Na skutek tych wszystkich zawirowań to ja prawie codziennie coś nowego wrzucam. Ale nie. To chwilowo koniec i wracamy do normalnego rytmu. O.
Wzrok odwróćcie, dzieci drogie,
okna zaryglujcie żwawo,
litości proście przed Bogiem,
Dziki Gon pędzi ze świtą!
A kogo Król Zjaw dopadnie,
ten na wieki już przepadnie,
ten na wieki już przepadnie,
kogo Król Gonu dopadnie!
Zabawa dziecięca, korzenie swe biorąca z pieśni dziadowskich, opisujących przesądy gminu
'
'
— Nie wiem, czy dziecko się urodzi zdrowe — szepnęła Sh'aenid znad moździerza któregoś popołudnia. — Ale zrobię wszystko, żeby się urodziło. W jak najlepszym stanie. I jestem dobra w swoim fachu, tak naprawdę. Skromność każe zmilczeć, więc raczej tego nie powtórzę, ale jestem dobra — dodała spiesznie.
Dziewczyna drgnęła, zaskoczona nagłym podjęciem tematu. Fakt, ostatnio już nawet wstawała, jadała normalnie, powiedziała, żeby wpuszczać do niej chłopców, że złe wspomnienia są stare, że się ich nie boi – dzięki czemu mogła wysłuchać długich, solennych, ewidentnie wyuczonych przeprosin Civeana i Yeywidda. Elfka musiała uznać, że chora wreszcie wytrzyma podjęcie tematu.
— Nie martw się — mruknęła lojalnie Ves znad robótki ręcznej; szło jej nie najgorzej, ale też nie oszałamiająco, naprawdę, więcej miała talentu do wojaczki. — To z gwałtu. To znaczy, z burdelu. Nikt na tego bachora nie czeka.
Bachor aktualnie postanowił się nazywać Laura. Imiona się zmieniały, ale płci ostatnio kobieta była dziwnie pewna. I uważała całe te zabawy za swoją bardzo prywatną sprawę.
Lekarka ani drgnęła.
— Mhm, tak myślałam. Tak wyglądał... obraz medyczny — stwierdziła. — Ale uznałam, że nie będę pytać. Czemu uciekłaś, twoja rzecz. Wszystko mi świadkiem, że sama mogę wymyślić dziesiątki powodów. A tu cię raczej szukać nie będą.
Nie, ci raczej nie. Ci już pewnie gryźli ziemię. Gorzej z żołnierzami Kaedwen, ludźmi z poprzedniej wioski, szukającymi morderczyni, no i Wiewiórkami. Aczkolwiek one też mogą nie wpaść na pomysł, że się ukrywa akurat w gromadzie nieludzi.
— Chyba, że cię szuka ktoś jeszcze — dorzuciła łagodnym, konwersacyjnym tonem zielarka.
Takim tonem, Ves pamiętała, się wywołuje poczucie bezpieczeństwa, namawia innych, by mówili. Może przesłuchania jej nie bawiły, czasem jednak brała się za zdobywanie informacji, zwłaszcza tam, gdzie kobieca ręka – i biust – mogły dać lepsze efekty.
Wobec czego zmartwiała teraz. Jeśli tamta się domyślała, jeśli się jej domysły potwierdzi, to przecież zaraz ją wyrzucą. Z takim ogonem mogła tylko zaszkodzić ich grupie. Nawet jeśli byliby świętymi, to dowiozą ją najwyżej do najbliższej wioski, skrzyżowania dróg, a potem radź sobie sama.
— Ejże — w głosie Sh'aenid zadźwięczała teatralna uraza — ejże, ejże. Co to za cisza? Powiedziałam ci, nic cię przy mnie złego nie spotka. Nieważne, co zrobiłaś i kto cię ściga. Nie jestem od sądzenia, nie za bardzo mam prawo czy prerogatywy. Jestem od ratowania życia. Pomogę ci, choćby cię gonił Dziki Gon. W porządku?
Dziki Gon, pewnie, Dziki Gon to abstrakcja, mit, przesąd. Ludzkie sądy, oddziały, wściekłe Wiewiórki to rzecz zdecydowane prawdziwsza, straszniejsza.
— I inni się z tobą zgodzą? — wymknęło się Ves; zaraz pożałowała, że sobie nie odgryzła języka – doprawdy, co ta elfka robiła z rozsądnymi, skrytymi ludźmi!
— Inni się ze mną zgodzą — oznajmiła spokojnie lekarka, z dostojeństwem tudzież pewnością godnymi udzielnej księżnej rozprawiającej o poddanych. — Ale inni nie muszą wiedzieć. Ja muszę, owszem, żeby ocenić ryzyko. Żeby ocenić, jak najłatwiej cię ukryć, kogo unikać, kiedy cię chować. Nie potrzebuję wiedzieć, co zrobiłaś, żeby ci pomóc, nie potrzebuję znać szczegółów ani twoich powodów, potrzebuję wszakże wiedzieć, kto cię ściga. Nie muszę wiedzieć, za co. Tylko kto.
Brzmiało rozsądnie.
— Pół świata — burknęła dziewczyna po chwili zastanowienia.
— Precyzyjniej, Vesanna, potrzebuję wiedzieć, które pół.
— Właściwie, to chyba nawet nie pół, a wszyscy — jęknęła z rezygnacją kobieta, bardzo dziecinnie rzucając się na poduszki, wtulając głowę. — Wiewiórki, żołnierze Kaedwen, myślę, ludzie zarządcy Blatki, właściciele burdelu by mogli, ale pewnie już nie żyją, przy odrobienie pecha to nawet jakieś oddziały specjalne Kaedwen... — Wymieniając, odginała palce. — To tyle mniej więcej.
Ku jej zaskoczeniu, zielarka, zamiast się wreszcie przelęknąć, gwizdnęła z podziwem. Bardzo niedystyngowanie.
— Nieźle! Teraz aż mnie korci, żeby zapytać, coś ty takiego zrobiła, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota, obiecałam nie dociekać – chociaż, może jednak?
Jej rozbawienie częściowo na pewno było udawane celem podtrzymania chorej na duchu. Sprawiało też wszakże wrażenie trochę przynajmniej prawdziwego. Ves przyszło nagle do głowy, że tamta jest po prostu szalona, takim cichym, utajonym szaleństwem. Wybuchającym najwyraźniej na wojnie, w niebezpieczeństwie, w polityce. Dziewczyna znała takich ludzi. Bywali raczej groźni, bo mało przewidywalni i jeszcze mniej rozsądni, gdy się już zapalili.
— Cóż, ufarbujemy ci włosy. Przytyjesz u nas trochę, to na pewno — planowała tymczasem Sh'aenid, bardzo metodycznie; oczywiście, bywali metodyczni wariaci, właściwie, większość bywała. — Siłą rzeczy będziesz ubrana, jak elfka, nie będziemy się tobą bardzo chwalili posterunkom ani garnizonom, zresztą, im ich mniej spotkamy, tym lepiej.
Cała ich podróż nie była głupotą ani wariactwem, na jakie wyglądała. Nie, była efektem „logicznego założenia Jego Wysokości, że jeśli się chce wygnać dużą grupę mieszkańców z kraju i nie chce się, by przeszła na stronę wroga, to najlepiej zacząć niezapowiedziane, błyskawiczne wypędzenia w środku wyjątkowo ostrej zimy", jak to zgrabnie – bez cienia resentymentu – ujęła elfka. Ale, dodała, ludzie „w domu" ich naprawdę lubili, no, ona była dobrą akuszerką, lekarką, „panią od wszystkiego", nawet po forcie Leyda nic im okoliczna ludność nie zrobiła, więc jak tylko komendant okręgu się dowiedział, co ci na górze szykują, to pierwszy przyleciał ostrzec i pomógł w przygotowaniach do drogi. Dzięki czemu teraz nie zamarzali, tylko wędrowali sobie w jako-tako ciepłych wozach, okutani po same uszy. Oczywiście, to nie były optymalne warunki, lecz przynajmniej mieli spore szanse przeżyć.
„Wszystkich Aen Seidhe to Henselt nie wygna", mówiła zielarka, trzeźwo, bez cienia emocji, chociaż we wspólnym i do Ves. „W Góry Sine nie pójdzie, ludzi mu szkoda marnować. Naszych z miast nie ruszy, są potrzebni ekonomii, a łatwo ich, jakby co, w pogromie wymordować, mieszkają w tych gettach... Łatwo odróżnić, łatwo spędzić w jedno miejsce, łatwo zabić, nie ma potrzeby wyrzucać. Poza tym, ludzie się w miastach nie kojarzą, nie będą protestowali, chętnie pójdą rezać, wystarczą im dwa słowa. Na wsi inaczej. Jak przyjmowałam jeszcze porody babek dzisiejszych dzieci, to, rozumiesz, nie jest prosto wmówić mieszkańcom, że knuję na ich zgubę, zatruwam źródła, jak to nieludzka czarownica, że należy mnie powiesić. Do lasu nietrudno ze wsi pójść, oddział zacząć... Wobec czego lepiej wygnać. Profilaktycznie. Zamknięcie etniczne Dol Blathanny dało doskonały polityczny pretekst".
Ves w sumie wiedziała, pamiętała. Twarze zaciętych cywilów, nieważne, chroniących Wiewiórki czy prostych rzezimieszków: jeśli ci daną wioskę traktowali jako matecznik, nigdy nie ruszali, dbali o podział łupów i ludność, to owa ludność umiała stać za takimi bandami murem. Cóż, ludność się wówczas po prostu przesłuchiwało i wieszało, aż ktoś, zwykle matka czy narzeczony, pękł. Niemniej fakt, trochę z tym było roboty, na pewno więcej niż Zakon miał z wywołaniem pogromu w Wyzimie te parę lat temu.
— Czemu ty mi właściwie pomagasz? — westchnęła dziewczyna, wychodząc z zamyślenia.
Tamta, ledwo podnosząc głowę znad zielarskiej pracy, odpowiedziała jakoś tak naturalnie, prosto, oczywiście, że Ves, po raz pierwszy od lat, poczuła nie tyle winę, ile wstyd.
— Ależ, przecież byś tam zamarzła!
'
'
— Wiesz, gdybyś mi opowiedziała, to może by było ci prościej. Wszystko opowiedziała — szepnęła kiedyś Sh'aenid, gładząc, jak codziennie, włosy Ves, teraz ciemne, przed zaśnięciem. — Wszystko, wszyściutko.
Dziewczyna siedziała u niej w wozie, bo tam było miejsce. I bo tam się po raz pierwszy znalazła, a lekarka uznała, że jej trochę rutyny dobrze zrobi. Przelotnie dołączali do nich inni chorzy.
Teraz Ves patrzyła na zielarkę podejrzliwie, bo ta przecież mogła, musiała, bardzo, bardzo wiele wyczytać z blizn i tatuażu. Wiedza nie dawała władzy bezsilnym, ofiary zwykle wiedziały najwięcej, co nic nie zmieniało – wiedza za to znacząco zwiększała władzę tych, co już ją mieli. Jeśli dotąd zielarka milczała, to owa władza pozostawała zawieszona, ukryta w jej obietnicy niepytania, jej polityce bezwzględnej pomocy. Zmiana reguł wiodła, zdaniem dziewczyny, jedynie do śmierci; więc teraz Ves milczała, za wszelką cenę próbując nie okazywać, jak się boi.
— A może nie — dodała po długiej, długiej chwili ciszy lekarka. — Ale, widzisz — zawiesiła głos, naraz niepewna, jak nie ona; sięgnęła po buteleczkę z eliksirem nasennym, przez chwilę się nią bawiła. — Widzisz, Veska, jeśli – jeśli jest tak, że nasza uprzejmość, cię... płoszy. Robi krzywdę. Cię łamie, o, jeśli to jest dla ciebie, jak... — Zrobiła szeroki, nieokreślony gest ręką. — Jak te wszystkie przesłuchania, jak śledztwo, jak podwójni agenci, jak to wszystko. — Zmarszczyła brwi, w idealnie odegranym wyrazie zamyślenia, zakłopotania. — Jeśli, krótko mówiąc, wolałabyś, żebyśmy cię zabili, niż ci pomagali, to mi powiedz. Będę ci odradzała, ze względu na dziecko, ale jeśli się uprzesz, to ja ci – ja ci nie zabronię. A mogę pomóc, żeby było bezbolesne. Jeśli cię – jeśli cię nie upokorzy moja pomoc.
Ves nawet nie mrugnęła. Po prostu tak nieco skamieniała. Bo elfka mówiła raczej ze szczerym przejęciem. Prawdziwym namysłem. Wizja świata i wartości, jaką ten namysł ukazywał, była tylko absolutnie, przeraźliwie obca. Na tyle obca, że z punktu widzenia ludzkiego szaleńcza – ale dziewczyna bardzo ostrożnie szafowała słowem „szaleństwo" po latach obcowania z Wiewiórkami. To było obce, lecz niekoniecznie szalone, przeciwnie, zwykle nieźle osadzone w jakichś własnych normach i za dobrze pamiętała czas, gdy umiała, już całkiem bezwiednie, odczytywać te normy, myśleć nimi, brać niemal za własne, by wrzucać je do szufladki choroby.
Roche uważał inaczej, przypomniała sobie nagle, chociaż umiał odegrać zrozumienie, chociaż odgrywał miliony rzeczy, nawet i troskę, nawet i współczucie, jeśli akurat bardzo potrzebował zeznań. Dla niego to zawsze było koniec końców niedozrozumiałe, słowa, których się używa, nie celebruje, maski, które się przybiera, nie takie, które przywierają i nie chcą zejść, nie druga skóra.
Roche to, konkretniej, przypominała sobie, wszystko w jednym rzucie, uznawał za dziecinne fantazje, takie szaleństwo smarkaczy. Twierdził, znudzony, że to cała tajemnica tych jego ładnych wyników śledczych, że to generalnie wszystko durne, stumanione dzieciaki, całe te Wiewiórki. Sen na jawie. Okrucieństwo, które nie rozumie same siebie, które się tylko boi. I Roche ją do swojego krótkiego „elfie chędożenie" przekonał, Roche i chłopaki. Nie, żeby się specjalnie opierała.
— Nie chcę łamać ludzi. Ani nikogo — dodała cicho, bardzo cicho, Sh'aenid. — Jeśli wolałabyś umrzeć, niż żyć dzięki naszej pomocy, to będę szanować twój wybór. Nie zapytałam wtedy, bo – bo nie wyglądałaś, jakbyś była w stanie podjąć świadomą decyzję. Ale teraz się dobrze czujesz.
To było coś, co pierdolony dowódca tamtego pierdolonego komanda z łatwością mógłby uznać za wielkoduszność. Szlachetność. Że się da szansę na odejście z godnością. Że się pozwoli przegranym umrzeć. Och, tak, Ves wiedziała, za jak wielki, chędożony zaszczyt tamten uważał śmierć; zbyt wielki, by pozwolić jej takową wybrać. Swego czasu. Jak raz, jeden jedyny raz, zebrała siły i odwagę.
— Chcę żyć — powiedziała po prostu. — Nie uciekałabym z burdelu, gdybym nie chciała żyć. Nie robisz nic złego — dorzuciła kojącym tonem. — Jesteś dla mnie bardzo, bardzo dobra. Jesteś dobra w ogóle.
Tym razem, inaczej niż w tym pierdolonym komandzie, nawet mówiła szczerze. Elfka odetchnęła lekko. Starannie odmierzyła sobie dawkę eliksiru nasennego, jak co noc – dość małą, by można ją było w razie problemów dobudzić. Na tyle dużą, by w ogóle zasnęła, zgadywała Ves. Nigdy nie poruszała tematu.
— Tak myślałam, że nie będziesz miała żalu. Ale lepiej zapytać, prawda? — mruknęła, już zwyklejszym, wesołym prawie tonem. — Tylko mnie nie musisz uspokajać – nie mów mi, jakbyś się bała. Jak robię źle, to robię źle, nie uderzę cię za to, że na mnie czasem nakrzyczysz, wiesz? Nas się nie trzeba bać. Zwykle. — Pogłaskała ją po policzku. — No, dobranoc.
Dziewczyna powinna pewnie odpowiedzieć sennym „pchły na noc" albo czymś równie dziecinnym – ciąża jakoś tak na nią wpływała, ciąża i spokój, i troska całej grupy – ale pod wpływem impulsu zapytała zamiast tego:
— Ciebie kiedyś złamano? Tak właśnie? Że ktoś ci pomógł?
Niegrzeczne, złe pytanie. Tamta jednak tylko patrzyła na nią, bez słowa. Z uprzejmym namysłem na twarzy. Nie szokiem. Nie oburzeniem.
— Ty mi opowiedziałaś... Należy ci się — odparła wreszcie, kalkulującym tonem. — Tak, złamano mnie. Dawno temu. Bardzo dawno, według waszych miar. Ale, Veska, sama wiesz, każdego w życiu ktoś albo coś łamie. Nie można się nie złamać, nie można się nawet złamać raz. Łamiemy się setki razy, a potem nas znowu przekuwają. Taki już los. Może jesteśmy od tego silniejsi.
— I wolałabyś umrzeć? Wtedy? Bardzo dawno temu? — zapytała Ves; w jakimś porywie bardzo nietaktownej, trochę nawet straceńczej odwagi.
Elfka zawahała się. Ułożyła dłonie na podołku, starannie.
— Nie wiem. Czy ja, czy ja dzisiaj bym wolała, żebym wtedy... Przeżyłam wiele rzeczy od tamtej chwili i nie wszystkie one były złe. Wiele z nich było bardzo pięknych. Ale – ale tamta ja, tamta dawna ja, tamta sprzed złamania, sprzed tej sekundy, gdy wszystko we mnie prysło... Ona by wolała umrzeć. To wiem na pewno — westchnęła lekko, jakby z rozczuloną nostalgią, po czym dodała, uśmiechając się blado. — Dlatego przecież ciebie zapytałam.
'
'
— Co ty kombinujesz, Brend, hm?
— Wianek dla ciebie, Veska — mruknął sarkastycznie niziołek. — A co mogę z tych patyków? Procę dla dzieciaków. Niech się uczą. Czasy coraz cięższe. — Na chwilę uniósł głowę, obrzucił spojrzeniem brązowych oczu brzuch dziewczyny i dodał z szerokim uśmiechem: — Dla twojego małego też coś zrobić? Grzechotkę może? Drzewa i kamieni to nam nawet teraz nie zbraknie.
Kobieta usiadła na schodkach wozu, wystawiła twarz do słońca. Dzień był jasny, przejrzysty, bezchmurny, całkiem ciepły, jak na środek zimy. Albo może po prostu okutanie w cztery warstwy odzieży (niebieskiej, pod jej nowy, ciemny kolor włosów, koniecznie, szczebiotała Sh'aenid) działało.
— Nie mów o nim. To przywabia licho — poprosiła dziewczyna leniwym, lekkim tonem.
Nie całkiem wszakże żartobliwie. Przesądów dotyczących ciężarnych było w jej rodzinnych stronach od groma i ciut. Siłą rzeczy człowiek nabierał wiary.
— Licho ci nic nie zrobi przy Sh'aenid — prychnął Brend. — Ona tego oczywiście nie powie, bo elfy nigdy takich rzeczy nie mówią, ale ta wioska, gdzie żyliśmy, miała chyba najniższą śmiertelność przy porodach w całym Kaedwen. Sh'aenid jest dobrą lekarką i dobrą guślarką, potwory się jej prawie jak wiedźminów boją. Powierzyłbym jej życie wszystkich przyszłych pokoleń rodu Vaebrooków bez wahania.
— To powierzaj. Ale nie mów o... o... wiesz, o czym — poprosiła Ves, teraz z naciskiem.
Niziołek wzruszył ramionami, nie przerywając pracy. Końcówki szczupłych palców miał zaczerwione od mrozu, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
— Kaprysy dam przy nadziei trzeba spełniać, jak rozkazy królów — stwierdził tonem pełnym filozoficznej powagi, przygryzając rudego wąsa. — Przesądy z odmieńcami wszędzie żywe, widzę. Jak się nazywały w twoich stronach?
— Nie mówmy o tym — powtórzyła dziewczyna, teraz już naprawdę zła; zaczęła wstawać, ale Brend chwycił ją za rękę.
— Ej, tam, nie wygłupiaj się. Już będę cicho. Ale słowa nie przyzywają zjaw, one i tak wyczuwają...
— Idę stąd.
— Dobra, już, już jestem cicho. Posiedź na dworze, bo mnie zabiją, że cię straszę, a tobie się powietrze przyda, taka bledziutka jesteś...
— Ani słowa o – wiesz o czym?
Niziołek potaknął, podkreślając gestem dłoni.
— Na zawsze się pogrążam w milczeniu. Ale, ale, Veska, to nie chciałabyś czegoś dla siebie? Mogę ci bransoletek albo korali, albo zawieszek zrobić – co ty na to? Albo jaką spinkę do włosów? Chciałabyś? Coś takiego... swojego?
Coś swojego. Zabawny, miły pomysł. Najbardziej, co prawda, to Ves chciałaby dostać łuk. No, właściwie to kuszę, ale nie można było oczekiwać cudów, nikt jej chałupniczo porządnej kuszy nie zrobi. Znośny łuk – może jeszcze. Ale to byłaby dziwna prośba, kilka sztuk dodatkowej broni na zaś w karawanie było, więc zmilczała.
Biżuteria też byłaby przyjemnym dodatkiem. Dziewczyna od wieków niczego nie dostawała, ostatni raz... Chyba od Roche'a, z okazji czegoś w rodzaju urodzin, rocznicy dnia, gdy przeszła „chrzest" i oficjalnie wstąpiła do Pasów. Tak, wtedy. Nowe bełty, z eksperymentalnej pracowni. Bardzo dobre. Bardzo praktyczne.
— Będą kolorowe — dodał kuszącym tonem Brend.
— Nie jestem dzieckiem — parsknęła wesoło Ves.
— Sh'aenid twierdzi, że lubisz — mruknął obronnie niziołek.
— Ilustracje. Znasz kogoś, kto nie lubi kolorowych ilustracji?
— Fantazjować, znaczy? Nie wiem. To trudne czasy, nie za wiele jest czasu.
— A na marzenia?
— Plany, znaczy? Złudne nadzieje? To, to pewnie. Gdybym nie myślał, że jutro przyjdzie i będzie... znośne, to po miałbym narażać się na niewygody podróży? Zostałbym w wiosce i czekał na pachołków Henselta albo pogrom. Ale — dodał podejrzliwie — co ty dzisiaj takie ciężkie temata poruszasz?
Dobre pytanie. Kobieta przekręciła głowę. Wróble igrały na ośnieżonej gałęziach, sikorki rozdziobywały rzucone im przez elfy kawałki tłuszczu. Melodia, którą na flecie grał Civean, ginęła w śmiechu i gwarze. Słońce dalej świeciło, ostre. Czemu więc...?
— Veska? — mruknął delikatnie Brend, kiedy nie odpowiadała, tylko nerwowo przygładzała włosy na szyi. — Martwisz się? O siebie? I – i o resztę? Bez powodu, możesz podróżować z nami, jak długo zechcesz, możesz się z nami osiedlić – Civean z Yeywiddem aż się rwą, żeby wspomagać sprawę w Vergen czy Dol Blathannie, ale większość z nas raczej zostanie w Aedirn...
— Trudno znaleźć miejsce dla kilkudziesięciu osób. Zimą. W trakcie wojny. — Dziewczynę nagle chwyciło na czarnowidztwo.
Niziołek wzruszył ramionami, ubawiony.
— Jakiej wojny? Stennis klęknął przed Emhyrem, ledwie cesarski koń zanurzył kopyto w Jarudze, jest teraz udzielnym księciem czy tam wasalnym królem, płaci trybut, to wszystko. Ni jednego zarządcy nie zmienił. Za to zajął majątki wszystkim rodom, które sprzeciwiały się jego koronacji – powstanie Saskii już mu tę szlachtę rozbiło, więc nie było specjalnie protestów. Skurczybyk ze Stennisa, ale sprytny — zacmokał z uznaniem Brend. — Siedzi na forsie, którą mu Smokobójczyni zdobyła, przed Emhyrem klaszcze du... tyłkiem i ma spokój. Przynajmniej do końca ofensywy.
Ves rozprostowała nogi, postawiła ręce za plecami, przeciągnęła się, aż skrzyknęło w stawach.
— Nudzi mnie polityka — ni to mruknęła, ni to miauknęła.
Och, tak. Teraz wreszcie mogła ją nudzić polityka, nudzić naprawdę, bez poczucia, że za chwilę ta i tak zażąda daniny. Jakie to cudowna rzecz, nudzić się polityką. Wolna, lekka, ciepła.
— Niemądrze, Veska — zatroskał się niziołek. — Znaczy, w twoim stanie, to może i słusznie, ale potem – wypada się orientować. Wiesz, od polityki nasze życia zależą...
— Pewnie — potaknęła z nagłą goryczą — tylko my nie mamy wpływu na politykę. Co nam po wiedzy bez władzy? Człowiek widzi, co na niego spadnie i się żołądkuje, a powstrzymać i tak nie może. To jak z wróżba – co komu z informacji, że nieunikniona zagłada przyjdzie, dajmy na to, za tydzień o czwartej piętnaście? Tylko mu ostatnie dni zohydzi.
Tamten parsknął śmiechem, szczerym, dudniącym, zadziwiającym u kogoś tak niskiej i drobnej postury. Kobieta przez chwilę miała wrażenie, że go rozsadzi.
— A teraz toś jak polityk powiedziała — wydusił z siebie między chichotami. — Zgorzkniały polityk. Te dzieciaki, które są zachwycone Wiewiórkami, też tak zawsze mówią, że trzeba iść i walczyć, że wiedza nic nie daje. — Nagle najwyraźniej przypomniał sobie o tajemnicy poliszynela, bo urwał, zacukał się i zasromał. — Zresztą, nie ma co mówić o draniach — wymamrotał, marszcząc brwi i z nową energią rzezając patyk.
Ves wzruszyła ramionami. Nie, tamto naprawdę teraz jej nie przeszkadzało, tamto było całkiem nieźle zamknięte. Martwi się, wbrew legendom, raczej nie mszczą, a zresztą, jak mawiał Roche, gdyby mieli zacząć, to do ich oddziału musieliby jakieś listy kolejkowe układać i limity czasu ustawiać, inaczej nocek nie starczy na wszystkie duchy. A wizja zjaw przepychających się w długim ogonku, wykrzykujących „pan tu nie stał!" czy przerywających sobie w pół słowa mściwe przemowy była dość zabawna, by odegnać strach bądź wyrzuty sumienia. Nie, żeby się takowe za często pojawiały.
— Tiotyae me — stwierdziła kobieta. — Mówiłam Sh'aenid. Dawno i nieprawda. Nie przejmuj się. Nie boli mnie, ani trochę. Dostali zresztą, na co zasłużyli.
— Ale o draniach naprawdę nie ma co mówić — powtórzył autorytatywnym tonem niziołek. — Ci, co mordują wsie, to skur... dranie, niezależnie od sztandaru i tego, kto im rozkazuje. Wiewiórki, żołnierze, jedne szuje. Nie ma co na nich strzępić języka ani marnować myśli. To w jakim ci kolorze ten zestaw biżuterii zrobić?
Przez chwilę się wahała – czy raczej niepokój, zatrzymał jej myśli, bo cóż, spalone dla przykładu wioski, zabici namolni pijacy, których czasem sama prowokowała, powywieszani chłopi, „rejzy" nocą po Wyzimie – ale tylko przez chwilę, zaraz wszystko zniknęło i odpowiedziała żartobliwie, grzecznie składając ręce na podołku, przesadnie słodkim, dziewczęcym głosem:
— Białe i niebieskie. Na przemian. Poproszę.
'
'
Tańczyli. Oficjalnym pretekstem były urodziny jednego z krasnoludów, ale tak naprawdę to chyba po prostu noc była zbyt piękna, wędrówka trochę zbyt ciężka, wygnanie nieco zbyt smutne. I zaczęli tańczyć jeszcze, jakimś cudem, przed alkoholem, ledwie rozstawili obóz i zagarnęli śnieg. Ogień trzaskał wesoło, furkotały spódnice i dublety, Sh'aenid lamentowała, że tak lekko ubrani, że jutro wszyscy będą leżeli z gorączką, ale potem sama dała się wciągnąć w któryś z kręgów – i och, dobra była. Lekka. Gięta. Niesamowicie szybka. Sam kolor, sam ruch, same obroty, aż do zawrotu głowy, figur się nie dało prawie rozróżnić, tak prędko zwykle przechodziły jednak w drugą. Ozdoby migotały w blasku ognia, śnieg po bokach iskrzył, powietrze, ciężkie, twarde od rytmicznego bębnienia, dosłownie uderzało o ciało.
Ves obserwowała, zbyt niepewna swoich sił i stanu, by spróbować zatańczyć – zabawne, raczej nie miałaby takich wątpliwości w przypadku walki – unoszona melodią, całkiem szczęśliwa. Nawet gwiazdy wirowały, a przynajmniej takie miała wrażenie.
Zbierało się jej na płacz. Nie wiedziała czemu. Za rzadko przywoływane szczęście, może, za bardzo się kojarzące, nieopatrzone.
— Zatańczysz ze mną? — Civean wyrósł obok sekundę przed tym, nim łzy spadły.
— Nie wiem, czy... czy powinnam — odmruknęła.
Uniósł leciuteńko brwi, trochę za bardzo teatralnie, by gest mógł nie być wyuczony. Wyciągnął dłoń.
— Jeszcze przecież dużo czasu? Nic ci nie będzie, będę cię trzymał. Mocno — zapewnił z jakąś chłopięcą, rozbrajającą rycerskością.
Przez chwilę miała ochotę odpowiedzieć złośliwie, przypomnieć jego zachowanie wtedy, w lesie, ale ostatecznie zmilczała, zalana falą tkliwości. Najwyraźniej jednak wahanie wystarczyło za wskazówkę, bo elf minimalnie zacisnął wargi, a potem wyrzucił z siebie, prędko, na jednym wydechu:
— Nie gniewaj się za tamto, gdy się pierwszy raz spotkaliśmy, przecież byśmy cię tak naprawdę nie zostawili, sprawdzilibyśmy, co ci jest, zabrali do obozu, nie dalibyśmy ci umrzeć, gadaliśmy głupoty, żeby się popisać, nie gniewaj się, przepraszam...
Akurat. Może byście poinformowali obóz, to pewnie tak, bo balibyście się mieć mnie na sumieniu, dzieci z was jeszcze, ale gadaliście szczerze i sami z siebie byście mnie nie zabrali, pomyślała Ves, teraz mnie znacie, lubicie, to wam głupio, dowódcy tamtego komanda też było, jak już do mnie przywykł, zaczął wmawiać, że on by przecież mojej wioski nie wyrżnął, gdyby byli rozsądni, że wcale nie chciał, że go zmusili, takie chędożenie. Nieważne już zresztą.
— W porządku. — Chwyciła Civeana za rękę, wstała. — W porządku. Chodźmy tańczyć.
'
'
— Jak już będzie po porodzie, to bym rozważyła usunięcie tatuaży — zauważyła kiedyś, zupełnie lekko, Sh'aenid.
Jak zwykle, westchnęła Ves. Jak zwykle sprawy wagi najwyższej i potencjalnie niebezpieczne pani musi poruszać w najmniej odpowiednich momentach. Niezła taktyka.
— Czemu po? — zapytała, by jakoś odwrócić uwagę od pytania „a co on znaczy".
— Bo to trzeba wypalić, eliksirami co prawda, bez blizn, ale wypalić, inaczej nie da rady. Nie wiem – jesteś ciągle słaba – nie chciałabym cię narażać na jednak ciężki zabieg. Nawet w znieczuleniu to nie będzie najlżejsze przeżycie dla organizmu. Ale jednak lepiej takie rzeczy usuwać, kiedy się ucieka. Zbyt charakterystyczne są. Ktokolwiek cię szuka, na pewno wie o tym szczególe.
Ves odetchnęła w duchu.
— O ile to nie ma jakiejś wartości... sentymentalnej. Albo honorowej. Nie chcę urazić twojego honoru, rozumiesz — dorzuciła szybko elfka. — To zresztą i tak kwestia miesięcy, przemyśl spokojnie.
Hm, dobre pytanie, właściwie. Wypadałoby je sobie zadać, wypadałoby się zastanowić, czy na pewno tylko lęk przed bólem i zakażeniem, i polowe warunki, i taki drobny fakt, że zabieg by zabił, sprawiły, że dziewczyna nie wypaliła sobie tatuażu w pierwszym jako-tako bezpiecznym miejscu. Czy jednak nie sentymenta. Bardzo głupie sentymenta, bo do zmarłych. I do chuja, który ich w zaświaty swoją nieroztropnością posłał. Ves mimowolnie zacisnęła zęby. Szkliwo zazgrzytało. A szlag by cię, Roche.
— Przypomnij mi — oznajmiła — żebym to sobie usunęła. Jak tylko będę mogła. I nie słuchaj, co będę wtedy mówiła, po prostu mi przypomnij, że mam to zrobić. Że tak dzisiaj powiedziałam. Namów mnie jakoś, jak będzie trzeba. Dobrze?
Lekarka potaknęła, w ogóle nie sprawiając wrażenia zdziwionej formą odpowiedzi.
— Ale obiecujesz? — dopytała dziewczyna, podnosząc trochę ton głosu, wchodząc w rolę zagubionej panienki; jakoś tak łatwo było to czynić wśród życzliwych ludzi.
— Elfy nie obiecują tak łatwo — odparła spokojnie zielarka. — Powiedziałam, że zrobię. Zapewniam cię, że tyle wystarczy.
