczania i chyba tej metafory użył w ramach obelgi, tylko trochę mniej delikatnie, ale nie będzie powtarzał, nie chce spiczastych uszu sojusznika urazić. No i trafił, bo już wówczas miał talent do kopania ludzi w ich słabości, więc tamten oczywiście go pobił bardzo porządnie, lecz bez honoru, bo cała banda Vernona trzymała.
I musiało się tamto tępe bydlę – nie nazwał go nigdy, „psie" albo „bydlę", albo „kretynie" je wołał, bo na „skurwysyna" to nie miało dość godności, więc widzisz, Iorweth, oceniłem cię lepiej niż głupiego kundla – musiało się akurat z jakiejś uliczki, gdzie, jak to psy biedoty, latało, wynurzyć. Musiało raz w swoim żałosnym, nieprzydatnym do niczego, beznadziejnym życiu poczuć zew straceńczej odwagi. Albo po prostu tępe było i ta tępota wreszcie instynkt przetrwania wyłączyła, życie w końcu jakiejś inteligencji i sprytu też wymaga. Tak, tępe raczej.
No i skoczyło, głupie bydlę, do kostek tamtego przywódcy, pal sześć, jak mu było, już ziemię gryzie, rzucił „kurwim synem" o raz za dużo... Skoczyło, chociaż, głupie, nie miało połowy zębów, a resztę nieostrą. Idiota, nie pies. Tamci go bez trudu odkopnęli, ale sobie przypomnieli, że przecież Roche się jakby tym kretynem zajmuje. No i oczywiście to przypieczętowało los bydlęcia – przywódca je najpierw podręczył, ślipia wyłupił, łapy przetrącił, uszy przyciął, ogon odciął. Tamto tępe bydlę nawet go porządnie użreć nie umiało, jęczało tylko, skamląc. Reszta bandy potrzymała Vernona, żeby popatrzył i może z dumą powiedzieć, bo teraz, po latach zabijania ludziom i nieludziom na ich oczach nie tylko trzody, nie tylko domowych pupilków, ale i członków rodzin, to ma porównanie, może powiedzieć, że zniósł rzecz bardzo dzielnie, pośmiał się z tamtymi niemal, a generalnie wykazał daleko idącą obojętność – bo miał nadzieję, że tamtym się znudzi wtedy i pójdą, bo zaraz pora obiadowa, a nie warto się na gniew matki z byle powodu narażać – i słusznie miał nadzieję, bo planowali najpierw psu jeszcze łapy poobcinać, jelita wywlec, poprzypalać, różne atrakcje, a tak uznali, że żadna przyjemność, Roche'a tylko jeszcze parę razy walnęli, bydlęciu dali w łeb kamieniem i poszli.
Pora obiadowa w końcu była.
A bydlę sobie zdychało i musiał je dobić. No, normalnie – żyło jeszcze, bo tamci niestaranni byli, to dobił. Jak, jak. Po prostu. Kamieniem.
Tak to. Bydlę nie miało szansy wyżyć, ale jeszcze skamlało i szukało, ślepe, nosem Vernona. Trochę tam siebie pooblizywało, trochę tam jego dłoń, bo miał zakrwawioną, tylko akurat, durne, nie skojarzyło, że to nawet niespecjalnie jego krew, bo na rękach miał raczej cudzą, w każdym razie poszukało go nosem i tym kikutem ogona niby tam machnęło, że się niby cieszy, że Roche'a przy nim siedzi, że żywy. Durne bydlę, naprawdę, bo co on niby miał zrobić, żeby pomóc? Nic nie mógł, dobił tylko, szybko, sprawnie, żeby się nie męczyło. I wrócił do domu, bo też czekał na niego obiad.
Tylko się spóźnił, bo co prawda matka podawała później, musiała się wyspać po nocy i wszystko się opóźniało u nich, ale coś go tknęło, idiotyczne coś, wziął truchło psa i pogrzebał. I jak to dzieciak, nie pomyślał logicznie, zamiast pogrzebać, skoro już musiał, na pierwszym lepszym klepisku albo przy śmietnikach czy gnojówce, to polazł pod świątynię, tam był cmentarz ogólny, a nie chciał na tym dla biedoty, nie, nie ma pojęcia czemu, coś go klasowo ugryzło – czy ja dociekam, Iorweth, czemu ci szajba na punkcie rasy odbiła? – w każdym razie, przekradł się przez płot, w tym był dobry, grabarz zresztą był już w sztok pijany, a poza tym Vernon się go nie bał, bo ten chodził czasem do jego matki. No i Roche wlazł do grabarskiej izby, zabrał łopatę i zakopał psa. W świetnej lokalizacji zresztą, trochę je wybierał, nie w żadnej szlacheckiej kaplicy, co prawda, chociaż klucze też na wszelki wypadek grabarzowi świsnął, ale w grobie co najmniej średniej klasy rodu kupieckiego.
Klucze i fachową łopatę oddał, z cmentarza zwiał skutecznie, ale się spóźnił na obiad. Matka, która już słyszała, że się znowu bił, trochę się niepokoiła. No, a jak jej wytłumaczył całą sprawę, jak pojęła, że zamiast psa chociaż na tłuszcz sprzedać, to polazł i zakopał, i zmarnował pieniądze, i jeszcze się na sąd za bezczeszczenie zwłok naraził, to tak Roche'owi przetrzepała skórę, że następny tydzień siedzieć nie mógł.
— Koniec bajki — mruknął agent, wypijając kolejny kubek – kubek, bo może byli na dworze, ale bez przesady, uczta nie była oficjalna, nikomu się nie chciało bawić w kielichy – okowity. — Doświadczenie się przydało, bo odtąd wiedziałem, że jeśli istotom torturujesz coś bliskiego, a one są obojętne, to często udają. To... wyczucie mi szalenie w robocie pomagało.
Elf patrzył na niego z zimną, analityczną ciekawością.
— To jest prawdziwa historyjka — zapytał wreszcie — czy ją zmyśliłeś po – po tym ostatnio, u ptaków? Żeby u mnie wywołać poczucie wspólnoty, współczucie, zmniejszyć dystans albo pokazać, że rozumiesz, albo co innego, co tam służby robią.
Mężczyzna parsknął pijanym, głośnym śmiechem.
— Przecież jeśli ty mi nie ufasz, to czego bym nie powiedział, nie uwierzysz. Powiem, że prawda, uznasz, że się bawię w śledztwo, powiem, że łgałem, uznasz, że nie chcę się przyznać do słabości. Po co pytasz?
Watażka zamilkł i Roche, nadal sardonicznie ubawiony, wrócił do picia. Dh'oinne!, myślał pułkownik, tylko tym razem nie umiałby przyporządkować uczucia, które się z tym słowem wiąże. Takie czuło-znużone, jak gdy się macha ręką i mówi „kobiety!" albo „dzieci!", czy raczej pogardliwe, czy gniewne, czy jeszcze inne.
Po chwili wszakże, przypomniawszy sobie strzępki wiedzy o ludziach jako takich, nawet nieco, może pod wpływem opowieści, może alkoholu, do dzieciństwa się wróciwszy, podniósł rękę, sam widział, że niepewnie – i nie dziwota, z otchłani lat rzecz przywoływał – po czym, jeszcze niezręczniej, spróbował poklepać agenta po ramieniu. Tak chyba, jeśli nic się w obyczajach nie zmieniło, Dh'oinne się... pocieszały. Wyrażały troskę, zrozumienie i całą resztę. Chyba. Urwał w pół gestu.
Po paru sekundach zawieszenia cofnął dłoń. Pal sześć, tak czy inaczej, Roche za dużo już wypił, by rano cokolwiek z tej godziny pamiętać.
'
'
— Jak myślicie — jęknął męczeńsko Roche, padając koło południa następnego dnia na kanapę w salonie Armanda — co teraz porabia Talar? Kiedy ja tutaj, dla ojczyzny, ciężkie znoszę katusze?
Markiz ocenił stan majora. Na oko wyglądał dobrze. Żadnych rozcięć. Żadnych sińców. Ubranie całe i czyste. Czyli żadnej nowej bójki. Za to wzrok mętny, cienie pod oczyma... Ach. Wczorajsza uczta się dała we znaki. No doprawdy, że też wszyscy naokoło muszą mieć tak słabą głowę. I że też muszą z tym zawsze do niego, Armanda, przybiegać. Jakby samo to, że on przykrych skutków nadużycia nie odczuwał, czyniło go lekarzem, amuletem, czymkolwiek.
— Żadne katusze — mruknął więc trzeźwo, odrywając się od książki i ruszając w stronę remedium, zwanego barkiem. — Masz tu wikt, opierunek, dach nad głową. Luksusowe warunki. A lud przymiera głodem i łka pod butem okupanta, jak to ujął ostatnio Jaskier – słyszałeś tę jego najnowszą balladę? Nie? To podsłuchaj koniecznie, o Temerii, Anais go namówiła. Będziemy ją śpiewać pokątnie chyba, bo Nilfgaardowi nie w smak... Chociaż, graf mówi, że jak dokonać drobnej korekty dwóch metafor, to może być całkiem o Redanii i Kaedwen, a wtedy jak najbardziej — mówiąc, Armand szykował już powoli medykamenta do walki z dniem poprzednim, to jest, kieliszki i czystą, bo atak jest najlepszą formą obrony. — Ad rem: tobie tutaj dobrze, tylko przesadzasz. A Talar, Talar... Jak go znam, to się świetnie bawi.
'
'
Skrzynka na korespondencję była mahoniowa, z hebanowym, geometrycznym markietażem, w środku pachniała olejkiem różanym. Wykwintna rzecz. Bardzo niepraktyczna w czasie wojny, bo na milę bijająca wartością, ale Arjan La Valette zawsze uważał, że ludziom jego klasy przystoi rozbuchanie, szaleństwo i wszystko, co niepraktyczne. Racjonalizm był dobry dla mieszczan, pragmatyczne tchórzostwo dla chłopów.
W końcu, jeśli ktokolwiek dotrze aż do jego najprywatniejszych rzeczy, to będzie to wiadomą oznaką, że jego odwaga, honor, poświęcenie nic nie dało i przegrali – więc nic im już nie przyjdzie z poufności listów. Skoro tak, to mógł pozwolić sobie na przyjemność posiadania pamiątek (szkatuła była podarkiem od ojca), dobrych, drogich szat, oraz wielkopańskich nawyków. Coś go przy życiu oraz klasowej tożsamości trzymać musi.
Talar, oczywiście, tego nie rozumiał. Patrzył na szlachcica, pieczołowicie segregującego korespondencję w odpowiednie przegródki, z drwiącą irytacją.
— Baronowa jeszcze nie wydziedziczyła waszej miłości? — spytał sarkastycznie.
Właśnie dlatego porządkowanie listów i wszystkie inne rytuały są ważne, pomyślał Arjan, pozwalają zachować całkowity spokój i przyrodzoną godność w sytuacjach, gdy się mierzy z wyniesionym do zaszczytów plebejuszem. By nie rzec gorzej.
— Niewiele by to zmieniło. Ludzie są mi lojalni. Nilfgaard czeka na koniec zimy, a ledwie puszczą lody, rusza na Kaedwen — odpowiedział obojętnie.
Nie odłożył listu. Nie będzie mu byle mieszczanin zabraniał kontaktów z rodzicą.
— Że z dorżnięciem niepozornego szlachetki poczekają do wygranej, sądzisz? Może i tak. Na pewno bym sobie tego kurewsko życzył. Ale równie dobrze mogą pchnąć jakiegoś nadambitnego chuja, by się tobą zajął.
— Musieliby pchnąć dobre dziesięć tysięcy ludzi. Henselt nie przepuściłby okazji, zaatakował.
— Cała nasza nadzieja w wybitności myśli taktycznej Cesarstwa, więc? To się, kurwa, porobiło na tym świecie, nie uważacie, wasza miłość? Tamerska szlachta pokłada nadzieję w geniuszu Nilfgaardu, a nie swoich królach.
Młody baron wolałby chyba, żeby Talar mu po prostu dał wreszcie w twarz. Ale nie, ten śmieszny mały rojalistyczny spisek musiał wypominać mu – jemu, którego armia i zamki były jedynymi, na które tamci mogli liczyć! – bunt wobec Foltesta oraz działania matki w mniej bezpośrednie sposoby. Arjan nie miał nawet jak zaprotestować, przynajmniej póki mieli jego siostrę. Nie był może do małej jakoś szalenie przywiązany, ale to jednak siostra, krew z krwi, dziecko. Zwłaszcza gdy matka, pal sześć, przymuszona czy nie, stanęła po stronie Cesarstwa, co chwilowo oznaczało, że Anais awansowała z roli „miejscami irytującej, najczęściej jednak obojętnej istotki" do „jedynej bliskiej krewnej".
No i jednak każde wspomnienie pełnej ulgi radości, którą poczuł, gdy po dobrym roku bez żadnych wieści o losie siostry dostał od niej list – własnoręcznie skreślony – przypominało mu, że trochę miłości w jego stosunku do dzieciaka też było. Nawet jeśli dzieciak wykazywał zupełnie niezrozumiałą sympatię do tej szui, Foltesta. Ale rodzinne spory przyjdzie czas później, jeśli kiedykolwiek.
— Czego ty właściwie ode mnie chcesz? — spytał sucho Arjan; z ludźmi niższego stanu trzeba bezpośrednio, ze szpiegami może zwłaszcza. — Żebym przestał przyjmować listy od matki?
— Absolutnie nie, zachęcajcie ją, wasza miłość, by pisała, można z tego masę ciekawych informacji wydobyć.
Baron poczuł, jak tężeją mu mięśnie szczęki. Zdołał jednak przywołać uprzejmy uśmiech i był z siebie prawie dumny.
— Zezwalam wam na dostęp — przypomniał, wyjmując listy ze skrzynki, podając je Talarowi zamaszystym gestem. — Proszę, chcesz coś jeszcze sprawdzić? Nie przepisałeś czego ostatnio? Czy kopie się zgubiły?
— Nie robię żadnych chędożonych kopii — oznajmił z urazą szpieg, chwytając papiery. — Jeszcze by w niepowołane ręce wpadły. Zapamiętuję. Ale jasne, dajcie, wasza miłość, można coś nowego dostrzegę, zawsze to prościej pracować na notatkach niż w pamięci. Mogę robić dopiski czy to urazi tkliwe uczucia waszej miłości?
Talar był człowiekiem potwornym i przyprawiającym o migrenę, podsumował La Valatte. Po raz setny tego wieczoru. Rzecz irytowała tym bardziej, iż szlachcic wiedział, że ten sam agent, jeśli chciał, potrafił być słodki, uprzejmy, dworny.
— Dopisuj, co chcesz. — Arjan wzruszył lekko ramionami. — Nie wiem, po co się w ogóle z tym bawisz, to wszystko i tak dyktowane przez Czarnych, co do słowa...
— Nieprawda, wasza miłość — głos Talara złagodniał, co zaniepokoiło arystokratę. — Na przykład wszystkie zapewnienia o miłości do was są całkowicie szczere. Podobnie jak zaniepokojenie waszym i Jej Wysokości losem. Uwierzcie szefowi służb, który zaczynał od białego wywiadu.
Barona zakłuło, ścisnęło za gardło. Zaraz przegnał te nastroje precz, jako niegodne, znalazł w sobie zamiast nich gniew – na Talara.
— Jeśli sprawdzasz moją lojalność...
— Nie. Nie — zapewnił szpieg, znów raczej uprzejmie. — Pokazujecie mi te listy i to mi wystarcza. Więcej w tym rozsądku niż w działaniach Jej Wysokości. Z całym szacunkiem.
Anais, z tego, co jej bratu donoszono, te kilka listów od matki, przekazanych przez ambasadora Cesarstwa, natychmiast wrzuciła do ognia. Bez otwierania. Ze względu na pamięć ojca. Młody La Valette obiecywał sobie, że jeśli kiedykolwiek wpadnie na Roche'a, to go zrzuci z najbliższych schodów za to, że nie dopilnował, by mała – nawet dziesięciu lat nie miała, do kroćset! – zachowała jakąś równowagę emocjonalną. Tylko o tym nie było sensu teraz rozmyślać, nic w tej sprawie nie zmieni. Siostra na listowne wzmianki o matce odpowiadała gniewem, pod którym Arjan wyczuwał ból. Nie chciał go przysparzać, więc porzucił temat.
— Nie oczekuję od was, że będziecie osądzali własną matkę.
A Talar musiał go rozgrzebywać, oczywiście.
— Moja matka jest tylko kobietą — oznajmił baron oschle, zimno. — W żałobie po stracie syna. Nie sądzę, by była w stanie, który pozwalałby na sądzenie jej działań.
— Bronicie jej honoru niepoczytalnością? — mruknął szpieg z czymś na kształt uznania. — Całkiem słusznie. Większość naszej szlachty o kobietach ma opinię głupszą niż karczmarz-analfabeta, chętnie wam uwierzą.
— Nie dbam o naszą zdradziecką szlachtę — prychnął dumnie Arjan. — Nie mają prawa oceniać mojej matki, po tym, co sami zrobili, jak szybko złożyli obcym królom hołdy...
— Wyście pierwsi bunt zaczęli. Zapytałbym, co chcieliście na tym ugrać...
— Nic. Chodziło o cześć baronowej i pradawne prawa szlacheckie, przez króla już przed wojną łamane, bo tak, Talar, Foltest deptał prawa jeszcze przed wojną, sejmu od dekad nie było, nawet przy nakładaniu podatków, jeszcze przed wojną uczynił Temerię pośmiewiskiem przez swój romans z Addą, a po wojnie, kiedyście zaczęli mu bezmyślnie przyklaskiwać, przestał nawet dbać o pozory...
— ...ale – jak właśnie pokazaliście – wy mi nie będziecie w stanie odpowiedzieć. Wam powiedziano „honor, prawa, godność" i już gotowi byliście zginąć, pogrążając przy okazji kraj. Jesteście dziećmi, wasza miłość. Zwiedzionymi przez opowieści o królach, rycerzach i szlachetnych damach. Nie mam wam tego za złe, bo nie jestem aż takim chujem, by mieć innym za złe ich cnoty – po prostu zostaliście wykorzystani. Wasza miłość.
— Zdaję sobie sprawę.
Arjan z zaskoczeniem odkrył, że właściwie czuje ulgę – nie wiedział, czego się spodziewał po przemowie Talara, lecz z pewnością czegoś gorszego, bardziej bolesnego. Oskarżeń lub najgorszego, wiedzy, wiedzy, po której baron nie mógłby zachować ani strzępka honoru, przynajmniej we własnych oczach, po której należałoby życzyć sobie rychłej śmierci. Prosta prawda, że został użyty jako pionek w grze była na tym tle uprzejmością; do niej już przywykł.
— Zdaję sobie sprawę. I chyba dosyć pomaga waszej sprawie moja armia, moje zamki i moje słowo?
— Dosyć — potaknął agent, gładząc trzymane papiery. — Aczkolwiek jeśli cudu nie będzie, to do wiosny sami z tym burdelem na głowie zostaniecie. Zima ostra...
— ...a szlachta się od was odwróciła i wspiera Addę. Do mnie też wieści dochodzą. Całkiem szybko — satysfakcja biła z głosu arystokraty – głupia, to bo w końcu sojusznicy, zganił sam siebie.
Talar nie skomentował jego radości, stwierdził tylko rzeczowo:
— Broń, pieniądze, wyżywienie... To może damy radę zabezpieczyć. Potrzebujemy ludzi.
— Nie mam więcej. Szlachty nie przekonam. Nie z matką w Nilfgaardzie. Ciebie, Natalisa, parę osób mogę u siebie przechować przez zimę. Nic więcej.
Baron sam się zdziwił temu, jak głucho, ciężko, rozpaczliwie zabrzmiał jego głos. Straceńczo, nagle wyzuty z całej młodzieńczej, arystokratycznej pewności.
— Wiemy, wasza miłość. Już przedsięwzięliśmy pewne kroki. Musicie jednak zrozumieć, że rozpacz sięga po rozpaczliwie środki – i muszę wiedzieć, wszyscy musimy, czy je zniesiecie. Czy będziecie z nami do końca.
La Valette zamknął pudełko, ociupinkę zbyt gwałtownie. Wieczko trzasnęło.
— Nie chciałem chwały Cesarstwa ani zguby kraju. Naprawię swój błąd. I będę stał przy siostrze, zawsze. Nie wiem, czego ode mnie chcecie, ale zniosę, zapewniam was, że zniosę. I nie zdradzę. Nikogo nigdy nie zdradziłem... — urwał nagle, poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, bo sobie przypomniał.
Talar tym razem postanowił być miły, co piekło bardziej niż wszystkie poprzednie złośliwości. Czyli pominął temat:
— To nie będą honorowe rzeczy. Cesarstwo, być może, będzie dla nas lepszym wyborem niż Północ.
— Zauważyłem.
— Bunt Saskii pokazał, że wielka moc drzemie w prostym ludzie. Już poprzednie wojny pokazały, że równie wielka moc drzemie w nieludziach. Będziemy musieli z niej korzystać – bo szlachta się na nas wypięła, rzecz ujmując delikatnie.
— Zauważyłem — powtórzył Arjan, bo miał wrażenie, że coś powiedzieć powinien, a nie doszedł jeszcze do siebie na tyle, by układać przemowy.
— Zniesiecie to, wasza miłość? Jesteście jedyną armią, jaką mamy – liczymy się z waszym zdaniem.
— Zdaniem dziecka, jak to raczyłeś ująć.
— Zdaniem starych zasad. Zdaniem honoru. Co by o was mówić, cokolwiek robicie, robicie tak, jak nasi przodkowie by czynili. Przez was bardzo stara krew przemawia.
— Bezużyteczna w tych czasach, znaczy.
Czasy mieszczaństwa, pomyślał z nagłą wzgardą, z fizycznym wręcz obrzydzeniem, mieszczaństwa i chłopów, rozumu i pieniądza, i wygodnictwa, i tchórzostwa, i pogardy wszystkiego, czego się nie da ująć w tabelki, skalkulować, wytłumaczyć, wyjaśnić – jakbyśmy my, ludzie, cokolwiek jasnego w sobie mieli!
— Sam fakt, że to wy macie armię, zadaje kłam tym stwierdzeniom. Chcemy mieć waszą zgodę, wasza miłość.
— Na co? — spytał automatycznie, sięgając po wino.
Ujawniał słabość, ale Talar przecież musiał się już dawno domyślić. A baronowi wreszcie odpuściło ściśnięte przed paroma minutami gardło, wspomnienia rzedły i potrzebował się napić, tak bardzo...
— Na wszystko, niestety. — Mina szpiega była tak zbolała, że Arjan prawie mu uwierzył. — Trudno teraz w pełni przewidzieć, ale te trzy aspekty – nieludzie, prosty lud i Nilfgaard – na pewno zwłaszcza...
— Nie chcę wygranej Nilfgaardu — szepnął; brzmi jak dziecko, zauważył z przyganą.
— My także nie. Ale się może zdarzyć, że wiosną wypadnie nam osłabiać tak Północ, jak Czarnych...
— Niedawno wykorzystali mnie Czarni, dzisiaj wy chcecie mojego pozwolenia in blanco. — Arjan uśmiechnął się nagle, bo myśl faktycznie dopiero teraz stanęła przed nim w całej swej ironicznej okazałości. — Ale przecież to tylko grzecznościowe. Może dla uspokojenia sumienia Natalisa jeszcze. Jeśli będzie trzeba, to przekonacie królową, by wydała rozkaz, przeciw własnej siostrze się w obecnych warunkach buntować nie będę... Ja nie mam żadnych praw do korony, podważanie tych jej to szaleństwo, zostanie tylko Adda, a ona nas odda Radowidowi. Czemu mnie pytasz? Chcesz wykorzystać moją sławę, charyzmę, te kilka zwycięskich potyczek, które połączono z moim imieniem? Proszę, masz moje pozwolenie. In blanco. Dowiem się chociaż, co planujecie? Czy przez wzgląd na cnoty naszych przodków, we mnie rzekomo wcielone, wolicie mnie trzymać w niewiedzy?
Szpieg się uśmiechnął. Anielsko wręcz łagodnie. Nalał sobie wina, kieliszek podniósł pod światło, jakby naprawdę zachwycony załamaniami światła w cieniutkim, delikatniutkim, zbytkownym szkle.
— To, co będzie konieczne dla zapewnienia siostrze waszej miłości korony. Tylko tyle planujemy, nic więcej — zapewnił wreszcie.
A potem opowiedział, popijając wino. Wyłożył jasno, logicznie, wyraźnie. I Arjanowi pociemniało w oczach – tylko przecież nie miał wyboru. Już od całkiem dawna.
'
'
Baron Istvan d'Orczy prawie płakał. Owszem, wyglądał poza tym na zdeterminowanego, lecz jak na prawdziwego artystę i rycerza przystało, pozwolił wzruszeniu zasnuć swoje smagłe lico, pełnym wargom drżeć, łzom zbierać się w czarnych, wielkich oczach. Natalis wyglądał niewiele lepiej.
Bardzo dobrze, myślał Talar, cierpcie sobie w chuj, panowie, za nas wszystkich, może nam to dusze zbawi, a na pewno ładnie na obrazach wyglądać będzie. Chociaż, oczywiście, zganił sam siebie, preferowanym wyjściem jest to bez żadnych jebanych obrazów. Cisza, zasłona i wymazanie pewnych chwil z kart historii. Zasypie wszystko, zawieje – jebany śnieg cyklu życia.
— Lud — mruknął baron d'Orczy, sięgając do czarnych loków, opadających mu na ramiona, bawiąc się nerwowo — podobno o królową naszą był bardzo dbały, królowa podobno do ludu wielce przywiązana...
— I lud — oznajmił Natalis, głosem głuchym, lecz nie drżącym — z pewnością chętnie ofiary, choćby ciężkie, za królową jeszcze poniesie. Królowa uraduje się zaś miłością swego ludu. Ale o naszych działaniach, panowie, jako regent Jej Wysokości informować nie muszę. Nie zamierzam. Na waszą dyskrecję w tej sprawie liczę.
Zgromadzeni – szlachta, trochę mieszczan, paru przydatnych ludzi niejasnego pochodzenia, jak sam Talar – pokiwali głowami.
— Baron La Valette się zgodził — przypomniał szpieg. — A wszyscy wiemy, jak... honorowym jest ten młody człowiek. Jak dalece w walce o prawa wasali posunąć się umie.
— Przysięgałem chronić lud — powtórzył z uporem Istvan. — Lud mi – nam wszystkim, do diabła! – za to przecież płaci, przecież dlatego te zamki utrzymuje. Jestem seniorem tych ludzi, nawet jeśli Henselt mnie niby z dziedzictwa wyzuł – nikt mnie nie można zwolnić z rycerskich ślubów...
— I swój lud wasza miłość ochroni, śluby wypełni — zapewnił szybko Talar. — Czyż nie? Uwzględniliśmy poglądy waszej miłości w swoich planach...
— Bo są wam wygodne — oznajmił baron, nagle otrzeźwiawszy z egzaltacji. — Bo ktoś, komu lud ufa, jest wam potrzebny. A wiadomo, wasz ulubiony morderca się do takich zadań nie nadaje — dokończył z wyrzutem.
Nie jesteś takim skurwysynem, by mieć za złe ludziom ich cnoty, pamiętaj, powtarzał sobie w duchu szpieg. Baron d'Orczy Roche'owi, owszem, nigdy nie wybaczy, bo baron kocha lud. To przecież kurewsko ładnie – kochać lud.
— Henselt i Nilfgaard to dla gminu największe możliwe nieszczęście — zauważył Talar. — Królowa lud miłuje. Jeśli zapewnimy jej władzę, złota epoka dla waszych poddanych nastanie. Istvan — przeszedł na poufały ton, baron to poniekąd lubił, jak wypada chłopomanom — o co ci właściwie chodzi? Wycofać się chcesz? Teraz? Przestać walczyć o ojcowiznę? O swoich poddanych? Sam mówiłeś, że hrabia Vouche ich uciska...
— Uciska? — mężczyznę niemal zatchnęło z oburzenia. — Ten drań ich katuje, osobiście, a podatkami prawie zabija, kilka lat, a te ziemie się albo wyludnią, albo zamienią w jeden wielki targ niewolników, jeden wielki burdel, ku uciesze jaśnie hrabiego istniejący! – chłop to nie niewolnik ani dziewka przecież, panowie, mniemam, że wszyscy sobie jasno zdajemy sprawę z różnicy... Nie, Talar, z walki o moją ojcowiznę to może bym zrezygnował, ale z walki o dobro ludu – nigdy!
Potrząsnął czarnymi lokami zapalczywie. Wyglądał bardzo młodo jeszcze, choć przecież stuknęła mu niedawno trzydziestka. Najwyraźniej, dumał Talar, słysząc, jak stojącemu za nim baronetowi Grimmu, znanemu koneserowi urody męskiej, oddech się nagle pogłębia, idealizm tudzież dziecięca czystość duszy, dobrze, kurwa, nie tylko serca i umysły konserwuje.
— No to, rozumiem, sprawa załatwiona? — podsumował na głos.
Baron potaknął, znów chłodniejszy. Zdolność artystów do zmiany swoich nastrojów w sekundę nadal szpiega frapowała, choć przywykł ją już brać za pewnik. Pewnik zadziwiający wszakże. Jak istnienie piorunów kulistych.
